CYGANIE? A KTO TO TAKI?

            Inteligenci uważający się za intelektualistów z łatwością używają brzmiących z cudzoziemska określeń w uznaniu, że dodaje to ich poglądom powagi i pokazuje ich wyższość nad mniej inteligentną resztą. Takim pojęciem jest także słowo ksenofobia. Nawet uliczni demonstranci optujący za utrzymaniem obecnej formuły społecznego porządku używają słowa jak epitet w stosunku do tych „mniej kulturalnych”, którzy są dla nich na tyle oczywistymi „ksenofobami”, że pojęcia nie trzeba nawet wyjaśniać. Mamy tylko wiedzieć, że ksenofobia, to zło i brak kultury. Mieszkańcy eleganckich dzielnic wielkich miast, nie spotykający się za często z tymi mniej eleganckimi, obracają słowo na wszystkie strony, nie próbując nawet tym gorszym od siebie wytłumaczyć jego istoty. Słownikowo, ksenofobia (gr. ksenós – obcy, gość i phóbos – strach przed obcymi) – to skądinąd zrozumiały lęk przed czymś obcym i nieznanym. Może dotyczyć wszystkiego, co wiąże się z innością, nieznanymi osobami różniącymi się od tych, których uważa się za zwyczajnych, czyli takich samych jak własne otoczenie. Jej przeciwieństwo, to ksenolatria, mająca polegać na umiłowaniu odmienności i uznawaniu jej za zjawisko nie tylko ciekawe, ale pożądane i nawet sympatyczne. Tyle o sprawie mówi polski słownik wyrazów obcych. Interesujące, że encyklopedia angielskojęzyczna rozkłada akcenty inaczej. Ksenofobia, to w jej ujęciu nie tylko proste uczucie lęku, ale też „nieufność do wszystkiego, co uważane jest za dziwne i obce. Może dotyczyć zasady rozdzielania „swoich” od „obcych”  manifestując się podejrzliwością wobec działalności innych oraz dążeniem do eliminacji tej inności zakładając, że przyjęcie cech uważanych za obce prowadzi do utraty tożsamości. Może również być formą braku akceptacji dla wartości innej kultury niż własna w uznaniu, że inność jest nie tyle czymś egzotycznym, ile równoznacznym z obcością. Ksenofobia i „rasizmsą często mieszane i używane zamiennie, a sama ksenofobia  używana na określenie sprzeciwu dla wszelkiego rodzaju inności”. Continue reading

DWIE JUDEOPOLONIE, SOWIECKA PRL I JAKAŚ DZIWNA TRZECIA POLSKA

            Historia Polaków jest jak na Europę na tyle nietypowa, że ich tysiącletnie dzieje wciąż nie dają się wyjaśnić jako zwykła ewolucja istoty samej tylko polskości. Były, jak wiadomo, Trzy Rzeczpospolite, każda w tej polskości w jakiś sposób utrwalona, tyle, że nie potrafimy wyjaśnić rażących różnic w długości ich trwania i struktury tego odczucia. Pierwsza, to bez mała pół tysiąclecia, za to Druga i Trzecia to tylko lat kilkadziesiąt. Podświadomie więc identyfikujemy się z tą Pierwszą, najtrwalszą, która odcisnęła największe piętno na charakterze narodowym, wydając obraz Kmicica czy Skrzetuskiego. Tyle, że w tej Polsce Polaków było niedużo a nawet bardzo mało, jeśli uznać za takich jedynie herbowych. Wciąż jeszcze zasadniczy spór toczy się o najważniejsze cechy „prawdziwych” Polaków. Jest to z gruntu błędne, ponieważ wewnętrznemu zróżnicowaniu podlega każdy kraj świata, tyle, że odmienne są tego kryteria. Polska, położona pomiędzy zwesternizowaną Europą a rosyjskim bezkresem „międzyazji”, to twór z natury niepełny właśnie przez wzgląd na jego kulturową pograniczność. Wszyscy, którzy kiedykolwiek odwiedzili Polskę ulegali zgodnemu wrażeniu, że to kraj dziwny, żeby nie powiedzieć dziwaczny. To, co uderza już na samym wstępie, to fakt, że ogromna wiekszość mieszkańców uważa siebie za reprezentantów jedynie niewielkiej części dawnej, bo tylko pierwszej i szlacheckiej Rzeczypospolitej. Mało kto jest gotów, aby otwarcie przyznać prostactwo chłopskich korzeni, choć jest to statystyczny fakt, którego podważyć się nie da. Dawna szlachta uważała się przy tym wcale nie za Słowian, lecz za potomków Sarmatów, naród rzekomo skutecznie konkurujący z grecko-łacińską rzymskością jeszcze w starożytności. Niektórzy nawet byli zdania, że szlachta, to lepszy i starożytniejszy niż Rzymianie rodzaj Europejczyków.  Co dziwniejsze, nie występuje tu wcale – w przeciwieństwie do reszty Europy – poczucie  dumy z przynależności do stanu mieszczańskiego tak, jakby on wcale nie istniał lub nie miał żadnego znaczenia. Jarosław Haszek w czasie swojej podróży po Galicji, jeszcze przed wybuchem I wojny światowej, ze zdziwieniem spostrzegł, że jako Czecha nikt nie chce go przyjmować w szlacheckich dworkach, słynących skądinąd z gościnności wobec „braci szlachty”. Siedemnastowieczne wojny z Habsburgami ogołociły jego kraj z rodzimej szlachty zastępując ją austriacko-niemiecką arystokracją. Jeśli więc ktoś miał się za Czecha, to może pisać wartościowe książki i posiadać wiele wiedzy, ale zapewne nie jest szlachcicem. Jeśli zaś nie należy do tego stanu, to nie godzi się go przyjmować w szlacheckim domu. Herbowej szlachty w Galicji było jednak niewiele więcej niż dziesięć procent mieszkańców, w Kongresówce – po pozbawieniu przez Rosjan herbów masy bezrolnej „gołoty” – było jej jeszcze mniej. Była to zresztą pod ekonomicznym względem słabo rozwinięta grupa ludności. Jakim więc sposobem większość współczesnych Polaków dumnie podkreśla swoją szlachecką proweniencję i nie przyjmuje do wiadomości informacji o chłopskości pochodzenia ze wszystkimi tego faktu kulturowymi następstwami? Wyjaśnienie zagadki wymaga pewnej analizy. Continue reading

JEDNA RZECZPOSPOLITA CZY TEŻ TRZY ODMIENNE POLSKI?

            Na tytułowe pytanie niełatwo jest odpowiedzieć. Właściwie każda odpowiedź ma swoje racje, tak jak i każdy Polak wie, że trzy liczby – I, II i III, to trzy kolejne numery tej samej przecież Rzeczypospolitej. Tyle, że zwykły człowiek oczekuje odpowiedzi prostej, lecz niekoniecznie prawdziwej. Te trzy twory były przecież od siebie dramatycznie różne, o całkiem innej długotrwałości i odmiennych początkach. Różniły się też właściwie wszystkim, poza samym tylko określeniem „Polska”. Uderzająca jest różnica w rozmiarach granic i długości trwania każdej z nich, co dla utwalania się tożsamości oraz wartości kulturowych ma znaczenie zasadnicze. Pierwsza Rzeczpospolita, to 900 tysięcy km2 i nie mniej niż ćwierć tysiąclecia (!) istnienia. Druga, teoretycznie wciąż ta sama, tyle, że późniejsza od Pierwszej o z górą sto lat i również od Pierwszej mniejsza obejmowała tylko niecałą połowę pierwotnego obszaru (388 tys. km2), istniała też krótko, krócej nawet niż życie jednego pokolenia. Trzecia – obecna, oddzielona od Drugiej zaledwie czterema latami wojny i niemieckiej okupacji, pojawiła się na europejskiej mapie jako kraj całkiem odmienny od poprzednich i była tylko z nazwy wciąż tą samą Polską. To zaledwie 312 tysięcy kilometrów kwadratowych, czyli rozmiar trzykrotnie mniejszych od pierwszej i obejmowała przy tym tereny (Śląsk, Pomorze), których polskość ulegla zapomnieniu, utraciła za to całe swoje wschodnie korzenie . Ma też zupełnie niepodobne do poprzednich granice i strukturę ludności. Wszystkie trzy różniły się wewnętrzną strukturą narodowościową i społeczną. W Pierwszej, mówiących po polsku było niespełna czterdzieści procent mieszkańców, w Drugiej, to już procent siedemdziesiąt, a w Trzeciej – prawie sto. W Pierwszej, najbardziej wielonarodowościowej, używana na codzień mowa nie miała większego znaczenia kulturowego, za to Trzecia jest Pierwszej odwrotnością jako całkiem jednolita i – przynajmniej teoretycznie – nie ma problemów narodowościowo-kulturowych ani też konfliktów klasowych. W Pierwszej, inaczej niż w Drugiej, obywatelska pełnoprawność nie zależała od używanej mowy, lecz od społecznego statusu. Tylko dziesięć procent ludności (herbowa szlachta) posiadało wszystkie prawa obywatelskie. Drugie dziesięć procent mieszkańców, to Żydzi będący osobną warstwę społeczną i czymś pośrednim pomiędzy szlachtą i stanem mieszczańskim. Posiadali własny samorząd, pełną autonomię i stale rosnącą siłę ekonomiczną. Kolejne dziesięć procent, to mieszkańcy relatywnie słabych miast, więc praktycznie bez praw i politycznych wpływów. Reszta – czyli siedemdziesiąt procent, to chłopi, których pańszczyźniane niewolnictwo nie pozostawało w żadnym związku z używaną mową a społeczna pozycja była pod wieloma względami bliska niewolnictwu. Trudno nie domniemywać, że tak bardzo różne struktury narodowościowe kraju posługującego się jako państwo jednakowym określeniem wskazują raczej na to, że polskość, to z tego punktu widzenia pojęcie co najmniej nieostre i kryje się pod nim treść inna niż powszechne rozumienie pojęcia narodu w Europie. Continue reading

GALIA, GERMANIA I SCLAVINIA. CZY TO PRAWDZIWA EUROPA?

            Dziennikarze i publicyści mają własną wizję świata, która często sprowadza się do zlepku rozlicznych i niezwiązanych ze sobą wydarzeń, ale też każde z nich daje się przerobić na choćby krótkotrwałą sensację. Doszukiwanie się oznak trwałości i wewnętrznej treści społeczeństw, do tego w treści tak silnych, że uniemożliwiających ucieczkę od własnego losu, nie leży w ich interesie. To zbyt nudne. Tyle, że interes kraju i narodu nie jest kategorią osobistą, lecz zjawiskiem historycznym, którego istoty jeszcze nie rozpoznaliśmy. Nie ma w tej sytuacji niczego dziwnego w tym, że przyszłość nie jest dla zwykłego człowieka znana i tylko wybrani potrafią odczytywać jej treść ukrytą w najważniejszych mechanizmach rozwoju. W rezultacie braku zainteresowania mediów prawdziwą treścią wydarzeń, zastępowanego sensacjami, również i szeroka publiczność dowiaduje się o swej własnej przyszłości jako ostatnia, tylko że nie ma wtedy już dla niej pola manewru. Continue reading

„MEGO DZIADKA PIŁĄ RŻNĘLI”, CZYLI RZEŹ RZEZI NIERÓWNA

RzeziJeden z czytelników zasugerował mi podjęcie nowego tematu w przekonaniu, że w związku z kolejną rocznicą „rzezi wołyńskiej” należałoby wrócić do ukraińskich win wobec Polaków, szczególnie w obliczu obecnej sytuacji układania na nowo stosunków polsko-ukraińskich. „Niech przeproszą za swoje zbrodnie, dopiero wtedy porozmawiamy” – sugerują zwolennicy takiego podejścia. W pierwszej chwili odmówiłem, ponieważ samo słowo „rzeź” stawia komentującego w jednoznacznej sytuacji: musi potępić i nie ma czego analizować, a tym bardziej – swobodnie komentować. Świętości w obliczu masowej śmierci się nie szarga, lecz ją uznaje, a komentarz może mieć tylko emocjonalny, nie chłodny i racjonalny charakter. Krawawej rozprawy z bezbronnymi wybaczyć się zresztą nie da i – niezależnie od próby zrozumienia okoliczności – nie pozwala to na chłodną analizę wydarzeń. Dobrze, jednak jesteśmy po doświadczeniu niemieckiego ludobójstwa z okresu II wojny światowej, co nie przeszkadza nam dzisiaj żyć z Niemcami w europejskiej przyjaźni i obdarzać się nawzajem szacunkiem. Co stoi na przeszkodzie, by podobne podejście zastosować do Ukraińców, których winy w stosunku do Polaków są przecież nieporównalnie mniejsze niż niemieckie, za to ich własne poczucie wrogiej ekspansywności z polskiej strony wciąż silne i trudne do podważenia? Pamiętać też warto, że nieprzypadkowo wydarzenia miały miejsce na Wołyniu, a nie w innej części „polskich Kresów”. Czym się Wołyń różnił od reszty II Rzeczypospolitej prócz samego tylko położenia geograficznego na jej wschodnich krańcach? Continue reading

POLONIA EUROPEA: CHAOS, CZY ROZCIĘCIE GORDYJSKIEGO WĘZŁA?

 Polonia Europea           W jaki sposób kraj położony tak, jak Polska z tak bardzo burzliwą historią może być w pełni europejski i jednocześnie kultywować oryginalne i „sarmackie” tradycje? Marzenia Polaków o powrocie do potęgi z czasów I Rzeczypospolitej można włożyć między bajki, ale też jedna rzecz wciąż się w ich głowach kołacze z niesłabnącą siłą. To idea Międzymorza, czyli jakiegoś rodzaju związku państw położonych pomiędzy Bałtykiem a Morzem Czarnym, zawsze dotąd uważana za wymysł niepoprawnych idealistów. Na jakiej podstawie można liczyć na zgodną współpracę kilkunastu państw regionu tkwiącego od stuleci między Zachodem a Rosją i będących ich odwiecznymi klientami, skoro przez wieki wykazywały niedojrzałość w postaci kłótliwości i wzajemnego rzucaniem kłód pod nogi? Paradoksalne, ale dzisiaj rodzi się na tyle niespodziewany układ międzynarodowy, że takie rozwiązanie przestaje być czystą fantazją i może stać się obiektem zainteresowania zarówno ze strony „starej” Unii, jak i jej nowej, wschodniej części. Wiele wskazuje na to, że ta „stara” zaczyna żałować, że poszerzyła się o tę „nową”, a ta ostatnia, ze swej strony werbalizuje zwątpienie, czy aby nie była w negocjacjach za miękka i nie pozwalała się traktować drugorzędnie.   Continue reading

STREFA KORMLIENJA, CZYLI GDZIE JEST EUROPA, A GDZIE AZJA?

 

Przywodcy ligi regionalnej               W dawniejszych czasach istniało w Rosji słowo nieprzetłumaczalne na inne języki i trzeba było używać go w oryginale. To rezultat specjalnego znaczenia słowa „kormljenje”. Dosłownie oznacza tyle, co „karmienie”, na przykład – „karmienie piersią”. W dawnym znaczeniu było jednak używane na określenie bardzo szczególnego przywileju uzyskiwanego przez ludzi w służbie rosyjskiego cara. Sprawa jest na tyle szczególna, że kanadyjska strona internetowa utoronto.ca poświęciła jej wyjaśnieniu dłuższy akapit: „Kormljenje, dosłownie znaczące tyle, co ‘karmienie’, było najtańszym sposobem administrowania krajem. Zamiast wypłacać urzędnikowi wynagrodzenie za pracę, państwo dawało mu w administrację konkretny region i zobowiązywało mieszkańcow do zapewnienia pełnego utrzymania. Tym sposobem w dawnej Moskwie nigdy nie brakowało kandydatów do urzędów. Zamiast oczekiwać od państwa zapłaty, urzędnik musiał o to zadbać sam wyciskając co się da z podległych sobie mieszkańców. Była to prosta droga do wzbogacenia się kosztem zarządzanej ludności. Tego systemu nie udało się zlikwidować nawet Iwanowi Groźnemu i stał się trwałym elementem politycznego krajobrazu Rosji aż do XVII wieku”. Dodajmy, że na swój sposób system został udoskonalony przez pierwszego imperatora Rosji – Piotra Wielkiego w postaci państwowego „systemu rang”, który był podstawą funkcjonowania rosyjskiej biurokracji aż do upadku caratu w 1917 roku.  Towarzyszącym mu zawsze zjawiskiem była notoryczna i wszechogarniająca korupcja, która nawet we współczesnej Rosji jest uważana nie tyle za przestępstwo, ile za przywilej związany z pełnioną funkcją. Continue reading

SUWERENNOŚĆ, MIĘDZYNIEPODLEGŁOŚĆ, PEEREL I TA TRZECIA NAJJAŚNIEJSZA.

Polska państwowość miała trudne dzieciństwo i niełatwą dorosłość, lecz jej obywatele starają się rzecz sobie uprościć. Widać to po przygodach dobierania dnia, który symbolizowałby nasz „nowy początek”. Amerykanie, na przykład, tego problemu nie mają wcale. Ich „Independence Day” – Dzień Niepodległości, obchodzony jest od z górą dwustu lat bez zmian – 4 lipca, w rocznicę Deklaracji Niepodległości, ogłaszającą w 1776 roku uwolnienie kraju z zależności od Londynu. Stany Zjednoczone nie rozpoczęły wtedy swej historii od początku, lecz przestały być tylko zamorskim przedłużeniem macierzystej Anglii, stając się – to prawda – nowym, lecz równie anglosaskim jak dotąd krajem. Tak samo powstawała Kanada, Australia oraz Nowa Zelandia i z tej przyczyny ich wspomnienie dnia uzyskania niepodległości jest w gruncie rzeczy pamięcią o pewnej formalności, nie zaś ekspiacją bohaterstwa walki o niepodległość. Polska legitymuje się znacznie dłuższą od nich historią państwowości, sięgającą ponad tysiąca lat wstecz, ale najwyraźniej ma w tej kwestii jakiś kompleks niższości lub niedojrzałości. W roku ogłoszenia amerykańskiej Deklaracji Niepodległości, historia Polski liczyła przecież aż osiemset lat, ale z drugiej strony – tylko niepełna dekada dzieliła kraj od utraty własnej państwowości na długie dalsze sto dwadzieścia trzy lata. Ta historyczna świadomość narodowej niezdolności do podtrzymania rzekomo ukochanej niepodległości okazała się źródłem kompleksu tak głębokiego, że uniemożliwiającego rzeczową analizę przyczyn jej utraty.
Continue reading

ZŁAPAŁ POLAK TATARZYNA, CZYLI OKRAKIEM NA BARYKADZIE

Stały czytelnik blogu i wytrwały komentator zauważył, że w rozważaniach w zagadkowy sposób pomijam przynależność cywilizacyjną Polski oraz samą treść jej polskości, koncentrując się raczej na sprawach międzynarodowych. To prawda, ale ma to również swoje przyczyny. Pierwsza, to ostrożność wynikająca z doświadczenia, że to dla polskich czytelników temat na tyle wrażliwy, że wielu z nas traci zdolność chłodnej analizy faktów i wpada w stan gwałtownej emocji. Najtrudniej jest przecież – jak powiada Ewangelia – być prorokiem we własnym kraju. Druga ma podłoże merytoryczne, chociaż związana jest z pierwszą. Historia Polski – w porównaniu z najstarszymi kulturami świata jest stosunkowo krótka, szczególnie ta jej część, kiedy kształtowało się wszystko, co decyduje o pojawieniu się w miarę jednorodnego społeczeństwa podzielającego wspólne wartości kulturowe. Najbardziej ogólnie nazywa się to świadomością narodową. Społeczeństwa wyrośnięte z tradycji starożytnej Grecji i Rzymu mają tę świadomość starszą, dojrzalszą i bardziej autonomiczną, aniżeli pozostałe narody Europy, a ten fakt rzutuje na wiele elementów ich poglądu na siebie i resztę świata. Francuzi, na przykład, jako potomkowie Galów uważają się za równych Chińczykom nie tylko z tego powodu, że początki ich ojczyzny sięgać mają czasów Asterixa i Kleopatry, lecz również i dlatego, że – jak sądzą – dorównują mieszkańcom Państwa Środka pod względem ciągłości kulturowego wyrafinowania. Kuchnia francuska jest w ich opinii równie doskonała, jak chińska.
Continue reading