SPRAWA POLSKA I JEJ SYMBOLIKA

„Rzeczywistości się nie tworzy.
Można ją tylko dostrzegać”.
(F. Koneczny)

Motto podkreślać ma przekonanie, że to nie my tworzymy naszą rzeczywistość. Otacza nas niejako sama, właściwie bez naszej inicjatywy i aktywności. Jesteśmy w tej przestrzeni pasywni, nie mając w istocie wpływu na jej kształt. Generalnie ma dla nas ogromną wagę, tyle, że na codzień nie odczuwamy jej znaczenia, a kiedy z perspektywy czasu to rozumiemy, jest dla nas już za późno, żeby coś zmienić. W tym kontekście, wyjaśniena wymagają rzeczy arcytrudne, takie, o których większość z nas myśleć nie lubi, tak jak nie lubi się rozważań o własnej śmierci. Tak naprawdę – w skali masowej – ludzie nie czują potrzeby większego wysiłku umysłowego nawet wtedy, jeśli od niego zależy zrozumienie ich własnych losów. Sprawa jest zresztą skomplikowana i z innej przyczyny.

(i) Dla zrozumienia otaczającej nas przestrzeni konieczny jest zorganizowany wysiłek umysłowy a także gromadzenie wiedzy, na której zdobywanie – zagonieni codziennością – nie mamy czasu, okazji, a często nawet i ochoty.

(ii) Konieczna jest też, będąca jednak rzadkością, wola poznania tej rzeczywistości w postaci silnego bodźca do samodzielnego rozumienia otoczenia oraz życiowych prawideł wedle których poruszamy się po swym życiu. Większość niezachodnich kultur tej cechy nie posiada. Są poznawczo pasywne i mało aktywne. Można przy tym spotkać się z pytaniem, na które trudno jest odpowiedzieć wprost: po co właściwie to robić? Jak to zrozumienie ma wpłynąć na naszą codzienność? Jednostka nie posiada wystarczającego dystansu, by o tę wiedzę chcieć się w ogóle starać by wpływać nią na bieg własnego życia. Rzecz przekształca się w rodzaj błędnego koła: „nie wiemy o sobie wiele, bo za mało wiemy o naszym otoczeniu, a o tym ostatnim wiemy mało, ponieważ patrząc ze zbyt krótkiej perspektywy nie odróżniamy zjawisk trwałych od zupełnie przypadkowych i tylko nas dotyczących”.

Ludzie są przekonani, że ludzkość to ich własny wytwór. Mają do tego pozorne podstawy, ale w gruncie rzeczy jest inaczej, ponieważ nie mamy wystarczających informacji aby mieć obiektywny pogląd na treść własnego istnienia. W zależności od kulturowego kręgu różnimy się przy tym mocno sposobem widzenia otaczającej nas rzeczywistości. W rezultacie, pomimo tego, że „człowiek, to brzmi dumnie”, to my raczej jesteśmy przedmiotem biegu wydarzeń, aniżeli ich podmiotem. Nie znaczy to, że odmienne uzasadnienia się nie pojawiają, tyle, że są odosobnione, nie nabierając cech powszechnej świadomości. Ich źródłem jest albo pozamaterialna przestrzeń religijna i utrwalone przez nią dogmaty nie wymagające konfrontacji z rzeczywistością, albo też bardzo powierzchowna wiedza obiegowa nie potwierdzona niczym poza opinią sąsiadów i znajomych. Jest rezultatem otoczenia, istniejąc poza mechanizmem konfrontacji z prawdą obiektywną. Niewiele ma to wspólnego z faktycznym kształtem rzeczywistości, nie ma też wielu cech prowadzących do zrozumienia istoty naszego własnego istnienia. Jak bowiem pojmować uczestnictwo ludzi w tej czy innej formacji kulturowej, skoro obiektywna wiedza mówi, że nic im do tego, bo nie uczestniczą w niej  świadomie, lecz tylko z czystego przypadku historii i miejsca urodzenia. Nie mają też istotnego wpływu na jej treść i kształt. Cywilizacje ludzi powstają i upadają nie pytając nas o zdanie. Większość z nich, chociaż do swego istnienia potrzebują ludzkiej materii, w gruncie rzeczy wzięła się znikąd, z jakiegoś ślepego przypadku, powstając bez wyraźnej przyczyny, a z całą pewnością bez świadomego autorstwa ludzi. Ich uczestnicy też nie odczuwają posiadania takiej wiedzy, skoro do życia wystarcza im prosta wiedza obiegowa w ramach własnej przestrzeni kulturowej. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego człowiek nie jest w stanie zagospodarować przestrzeni, w której sam nie tylko istnieje i działa, ale która kształtuje też i jego samego wiążąc z innymi ludźmi? Tego właśnie nie wiemy i nasze rozumowanie będzie szło w kierunku próby przybliżenia fenomenu.

Dziejące się zjawiska mają własną logikę mającej źródło w ewolucji ich treści. Są od nas samych niezależne i przenikają do otoczenia na swój własny sposób bez aktywnego udziału ludzi. Jesteśmy ich materią i treścią, ale nie główną przyczyną. W konsekwencji, to one, nie zaś my, tworzymy historię, która dzieje się wokół i nas bezpośrednio dotyczy, ale na  którą większego wpływu nie mamy. Naszym (słabo wykorzystywanym) prawem jest starać się coś z tego zrozumieć, zanim nadejdzie nasz kres i zgromadzoną wiedzę zabierzemy ze sobą. Wedle Konecznego, wszystko co dzieje się wokół, jest w gruncie rzeczy od nas niezależne, będąc rezultatem splotu sił, na które nie mamy wpływu. Dokonuje się to w przestrzeni sześciu krańcowości, których powiązania warto jest pojąć, aby zrozumieć do czego się właściwie mamy dostosować, aby przynajmniej starać się zrozumieć rytm własnego losu. To my jesteśmy bowiem przedmiotem, nie zaś dziejowym podmiotem. Większość ludzkości nie zamierza się z takim stwierdzeniem pogodzić wierząc w swą wrodzoną nadrzędność i podmiotowość wobec otoczenia. Tyle, że to prosta droga do nieskuteczności i fałszywego oglądu rzeczywistości. Wiele bieżących wydarzeń uważamy codziennie za ważne, dlaczego więc wkrótce po ich przeminięciu przestajemy pamiętać ich istotę? Co jest więc w tym procesie na tyle decydujące, że jednak świat ludzi istnieje i mimo wszystko toczy się własnym torem?

Oto najważniejsze z obszarów, które obiektywnie kształtują główne różnice kulturowe i powodują oddzielenie Zachodu od reszty świata wyraźną i grubą kreską. Bezpośrednią przyczyną jest znacznie większa indywidualna aktywność jego mieszkańców od innych, żyjących w kulturach biernych i pogodzonych z losem. Przyczyną głębszą są cechy wrodzone, tyle, że istniejące bez wiedzy i woli uczestników. Warto te bariery rozpoznawać, przynajmniej po to, by zrozumieć, o co tu właściwie idzie. Przestrzenie tego rodzaju wiedzy sprowadzają się do sześciu przeciwnych sobie sposobów postrzegania otaczającego świata. Ludzie, od początku swojej historii starają się swoje otoczenie zdefiniować wedle własnych możliwości wynikających z ukształtowanych sposobów myślenia. Oto krańcowości w tej przestrzeni poglądów:

  • personalizm wobec grupowości;
    • aposterioryzm w miejsce aprioryzmu widzenia dziejących się procesów;
  • aktywne podejście historyczne, nie zaś bierne poddawanie się dziejom;
  • uznawanie różnorodności formowania się zjawisk zamiast godzenia się na aprioryczną jednakowość;
  • widzenie świata w ruchu i stale dopasowującego się do wydarzeń mechanizmu, nie zaś trwałego i zawsze jednakowego organizmu;

wreszcie:

  • głęboki spór w kwestii istoty prawa i prawnego monizmu wobec dualnego charakteru wielu tradycji prawnych. Omówimy je po kolei.

(i) Personalizm, to skupianie uwagi na osobowych cechach jednostek i ich zgrupowaniach, nie zaś na cechach wspólnotowych. Tym mianem określa się kilka (czasem przenikających się wzajemnie) rodzajów wartości składających się na osobowość człowieka, przykładając szczególną wagę do samego pojęcia osoby (łac. persona), nie zaś do społeczności jako całości. Rzeczą, która to podejście wyróżnia od innych, jest fakt, że jest powszechną cechą myślenia ludzi Zachodu, jednak nie cenioną poza nim samym. Filozofie Wschodu związane są z czymś przeciwnym – z gromadnościowym, nie zaś osobowym postrzeganiem miejsca człowieka w świecie i głęboko odbiegają od indywidualistycznego podejścia europejskiego. W tym też leży główna przyczyna wybicia się Zachodu na globalny sukces przed wszystkie inne wielkie kultury.

(ii) Aposterioryzm, toaposterioryzm  stanowisko według którego prawdziwe poznanie, to nie objawione lub wyrozumowane założenia wstępne, lecz rezultat doświadczeń. Stają się w pełni wiarygodne dopiero po wnikliwej analizie po fakcie, ex post (a posteriori). Dla uzasadnienia wymagają bezpośredniego lub pośredniego odwołania się do doświadczenia przesądzającego o prawdziwości osiągniętej wiedzy, zwłaszcza tej, której źródłem jest analiza naukowa.

(iii) Aprioryzm i aposterioryzm, to dwa wzajemnie przeciwstawne sposoby widzenia rzeczywistości. Pochodzące z łaciny pojęcia zakreślają przestrzeń dla odwrotnego sposobu widzenia postrzeganych przez ludzi zjawisk. Pierwsze, to przekonanie o istnieniu obiektywnej, lecz abstrakcyjnej przestrzeni „czysto filozoficznej”, niezależnej od ludzkiego doświadczenia i czyjegokolwiek wysiłku. To religijna tradycja judaizmu, islamu i zoroastryzmu. Oznacza brak potrzeby konfrontacji rozumowania z rzeczywistością. Takie podejście zmusza do uznania istnienia autonomicznego wobec człowieka otoczenia, nie wymagającego ani analizy treści, ani rozumienia przyczyn jego istnienia. Na takiej podstawie zbudowane są systemy o dominancie religijnej. Człowiek żyje wtedy jako podmiot bierny, zależny od wytworzonych przez siebie abstraktów. Dogmatem staje się pierwotność źródeł wydarzenia (a priori) bez oglądania się na samodzielną ludzką aktywność. Aprioryzm skrajny istniał już w europejskiej filozofii starożytnej, uznając wiedzę powstałą abstrakcyjnie – z założenia i a priori – za prawdziwą i pełnowartościową. Do takich systemów myślenia należy zarówno islam jak i judaizm, nie wymagające w swej dogmatyce przeprowadzania dowodu prawdy. To jest również przyczyna ich powikłanych losów w zderzeniu z Zachodem, charakteryzujących się brakiem rozwojowej dynamiki. Aprioryzm umiarkowany, to pogląd zgodnie z którym uznaje się możność istnienia jakiejś poznawczo trwałej i wartościowej wiedzy, obejmującej nie tylko sądy aktywnie analityczne, ale i aprioryczne syntezy w szczególnych jej przestrzeniach (na przykład matematyka). Ten nurt reprezentują również łagodniejsze wersje judaizmu, podające zdarzenia nie do intelektualnej analizy, lecz przede wszystkim do uwierzenia.

(iv) Historyzm, to uznanie istnienia dziejowego porządku zjawisk i wydarzeń. To stanowisko uznające możliwość poznawania rzeczywistości poprzez jej analizę, zwłaszcza w kwestiach społecznych i kulturowych i do tego w sposób historyczny, to jest w sekwencjach ich powstawania i wyciągania wniosków z okoliczności rozwoju z warunkami jakie tworzy otoczenie. Jest terminem wieloznacznym, określającym ramy kontekstu historycznego w rozważaniach o człowieku i jego życiu społecznym;

(v) Rozmaitość zjawisk i wydarzeń jest uznawana za naturę rzeczy, w przeciwieństwie do postrzegania dziejów jako swego rodzaju trwania w obiektywnej jednostajności. Świat, nie jest w tym ujęciu gładkim organizmem lecz stale dopasowującym się do zmian mechanizmem.

(vi) Ludzie nie do końca świadomie organizują się w społeczeństwa albo w formie dualnej, albo też w przestrzeni prawnego monizmu. Dualizm przyjmuje równoległość, ale i niesprzeczność podejścia religijnego w relacji do świeckiego. Gotów jest uznać dwoistą naturę zjawisk abstrahując od niemożności badania treści i prawdziwości przestrzeni samej religii. Dotyczy to również natury, pochodzenia oraz samego istnienia dobra i zła. Radykalny dualizm zakłada istnienie dwóch równorzędnych sił “światła” i “ciemności”, osobnych przestrzeni “dobra” i “zła”, równorzędnych i współodwiecznych. W tej sytuacji świat miałby być efektem ścierania się tych dwóch sił. Doktryny dualistyczne wiążą materię z pierwiastkiem “zła”, a element duchowy – z “dobrem”. Świat materialny jest brudny, ponieważ miałby być stworzony przez “zło” i sam człowiek pojawia się również jako zjawisko nieczyste w rezultacie uwięzienia doskonałości ducha w niedoskonałym ciele. Bierze się z tego niechęć wyznawców tego rodzaju poglądów do materii jako takiej oraz do czynności związanych z prokreacją przedłużającą “uwięzienie” w cielesnej przestrzeni zła. Człowiek szczęślity, to taki, który idzie wprost do nieba i pozbawiony cielesności przenosi się wieczności.

Monizm (gr. mónos jedyny) – to pogląd odwrotny od poprzedniego, uznający naturę bytu za przestrzeń jednorodną: czyli albo całkowicie materialną (materializm, monizm materialistyczny), albo też przeciwnie – tylko duchową, (monizm spirytystyczny) lub najwyżej mieszaną – materialno-duchową (panteizm). Greckie mónos oznacza pogląd przeciwny pluralizmowi sprowadzając całą rzeczywistość do jednej wspólnej zasady”. Na ile powyższe zestawienia znaczeń mogą mieć wpływ na kształtowanie się rzeczywistości i naszego na nią poglądu? Jaki jest praktyczny tego wymiar? Musimy wiedzieć, że zasadą jest to, że to ludzie swoimi poglądami określają kształt wielu ziemskich bytów i w pewnym sensie to oni powołują je do życia, stając się potem zależnymi od tworów własnej wyobraźni. Pokażemy rzecz w kontekście historii i meandrów państwowości polskiej.

Jest rzeczą uderzającą, że istniejący ponad cztery stulecia obszerny terytorialnie twór w postaci I Rzeczypospolitej nie przekazał swej struktury i wzorców potomnym. Szlachta z prawdziwego herbu, to dzisiaj zjawisko śladowe, Żydów i następców dawnego mieszczaństwa już nie ma ze względu na uznanie za element głęboko obcy. Mieszkańcy chłopskiego pochodzenia wcale się do niego nie przyznają, doszukując się raczej swoich – mniej lub bardziej fikcyjnych – szlacheckich korzeni. Kim więc właściwie Polacy są? Jeśli dzisiaj, echo Pierwszej Rzeczypospolitej wciąż pobrzmiewa, to raczej w następstwie istnienia narodowej wyobraźni niż otaczającej rzeczywistości. Ta Pierwsza Rzeczpospolita, najdawniejsza i o najdłuższej historii, z obecną – Trzecią, nie ma praktycznie nic wspólnego poza nazwą. W tej sytuacji mapka „wędrujących granic” Rzeczypospolitej jako rzecz jej historii przyrodzona wydaje się być czymś całkowicie naturalnym, potwierdzającym tylko wspólnotę tożsamości w tym znaczeniu, że wciąż trwa proces jej definiowania. Nikogo nie dziwi też numeracja kolejnych tworów pomimo wyraźnych przerw ciągłości istnienia i głębokich przemian tożsamości. Po Rzeczypospolitej Pierwszej i wielonarodowościowej, po stuletniej z górą przerwie pojawia się Druga, też wielonarodowościowa, ale już w znacznie węższym znaczeniu, a na koniec mamy Rzeczpospolitą Trzecią, narodowościowo jednolitą, więc i zupełnie w swej istotcie odmiennej od poprzednich. Wnikliwy obserwator zauważy przy tym ważną różnicę. Z pozoru rzecz jest prosta, tak jak prosta wydaje się być świadomość naszej własnej polskości.

Pierwsza Rzeczpospolita, to twór o najdłuższej historii (1385-1795) obejmującej ponad cztery stulecia dziejów wschodniej części Europy i zajmującej znaczną połać kontynentu, a także przez wieki decydującej o jego obrazie. Dlaczego okazał się długotrwały w sensie fizycznego istnienia, ale zupełnie nietrwały z dzisiejszej perspektywy znikając z kart historii niemal bez śladu poza pojedynczymi wspominkami. Powoływanie się dzisiaj na Konstytucję III Maja jako „pierwszą konstytucję Europy” jest mitem, skoro był to twór nie przystający w żadnym zakresie nawet do wymogów ówczesnej nowoczesności, wciąż głęboko klasowy i ukorzeniony w dawności, tolerujący niewolnictwo chłopów, a jego „wolnościowość” miała bardzo powierzchowny i elitarny charakter. Pomimo czterystu lat istnienia zniknął bez śladu w końcu XVIII stulecia i to w ciągu zaledwie dwóch rozbiorowych lat (1793-95).  Dlaczego Pierwsza Rzeczpospolita nie posiadła wystarczającej siły wewnętrznej dla podtrzymania, podobnie jak inne kraje Europy, własnego przetrwania? Powszechnie znane wyjaśnienie spycha odpowiedzialność na wrogich sąsiadów, ale każda poważniejsza analiza wykazuje, że przyczyna jest inna. Pierwsza Rzeczpospolita upadła w gruncie rzeczy „sama z siebie”, wiedziona wewnętrzną inercją anachronicznego ciężaru. Wbrew obiegowej opinii wcale nie była to „Polska” we współczesnym rozumieniu słowa, lecz wielobarwny i pełen pograniczności kulturowej i sprzeczności twór o trudnych do określenia cechach z wrodzoną mu nietrwałością włącznie. Z kolei, Druga Rzeczpospolita, to istniejąca zaledwie lat dwadzieścia próba odtworzenia tej Pierwszej, lecz – co uderzające – o dwudziestokrotnie od niej krótszej historii i już całkowicie odmiennej strukturze społecznej. Sama też właściwie zniknęła, a powojenne granice kraju ostatecznie przykryły ślad jej istnienia. Co ma dzisiejszy Szczecin, Olsztyn, Wrocław, Opole i Koszalin do dawnego Lwowa, Kijowa, Wilna, Kowna i Pińska? Nic. Nawiązywanie do dziejów Pierwszej, po stu dwudziestu latach nieistnienia, wydawało się jednak Polakom czymś najzupełniej oczywistym i całkowicie usprawiedliwionym, pomimo tego, że byli kimś zupełnie innym, niż jej pierwotni mieszkańcy – z ich wieloreligijnością, wieloetnicznością złączeniem wspólnotą granic, lecz już nie jednolitością kultury. Do tego, obszar tej Drugiej, to zaledwie trzecia część Pierwszej, a struktura społeczna i narodowościowa najzupełniej odmienna. Jak to się ma do polskości wszystkich ziem wiązanych z jej historią, skoro przemożna większość współczesnych Polaków wciąż uważa tę pierwszą, najbardziej odległą ale i najbardziej rozległą, tyle, że do dzisiejszej niepodobną, za swoją pierwotną ojczyznę? To rachunkowo niemożliwe. Jak ta Pierwsza ma się mieć do Trzeciej, obecnej, skoro różnią się od siebie wszystkim, tak jak krainy wielonarodowe mogą się różnić od jednolitych. Czy to więc wciąż ta sama Polska, różniąca się tylko obszarem i numeracją, czy też to twór odmienny powiązany tylko nazwą i nie mający wiele wspólnego z poprzednimi wersjami polskości? Z mapy „potrójnej polskości” nie wynikają odpowiedzi na pytanie o wewnętrzną jakość i trwałość narodowościowej treści. Pierwsza, przez większość swych dziejów nie przywiązywała wagi do struktury etnicznej. Przez cztery stulecia mieszkać „w Polszcze” wcale nie znaczyło bycia Polakiem. Przeciwnie, polskość jako taka nie była odrębną wartością, o czym wyraźnie mówią wszystkie dane. Było to wielokulturowe społeczeństwo o cechach, które dzisiaj uniemożliwiłyby jej istnienie.

Rzeczpospolita, w ciągu swoich dziejów przed 1945 rokiem nie była nigdy polskim państwem etnicznym, a swoich obywateli jednoczyła wokół terytorium i sposobu sprawowania władzy nie zaś narodowości jako takiej. Realizowała różne ambicje członkowskie społeczeństwa. Zamieszkiwali ją wyznawcy rozmaitych religii i osoby wielu narodowości – Tatarzy, Żydzi, Ukraińcy, Białorusini, Rusini karpaccy, Litwini, Łotysze i Ormianie. O ludach tych mówi się dziś jako o „innych narodach”, ale wtedy pojęcie to oznaczało coś innego niż oznacza dzisiaj skoro byli wzajemnie współobywatelami. Szlachta nie była narodem w etnicznym słowa znaczeniu, a tylko szczególnym tworem politycznym. To tylko obywatele, których narodowość miała drugorzędne znaczenie wobec posiadania herbu i wynikających stąd praw obywatelskich. Tyle, że to do nich należał monopol rządzenia, przynajmniej do czasu rozbiorów. Szlachectwo dawało władzę, ale wcale nie musiało łączyć się z używaniem języka polskiego i tkwieniem w narodowej kulturze. Pod tym względem był to pełny galimatias, co pokazuje mapka narodowości Rzeczypospolitej z okresu przedrozbiorowego. Rządził nią ekstensywnie, a nawet bezmyślnie egoistycznie, naród szlachecki, który stanowił tylko 10 procent populacji. To dużo i mało. Mało w stosunku do reszty mieszkańców, wiele w porównaniu z Francją, gdzie szlachta, to zaledwie jeden procent ogółu. Za to chłopów było tam dużo mniej niż w Polsce, a Francuzów-mieszczan znacznie więcej. Przypadek Rzeczpospolitej był więc, jak na czasy, dziwacznym wyjątkiem wynikającym z pograniczności z Azją, prowadzącym konsekwentnie do zablokowania drogi do emancypacji niższym warstwom społecznym i tym samym do podważenia trwałości państwa. Obywatele wywodzący się z innych etnosów mogli bez trudu zachować swoją odrębną obyczajowość identyfikując się bardzo powierzchownie z krajem który zamieszkiwali.

Na pytanie o najważniejsze narodowe wartości, Polak niechybnie wskaże sienkiewiczowski Potop i walczący o swoje ówczesny „naród szlachecki” z Kmicicem, Skrzetuskim i Wołodyjowskim. Nie zawraca sobie przy tym głowy dolą upodlonego chłopstwa, ani obcą dziwacznością kultury żydowskiej, czy też cherlawością stanu mieszczańskiego. O tego, dawne chłopstwo doszukuje się dzisiaj mniej lub bardziej fikcyjnych szlacheckich powiązań i pragnie o swej chłopskości zapomnieć. Żydzi zniknęli w Holokauście, a tradycja prawdziwego mieszczaństwa nigdy się nie odrodziła. Z całą pewnością, dzisiejsi Polacy, to zupełnie inny, praktycznie nowy naród, znajdujący się wciąż w trakcie tworzenia. Jak w tej sytuacji związać wszystkie Trzy Rzeczpospolite w jednolitą ciągłość? Może więc to jest właśnie prawdziwą przyczyną mentalnego rozgardiaszu jaki panuje wśród Polaków co do istoty ich własnej tożsamości?


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *