PARADISUS IUDEORUM CZYLI PAŃSTWOWOŚĆ CZWARTEGO WYMIARU.

            Uważna lektura „Cywilizacji  żydowskiej” Feliksa Konecznego może prowadzić do bólu głowy kiedy czytelnik dochodzi do wniosku, że tak zwana „kwestia żydowska”, to nie jakiś drobny lokalny problem, ale wciąż sprawa o globalnym i cywilizacyjnym znaczeniu. Przestają dziwić przyczyny które powodują, że przez całe półwiecze dzieło było w Polsce zakazane, nazwisko autora zapomniane i wykreślone z encyklopedii i słowników. Tyle, że to jedyna bodaj w skali światowej książka traktująca kwestię miejsca judaizmu w cywilizacji zachodniej nie tylko z należytą powagą, ale i naukową wnikliwością. Powrócimy więc do zagadnienia, które wydawało się już wystarczająco omówione. Continue reading

OTO NARÓD WYBRANY I TEN DRUGI OBOK NIEGO

„Jeden naród powstaje, inny ginie,
ale Izrael jest wieczny”
(powiedzenie obiegowe)
Święta Księga zawiera365 zakazów i 268 nakazów codziennego życia.

            Z perspektywy moich wcześniejszych tekstów pojawia się pokusa wnioskowania, że oto judaizm i polskość są tak od siebie odmienne, że aż nierozerwalnie splecione, tyle, że w bardzo szczególny sposób. Pomimo tysiącletniej wspólnotowości życia w naszej części Europy, wciąż pozostają kulturami sobie głęboko obcymi. Reprezentują nie tylko inne, ale wręcz odwrotne logiki postrzegania świata. Jak pokazała historia, można żyć obok siebie pomimo prezentowania nieprzystających wartości, tyle, że jest to współistnienie szczególnego rodzaju. Strony mają wtedy, to prawda, świadomość życia obok siebie, ale jest to świadomość o tyle jałowa, że nie uczą się nawzajem niczego. Żydzi przez tysiąc lat nie widzieli potrzeby doskonalenia się w polszczyźnie, a nieżydowscy mieszkańcy Rzeczypospolitej uczenia się języka i kultury jidisz. Żyli obok siebie,  lecz całkiem osobno. To zresztą żaden zarzut. Historia czyni rozmaite psikusy, lecz skoro nic nie dzieje się w próżni, oznacza to także, że teren kulturowego przenikania zostaje trwale zablokowany i wypełniony czymś nowym, niekoniecznie lepszym. To narusza i zubaża stabilność społecznej struktury tyle, że koszty ponoszą obie strony. Tragedia Holokaustu, ktorego doznali europejscy Żydzi też jest w jakimś stopniu następstwem ich współistnienia z żywiołem germańskim, za co z kolei Polacy zapłacili swoją cenę w postaci głębokiego opóźnienia w swym dążeniu do europejskości. Ma to znaczenie i do tego długookresowe. Wyjaśnia niektóre przeciwności z jakimi spotyka się dzisiejsza Polska w pragnieniu uznania jej za trwałą część Europy. Continue reading

DWIE JUDEOPOLONIE, SOWIECKA PRL I JAKAŚ DZIWNA TRZECIA POLSKA

            Historia Polaków jest jak na Europę na tyle nietypowa, że ich tysiącletnie dzieje wciąż nie dają się wyjaśnić jako zwykła ewolucja istoty samej tylko polskości. Były, jak wiadomo, Trzy Rzeczpospolite, każda w tej polskości w jakiś sposób utrwalona, tyle, że nie potrafimy wyjaśnić rażących różnic w długości ich trwania i struktury tego odczucia. Pierwsza, to bez mała pół tysiąclecia, za to Druga i Trzecia to tylko lat kilkadziesiąt. Podświadomie więc identyfikujemy się z tą Pierwszą, najtrwalszą, która odcisnęła największe piętno na charakterze narodowym, wydając obraz Kmicica czy Skrzetuskiego. Tyle, że w tej Polsce Polaków było niedużo a nawet bardzo mało, jeśli uznać za takich jedynie herbowych. Wciąż jeszcze zasadniczy spór toczy się o najważniejsze cechy „prawdziwych” Polaków. Jest to z gruntu błędne, ponieważ wewnętrznemu zróżnicowaniu podlega każdy kraj świata, tyle, że odmienne są tego kryteria. Polska, położona pomiędzy zwesternizowaną Europą a rosyjskim bezkresem „międzyazji”, to twór z natury niepełny właśnie przez wzgląd na jego kulturową pograniczność. Wszyscy, którzy kiedykolwiek odwiedzili Polskę ulegali zgodnemu wrażeniu, że to kraj dziwny, żeby nie powiedzieć dziwaczny. To, co uderza już na samym wstępie, to fakt, że ogromna wiekszość mieszkańców uważa siebie za reprezentantów jedynie niewielkiej części dawnej, bo tylko pierwszej i szlacheckiej Rzeczypospolitej. Mało kto jest gotów, aby otwarcie przyznać prostactwo chłopskich korzeni, choć jest to statystyczny fakt, którego podważyć się nie da. Dawna szlachta uważała się przy tym wcale nie za Słowian, lecz za potomków Sarmatów, naród rzekomo skutecznie konkurujący z grecko-łacińską rzymskością jeszcze w starożytności. Niektórzy nawet byli zdania, że szlachta, to lepszy i starożytniejszy niż Rzymianie rodzaj Europejczyków.  Co dziwniejsze, nie występuje tu wcale – w przeciwieństwie do reszty Europy – poczucie  dumy z przynależności do stanu mieszczańskiego tak, jakby on wcale nie istniał lub nie miał żadnego znaczenia. Jarosław Haszek w czasie swojej podróży po Galicji, jeszcze przed wybuchem I wojny światowej, ze zdziwieniem spostrzegł, że jako Czecha nikt nie chce go przyjmować w szlacheckich dworkach, słynących skądinąd z gościnności wobec „braci szlachty”. Siedemnastowieczne wojny z Habsburgami ogołociły jego kraj z rodzimej szlachty zastępując ją austriacko-niemiecką arystokracją. Jeśli więc ktoś miał się za Czecha, to może pisać wartościowe książki i posiadać wiele wiedzy, ale zapewne nie jest szlachcicem. Jeśli zaś nie należy do tego stanu, to nie godzi się go przyjmować w szlacheckim domu. Herbowej szlachty w Galicji było jednak niewiele więcej niż dziesięć procent mieszkańców, w Kongresówce – po pozbawieniu przez Rosjan herbów masy bezrolnej „gołoty” – było jej jeszcze mniej. Była to zresztą pod ekonomicznym względem słabo rozwinięta grupa ludności. Jakim więc sposobem większość współczesnych Polaków dumnie podkreśla swoją szlachecką proweniencję i nie przyjmuje do wiadomości informacji o chłopskości pochodzenia ze wszystkimi tego faktu kulturowymi następstwami? Wyjaśnienie zagadki wymaga pewnej analizy. Continue reading

JEDNA RZECZPOSPOLITA CZY TEŻ TRZY ODMIENNE POLSKI?

            Na tytułowe pytanie niełatwo jest odpowiedzieć. Właściwie każda odpowiedź ma swoje racje, tak jak i każdy Polak wie, że trzy liczby – I, II i III, to trzy kolejne numery tej samej przecież Rzeczypospolitej. Tyle, że zwykły człowiek oczekuje odpowiedzi prostej, lecz niekoniecznie prawdziwej. Te trzy twory były przecież od siebie dramatycznie różne, o całkiem innej długotrwałości i odmiennych początkach. Różniły się też właściwie wszystkim, poza samym tylko określeniem „Polska”. Uderzająca jest różnica w rozmiarach granic i długości trwania każdej z nich, co dla utwalania się tożsamości oraz wartości kulturowych ma znaczenie zasadnicze. Pierwsza Rzeczpospolita, to 900 tysięcy km2 i nie mniej niż ćwierć tysiąclecia (!) istnienia. Druga, teoretycznie wciąż ta sama, tyle, że późniejsza od Pierwszej o z górą sto lat i również od Pierwszej mniejsza obejmowała tylko niecałą połowę pierwotnego obszaru (388 tys. km2), istniała też krótko, krócej nawet niż życie jednego pokolenia. Trzecia – obecna, oddzielona od Drugiej zaledwie czterema latami wojny i niemieckiej okupacji, pojawiła się na europejskiej mapie jako kraj całkiem odmienny od poprzednich i była tylko z nazwy wciąż tą samą Polską. To zaledwie 312 tysięcy kilometrów kwadratowych, czyli rozmiar trzykrotnie mniejszych od pierwszej i obejmowała przy tym tereny (Śląsk, Pomorze), których polskość ulegla zapomnieniu, utraciła za to całe swoje wschodnie korzenie . Ma też zupełnie niepodobne do poprzednich granice i strukturę ludności. Wszystkie trzy różniły się wewnętrzną strukturą narodowościową i społeczną. W Pierwszej, mówiących po polsku było niespełna czterdzieści procent mieszkańców, w Drugiej, to już procent siedemdziesiąt, a w Trzeciej – prawie sto. W Pierwszej, najbardziej wielonarodowościowej, używana na codzień mowa nie miała większego znaczenia kulturowego, za to Trzecia jest Pierwszej odwrotnością jako całkiem jednolita i – przynajmniej teoretycznie – nie ma problemów narodowościowo-kulturowych ani też konfliktów klasowych. W Pierwszej, inaczej niż w Drugiej, obywatelska pełnoprawność nie zależała od używanej mowy, lecz od społecznego statusu. Tylko dziesięć procent ludności (herbowa szlachta) posiadało wszystkie prawa obywatelskie. Drugie dziesięć procent mieszkańców, to Żydzi będący osobną warstwę społeczną i czymś pośrednim pomiędzy szlachtą i stanem mieszczańskim. Posiadali własny samorząd, pełną autonomię i stale rosnącą siłę ekonomiczną. Kolejne dziesięć procent, to mieszkańcy relatywnie słabych miast, więc praktycznie bez praw i politycznych wpływów. Reszta – czyli siedemdziesiąt procent, to chłopi, których pańszczyźniane niewolnictwo nie pozostawało w żadnym związku z używaną mową a społeczna pozycja była pod wieloma względami bliska niewolnictwu. Trudno nie domniemywać, że tak bardzo różne struktury narodowościowe kraju posługującego się jako państwo jednakowym określeniem wskazują raczej na to, że polskość, to z tego punktu widzenia pojęcie co najmniej nieostre i kryje się pod nim treść inna niż powszechne rozumienie pojęcia narodu w Europie. Continue reading

MAMY PROBLEM Z DEMOKRACJĄ, CZY TEŻ ONA MA PROBLEM Z NAMI?

            Walter Chełstowski z Komitetu Obrony Demokracji sformułował radykalną sentencję: „Większość Polaków, to głupcy. Rozumni jesteśmy tylko my!”. Możnaby uznać, że wyczerpuje to właściwie debatę nad tak zwaną „kwestią Polską”. Jest w naszej historii tradycja, która uważa lud za głupców, a jedynie inteligentów za uprawnionych do reprezentowania narodu. Dla tych ostatnich, to oczywistość, dla pierwszych kamień obrazy, szczególnie, jeśli rzecz sprowadza się do tradycyjnego podziału narodu na „panów” i „chamów”. Kto w tej kwestii ma rację? Zastanawia jednak, co autor słów miał na myśli używając słowa „demokracja” oraz kim są ci „my”, jeśli nie określa kim są „oni”, choć też uważa ich za Polaków? Oryginalnie, demokracja, to „władza ludu”, ale skoro reszta ludzi poza samymi „demokratami” jest tak nierozumna, że aż głupia, to do władzy się nie nadaje. Nadajemy się do niej tylko „my”. Problem w tym, jak wyłonić tych „my” w ramach większościowej i demokratycznej procedury, skoro ci „oni”, czyli wyborcy, to głupcy nie potrafiący odróżnić „nas” od głupców? Rzecz tylko z pozoru zatrąca o nonsens błędnego koła, że oto głupcy nie są w stanie demokratycznie wybrać rozumnych, bo są za głupi, lecz aby ich jakoś wyłonić muszą najpierw zmądrzeć. Tyle, że jeśli przestaną być głupcami i staną się rozumni, to będą do rządów nadawali się sami, bez pomocy „rozumnych” (czyli właściwie kogo?). Trudno o większy nonsens, lecz warto wiedzieć, że tak wygląda istota polskiej polityki od wielu pokoleń. Więcej, była istotą budowy unikalnego w skali europejskiej pojęcia inteligencji, występującego tylko na terenach dawnej Rzeczypospolitej i mającego symbolizować awans „inteligentnego” polsko-żydowskiego mieszczaństwa w miejsce dawnej „średnio inteligentnej” dworkowej szlachty. Element żydowskiego źródła inteligencji odegrał w tym nie tylko ważną role, ale stał się dominujący, skoro inteligencja „szlachecko-dworkowa” nie gustowała w życiu miejskim, za to miejska nie posiadała szlacheckich korzeni. Tak jak w Pierwszej Rzeczypospolitej władza niejako „z natury rzeczy” należała się herbowej szlachcie, tak po jej upadku stała się monopolem nowej jej odmiany, której społeczne pochodzenie było jak najbardziej nuworyszowskie i wcale nie osadzone w dawnej tradycji. Wrodzoną cechą nuworysza jest „podpinanie się” pod inne, w jego mniemaniu lepsze warstwy społeczne. Tak powstała społeczna warstwa poza Polską nieznana, która znacznie na wyrost przybrała nazwę „inteligencja”, czyli warstwy niejako zawodowo związanej z myśleniem.  Rzecz w tym, że na dziesiątki lat stała się też na terenach polskich intelektualnie i politycznie dominująca, ale udział w niej nie był skutkiem twórczego myślenia, lecz międzyludzkich układów. Nie jest przypadkiem, że i dzisiaj w najbardziej wpływowych stacjach telewizyjnych dominują komentatorzy tacy jak Aleksander Smolar, Ryszard Sznepf, Andrzej Morozowski czy Adam Michnik, czyli osoby nie kryjące poczucia polskości dopiero w pierwszym pokoleniu. Wydaje się, że zaczyna się to jednak zmieniać i wywołuje ogromne zamieszanie, nie tylko intelektualne. Grupa społeczna reprezentująca tak zwaną inteligencję uzurpowała sobie bowiem prawo do monopolu na interpretację poglądów innych warstw społecznych. Zjawisko stało się wyjątkowe i na tyle trwałe, by sprawić wrażenie stałej cechy kulturowej przyrodzonej samej istocie polskości. Rzecz  w tym, że inne grupy Polaków też zaczynają sobie przypominać fundamenty demokracji zbudowanej przed ponad dwoma stuleciami przez Monteskiusza, czyli naturalność prawa bycia reprezentowanym przez wszystkie warstwy społeczne, nie tylko te górne. Rzecz się zatem komplikuje. Continue reading

CO SIĘ WŁAŚCIWIE DZIEJE W PAŃSTWIE POLSKIM?

            W 1997 roku Narodowy Bank Ukrainy puścił w obieg monetę przedstawiającą kozackiego bohatera ludowego z czasów powstania Chmielnickiego – Mamaja grającego na kobzie i palącego fajkę przy butelce miejscowej okowity. To, że za jego plecami ma właśnie miejsce wieszanie Żydów pojmanych w szlacheckich majątkach, wygląda raczej na pochwałę antysemityzmu, nie zaś na jego odrzucenie. Na monecie nie umieszczono jednak informacji o jego krwawym antysemityzmie, a napis głosi tylkko, że oto „Kozak Mamaj, Rycerz Wolności i Honoru”. Continue reading

HOLOCAUST, ENDLÖSUNG I UDAWANIE GREKA, CZYLI SEDNO „KWESTII ŻYDOWSKIEJ” (I)

            Wymiana poglądów na temat tak zwanej „kwestii żydowskiej”, to z reguły mówienie nieprawdy. Najczęściej wiąże się z niedouczeniem i zwykłym chamstwem, ale również i z tak zwaną „poprawnością polityczną” Krytycy pojęcia twierdzą, iż zbyt „delikatne” postępowanie wywołuje niechęć reszty społeczeństwa do społeczności żydowskiej, ponieważ ogół społeczeństwa może uznać, że przysługują jej bezpodstawne przywileje. Tego rodzaju antysemitami są zwykle ludzie zaliczający się do społecznych dołów. Tyle, że w „sferach” wyższych mamy do czynienia z innym zjawiskiem, który polega na mówieniu  nieprawdy w odmienny sposób i z wielorakich motywacji. Skryci antysemici starają się pokryć gładkimi słowy niechęć do Żydów, za to filosemici poszukują w żydowskiej kulturze natchnienia wzmacniającego ich własną tożsamość skrywając przy tym jakąś część wiedzy o własnych przodkach. Tak czy owak, rzecz w pierwszym rzędzie pojawia się jako spór definicyjny oraz pytanie: czy są w Polsce Żydzi i ilu ich jest naprawdę? Co to zresztą znaczy być w Polsce Żydem, albo nim nie być, pomimo jakiegoś rodzaju więzów krwi? Czy jest jakiś rodzaj antysemityzmu, który ma wymierne odzwieciedlenie – liczbowe, merytoryczne, czy emocjonalne? Pojęciowy galimatias powoduje, że Polacy gorąco się w tej kwestii spierają nie definiując jednak samego przedmiotu sporu. Są zatem w Polsce Żydzi, czy też ich prawie nie ma? Trudno jest przecież uznać oficjalną liczbę tysiąca pięciuset osób uznających się za Żydów za problem w jakimkolwiek rozmiarze. Skąd więc gorącość wymiany poglądów na ten temat w trójkącie: Izrael-USA-Polska? Continue reading

TUSK I TO CO IDZIE ZA NIM. TO PRZEŁOM, CZY TYLKO WYŁOM?

            Świat, który znamy zwolna się rozpada, ludzie jednak mają taką cechę, że wolą rzeczy znane niż niespodzianki, więc tych ostatnich starają się nie oczekiwać. Zadaniem naukowego oglądu świata nie jest jednak towarzyska elegancja ani też czynienie naukowymi własnych politycznych preferencji, lecz dociekanie rzeczywistości i prawdziwego obrazu wydarzeń, niezależnie od ich mniej lub bardziej sympatycznego formy. Nie interesuje ich poklask związany z błyskotliwością wywodu, lecz dążenie do wyjaśnienia istoty problemu. To, co dzieje się dzisiaj w Polsce, Europie i świecie zasługuje na to podwójnie. Trzeba przecież rozumieć otoczenie własnego życia i warto mieć pogląd na jego przyszłość. Rzecz nie jest łatwa. Oto w Katowicach urządzono szczególnego rodzaju spektakl w postaci symbolicznej szubienicy, na której powieszono portrety nielubianych posłów do europejskiego parlamentu. Nie wiadomo na czym ma polegać wina wizerunków skazanych na powieszenie, wiadomo za to, że ich właściciele są złem samym w sobie. Jak widać, do efektownego działania wystarcza emocja, rozum nie jest potrzebny. Niezrozumiałe jest tylko przesłanie demonstrantów, co z tymi powieszonymi dalej czynić i czym ich ewentualnie zastąpić. Wiele wskazuje na to, że idą czasy, w których rządzić będzie bezmyślna nienawiść, a nie ceniona od starożytności chłodna racjonalność. Werbalne potępienie tego rodzaju demonstracji jest przez media zauważane, jednak mało kto stara się naprawdę dociec do istoty sprawy. Continue reading

EUROPA I JEJ SZTETL JUŻ TYLKO WIRTUALNY

Zarówno polskość, jak i europejskość, to pojęcia, które wbrew pierwszemu wrażeniu nie są tożsame z jednakowym odczuciem narodowej tożsamości, ani też z jednolitą świadomością europejską mieszkańców kontynentu. Warto przypomnieć, że przed 2004 rokiem mało kto w naszym kraju miał się za Europejczyka na podobieństwo Niemca, Belga, czy Francuza. Europejskość tych ostatnich wydawała się oczywista, lecz stopień tej cechy u Polaków był wciąż niepewną nowością opartą bardziej na geografii, aniżeli na samej treści pojęcia. Rzecz wcale nie okazała się krótkotrwałym incydentem, ale zjawiskiem towarzyszącym pogłębiającej się integracji i poszerzania Wspólnoty. Dziś widać to aż nadto wyraźnie. Idzie nie tylko o to na ile Europejczykami mogą czuć się mieszkańcy kontynentu, których pochodzenie to Afryka, czy Bliski Wschód, nie zaś Europa. Okazuje się, że nawet wśród narodów „miejscowych” i względnie jednolitych, sprawa wcale nie jest błaha. Bez odpowiedzi pozostaje też pytanie do jak odległej tradycji należy się w kwestii polskości korzeni odwoływać – do dziesięciu, stu, czy tysiąca lat, by móc pretendować do miana pełnego Europejczyka.   Continue reading

LUD, NARÓD, SPOŁECZEŃSTWO. JEDNA RZECZPOSPOLITA I TRZY POLSKOŚCI HYBRYDY?

Wszystkie słuszne i
sprawiedliwe przedsięwzięcia
wywodzą się ze zbrodni
(Niccolo Machiavelli)

                Motto autorstwa Machiavellego zamieszczono tu dla przypomnienia, że chociaż wszyscy powołują się na górnolotne imponderabilia, to prawdziwe motywacje stron są zwykle inne i znacznie bardziej przyziemne. To samo można wyczytać z zamieszczonych ilustracjach. Wszystkie mają wskazywać na „sprawy wyższego rzędu” związane z niejednakowym rozumieniem słowa „społeczeństwo”, chociaż mogłoby się wydawać, że to pojęcie elementarne i łatwe do zdefiniowania. Ma jednak tę cechę, że w rzeczywistości może budzić odmienne skojarzenia. Dla Francuza lud, to swego rodzaju świętość, ale też to wielka grupa społeczna, która dokonała przewrotu w ramach Wielkiej Rewolucji i ostatecznie ukształtowała kraj. Pozwoliło to zerwać z wielosetletnią tradycją niesprawiedliwego podziału społecznego na opływające w dostatki duchowieństwo i rycerstwo (1-2% ludności) oraz nieudzielanie podobnych uprawnień chłopom i ludności miejskiej (tzw. stan trzeci). System, w którym największa masa ludności ma bardzo ograniczone uprawnienia nie ma szans trwałości. Continue reading