AMERYKANIE W SYRII, CZYLI SŁOŃ W SKŁADZIE PORCELANY

Ostatnia konferencja prasowa Baracka Obamy opóźniła się o prawie godzinę, po to tylko, aby góra urodziła mysz. Prezydent USA stwierdził kategorycznie, że „jesteśmy gotowi do interwencji w każdej chwili: jutro, za tydzień i za miesiąc”. Tyle, że „potrzebujemy zgody Kongresu”, a ten zbiera się dopiero za dziesięć dni. Trudno o większy dowód niepewności, jeśli idzie o słuszność zamierzonych działań i trudno się właściwie temu dziwić. Amerykanie mają za sobą dwie wielkie interwencje wojskowe w świecie islamu: w Afganistanie w 2001 roku i w Iraku dwa lata później. Obie skończyły się (Irak) lub kończą (Afganistan) refleksją, że może sytuacja byłaby tam lepsza, gdyby do interwencji w ogóle nie doszło. W Afganistanie żołnierze byli przekonywani przez dowodzących akcją Amerykanów, że jadą po to, by zanieść tam demokrację. Skończyło się co prawda uchwaleniem konstytucji, ale głoszącej wielkość islamskiego szariatu. Zdobycie Bagdadu rozpoczęło się od symbolicznego zawieszenia amerykańskiej flagi na pomniku Saddama Husseina. Dzisiaj Amerykanów tam nie ma, ale nie ma też dnia bez ataku Al Kaidy, a iracka demokracja nie może wychylić się z za węgła. Nic dziwnego, że do interwencji w Syrii nikt się nie pali i jest coraz mniej do niej chętnych. Amerykanie zostali praktycznie sami i mają problem jak ratować twarz. Twierdzą, że uderzą jak tylko będzie zgoda Kongresu. Uderzą, lecz z jakim skutkiem? I co właściwie chcą osiągnąć?
Continue reading