CYGANIE? A KTO TO TAKI?

            Inteligenci uważający się za intelektualistów z łatwością używają brzmiących z cudzoziemska określeń w uznaniu, że dodaje to ich poglądom powagi i pokazuje ich wyższość nad mniej inteligentną resztą. Takim pojęciem jest także słowo ksenofobia. Nawet uliczni demonstranci optujący za utrzymaniem obecnej formuły społecznego porządku używają słowa jak epitet w stosunku do tych „mniej kulturalnych”, którzy są dla nich na tyle oczywistymi „ksenofobami”, że pojęcia nie trzeba nawet wyjaśniać. Mamy tylko wiedzieć, że ksenofobia, to zło i brak kultury. Mieszkańcy eleganckich dzielnic wielkich miast, nie spotykający się za często z tymi mniej eleganckimi, obracają słowo na wszystkie strony, nie próbując nawet tym gorszym od siebie wytłumaczyć jego istoty. Słownikowo, ksenofobia (gr. ksenós – obcy, gość i phóbos – strach przed obcymi) – to skądinąd zrozumiały lęk przed czymś obcym i nieznanym. Może dotyczyć wszystkiego, co wiąże się z innością, nieznanymi osobami różniącymi się od tych, których uważa się za zwyczajnych, czyli takich samych jak własne otoczenie. Jej przeciwieństwo, to ksenolatria, mająca polegać na umiłowaniu odmienności i uznawaniu jej za zjawisko nie tylko ciekawe, ale pożądane i nawet sympatyczne. Tyle o sprawie mówi polski słownik wyrazów obcych. Interesujące, że encyklopedia angielskojęzyczna rozkłada akcenty inaczej. Ksenofobia, to w jej ujęciu nie tylko proste uczucie lęku, ale też „nieufność do wszystkiego, co uważane jest za dziwne i obce. Może dotyczyć zasady rozdzielania „swoich” od „obcych”  manifestując się podejrzliwością wobec działalności innych oraz dążeniem do eliminacji tej inności zakładając, że przyjęcie cech uważanych za obce prowadzi do utraty tożsamości. Może również być formą braku akceptacji dla wartości innej kultury niż własna w uznaniu, że inność jest nie tyle czymś egzotycznym, ile równoznacznym z obcością. Ksenofobia i „rasizmsą często mieszane i używane zamiennie, a sama ksenofobia  używana na określenie sprzeciwu dla wszelkiego rodzaju inności”.

            Już samo zestawienie wyjaśnień wskazuje na niejednoznaczność zagadnienia i różnicę w zależności od kulturowej tradycji. Anglojęzyczne, jest wyraźnie racjonalne, polskie wykazuje element ocenny i arbitralne sugerowanie, co w tym jest dobre, a co złe. Ustawia przy tym obydwa przeciwstawne pojęcia – ksenofobia i ksenolatria na jednym poziomie znaczeniowym i emocjonalnym, tyle, że sobie przeciwnym. Jednakże – co znamienne – w użyciu jest tylko pierwsze z nich. Uliczni demonstranci wznoszą głośne hasła przeciw ksenofobii, ale kto słyszał w potocznej polskiej rozmowie o ksenolatrii, czyli sympatii do obcości? Kto się w ogóle tym zagadnieniem poważnie zajmuje? Czy takie zestawienie nie pachnie więc ideologią mającą pokazać, że używanie tego rodzaju pojęć prowadzi nie tyle do ustalenia prawdy obiektywnej, ile uzależnione jest od tego jaki rodzaj stosunków międzyludzkich uważamy za poprawny. W wersji anglojęzycznej – w przeciwieństwie do polskiej – nie widać emocji, a raczej dążenie do racjonalnej analizy. W polskiej przeważa moralizatorstwo.

            Warto podkreślić tę odmienność znaczeniową pojęć, która pojawia się w zależności od cech używanego jezyka. W polskim, pojęcie ksenolatrii ma znaczenie pozytywne równiezi z tego powodu, że jest przeciwieństwem niechęci do inności uznawanej za rodzaj prymitywnej emocji niegodnej ludzi wysokiej kultury. W angielskiej, niesie pewien bagaż negatywny, ponieważ jest uważana za przesadną tolerancję przekraczającą granice zdrowego rozsądku. Dotyczy to stosunku do cudzoziemców oraz ich odmiennej kultury. Prowadzi do przeświadczenia, że wszystko co obce jest po prostu lepsze z samej istoty. Ksenolatria jest zatem rozumiana jako skrajna forma ksenofilii i prowadzi do odrzucenia wszystkiego co rodzime a także do kultu inności i kulturowej egzotyczności. Taka postawa wywołuje konflikty, utrudnia relacje międzykulturowe, a w konsekwencji staje się przyczyną izolacji w relacjach z przedstawicielami innych kultur. Demonstrowanie tego rodzaju nastawienia może być niewymuszone i wynikać tylko z pragnienia zdobycia popularności, ale też być przejawem politycznej poprawności, wyrachowania lub poddania się modzie. Może być inspirowane politycznie. Potrafi wywoływać kompleksy oparte na odczuwaniu żenady, co prowadzi nawet do pojawienia się kompleksu niższości wiodącego do pozbawienia się możności obiektywnej oceny zjawisk i zejścia na tory propagandy taniego nacjonalizmu, czy mechanicznej nienawiści do obcości.

            Będziemy zagadnienie rozważać ale głównie zastanowimy się nad jego jednym aspektem: czy antysemityzm i niechęć do Romów, to tylko echo zwykłej niechęci do inności, czy też niesie głębsze znaczenie? Lansowane jest przekonanie, że antysemityzm i jego dramatyczny objaw w postaci Holokaustu, to przypadek niezrozumiały, w historii ludzkości odosobniony i głęboko sprzeczny z naturą człowieczeństwa. Będziemu argumentować, że nie tylko tak nie jest, ale czynienie zła, którego źródłem jest nietolerancja narodowościowa, rasowa czy etniczna, ma w gruncie rzeczy charakter trwały i niejako przynależy istocie człowieczeństwa jeśli tylko dokonuje się w atmosferze bezkarności. Niemieckie ludobójstwo dotknęło nie tylko naród żydowski, lecz także i Cyganów, co dowodziłoby, że uczucie nienawiści do inności to zjawisko szersze niż sam antysemityzm. Gdyby wojna potrwała dłużej zapewnie dosięgnęłoby też inne narody. Zatrzymamy się na przypadku Cyganów, by dowieść, że poddani zostali podobnemu jak Żydzi rodzajowi nienawiści.

Romowie przyciągali uwagę Europejczyków intrygując głęboką odmiennością, ale też – pomimo wielu podobieństw do diaspory żydowskiej mającej podobnie koczownicze źródła kulturowe – nie odegrali większej roli ekonomicznej, ani kulturowej. Tyle, że Żydzi aspirowali nie tylko do korzystania z dobrodziejstw zachodniej cywilizacjji, ale także do współrządzenia Zachodem starając się dotrzeć do jego najwyższych kręgów społecznych. Celem społeczności Romów była tego odwrotność, separacja i dążenie do osobności za wszelką cenę. Z przyczyn, które nie do końca dają się zrozumieć, zostali jednak przez hitlerowskie Niemcy potraktowani podobnie i skierowani do komór gazowych. Romowie nie przyjęli wyroku z taką pokorą jak uczynili to Żydzi i starali się stawiać opór.  Być może z tej przyczyny zginęło ich w obozach śmierci „tylko” 500 tysięcy, czyli połowa europejskiej populacji, jednak kilkakrotnie mniej niż Żydów, których Niemcy jako w pelni bezbronnych byli w stanie mordować szybciej i w niemal przemysłowy sposób oraz w znacznie większej liczbie. Szacuje się, że w wyniku eksterminacji mogło ich zginąć nawet 6 milionów, czyli dwunastokrotnie (!) więcej niż ludności romskiej. Warto zastanowić się nad tymi proporcjami, bo może to dopomóc w zrozumieniu przyczyn zbrodniczego potraktowania Żydów, których oprócz kulturowej ekspansywności cechował swoisty rodzaj bezbronności.

Mamy sposobność zatrzymania się nie tyle nad sprawami moralnymi dotyczącymi samej idei eksterminacji całych narodów, ile warto zastanowić się nad dwiema kwestiami:   (i) czy tego typu wydarzenia dadzą się uznać za wrodzony ludzkości koszt jej ewolucji oraz (ii) czy możemy się w jakiejś formie spodziewać powtórzenia podobnych wydarzeń, niekoniecznie w postaci masowych mordów, ale innego rodzaju wybuchów utajonych nienawiści na tle rasowym czy narodowym? Ma to istotne znaczenie w obliczu europejskiej bezradności wobec nasilającej się migracji do Europy ludzi innych ras i kultur.

Eksterminacja ludności żydowskiej była opisywana wielokrotnie i wielostronnie, co nie znaczy, że z wystarczającą dozą obiektywizmu. Była zwykle komentowana w taki sposób, by sprawiać wrażenie, że to jakieś nieobliczalne szaleństwo, okrutny przypadek i tak niezrozumiały, że zapewne zawiniony przez przypadkowych zbrodniarzy. Trzeba jednak pomyśleć, czy ten rodzaj zła prowadzący do podobnych wydarzeń tkwi w ludzkości nie jako zjawisko incydentalne, lecz jest częścią ich człowieczeństwa a nie tylko nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności. Wtedy pojawia się pytanie, czy nie powinniśmy spodziewać się w przyszłości wydarzeń niekoniecznie podobnych, lecz mających podobne źródła i zespoły przyczyn. Warto też zastanowić się nad próbą eksterminacji całego narodu, jak miało to miejsce w przypadku europejskich Cyganów. Idzie nie tylko o zaspokojenia ciekawości, lecz o zważenie tego, że los Żydów mógł nie być straszliwym i tylko jednostkowym przypadkiem, lecz w w pewnym stopniu mieścił się w normie tego, co okazuje się następstwem różnicy kulturowej tak głębokiej, że uniemożliwiającej asymilację i współistnienie. Jeśliby tak właśnie było, oznaczałoby, że problem wciąż nie jest zamknięty i jego echo może o sobie dać znać w przyszłości. Losy ludności o dawnej tradycji koczowniczej imigrującej w otoczenie kultur osiadłych okazują się z reguły w skutkach podobne, a zderzenia gwałtowne i to niezależnie od używanego języka, geografii i gotowości do absorbcji kultury miejscowej. Jak można wnioskować na podstawie współczesnego przypadku eksterminacji birmańskich Rohingów, tego rodzaju zjawiska są nagłą eksplozją czegoś w rodzaju nagromadzonych wcześniej negatywnych „sił wyższych”, nad którymi nie panuje nikt i nikt też nie jest w stanie przewidzieć ich gwałtowności, ani też formy wybuchu, niezależnie od przedstawianych racji. Przypadek Cyganów pokazuje, że europejskie losy Żydów wykazują do tego podobieństwo, co rzucać też może nowe światło na mechanizm samego Holokaustu. Bez zrozumienia zjawiska nie jesteśmy w stanie pojąć zawiłych losów europejskiej polityki, a cierpienia obu nacji w ramach ich konfrontacji ze społeczeństwami osiadłymi okazują się nie tyle pojedyńczym „wybrykiem historii”, ile mieszczą się w jakiegoś rodzaju dziejowej logice ewolucji. Spotykamy się z masową eksterminają jednych ludów przez drugie zawsze wtedy, kiedy w grę wchodzą głębokie sprzeczności kulturowe.

Motywy niemieckiej zaciekłości w eksterminacji Romów są trudniejsze do pojęcia niż dawniejsze wyroki na los europejskich Żydów. O ile bowiem, pomimo głębokiej kulturowej inności, ci ostatni byli w wielu przypadkach konkurencją kulturową i ekonomiczną dla Niemców, Hiszpanów czy Portugalczyków, to Cyganie nią nie byli nigdy. Pozostawali na społecznym marginesie pogardzani za koczownicze obyczaje, powszechność brudu i niechlujstwo. Tym bardziej zastanawia decyzja o ich jednakowym z Żydami potraktowaniu, ale też imponuje  odmienna i bardziej „bojowa” reakcja obronna. Żydzi, zdając sobie sprawę z masowej niechęci indoeuropejskiego otoczenia wybrali rodzaj świadomej separacji, rozwijając wmontowany w narodową psychikę rodzaj hamulca własnej agresywności. Romowie, zapewne z racji ruchliwości i braku trwałych związków z wciąż zmieniającymi się sąsiadami trwali w swej dość prymitywnej odrębności, wzbudzając raczej niechęć aniżeli nienawiść. To najliczniejsza postkoczownicza mniejszość żyjąca w rozproszeniu w wielu krajach Europy. Dane genetyczne wskazują na Indie jako ich pierwotną ojczyznę. W świecie żyje około 11 mln Romów, czyli liczba podobna do liczebności osób uważających się za Żydów. Używamy słowa „uważających się”, ponieważ ani jedni ani drudzy nie ukształtowali wyczerpującej w tej kwestii definicji wlasnej tożsamości i bycie niekwestionowanym członkiem każdej z tych nacji ma wciąż nieostry, dyskusyjny i jednostkowy charakter. Ortodoksi uznają za Żydów tylko tych, których matki były Żydówkami. Cyganie definiują siebie jeszcze bardziej wąsko. Ze względu na zróżnicowanie językowe i rasowe, za takiego uważa się tylko osobę, której dziadkowie obu płci byli Cyganami.

Po przybyciu do Europy z dalekich Indii poprzez tereny Azji Mniejszej około 900 lat temu taborowi koczownicy rozdzielili się i z Półwyspu Bałkańskiego rozeszli w różne strony. Pomimo podobieństw w pierwotnym stylu życia, europejska rola Romów i Żydów okazała się znacząco odmienna. Dlaczego Niemcy potraktowali więc obie narodowości z jednakową brutalnością? Charakter ich cech prócz koczowniczej tożsamości znacznie się różnił – ludność żydowska osiadała w zamożnych miastach stając się jak inni mieszczanami, ale i ekonomiczną konkurencją, natomiast Cyganie pozostałli społecznie nierozwinięci, biedni, życiem osiadłym się serdecznie brzydząc.

Pochodzenie Romów długo było zagadką. Działo się to za sprawą hermetyczności ich środowiska, posiadania odrębnego języka i ściśle przestrzeganego katalogu zakazów oraz nakazów. Romski, to – podobnie jak wiekszość języków Europy – też mowa indoeuropejska, tyle, że z podrodziny indoaryjskiej. Wywodzi się z sanskrytu. Posługuje się nim prócz Romów pokrewny im naród Sinti. Dziś już wiadomo, że pochodzą z Indii, skąd z niewiadomych przyczyn wiele lat temu udali się w daleką podróż. Wędrowali do Azji Mniejszej, potem przez Bałkany aż do Europy Środkowej. Na ziemiach polskich zjawili się po prześladowaniach w krajach niemieckich, gdzie początkowo byli przyjmowani gościnnie intrygując lokalną społeczność odmiennością i egzotycznym stylem życia. Byli obdarowywani żywnością, a przez władców listami przewozowymi, które umożliwiały przemieszczanie pomiędzy granicami. Wkrótce jednak, gościna zmieniła się w prześladowania z powodu zarzutów o czary i kradzieże, a w konsekwencji zaczęto ich nawet wypędzać. Samo pochodzenie słowa „Cygan” oznaczającego w dawnej grece „osobę niedotykalną” wiele mówi o tym, jak byli postrzegani. W Cesarstwie Bizantyjskim oznaczało wędrowców, wróżbitów, zaklinaczy zwierząt i czarowników.

Dzisiaj, największe cygańskie getto w Europie znajduje się w słowackich Koszycach, w niewielkiej dzielnicy Lunik. W kilku blokach, bez prądu i wody mieszka ponad 4 tysiące Romów.  Odnotowano, że kiedy budynki zasiedlali, było tam wszystko – wanny, krany, muszle klozetowe, kaloryfery, lampy w sufitach, prąd, rury w ścianach, drzwi i okna. Dziś bloki wyglądają jak po pożarze. Wszędzie piętrzą się śmieci, a mieszkańcy wyrzucają odpadki przez okna. Wiadomo też, że w domach nie ma już toalet, a większość załatwia potrzeby na chodnikach, w zaroślach lub na klatkach schodowych. Nieoficjalnie mówi się jednak, że jest ich tam może nawet i dwa razy więcej. Na osiedlu nie ma prądu, a woda dostarczana jest raz w tygodniu. Czy zatem niechlujstwo i brud jest wrodzoną Cyganom cechą, czy tylko zbiegiem okoliczności?

W przeciwieństwie do Żydów, których kulturową zasadą nieodmiennie było „równanie w górę”, Romowie nie wywarli wpływu na europejską kulturę, trwale sytuując się w przestrzeni społecznych dołów. Do pewnych wyjątków należy ich tradycja muzyczna,  która zasiliła folklor niektórych narodów – m.in. Węgrów (orkiestry smyczkowe), Rosjan (dźwięk gitary), czy Hiszpanów (flamenco). Wielu autorów oper i operetek też czerpało muzyczne wątki z romskiej tradycji. W literaturze było jednak znacznie mniej tego rodzaju wzorców. Tylko nieliczni romscy pisarze i poeci zostali docenieni przez szerszy krąg odbiorców.

Historia Romów związana jest z państwami, które wymagały od mieszkańców identyfikacji z konkretną, administracyjnie określoną religią. Inaczej jednak niż Żydzi, twardo obstający przy judaizmie w każdych okolicznościach, Cyganie przyjmowali najczęściej tę, która była dominującą (lub jedynie dozwoloną) w miejscu ich aktualnego pobytu. Większość Romów zamieszkałych w krajach muzułmańskich jest wyznawcami tamtejszej wersji islamu, a w chrześcijańskich – lokalnej odmiany chrześcijaństwa. Jak wiadomo w społeczeństwie żydowskim rzecz się ma na odwrót i obrona sposobu pojmowania Boga jest punktem wyjścia dla wspólnoty mentalnej i poczucia odrębności. Tymczasem, Cyganie nie przywiązują do religii wielkiej roli.

Romowie, to zróżnicowana grupa etniczna rozproszona po Europie, obu Amerykach oraz części Azji. Brak przywiązania do własnego terytorium skutkował wędrownym trybem życia i trwałą izolacją. Być może, spowodowało to większy niż u Żydów poziom narodowej dumy a w zetknięciu z grozą hitleryzmu prowadziło do oporu i determinacji. Cyganie, inaczej niż Żydzi, nie chcieli pokornie umierać. Ukrywali się, opierali, a nawet atakowali strażników. Nad ich częścią oświęcimskiego obozu unosiła się nie atmosfera rezygnacji, lecz przerażenie zmieszane z bojowością i rozpaczą. Jeden z SS-manów zapamiętał, że likwidacja obozu cygańskiego była najtrudniejszą operacją w historii Auschwitz-Birkenau. Pierwsza próba spotkała się z tak dużym oporem, że SS-mani musieli się wycofać w obawie przed wysoką liczbą strat własnych. W stosunku do więźniów żydowskich nigdy takich obaw nie było.

Niechęć Niemców do Cyganów narastała przez stulecia, lecz decyzja o ich eksterminacji była o tyle dziwna, że – w przeciwieństwie do Żydów – nie byli wobec ludności niemieckiej konkurencyjni. Tyle, że ich anarchiczny styl życia, swobodne przemieszczanie się z miejsca na miejsce konnymi taborami, były sprzeczne z ceniącą hierarchiczny Ordnung mentalnością Niemców. Pojawiły się więc „teorie naukowe”, zgodnie z którymi Cyganie mieli być nacją rozpustną, złodziejską, skłonną do przemocy i innych nieprawości. Wyrastały z rasistowskiej wizji świata. Naziści akceptowali te “naukowe” rewelacje, ale musieli je jakoś zgrać z tym, że Cyganie byli, tak jak sami Niemcy, narodem indoeuropejskim, nie zaś jak Żydzi – semickim. Etnicznie, należeli do tej samej co oni „rasy aryjskiej”. Trzeba zatem było ich eksterminację uzasadnić w inny sposób. Stali się więc dla germańskich ortodoksów nie tyle przestępcami, ile kimś znacznie niebezpieczniejszym – zagrożeniem dla czystości krwi. Jasno wyartykułowano to w pochodzących z 1935 roku ustawach norymberskich, w których uznano ich za Fremdrasse, czyli “obcą rasę”. Wprowadzone prawo nie tylko zabraniało małżeństw, ale nawet romansowania z Cyganami. Ci z Oświęcimia, zemścili się w szczególny sposób. Namówili polskiego więźnia, fryzjera u którego strzygł się i golił nadzorujący obóz oficer SS, by podczas wizyty podrzucił mu za kołnierz kilka wszy zarażonych tyfusem. Oprawca nie dotrwał do końca obozu i zmarł. Opór Cyganów sprawił, że podczas II wojny światowej Niemcy eksterminowali ich w znacznie mniejszej liczbie niż miało to miejsce w przypadku Żydów.Wyłącz HD Najciężej dziś odczuwane społeczne i ekonomiczne problemy Romów są więc pochodną wciąż istniejących stereotypów związanych – podobnie jak w przypadku Żydów – z kulturową odmiennością i długą tradycją rasowych prześladowań. W Polsce, ostatni pogrom Cyganów miał miejsce w czerwcu 1991 roku. W mazowieckiej Mławie (pogrom mławski) wybuchła wtedy agresja skierowana przeciwko mieniu najbogatszych przedstawicieli ludności romskiej.

Ze względu na głęboką obcość kulturową w relacji do mieszkańców Europy ludność romska spotykała się z głęboką niechęcią. Naród ten nie posiada własnej siedziby i we wszystkich krajach stanowi mniejszość. Brak wystarczająco długiej historii kultury politycznej sprawia, iż jest to mniejszość marginalizowana, zarówno przez dominującą część społeczeństwa,  jak i ze strony grup mniejszościowych. Ponadto, na obszarach ostrych tarć etnicznych Romowie są społecznością prześladowaną przez wszystkie strony konfliktu, czego odzwierciedleniem mogą być powtarzające się ekscesy w albańskim Kosowie.

Przyczyną wielu problemów są  też mniej lub bardziej skrywane napięcia kulturowe i – co za tym  idzie – polityczne. Poprawność polityczna każe twierdzić, że wszystkie kultury są jednakowo pozytywne i twórcze, w związku z tym obowiązkiem każdego z nas jest je wspierać. Inny jednak przybiera dzisiaj problem w obliczu niewidoczności Romów i znacznie zmniejszonej liczebności Żydów w Europie. Szczególnie dotkniętym tym krajem jest – co może być zaskoczeniem – Polska, w granicach w jakich pojawiła się po 1945 roku. W granicach miedzywojennych była rejonem o najwyższym odsetku mniejszości narodowych Europie (3,3 mln Żydów). Dziś, przeciwnie, ma tej mniejszości liczbę wręcz znikomą a Cyganie są prawie niewidoczni. Jaki to może mieć wpływ na społeczeństwo i czy może być jedną z przyczyn, dla której uważa się Polskę za kraj dziwny, a nawet dziwaczny?

            Warto porównać skład narodowościowy Polski dzisiejszej z przedwojenną, by dostrzec powody głębokich przemian społecznych, które miały miejsce po 1945 roku. W okresie międzywojennym była ona wciąż, podobnie jak dawna Rzeczpospolita szlachecka, państwem wielu konkurujących ze sobą narodowości. Dzisiaj trzeba ich na jej mapie wnikliwie się doszukiwać. Więcej, mają inną treść. W czasach II Rzeczypospolitej, niepolskie narodowości wciąż były liczne i z reguły zasiedlały określone terytoria. Razem, było ich prawie dziesięć milionów co stanowiło ponad 68 procent ludności, W Polsce dzisiejszej są nawet nie tyle nieporównanie słabsze, ile wręcz śladowe, a na czoło wychodzą takie, które dawniej nie były wcale brane pod uwagę. Przed wojną Ukraińcy, to kilkanaście procent ludności, Żydzi nieco mniej, bo tylko dziesiąta część całości, ale zajmowali za to dominującą przestrzeń w gospodarce. Idzie też i o to, że o ile regiony zamieszkałe w większości przez Ukraińców, to kilkanaście procent ludności rolniczej, dającej się bardzo wyraźnie zlokalizować, a społeczności postkoczownicze – Żydzi i Romowie były zupełnie niewidoczne, chociaż realnie istniejące. Dzisiejsza mapa rozkładu narodowościowego kraju pokazuje obraz drastycznie inny: nie odznacza zwartych grup mieszkańców na podobieństwo obrazu sprzed wojny, lecz tylko mniejszości sięgające zaledwie kilku procent w stosunku do reszty i dla całości mające znaczenie śladowe. Z przedwojennych 68 procent, po II wojnie światowej żywioł polski stał się praktycznie jedynym osiągając aż 97 procent całości. Zmienił się także radykalnie skład mniejszości. Dawniej, prym wiedli Ukraińcy, Białorusini, Żydzi i Niemcy. Dzisiaj – prócz niewielkiej populacji niemiecko-opolskiej – reszta, to mniejszości uważane przedtem za Polaków, którzy używają lokalnej gwary. To przede wszystkim, niewyodrębniani wcześniej Ślązacy, a prócz Niemców – w dziesiątkach tysięcy pojawiają się tylko pograniczni Białorusini, Ukraińcy i Romowie. Wszyscy razem, to nie więcej niż pół miliona osób, czyli dwa procent ludności. Stwierdzenie więc, że takiej jednorodności ludnościowej Polska nie miała jeszcze nigdy w swojej historii, to mało. Nasuwa się myśl, że skutkiem tej radykalnej zmiany stała się równie radykalna przemiana samej istoty polskości. Polak walczący kiedyś o polskość z własnymi sąsiadami uznawanymi za narodowe i kulturowe zagrożenie, to zupełnie ktoś inny, niż ten, który na mniejszości spogląda jak na folklor i lokalny koloryt regionalny.

                        Można wskazać na daleko idące skutki dotyczące samej nazwy państwa, ponieważ od siedemdziesięciu lat Polska wcale nie jest – jak dawniej – wielonarodowościową i wielowarstwową Rzecząpospolitą, lecz jednolitym narodowo i unitarnym państwem i to nawet w większym stopniu niż  inne państwa dzisiejszej Europy. Na obce języki jej nazwy nie tłumaczy się już – jak dawniej – jako echo rzymskiej Res Publica.  Nawet linie lotnicze zastępują to pojęciem Republic of Poland zamiast Commonwealth, ale przecież „republika”, to zupełnie coś innego niż „rzeczpospolita”. Pierwsze określenie wskazuje na formę  organizacji władzy państwowej i ustrój cywilnych rządów przedstawicielskich. Drugie, koncentruje się na ideologii w postaci ustrojowej „pospolitości”, czyli powszechności, a więc takiej, która dotyczy jakoś wszystkich, nawet wtedy, gdy kraj – jak dawna Rzeczpospolita – był głęboko rozwarstwioną monarchią, która ze swej istoty wykluczała republikanizm. Trzecia Rzeczpospolita, prócz języka, w praktyce nie jest w niczym kontynuacją dwóch poprzednich. Określanie więc dzisiejszej Polski mianem Trzeciej Rzeczypospolitej jest nie tylko mylące, ale i pozbawione podstaw. Pojawia się zatem pytanie o to, w jakim znaczeniu można mówić, że obecna Polska, to spadkobierca zarówno przedwojennej Drugiej, jak i dawniejszej Pierwszej Rzeczypospolitej szlacheckiej? O ile w tej Pierwszej, mniejszości narodowe miały mocno ugruntowane i w miarę stabilne miejsce, a Żydzi posiadali nawet pełnowartościowy samorząd, to w Drugiej ten aspekt był już znacznie słabszy. W obecnej nie ma go wcale. Więcej, dramatyczne zmiany w strukturze narodowościowej powodują, że dawne podziały społeczne i ekonomiczne uległy zanikowi na rzecz pełnej jednorodności. Nie ma już znaczenia ani pochodzenie klasowo-warstwowe, ani rodowe związki krwi, ani nawet mniej czy bardziej szlachetne brzmienie nazwiska. Wszyscy są pod tym względem równi, a wartość każdego zależy od umiejętności i pozycji zawodowej. Gdzie tu więc doszukiwać się „pospolitości” w rozumieniu dawnej Polski – głęboko klasowej i dalekiej od jakiejkolwiek sprawiedliwości? Tej, już dawno nie ma, a numeracja w postaci określenia Trzecia Rzeczpospolita jest zabiegiem sztucznym i wprowadza w błąd. Trzecia, to pod każdym względem inny kraj niż dwie poprzednie Rzeczpospolite.

            Warto więc zauważyć, że słowo „Polska”, używane na określenie kraju między Odrą i Bugiem jest – aż trudno w to uwierzyć – nie tylko nieostre, lecz zwodnicze. Pokolenia młodych Polaków uczą się, że Skrzetuski, Kmicic, Zagłoba i Wiśniowiecki to prawdziwe początki ich kultury. Oglądają zekranizowaną Trylogię jak część własnego życiorysu. Rodzi się przekonanie o ciągłości narodowej oraz poczucie prawa do odczuwania jednorodnej przeszłości. To jednak nieprawdziwe, jeśli zważy się głębokią odmienność struktury społecznej i narodowościowej kolejnych historycznych form polskości. Współczesna Polska, prócz nazwy, ma z poprzednimi niewiele wspólnego. Spójrzmy na to pod kątem najważniejszych problemów z jakimi się borykały poszczególne formacje.

            Najważniejszym problemem Pierwszej Rzeczypospolitej było utrzymanie prymatu herbowej szlachty nad resztą ludności. Niezależnie od wielu kwestii, które miały w tym swoje źródła, końcowym skutkiem była narastająca słabość państwa. Tylko 10 procent mieszkańców miało prawo posiadać broń, pełnić służbę wojskową i panować nad resztą. Reszta miała być pod pełną kontrolą szlachty. Utrzymanie monopolu wojskowego dawało jej narzędzie panowania na innymi, brutalnie wyzyskiwanymi i gotowymi w związku z tym do buntu. Było to błędne koło prowadzące do wzmagania wysiłku nie na rzecz siły państwa, lecz zniewolenia ludności za cenę braku przemian koniecznych dla zrównania się z innymi narodami. Drugim skutkiem szlacheckiego egoizmu było trwałe wspieranie się na ludności obcej pod każdym względem, czyli społeczności żydowskiej, zamiast na rodzimych mieszczanach. Ta natomiast nie miała żadnej motywacji do działania na rzecz państwa, lecz tylko do korzystnej kooperacji z warstwą rządzącą w wyzyskiwaniu reszty ludności. Swoisty sojusz tych grup okazał się wystarczająco trwały, by powstrzymać potencjalne bunty, ale gwarantował za to społeczny bezruch i narastanie klasowo-warstwowych nienawiści.

            Problem, przed którym stanęła II Rzeczpospolita był inny. Trzeba było, uwolnione wcześniej z pańszczyzny niepiśmienne masy chłopskie „przysposobić do polskości” i przekonać do narodowej i klasowej lojalności. Nie zostało to w pełni nigdy osiągnięte, ale rosnąca świadomość narodowa i gospodarcza pozycja ludności żydowskiej („wasze ulice, nasze kamienice!”) sprawiła, że przestała być ona narodem mickiewiczowskich Jankieli i sojusznikiem „szlacheckich narodowców”, ale stawała się elementem w coraz większym stopniu konkurencyjnym, zainteresowanym tylko własnym programem narodowościowym, a nawet zniknięciem Polski z mapy na rzecz jakiejś Judeopolonii. Słabość II Rzeczypospolitej polegała też i na tym, że o ile emancypacja i internalizacja żywiołu żydowskiego przebiegała sprawnie, to wchodzenie rodzimego chłopstwa w przestrzeń polskości było nie tylko powolne, lecz przebiegało z oporami wzmacnianymi konfliktami z mniejszościami narodowymi.

W rezultacie dramatycznych wydarzeń związanych z wojną i jej skutkami, powojenna Polska była pod każdym względem krajem o głęboko innej strukturze aniżeli jej wcześniejsze formy. Obojętna w gruncie rzeczy wobec polskości ludność żydowska, łatwo uległa niemieckiej eksterminacji i praktycznie zniknęła z polskich granic Jednocześnie, chłopstwo dostało niespodziewane możliwości szybkiego wypełnienia próżni i społecznego awansu bez „pomocnej ręki” słabnącej szlachty. Stało się to przyczyną powstania zupełnie nowego układu społecznego. PRL-owski system podziału społeczeństwa na „robotników, chłopów oraz inteligencję pracującą” okazał się trwały i skuteczny prowadząc do eliminacji dawnej inteligencji i otwierając chłopskim masom możliwości awansu do miejskiej przestrzeni społecznej. Pięćdziesiąt lat tego procesu dało w efekcie nowy układ, w którym dominantą stały się dwie społeczne grupy: nowa „postchłopska” klasa robotnicza oraz importowana z Rosji komunistyczna inteligencja. Jerzy Jedlicki zasłynął nawet twierdzeniem, że PRL, to kraj, którym rządzą „Żydy” i „Chamy”. Powoli, pierwsi tworzyli nowe inteligenckie „wyższe sfery”, drudzy stawali się inteligencją bardzo świeżego chowu bez większych więzów z jej dotychczasową formułą. Tyle, że ten proces emancypacji dotychczasowych społecznych „dołów” spowodował, że awansujące warstwy mogły przejąć władzę w Polsce w 2015 roku i zapewne szybko jej z rąk nie wypuszczą. Ten historyczny proces da się zilustrować kilkoma porównaniami.

            Analizując społeczny układ I Rzeczypospolitej trzeba mieć w pamięci to, że w przestrzeni jej dziejów, inaczej niż w czasach późniejszych, samo pochodzenie narodowościowe miało znaczenie wtórne. Znacznie ważniejsza była pozycja w strukturze klasowo-warstwowej. Z niemal 70 procent ludności chłopskiej, jedynie mniej niż połowa używała polszczyzny, ale mimo tego nie identyfikowała się z polskością, która była jej całkowicie obojętna.

Posługujący się językiem polskim stali się elementem decydującym dopiero w II Rzeczypospolitej (1918-1939), ale świadomość polskości rozwijała się powoli i nie uzyskała pełni do wybuchu wojny. Tyle, że w wyniku powojennych czystek i braku konkurencyjności ze strony innych narodowości, mieszkańcy kraju zostali zmuszeni do uznania zupełnie nowej dywersyfikacji społecznej w ramach jednorodnego pod względem językowym społeczeństwa.

             W powojennej Polsce, niezależnie od zmiany jej położenia i kształtu przebijało się jednak poczucie narodowej wspólnotowości. Ułatwieniem było zniknięcie innych nacji i konieczność wypełnienia przestrzeni kulturowej wyłącznie przez ludność polskojęzyczną. Skutkowało, to pojawieniem się jednorodnego poczucia polskości, niezależnie od echa dawniejszych powiązań. Teraz, w tej przestrzeni liczy się już tylko ewolucja struktury zawodowej, nie zaś narodowościowej. Nie ulega wątpliwości, że dzisiejsza Polska, to kraj nie tylko inny od poprzednich jego mutacji, ale odmienny całościowo, praktycznie we wszystkim.

            Zaczęliśmy od wskazania na odmienność kulturową Romów i Żydów związaną z ich koczowniczym pochodzeniem. Szczególne znaczenie okazało się to mieć dla tych terenów, na których ujednolicenie społeczne i narodowe prowadziło do eliminacji dotychczasowych barier społecznych. Okazało się, że podobieństwo koczowniczych źródeł pochodzenia innych narodowości wcale nie daje gwarancji podobnego rozwoju. Osoby pochodzenia żydowskiego dzięki wykształceniu i atencji do wiedzy wciąż należą, również i w Polsce, do osób najbardziej wpływowych. Cyganie praktycznie już nie istnieją jako liczący się podmiot. Jednak Holokaust i eksterminacja tych ostatnich, a także inne czystki etniczne, które miały miejsce za sprawą polityki stalinowskiej Rosji, dały ludności, która przetrwała niespodziewaną szansę, powodując, że otrzymała strukturę o takim stopniu jednolitości, o jakim nie mogła marzyć przez tysiąc wcześniejszych lat. Dawne, zacofane pod każdym względem chłopstwo stanęło teraz przed perspektywą cywilizacyjnego awansu i wypełnienia przestrzeni opustoszałych w następstwie niemieckiej eksterminacji, sowieckich wywózek i czystek ideologicznych. Polska, jak nigdy wcześniej stała się krajem etnicznie i społecznie jednorodnym. Wielu inteligentów czuje się urażonych, gdy widzą, że ich miejsca są zajmowane przez fale ludzi pochodzących z masowego awansu społecznego. To ma prawo boleć, ale w długiej perspektywie może okazać się zbawienne i przynieść krajowi zupełnie nową pozycję. Przyjdzie czas, że zrozumieją to również zachodni sąsiedzi.

Dzisiaj pojawia się dodatkowy problem, z którym nigdy wcześniej kraj się nie spotykał. Zamiast dawnej wielonarodowościowej struktury z niemożliwymi do pogodzenia konfliktami interesów kraj stał się tworem jednorodnym jak nigdy przedtem. Współczesna Polska jest tak odmienna od jej poprzednich form, że może powoli aspirować do stania się pełnoprawną częścią Zachodu. Jej dzisiejszy obraz  nie ma wiele wspólnego z dawnymi formułami państwowymi I i II Rzeczypospolitej. Problemem zarówno Romów, jak i ludności żydowskiej jest jednak to, że wciąż  pozostają w tej samej ‘postkoczowniczej’ kategorii społecznej jaką byli dawniej. Są wyraźnym kulturowym wyjątkiem i swego miejsca społecznego nie zmienili pomimo straszliwych doświadczeń z Holokaustem, który – jak by się mogło wydawać – powinien procesy ich europeizacji radykalnie przyspieszyć. Czy nie dowodzi to o stagnacyjnym typie ich kultur wróżącym kolejne konfrontacje i zderzenia aż do pełnego unicestwienia? Narody europejskie utrwalają swoją swobodę we współpracy z innymi, Żydów i Romów wciąż uważa się za element Europie kulturowo obcy. Czy to nie dowód na posiadanie przez nich jakiegoś rodzaju usterki konstrukcyjnej? Argumenty historyczne wskazują na to, że tego konsekwencje, to całkiem realna perspektywa, której uniknąć nie zdołają.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *