Smoleńsk „est verbum Dei”

Smoleńsk traumą! Smoleńsk dramatem narodowym! Smoleńsk strzałem w tył głowy! MAK – to wielogłowy potwór! Wypadek istotnie straszny, ale odczuwany w sposób typowy dla Polaków, nakazujący zachowywać się tak, by podobało się innym. Nie ważne jak ma się sama sprawa, ważne jak my wobec niej wyglądamy! Myśli własne i prawdziwe opinie chowamy tylko dla siebie i rychło o nich zapominamy. Media podobnie, dopiero po miesiącach udawanego przejęcia ujawniają głos rozsądku. A to, że nie powinni się kłócić; że źle, że były naciski; że rosyjscy kontrolerzy lotów też winni, ale może jednak mniej, bo przecież tylko nie zapobiegli. Tak, jakby mogli przewidzieć, że przyleci do nich autobus dowodzony przez wesołków, którzy nie zamierzają zatrzymywać się na żadnym przystanku!
Z polskiej perspektywy świata nie jest dobrze widoczny, zasłaniany przez te łany zboża otoczone tysiącami M3. Gdy się ostrożnie wychylimy wyżej, to i dostrzeżemy zagranicę: Wilno, Mińsk, Kijów, wreszcie, uff… Moskwę. Dalej, wiadomo, nie ma nic, tylko Ural jakiś. Ameryka daleko i zawiodła, bronić nie chce. Chiny gdzieś za górami, w Indiach gorąco, w Tunezji się tłuką, ale to tylko Afryka! Niech na całym świecie wojna, byle nasza wieś spokojna! Tymczasem, świat zmienia się coraz szybciej, a my nie tylko niewiele z niego rozumiemy, ale za bardzo rozumieć nie chcemy. To, co za progiem niech – a kysz – się wynosi! Obce jakieś i niezrozumiałe… A świat zmienia się nie tylko bez naszego udziału, ale nie zwraca na nas uwagi pozostawiając nas po swej tylniej stronie. Zmienia się mimo nas, bo taka świata natura. Może więc warto nad tą jego naturą się nieco zadumać.
Pomyślmy! Od prawie siedmiu lat jesteśmy w Unii Europejskiej. Gramy w barwach ekskluzywnego klubu. Siedem lat temu byliśmy ubogimi krewnymi pukającymi do jego drzwi. Dwadzieścia lat temu byliśmy członkami tej części Europy, w której znamieniem sukcesu było miejsce w kolejce po kiełbasę. Pięćdziesiąt pięć lat temu, były tu powojenne zgliszcza, a najbardziej znienawidzonym wrogiem był Niemiec, nasz dzisiejszy najbliższy sąsiad i europejski partner. Sto lat temu Polski nie było wcale, a wielkimi krokami zbliżała się Wielka Wojna, mająca pochłonąć dziesiątki milionów istnień. Czy to jakiś cud, że dzisiejsza Republika Federalna, to nasz europejski kompan, a Rosja zgrabnie podryguje by nie nadepnąć Polakom na patriotyczny odcisk? Właśnie, czy to cud, czy jest w tym może jakaś logika?
Stawiam tezę, że świat rozwija się mimo nas i patrzy na te ludzkie wygłupy z politowaniem nie zastanawiając się wcale nad ich przyczyną. Świata to w ogóle nie obchodzi. Pomyślmy: czy jeśliby w XX wieku Europa nie zafundowała sobie dwóch wielkich światowych wojen, to nie byłoby Unii Europejskiej? Pewnie by była. Może nieco inna, o trochę innych granicach, ale by była. Czy można z dzisiejszej perspektywy i przy dzisiejszej wiedzy wyobrazić sobie świat, w którym nie ma Unii Europejskiej, a jej miejsce zajmuje kilkadziesiąt skłóconych i wojujących ze sobą państw i państewek? Racjonalnie nie można. Czy to znaczy, że te dwie wielkie wojny były psu na budę? Dziesiątki milionów zabitych i wymordowanych, okaleczone rodziny i zmarnowane życia, hekatomby bohaterów i to wszystko nie miało większego znaczenia i działo się niejako mimo historii? Czy to możliwe? Wygląda na to, że tak właśnie było i że te wydarzenia miały znaczenie tylko w bardzo krótkiej perspektywie jednego pokolenia, a z punktu widzenia dzisiejszego, coraz mniejszego świata, znaczenia nie mały wcale.
Jaki jest z tego morał? Jest oto taki, że jeśli chcemy zrozumieć świat, w którym żyjemy, musimy go uważnie i dokładnie obserwować, a przede wszystkim uważnie obserwować samych siebie, by dostrzec prawidłowości, które nami kierują. Nie dostrzeżemy tego w perspektywie jednego pokolenia, trzeba nam wznieść się na poziom wiedzy ponadpokoleniowej. Wiedza ludzkości o sobie samej jest kompromitując mała i wyraźnie spóźniona w stosunku do fizyki, astronomii i kosmologii. Tu, razem z Hawkingiem jesteśmy już na etapie dywagacji, co było przed Wielkim Wybuchem: było „coś”, czy było „nic”, a może to „nic”, to był tylko inny rodzaj „czegoś”? W stosunku do bliźnich nadal jesteśmy na etapie okrzyku: „make love not war!” Tyle w nim nadziei, co i podejrzliwości. Nie ma za to wiedzy o nas samych.
Odkrywanie przez nas świata ludzi na nowo zaczęło się wraz Huntingtonem i jego koncepcją „zderzenia cywilizacji”. Od tego czasu minęło już piętnaście lat. Wiemy dzisiaj, że z tym „zderzeniem”, to przesada, że idzie raczej ku zbliżeniu i konwergencji przerywanych tylko lokalnymi zderzeniami. Starajmy się badać i zrozumieć te procesy, a zrozumiemy wreszcie siebie samych. Człowiek oświecony, to człowiek szczęśliwy. Najgorsza jest niewiedza.
„Przyglądamy się na łące mrówce – powiada Denis Dennett – która pracowicie wspina się coraz wyżej na źdźble trawy, dopóki nie spadnie, a potem wspina się znowu i znowu, niczym Syzyf, który pcha w górę swój głaz w nieustających próbach wtoczenia go na szczyt”. Tymczasem, rzecz da się naukowo wyjaśnić, a odpowiedź na pytanie o dziwne zachowanie mrówki jest prosta: jej mózg został opanowany przez motyliczkę wątrobową (Dicroccoelium dendriticum), maleńkiego pasożyta, który dla zakończenia cyklu rozwojowego musi znaleźć się w żołądku owcy albo krowy. „Ten maleńki robak mózgowy skłania mrówkę do zajęcia pozycji korzystnej nie dla niej, lecz dla jego potomstwa.(…) Tacy ‘autostopowicze’ skłaniają swoich gospodarzy do zachowań dziwacznych – nawet samobójczych – we własnym, a nie w ich interesie”. Ludziom zdarzają się również takie rzeczy: potrafią poświęcać się jakiejś idei bezgranicznie, zaniedbując rodzinę, interesy i własne zdrowie. Niektórzy, dla „sprawy”, są gotowi zginąć. Czy zamiast je z wysoka potępiać nie warto uznać, że głupota, fanatyzm i polityczna ślepota jest w cywilizacjach ludzi zjawiskiem naturalnym, dającym się badać jak każde inne?
Dennett powołuje się na słowa Ewangelii: „Semen est verbum Dei; satem autem Christus – słowo Boże jest ziarnem, siewcą ziarna jest Chrystus”. Przyznaje, że „porównanie Słowa Bożego do motyliczki wątrobowej budzi zaniepokojenie, lecz myśl, że idea jest porównywalna z żywą istotą, wcale nie jest nowością. (…) Wydaje się, że owe ziarna zapuszczają korzenie w indywidualnych ludziach i skłaniają tych ludzi do szerokiego ich rozpowszechniania (w zamian ich nosiciel zyskuje życie wieczne)”. Warto się zastanowić nad tym, jakiego typu „cywilizacyjne ziarno” mogło stać się przyczyną kiełkowania najpierw „europejskości Europejczyków”, potem powstawania światowej domeny Zachodu, a w końcu – najbardziej ekspansywnej cywilizacji. I dlaczego to „ziarno” tak długo omijało nasz kraj, że jeszcze dzisiaj z trudem potrafimy je kultywować?


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *