QUAM DIU EUROPAE? CZY EUROPA ISTNIEJE NAPRAWDĘ, CZY TO TYLKO MIT?

Przestrzen EuropejskaEuropa, to nie zwyczajne określenie geograficzne, lecz pojęcie, które ma w sobie coś z fantasmagorii. Powszechne jest obracanie nim jako czymś w rodzaju oczywistości, ale kiedy dochodzi do definicji samej istoty, rzecz zamienia się w konsternację. Na przykład w Polsce, poparcie dla uczestnictwa w Unii sięga osiemdziesięciu procent, pomimo tego, że niemal cała historia kraju wiązała go ze środkowo-wschodnią częścią kontynentu, a nie z zachodnią. Warto też przypomnieć historię mody i ubiorów – zachodnich i rosyjskich, by dostrzec w tej przestrzeni podobieństwa polskiej tradycji raczej do tych ze wschodu, nie zaś do surdutów i fraków europejskich elegantów. Dzisiaj, nikt nie ma wątpliwości, że ubiorem, w którym warto się pokazywać, jest ten utrzymany w zachodniej konwencji – garnitur, a w uroczystych chwilach – surdut, czy nawet frak. Jednak w Polsce, tradycyjny strój szlacheckiego eleganta – kontusz, żupan, spodnie i wysokie buty – wciąż uznawane są za swojskie i wcale nie traktuje się ich za dowód ulegania wpływom wschodnim. Polacy przy tym uważają siebie za rasowych ludzi Zachodu, a nie Wschodu. Niektórym nasuwa się nawet przypuszczenie, że przyszła Unia Europejska może sprowadzić się do dwóch odrębnych zrzeszeń krajów – zachodniej piętnastki i reszty, którą w czasach Piłsudskiego nazywano Międzymorzem. To ta część kontynentu, która rozłożona pomiędzy Bałtykiem a Morzem Czarnym była zawsze bardziej geograficznym buforem pomiędzy odmiennymi kulturami, aniżeli samodzielną kokstrukcją. Na tego rodzaju wizję przyszłości moi proeuropejscy znajomi reagują nerwowo i każą „wypluwać te słowa”. Czy to jednak wystarczy, by powstrzymać historię od kierowania się jej własną, autorską logiką, nie zaś oczekiwaniami uczestników? Continue reading


PROMENADE DES ANGLAIS, CZYLI KLĘSKA INTELIGENCKIEJ MULTIKULTI.

MultikultiE            Na kolejny atak islamistów na zupełnie przypadkowych ludzi europejska minister spraw zagranicznych zareagowała płaczem. Roniąc łzy wezwała regionalnych przywódców do współpracy dla rozwiązania plagi terroryzmu. Uczyniła to jednak w dość szczególny, żeby nie rzec, mało praktyczny, sposób. „Jesteśmy zjednoczeni nie tylko cierpieniem, ale także reagowaniem na te akty i zapobieganiem radykalizacji” – mówiła szefowa unijnej dyplomacji i nie kryjąc poczucia bezradności. „Bycie tu razem – mówiła przez łzy – to najmocniejsze przesłanie siły i przyjaźni między naszymi ludźmi i dowód, że możemy pokonać tych, którzy chcą nas podzielić. Tu skończę, zrozumcie to. Dziś jest trudny dzień” – dodała drżącym głosem, a włoski minister spraw zagranicznych wyprowadził płaczącą z sali. Continue reading


ZAMACH W NICEI. CENA PRZEWAGI MULTIKULTI NAD ZWYCZAJNOŚCIĄ?

Nicea

Zjawisko kulturowego dogmatyzmu istniało zawsze i sprowadzało się do syndromu opinii o sobie i innych wyrobionej nie na podstawie rzetelnej analizy intelektualnej, ale miłych uchu obiegowych schematów. Takim schematem było europejsko-liberalne przekonanie o tym, że w gruncie rzeczy ludzie wszystkich kultur są potencjalnie jednakowi, a ich odmienne ukształtowanie, to tylko krótkotrwały efekt wpływów otoczenia, który zanika zaraz po tym, jak zmienia się ich społeczne otoczenie. Takiego zdania był sam Arystoteles, który jeszcze w greckiej starożytności uznawał, że człowiek rodzi się jako rodzaj pustego bukłaku, który ulega wypełnieniu przez otoczenie i jest na tyle plastyczny, że ulega zmianom wraz z jego ewolucją. Historia ludzkości nie potwierdziła jednak tego przekonania, pozostawiając nas w świadomości istnienia jakiegoś rodzaju kulturowego chaosu. Ustabilizował globalny wymiar myślenia dopiero Samuel Huntington wraz ze swoim dogmatem, podzielanym wcześniej przez Feliksa Konecznego, że człowiek w gruncie rzeczy żyje w niewoli swej kultury, a możliwość samodzielnego manewru dla jednostki jest bardzo ograniczona. Continue reading


QUAM DIU EUROPAE? CZY ANGIELSKIE „NIE” MOŻE BYĆ DOWODEM EUROPEJSKOŚCI?

Quam            Obraz Europy, tej sprzed dwóch tysięcy lat i tej dzisiejszej, zagrożonej Brexitem nasuwa szereg refleksji w kwestii podobieństwa losów wielkich imperiów. Uderza przy tym fakt, że w czasie podpisywania w 1993 roku Traktatu w Maastricht mało kto wątpił w wielką przyszłość Unii Europejskiej a także w to, że powstaje właśnie superpaństwo, na które czeka perspektywa światowego mocarstwa. Fale jej rozszerzenia po 2000 roku i ustawiająca się długa kolejka do członkostwa tylko utwierdzały tę opinię. Dzisiaj stoi przed widmem rozkładu, warto więc zastanowić się nad mechanizmem rozpadania się na mniejsze części innych wielkich imperiów, lecz za to poszerzania i utrwalania się wpływów jednego, coraz bardziej anglojęzycznego i coraz bardziej utożsamianego z pojęciem Zachodu. Niekończąca się dyskusja nad przyszłością Unii przywołuje wspomnienie nawoływań wielkiego rzymskiego mówcy – Cycerona: Quo usque tandem abutere, Catilina, patientia nostra? Quam diu etiam furor iste tuus nos eludet?”: „Jak długo Katylino będziesz nadużywał naszej cierpliwości? Do jakich granic miotać tobą będzie nieokiełzane zuchwalstwo?”. Tak wołał w republikańskim jeszcze senacie, kiedy walczył o jego przetrwanie wobec zagrożeń ze strony imperialnego cezarianizmu. Był przekonany, że istnienie Republiki, to kwestia wieczności i nie uwierzyłby, gdyby mu powiedziano, że dla ludzi żyjących dwa tysiące lat później stanie się tylko odległym wspomnieniem, a najważniejszym śladem jego zgasłej rzymskości będzie zaledwie kilka państw używających języków romańskich – Francja, Włochy, Hiszpania i Portugalia. Podobny los może też kiedyś spotkać Europejską Unię tyle, że wydarzenia biegną dzisiaj znacznie szybciej niż te sprzed tysiącleci, a przyszłość liczy się dekadami, nie stuleciami. W przypadku Europy biegną przy tym inaczej, by nie powiedzieć – nieco na opak. Continue reading


„MEGO DZIADKA PIŁĄ RŻNĘLI”, CZYLI RZEŹ RZEZI NIERÓWNA

RzeziJeden z czytelników zasugerował mi podjęcie nowego tematu w przekonaniu, że w związku z kolejną rocznicą „rzezi wołyńskiej” należałoby wrócić do ukraińskich win wobec Polaków, szczególnie w obliczu obecnej sytuacji układania na nowo stosunków polsko-ukraińskich. „Niech przeproszą za swoje zbrodnie, dopiero wtedy porozmawiamy” – sugerują zwolennicy takiego podejścia. W pierwszej chwili odmówiłem, ponieważ samo słowo „rzeź” stawia komentującego w jednoznacznej sytuacji: musi potępić i nie ma czego analizować, a tym bardziej – swobodnie komentować. Świętości w obliczu masowej śmierci się nie szarga, lecz ją uznaje, a komentarz może mieć tylko emocjonalny, nie chłodny i racjonalny charakter. Krawawej rozprawy z bezbronnymi wybaczyć się zresztą nie da i – niezależnie od próby zrozumienia okoliczności – nie pozwala to na chłodną analizę wydarzeń. Dobrze, jednak jesteśmy po doświadczeniu niemieckiego ludobójstwa z okresu II wojny światowej, co nie przeszkadza nam dzisiaj żyć z Niemcami w europejskiej przyjaźni i obdarzać się nawzajem szacunkiem. Co stoi na przeszkodzie, by podobne podejście zastosować do Ukraińców, których winy w stosunku do Polaków są przecież nieporównalnie mniejsze niż niemieckie, za to ich własne poczucie wrogiej ekspansywności z polskiej strony wciąż silne i trudne do podważenia? Pamiętać też warto, że nieprzypadkowo wydarzenia miały miejsce na Wołyniu, a nie w innej części „polskich Kresów”. Czym się Wołyń różnił od reszty II Rzeczypospolitej prócz samego tylko położenia geograficznego na jej wschodnich krańcach? Continue reading


„BREXIT”! CZYLI ROZWÓD  ŚLIMAKA Z RYBĄ

 

SlimakDrugiego lutego 2010 roku władze Europejskiej Unii podjęły wiążącą uchwałę, że ślimak to nie mięczak, lecz ryba. Pospolity winniczek został urzędowo zaliczony do kategorii ryb słodkowodnych. Jeśli więc lojalny obywatel unijnego państwa napotka w swoim ogrodzie winniczka, powinien traktować go jak karpia lub karaska, a nie zaroślowego łazęgę i to pomimo tego, że w pobliżu może nie być zbiornika wodnego. Komisja Europejska podjęła tę decyzję na wniosek Francuzów by mogli korzystać z przyznanych rybom ulg cenowych, bo kiedyś zapomniano o ślimakach, symbolu wykwintności francuskiej kuchni. W sześć lat później, Anglicy zdecydowali jednak, że ślimak to nie ryba i w czerwcowym referendum zwyciężyli zwolennicy nie uznawania go za rybę, lecz za ślimaka, bo też tę humorystyczną opowieść można uznać za rodzaj kwintesencji różnic pomiędzy biurokratyczną „europejskością” a lesseferystyczną „brytyjskością”. Uchwała o przewadze rybowatości u z gruntu śródlądowego ślimaka, dla którego woda jest śmiertelnym zagrożeniem, przeszła przed sześciu laty bez protestów. Towarzyszyły jej tylko salwy śmiechu. Teraz, Komisji Europejskiej wcale nie jest do śmiechu. Rzecz w tym, że nie jest też do śmiechu samej Wielkiej Brytanii, skoro zarówno mieszkańcy Szkocji, jak i Irlandii Płn. głosowali za pozostaniem w Unii. Czy nie skończy się to załamaniem delikatnej konstrukcji samego państwa brytyjskiego, a może też i radykalną zmianą jego wewnętrznej struktury? Istnieje przecież ścieżka przemian, które mogą postawić Wyspy w zupełnie nowej sytuacji geopolitycznej. Continue reading


AMON I ATON: DWAJ BOGOWIE, ODMIENE MENTALNOŚCI

EgiptStarożytny Egipt jest dla historyków symbolem cywilizacji ilustrowanej barwną mozaiką wielobóstwa, z której w drodze skomplikowanej ewolucji wyłonić się miał współczesny monoteizm. Dla wyznawców tego ostatniego, wielobóstwo było zawsze rodzajem bałwochwalstwa i zaprzeczeniem zwierzchności boskiego pierwiastka nad ludzką nicością. Interesujące, że pierwsze stulecia dziejów Egiptu nie powodowały większych zakłóceń, a boski panteon stale się rozrastał. Bogowie wywodzili się z prehistorycznych kultów animistycznych, będąc przy tym częścią bogatej mitologii. Jednym z najważniejszych był niejako „z urzędu” sam faraon, jednak najbardziej znane egipskie bóstwo męskie, to Ozyrys, bóg śmierci i odrodzonego życia. Istniały też niemniej ważne boginie – Izyda, patronka płodności, uważana niekiedy za pierwowzór chrześcijańskiej Matki Bożej, a także Hator reprezentująca siły Nieba, czy też Heket czuwająca nad kobietami rodzącymi. Przełom, który rzutował później na całą historię ludzkiej religijności miał miejsce w trzy tysiące lat po powstaniu cywilizacji Egiptu, w połowie czternastego stulecia przed naszą erą, w czasie panowania Amenchotepa IV, znanego też pod imieniem Echnatona i jego królewskiej małżonki, słynnej z piękności Nefretete. Głębsze przyczyny samego wynalazku monoteizmu nie są znane, wiadomo tylko, że faraon nakazał zastąpienie kultu wielu bogów nowym, jednym-jedynym Słońcem-Ra, którego nie przedstawiano w innej postaci, jak tylko obiektu emanującego ożywczymi promieniami. Nie miał twarzy, postaci, ani też nie był osobą w ludzkim rozumieniu słowa. Ta odmienność od poprzedniej, głęboko ugruntowanej tradycji bogów człekopodobnych nie ma wyjaśnionych źródeł, ale następstwa są znane w postaci późniejszych odmian religijnego jedynobóstwa. Z punktu widzenia emocji nawiedzających wiernego w trakcie modlitwy, forma samego Bóstwa jest jednak z całą pewnością kwestią drugorzędną: może być podobne do człowieka, zwierzęcia, ale – jak w judaizmie, czy islamie – widnieć tylko jako święty napis. Jest mitem, że prawdziwą wiarę w człowieku wzbudza dopiero kościół, czy meczet. Słowo „człowiek” może brzmieć dumnie, ale wszędzie, na całym świecie religijne emocje wyglądają podobnie, niezależnie od obiektu samej modlitwy i wzbudzają podobnego rodzaju uniesienie. Jest też niczym nieuzasadnionym mitem rzekoma wyjątkowość monoteizmów w tym względzie. Mordercze skłonności świata islamu dają tego wyraźny dowód.  Continue reading


NARODOWA TOŻSAMOŚĆ. CZY MIAŁ W NIEJ UDZIAŁ FRANK, MESJASZ Z PODOLA?

Jakub FrankTytułowa kwestia wciąż mnie drąży i nadal nie znajduję odpowiedzi na pytanie: co się właściwie w Polsce dzieje i na czym polegają nagle ujawnione podziały tak głębokie, że aż trudne do zrozumienia? Merytoryczne różnice pomiędzy tymi, którzy do władzy właśnie doszli, a od niej odsuniętymi nie są przecież aż tak istotne, aby wyjaśnić gwałtowność odwzajemnianej nienawiści. O co w tym wszystkim idzie i jakie jest prawdziwe tło sprzeczności? Odpowiedź na pytanie pomogłaby nam zrozumieć nagłą zmianę oblicza Polski wobec zachodniej Europy i ewolucję atmosfery w polityce wewnętrznej. Nie idzie o formalne zmiany polityczne, które są naturalnym następstwem partyjnej praktyki, ale o coraz lepiej widoczne przemiany świadomości wyborców, szczególnie w tych przestrzeniach, które nie sprawiają wrażenia konfliktu ideologicznego, lecz pojawiają się jako zwykły efekt konkurencji w dążeniu do władzy. Tym razem jednak idzie też o sprawy „godnościowe”, ponieważ ci, którzy od niej właśnie odeszli, mają się wciąż za inteligentów prawdziwych, czyli za obywateli lepszego rodzaju, a ci, którzy ją zdobyli są przez nich uważani za sort pośredni, by nie powiedzieć: za „zwykłych chamów” władzy niegodnych. Odejście od oficjalnie panującej doktryny liberalnego antynacjonalizmu na rzecz większej przestrzeni dla regionalizmu i koncentracji na interesach narodowych w miejsce europejskich ma więc podwójne tło: gospodarczo-strategiczne i kulturowo-intelektualne. Daje się już odczuć w wielu przekrojach życia społecznego, tak jak dawała się zauważyć poprzednia, internacjonalna dominanta, uznająca tak zwane „wartości narodowe” za rodzaj wstecznictwa i mentalnego zacofania. Postępowy był tylko supranacjonalizm, a ten narodowy i lokalny był uznawany za przebrzmiałe wstecznictwo. Społeczeństwo się jednak nie zmieniło, zmienił się tylko sposób jego postrzegania pośród elit. Najbardziej rzuca się w oczy odchodzenie od panującej dotąd zasady, że oto prawdziwa wizja historii może być tylko jedna i do tego taka, która ma „imprimatur” aktualnie rządzących w kraju oraz ich zagranicznych przyjaciół. Przykładów tego, że idzie nowe jest wiele. Wydawnictwa wracają do publikowania dzieł przedwojennych autorów wcześniej okupujących ławki cenzury. Mam na myśli prace Feliksa Konecznego i Tadeusza Jeske-Choińskiego. Obydwaj trafili na cenzorską listę po wojnie, zaraz po powstaniu Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Urząd uległ likwidacji w roku 1990, jednak, co zastanawiające, cenzura nieformalna pozostała, obydwaj autorzy nie zostali z niej uwolnieni i nikt nie ośmielał się oficjalnie drukować ich dzieł. Dlaczego tak się stało, skoro obu autorów łączy tylko jedno: ich prace naukowe dotyczyły tak zwanej kwestii żydowskiej? W rezultacie, książki Konecznego pojawiały się tylko jako niskiej jakości reprinty, a najważniejsze opracowanie Jeske-Choińskiego o dziejach szczególnego odłamu „nowych” chrześcijan nazywanych frankistami musiało czekać aż do ostatniej zmiany władzy i ukazując się w obrocie dopiero niedawno. Obydwu autorom internetowa Wikipedia zarzuca zresztą antysemityzm, posługując się przy tym bardzo szczególną definicją pojęcia. Dzieli go na trzy rodzaje: „zwyczajny”, „żydożerstwo” oraz „antysemityzm ekstremalny”. Pierwszy, to postawa wyrażająca uprzedzenie, niechęć, wrogość i dyskryminację wobec Żydów oraz osób pochodzenia żydowskiego i postrzeganych jako odrębna grupa religijna, etniczna lub rasowa. Tego rodzaju uprzedzenie wspierane jest również powodami religijnymi, gospodarczymi lub politycznymi. Jest tu też miejsce dla wyższego poziomu antysemityzmu określonego jako „żydożerstwo”, które jest w tym ujęciu przeciwieństwem filosemityzmu. Ekstremalny antysemityzm głosiła ideologia niemieckiego nazizmu, doprowadzając do próby wyniszczenia narodu żydowskiego w okupowanej Europie. Żadna definicja nie wyjaśnia jednak innego zjawiska. Żydzi, to przecież jeden z najstarszych  narodów świata, którego historia sięga trzech tysięcy lat. Dlaczego, od początku istnienia, zawsze i wszędzie bez wyjątku wywoływali raczej negatywne niż pozytywne emocje. Nie ma „anygermanizmu”, „antyanglizmu” czy nawet „antyislamizmu” w zakresie w jakikolwiek sposób porównywalnym ze zjawiskiem antysemityzmu. Gdzie kryje się tajemnica i fenomenu przyczyna? Continue reading


CZY JESTEŚMY PANAMI PRZYSZŁOŚCI, CZY TYLKO HISTORIĄ WE WŁASNEJ HISTORII?

FukuyamaW chwili, gdy krążownik „Aurora” oddawał strzały wszczynające rosyjską rewolucję, załoga nie zdawała sobie sprawy, że oto rozpoczyna najkrwawszy okres społecznych przemian jaki miał miejsce w historii ludzkości. Z całą pewnością uczestnicy wydarzenia nie spodziewali się, że w rok później większości z nich nie będzie już na tym świecie i że zginą z rąk tych, których przedtem wynieśli do władzy. W Polsce również dzieją się rzeczy dziwne, ale nikt nie jest w stanie orzec, czy nowy obraz polityczny kraju, to tylko chwilowa fanaberia wyborców, czy też element szerszego procesu. Wiele do myślenia daje informacja, że w niedalekiej Austrii radykalnie antyeuropejski kandydat na prezydenta omal nie wygrał powszechnych wyborów. We Francji, do wyborczego zwycięstwa szykuje się flirtująca z Rosją i otwarcie antyeuropejska Marie Le Pen, a brytyjskie członkostwo w Unii wisi na włosku. Nasuwa się pytanie rodem z klasyka: „co się dzieje w państwie duńskim?”. Czy to tylko publiczne przeżywanie wewnętrznych rozterek, czy też początek jakiegoś poważniejszego procesu? Jeśli dodać informacje nadchodzące z USA, że oto Donald Trump zdobywa w sondażach przewagę nad Hillary Clinton, to warto zastanowić się nad odpowiedzią na pytanie, czy nie jesteśmy przypadkiem świadkami kresu panowania dotychczasowego modelu światowego establishmentu. To establishment wielkiego kapitału i medialnego monopolu osadzonego w trwałej ospałości wyborców. Jest w tym wszystkim pewne doświadczenie, które największym aktorom wydarzeń wydaje się być niemożliwe do zaakceptowania. Otóż twarda reguła powiada, że początek wszystkich wielkich wydarzeń jest zwykle zwodniczy, ponieważ w wyobraźni uczestników wydaje się zgodny z ich wolą, jako że oczekiwanie finału współistnieje z przekonaniem o realizacji własnych interesów. Rzecz w tym, że sprawcy nie tylko nie panują nad wywołanymi przez siebie wydarzeniami, lecz na końcu procesu wszystko okazuje się być inne, niż z początku zamierzano, a finał tego, co z taką emocją rozpoczęto potrafi przekształcić się w tych zamiarów odwrotność. Więcej, inicjatywę przejmują nowi uczestnicy i to wcale nie ci, którzy uznawali się za sprawców wydarzeń. Dla Polski oznacza to ni mniej ni więcej tylko to, że dzisiejsi przywódcy polityczni i główni aktorzy za kilka lat spotkają się zapewne z zapomnieniem i nikomu nie będzie nawet chciało się pamiętać tego, o co im właściwie chodziło, a następstwa ich aktywności będą odmienne od ich zamiarów i przekonań. W jednym z zeszłorocznych tekstów nazwaliśmy tę dziejową zasadę Regułą odwróconego optimum. Takie sformułowanie może brzmieć uczenie, ale skrywa pewną dramatyczną myśl o istnieniu głęboko rewolucyjnego tła wielkich przemian. Dlaczego ludzie takich przemian się obawiają? Odpowiedź na pytanie sprowadza się do rozszyfrowania eufemizmu jakim jest słowo „rewolucja”. Większość z nas się związanych z nią wydarzeń obawia, bo historia straszy hekatombą ofiar, dla wielu jednak pachnie przygodą, w której siebie samych widzą jako uczestników, bohaterów i przywódców, którzy na zmianach skorzystają. Staje się to też przyczyną tego, by nie fascynowali się podpowiedziami nauki i jej spostrzeżeniami skoro nie obiecuje ona – inaczej niż czynią to polityczni przywódcy – przysłowiowych gruszek na wierzbie, nie będąc zresztą i sama pewna scenariusza wydarzeń. Za pojęciem rewolucji kryją się nie tylko nowi ludzie i nowe kariery, ale przede wszystkim rzecz dla niezadowolonych niezwykle ponętna, czyli redystrybucja własności i jej ponowne ukształtowanie. To prawdziwa treść rewolucyjnych przemian, całkiem egoistyczna, przyziemna i bardzo odległa od formalnie głoszonej ideologii. Continue reading


„PANY” I „CHAMY” REVISITED. JAKA JEST TA PRAWDZIWA PRAWDA?

Problem zydowskiPodjęty kiedyś temat okazał się nie tylko niespodzianką, ale też i problemem wymagającym szerszej analizy, stając się czymś bardzo aktualnym. Poświęcimy mu więc osobną uwagę. Autorowi tych słów, dopiero po dłuższych wysiłkach udało się dotrzeć do opracowania, które pozwala na nowe spojrzenie na kwestię istoty i gwałtowności sporu, który toczy się w kraju. Okazuje się, że same korzenie problemu są stare i zapiekłe, sięgając drugiej połowy XVIII stulecia, ale ich echo wciąż jeszcze stymuluje strukturę warszawskiej inteligencji głośno wspierającej „jedynie słuszną” wersję przeszłości. Sprawa staje się w pełni czytelna dopiero wtedy, gdy zrozumie się istotę tego poglądu, społeczną treść i określi jego zaplecze intelektualne. Znamienne, że nazwisko autora niezwykle wnikliwej książki poświęconej skomplikowanym ścieżkom powstawania narodu polskiego i tworzenia się współczesnej polskości – Teodora Jeske-Choińskiego jest szerszej publiczności zupełnie nieznane, choć na przełomie XIX i XX wieku był uważany za jeden z tęższych w kraju umysłów. Co mogło spowodować, że do jego dzieł dotrzeć jest dzisiaj tak trudno, jakby wciąż nie zostały zwolnione spod cenzury. Aby się z nimi zapoznać trzeba przebić się przez niełatwe do rozgryzienia kody dostępu Biblioteki Narodowej, co powoduje, że dla „zwykłego” czytelnika rzecz jest praktycznie niedostępna. Zastanowiło mnie, jaka może być tego przyczyna i czy ma to związek z omawianym tu kilka miesięcy temu konfliktem zrodzonym z odmienności historii pochodzenia zwolenników tej czy innej opcji politycznej? Po zapoznaniu się z poglądami Jeske-Cholińskiego i połączeniem ich z innymi, również spychanymi na margines, rzecz ukazuje się w bardziej zrozumiałym świetle, trzeba tylko sięgnąć głębiej i zestawić informacje z różnych źródeł.  Continue reading