A PRORI, CZY A POSTERIORI? NIBY NIC A ISTOTNE!

Sposób myślenia profesora uniwersytetu wileńskiego Feliksa Konecznego (1862-1949) może wydać się zadziwiający. Jego rozumowanie wyprzedziło o ponad dwa pokolenia teorię Huntingtona, którą do niedawna uznawano za epokowe odkrycie i niepodważalny paradygmat naukowy. Tyle, że teoria okazała się płytsza od pełnych treści, chociaż znacznie wcześniejszych wywodów Konecznego. Ich obciążeniem okazało jednak to, że pisane były po polsku, nie zaś w jakimś innym, bardziej popularnym na Zachodzie języku. Gdyby nie ofiarność wielbicieli mogły się znaleźć w koszu historii. Nie były przecież zgodne nie tylko z poglądami sanacyjnych rządów czy powojennych władców wschodniej części Europy, ale również przeciwne piewcom teorii o wspólnotowości źródeł kultury żydowskiej i łacińskich następców greckiej klasyczności. Uznano więc fundamentalne różnice za nieistotne, skoro znalazły się w sprzeczności z uznawanym wtedy kanonem politycznej poprawności.

Może wydać się karkołomne, ale sprowadzanie do wspólnego mianownika rzymskiej łacińskości i hebrajskiej żydowskości jest wciąż uznawane za coś naturalnego i – co więcej – słusznego a politycznie poprawnego, choć bez wątpienia nieprawdziwego, bo prowadzącego do głębokich, tyle, że skrywanych konfliktów kulturowych. W Polsce, powikłania mają charakter szczególny i głębszy z tej przyczyny, że w tradycji Pierwszej Rzeczypospolitej pozycja społeczności żydowskiej była wyjątkowo wysoka i to w sposób nieporównywalny z żadnym innym krajem świata przed powstaniem państwa Izrael. Jej autonomia była większa od pozycji rodzimego mieszczaństwa, o niewolnictwie chłopskich mas nie wspominając. To fenomen w skali światowej, brzemienny w konsekwencje, w szczególności wobec procesów formowania się narodowej tożsamości Polaków. Oto dominantą rządzenia stawał się element napływowy, kulturowo obcy a nawet przeciwny, lecz zagłuszający rodzimy.

We wcześniejszych tekstach wskazywaliśmy, że to fenomen szczególnej pozycji żydowskości umożliwił unikalne w relacji do reszty Europy ograniczenie roli mieszczaństwa i zepchnięcie mas chłopskich do poziomu bliskiego niewolnictwu. Ustrój Pierwszej Rzeczypospolitej sprowadzał się do rodzaju sojuszu dziesięciu procent uprzywilejowanej szlachty z podobnym odsetkiem ludności kupieckiej pochodzenia żydowskiego. Skuteczne zastąpienie rodzimego mieszczaństwa przez ludność napływową okazało się czynnikiem decydującym dla całej polskiej historii. Echo zjawiska daje się odczuć do dzisiaj.

Pozycja tej ludności wiązała się również z bliskim monopolu panowaniem nad gospodarką i coraz poważniejszą rolą w przestrzeni gospodarczej. Wróżyło to stałe podnoszenie znaczenia ludności żydowskiej w przyszłości i przekształcanie się Pierwszej Rzeczypospolitej w swego rodzaju rządy inteligencko-żydowskiego tandemu ze stale rosnącą rolą żydowskości („wasze ulice, nasze kamienice!”). W rezultacie, treścią ewolucji polskości była rosnąca w siłę inteligencja miejska mieszanego pochodzenia, stopniowo zastępująca w przywódczej roli dawną szlachtę. Niezależnie od zbrodniczości zamiaru zapobieżenia temu procesowi w skali europejskiej miała służyć antysemicka idee fixe Hitlera w programie nazwanym Endlosung, czyli „ostateczne rozwiązanie”. Rozwiązania czego? Było wyjątkowo okrutne, ale nie tylko nie spełniło niemieckich zamierzeń, lecz okazało się wcale nieostateczne.

Na proces tworzenia się w Polsce swoistej mieszanki kulturowej złożyło się szereg czynników. Najpierw, było to echo włączenia się uczniów sefardyjskiego piewcy wspólnotowości judaizmu i polskiej odmiany chrześcijaństwa Jakuba Franka w czystą dotąd polską tradycję szlachecką. Później, odezwało się echem w intelektualnej bezmyślności sowieckiego komunizmu i spłaszczania przezeń każdej odmienności do najniższego poziomu, by na koniec stać się ilustracją władzy komunistycznej i szczególnego rodzaju cenzury uznającej myśli Konecznego za „endecko antysemickie” i na tyle szkodliwe, że godne zapomnienia. Trzytomowy rękopis jego dzieła Cywilizacja żydowska, to do dziś nieprześcigniony opis procesów nadających Polsce szczególny charakter, a także głęboka analiza samej istoty światowego żydostwa. Przetrwał dzięki przypadkowi przeszmuglowania przez granicę tworzącej się wtedy Żelaznej Kurtyny, będąc też dowodem trwałości dwóch rodzajów myślenia – jak nazwał to Koneczny – apriorycznego i aposteriorycznego. Pierwszy, to odbicie umysłowości orientalnej, charakterystycznej dla koranicznego islamu i talmudycznego judaizmu, drugi – to grecko-rzymska idea chłodnej racjonalności. Różnica określeń nie wydaje się wielka, chociaż faktycznie jedno jest przeciwieństwem drugiego. Aprioryzm, to wzór myślenia teoretycznego nie wiążącego się z faktami, natomiast aposterioryzm na odwrót – uprawnia do wnioskowania dopiero po potwierdzeniu. Odkryciem Konecznego było to, że różnica w podejściu do zagadnienia odgrywała zasadniczą rolę w kształowaniu się tożsamości wielkich kultur, stając się najważniejszym źródłem przewagi Zachodu nad resztą świata. Jeśli gdziekolwiek da się przeprowadzić logiczne rozróżnienie pomiędzy obiektywną analizą porównawczą judaizmu i grecko-łacińskiego racjonalizmu, to dzieła Konecznego są najlepszym tego przykładem. Tym bardziej zadziwiają wciąż ponawiane próby uznania jego znakomitych i wciąż aktualnych myśli, jeśli nie za niebyłe, to przynajmniej za niegodne czytania. Przyczyną tego spojrzenia jest polityka, a nie nauka. Koneczny opowiadał się bowiem za narodową demokracją, do której przylgnęło miano antysemickiej. Nie był zwolennikiem nazbyt w jego oczach lewicującej i przyjaznej judaizmowi piłsudczyzny. W rezultacie, w wiedzy obiegowej utarło się więc, że wszystko, co lewicowe jest raczej szlachetne, a co prawicowe – ze swej istoty prymitywne i antysemickie. Tyle, że polityczne opinie i poważne naukowe stwierdzenia, to zupełnie odrębne przestrzenie.

Sprawa sposobu spoglądania na dzieje świata pojawia się nie tylko w sferze mediów, lecz także w relacjach prywatnych, a nawet przyjacielskich. Oznacza też, że znaczenie kulturowe zagadnienia jest poważniejsze niż sama tylko jego strona naukowa. Doświadczenia z obserwacji dominujących dotąd w kraju środowisk warszawsko-inteligenckich, w których różnorodne spotkania są z reguły naznaczane jakiegoś rodzaju debatą, potwierdzają to w całej rozciągłości. W szczególności, dotyczy to osób nie kryjących powiązań w ramach polsko-żydowskich układów rodzinnych. Polska jest pod tym względem miejscem szczególnym, bo wbrew skomplikowanym układom etniczno-religijnym społeczną estymą cieszą się jednak przede wszystkim szlacheckie tradycje upowszechnione i spopularyzowane przez książki Sienkiewicza. Polskość jest utożsamiana z dawną potęgą Pierwszej Rzeczypospolitej, która miałaby swe tradycje przekazać Drugiej a potem Trzeciej, czyli współczesnej. Nic bardziej zwodniczego. Warto zwrócić uwagę na dominujące w tym uproszczenia. Najsilniejsze znamię polskości miejskiej inteligencji ma swoje źródło w procesie polonizacji szczególnej grupy osiemnastowiecznej kresowej ludności w postaci kilku tysięcy zamożniejszych Żydów – od swego przywódcy Jakuba Franka zwanych frankistami – którzy świadomie wybrali polskość, ostentacyjnie zrywając z żydowskością. Tyle, że od tamtych czasów minęło prawie dziesięć pokoleń. Świadomość pochodzenia się zatarła, lecz poczucie odmienności w stosunku do dawniejszych formuł polskości pozostała, odciskając silne piętno w postaci odróżnienia narodowościowo niejednolitych „polskich panów” od jednolicie wiejskich „chamów”. Rezultat jest taki, że określanie kogoś jako Żyda może wcale nie mieć odniesienia ani do jego poczucia religijnej tożsamości ani też narodowościowej. Echo jest odległe i głęboko wtórne, ale tkwi w świadomości tych, którzy zdają sobie sprawę z „gorszego”, czyli nieszlacheckiego pochodzenia i nie chcą się z tym pogodzić. Określenie przekształca się w cytowane odróżnienie polskich „chamów” od podejrzanych narodowościowo „Żydów”, co dodatkowo zaciemnia obraz w obliczu tego, że etnicznych Żydów dziś w Polsce praktycznie nie ma wcale. Jednak epitety pozostają, maskując prawdziwy konflikt, który ma bardziej charakter społeczno-ekonomiczny, aniżeli czysto etniczny.

Ilustracją pojawiających się w ramach omawianych zjawisk dylematów może być historia braci Jedlickich wywodzących się z dawnego rodu Grossmanów. Jerzy Grossman (1930-2018) i jego o rok starszy brat Witold urodzili się w żydowskiej rodzinie silnie zasymilowanej z polskim otoczeniem. W 1935 roku zostali ochrzczeni w obrządku ewangelicko-reformowanym. Samo w sobie staje się znamienne, że rodzice nie wybrali dla nich katolicyzmu, religii na ziemiach polskich dominującej, lecz niszowy w Polsce rodzaj protestantyzmu. W 1940 roku rodzina nie uznawała się już za Żydów, więc nie podporządkowała się zaleceniom niemieckim i nie przeniosła do warszawskiego getta. Synowie żyli na tzw. aryjskich dokumentach jako Jerzy i Witold Jedliccy nie powracając już do nazwiska urodzenia. Ich losy były jednak jak na rodzonych braci zadziwiająco odmienne. Jerzy uznał się za Polaka, pracował i zmarł w Warszawie i pochowany został na cmentarzu ewangelicko-augsburskim. Losy jego brata Witolda ułożyły się zupełnie inaczej. Zasłynął w Polsce artykułem opublikowanym w 1962 roku pt. „Żydy i Chamy”, ukazującym narodowościowe sprzeczności w ramach ówczesnej komunistycznej władzy. Potem jednak odwrócił się od własnej „ewangelickości” i uznał żydowskość swego pochodzenia. W latach 1964-1969 mieszkał w USA pracując na Uniwersytecie Kalifornijskim, aby na koniec osiąść na stałe w Izraelu i umrzeć w 1995 roku jako jego obywatel. Razem ochrzczeni rodzeni bracia poczuwali się – co warte osobnego zastanowienia  –  do odmiennej a nawet wręcz przeciwnej  tożsamości. Jerzy uznawał się za Polaka, Widold  miał się za Żyda. Związane z tym dylematy wyjaśnia uwaga Jerzego, że w Polsce „nienawiść do Żydów, pogarda i śmiech to część XX-wiecznej kultury środkowoeuropejskiej, w tym polskiej. Nie chcę przez to powiedzieć, że każdy był gotów do zbrodni. Ale zagładzie Żydów towarzyszyła uciecha znacznej części ich polskiego otoczenia. Tę uciechę, ten śmiech, który towarzyszył Zagładzie, pamiętam, bo byłem wtedy po drugiej, aryjskiej stronie muru”. Nie wdając się w ocenę tego stanowiska mającego przecież wielce złożone przyczyny, warto podkreślić, że historyczne doświadczenie jest w tym względzie jednoznaczne. Każda odmienność w stosunku do otoczenia wiąże się z konsekwencjami kulturowymi i jego nieuniknionymi reakcjami, co należy uwzględnić przy komentowaniu stosunków polsko-żydowskich. Szczególną rolę odgrywało to w Polsce jako rozróżnienie nie tyle narodowe, ile kulturowe i klasowe. Żydowskość była wśród nieszlacheckiej populacji Polaków przedmiotem zarówno pogardy ze względu na jej kulturową inność, jak i atawistycznej zazdrości z powodów czysto ekonomicznych.

Słowo „cham”, aczkolwiek pochodzi z Biblii, gdzie było imieniem jednego z synów Noego, w języku polskim stało się pojęciem obraźliwym. Słownikowo oznacza osobę, która zachowuje się bezczelnie, odrynarnie i nie przestrzega towarzyskich norm. W innym znaczeniu, to pogarliwe określenie człowieka niskiego stanu – chłopa, parobka czyli byle kogo. Możność użycia pojęcia w stosunku do ludzi PRL-owskiej władzy wynikała z tego, że jej kadry składały się początkowo z „inteligentnych” przybyszów z ZSRR, zwykle wykształconych, ale pochodzących z rosyjsko-żydowskiej mieszanki oraz z miejscowych „polskich chamów” wywodzących się ze społecznego awansu chłopskiego. Polskich chłopów charakteryzował przy tym często analfabetyzm i brak manier. Inteligencja z prawdziwego zdarzenia albo nie przetrwała wojny, albo też pozostała na emigracji. Określenie „Żydy” i „Chamy” miało więc swoje faktyczne, nie tylko polityczne podstawy. Tyle, że ewolucja społeczna ma to do siebie, że ludziom niewykształconym – „chamom”, pozwala się wykształcić, awansować i „chamami” być przestać, za to – rzecz biorąc kulturowo i technicznie – „odżydzenie” Żydów nie jest praktycznie możliwe. W tej sytuacji, konflikt staje się nieuchronny przybierając w Polsce charakter powtarzalny. Otwarcie, miał miejsce w 1956 roku, potem w roku 1968, objawia się również dzisiaj w postaci echa wcześniejszych sporów i wyników ostatnich wyborów parlamentarnych.

Znamienne, że w przestrzeni wiedzy o cywilizacjach i kulturowych źródłach krajowej inteligencji z reguły na plan pierwszy wysuwają się informacje aprioryczne („wiadomo jak jest!”), więc nie te, przemyślane i logicznie udokumentowane, lecz te, które dowodzą o „poprawności” prezentowanych poglądów. Rzecz w tym, że miarą owej „poprawności” jest stosunek do „kwestii żydowskiej”, czyli odpowiedź na pytanie o to, czy można być jednocześnie członkiem narodu żydowskiego i częścią grecko-rzymskiej tradycji europejskości. Z analizy Konecznego jednoznacznie wynika, że to niemożliwe, ponieważ nie można być – jak zawsze podkreślał – „cywilizowanym na dwa sposoby!”. Jednak Polacy o żydowskich koneksjach rodzinnych nie przyjmują tego do wiadomości, chociaż ich sytuacja jest paradoksalna. Prawie trzysta lat kulturowego mieszania się społeczności żydowskiej z polską pozostawiło ślad w postaci szczególnej definicji ich pochodzenia. Zwykle nie ma ono wiele wspólnego z rzeczywistymi proporcjami krwi, lecz sprowadza się do poziomu czy to własnego poczucia żydowskości, czy też powszechnej opinii mającej bardziej charakter domniemań aniżeli związku z faktami. Statystycznie, odsetek mieszkańców Polski poczuwających się do prawdziwie żydowskiej tożsamości jest nieduży. Jeśli ten ślad pozostał w świadomości to dlatego, że część krajowej inteligencji miejskiej ma bardzo dalekie korzenie w społeczności frankistów, Żydów schyłku I Rzeczypospolitej lecz spolonizowanych przez obdarzenie szlachectwem. Jego odbicie mieści się bardziej w sferze poglądów politycznych niż narodowościowej świadomości. Część tej populacji stała się bezwyznaniową inteligencją miejską, a część (jak były premier Mazowiecki) – dawno przeszła na liberalny katolicyzm. Jedynym liczącym się echem dawnych podziałów jest sposób postrzegania rzeczywistości w znaczeniu wagi, jaką się przywiązuje, czy to – jak każe tradycja grecko-rzymska – do wyciągania wniosków po przeprowadzeniu rozumowania, czy też w oparciu o ideowe albo religijne założenia. W ramach naszych wywodów oznacza to, że ponad wszelką wątpliwość nie można być zwolennikiem podejścia apriorycznego w rodzaju talmudyczno-koranicznego i jednocześnie uznawać otwarcie mu przeciwne, aposterioryczne i wynikające z grecko-rzymskiej tradycji poznawania rzeczywistości nie zaś orientalnego „stawiania wozu przed koniem”. Idzie o tradycję przekonania, że aby w istnienie czegoś uwierzyć, trzeba najpierw przeprowadzić dowód. Tymczasem, rozumowanie utrwalone w bliskowschodniej tradycji takiego dowodu nie potrzebuje w uznaniu, że samo tylko głębokie przekonanie jest argumentem wystarczającym jeśli ma związek z Objawieniem. To, że problem istnieje wskazuje nam fakt, że warszawsko-towarzyskie debaty idą z reguły w kierunku głoszenia takiej właśnie apriorycznej prawdy istniejącej „od zawsze”, która jest też rzekomo znana i akceptowana przez wszystkich „inteligentnych i rozumnych”. Tego rodzaju wiedza ma być również cechą wyróżniającą warstwę „naszej”, czyli tej „lepszej” inteligencji od innych, „mniej inteligentnych”. Najpierw, pojawia się stwierdzenie (jego źródło, to Talmud, Biblia i Koran, ale już nie Ewangelia) o istnieniu ponadczasowych prawidłowości i zasad, a potem obowiązuje już tylko „inteligentne przytakiwanie” i pozorowanie debaty w niczym nie podważającej pierwotnej myśli. Trudno się dziwić, że pośród osób wychowanych w kulturze greckiej logiki budzi to sprzeciw. Teza ma znacznie silniejsze oddziaływanie niż tylko pokątne rozmowy i jest szeroko rozpowszechniona w ramach tzw. „towarzystwa”. Taki pogląd, to nie przestępstwo, ale irytujące jest podtrzymywanie, że nie pozostaje w sprzeczności z tradycją łacińskiej logiki pomimo historycznie stwierdzonej i wielokrotnie udowadnianej przez historię nieprawdziwości tej tezy. Wbrew klarowności grecko-łacińskiej przeszłości, judaizm jest niejako na siłę „dopychany” do jej treści i najzupełniej sztucznie uznawany za tożsamość o historycznie wspólnych korzeniach. To nie tylko nieprawda, ale prawdą po prostu być nie może. Jak bowiem wyjaśnić przyczynę aż siedmiu prowadzonych przez Rzymian „wojen żydowskich”, zburzenia przez nich jako „łacinników” symbolu hebrajskości w postaci jerozolimskiej świątyni, pozbawienia Żydów prawa do udziału w polityce i w rzymskich siłach zbrojnych oraz zastąpienie tego „patriotycznego obowiązku” zakazem służby wojskowej zamienionej na cywilny obowiązek podatkowy? Co było późniejszą przyczyną Inkwizycji prowadzącej do – albo eksterminacji ludności żydowskiej, albo też pozbawienia jej prawa do „hiszpańskości”? Jedynie umysłowe prostactwo, nie zaś prawdziwy konflikt kulturowy? Jaka wreszcie była treść i przyczyna głębi niemieckiej nienawiści prowadzącej do zbrodni Holokaustu? Nie ośmielam się sprawy rozstrzygać, ale ostrożny brak pytań do uznanych powszechnie za kanon odpowiedzi jest znamienny. Jeśli więc słyszymy sformułowanie: „my, ludzie Zachodu”, wcale to nie oznacza wspólnotowości źródeł kulturowych, ponieważ pochodzą z najzupełnie odmiennych światów – tradycji bliskowschodniej (islam, judaizm) i zachodnio-śródziemnomorskiej (katolicyzm) a także jej wschodniego odgałęzienia w postaci prawosławia. Zachód jest – w zależności od regionu – różnego stopnia mieszanką wszystkich trzech. Europa jest najbardziej związana z tradycją chrześcijaństwa zachodniego. Protestanckie Stany Zjednoczone z samej natury protestantyzmu i jego mentalnych powiązań ze Starym Testamentem wchłonęły znacznie wiecej elementów judaizmu niż inne kraje Zachodu. Zrozumienie tego przesłania pozwala na prawdziwie efektywną debatę publiczną i dążenie do zrozumienia problemu zamiast zastępowania go ulicznymi burdami pozornie tylko nie mającymi z tymi różnicami związku. Tyle, że one ten związek mają.

Problem antysemityzmu w europejskiej przestrzeni kulturowej (Polska, Białoruś, Ukraina) nie polega ani na odczuwaniu szczególnej tożsamości religijnej ani wyimaginowanej niechęci do hebrajszczyzny. Sprowadza się do – niełatwo w to uwierzyć – nie do samej tylko historiozofii i potraktowaniu jej jako dowodu na trwałość podstaw istniejącego świata, lub też przeciwnie – na ich zmienność. Inaczej mówiąc, polski antysemita nie wyraża negatywnego stosunku do Żydów jako etnicznej nacji, lecz do odmiennego pojmowania przez nich wielu pojęć. „Lokalny” Polak mniej lub bardziej świadomie poczuwa się do wspólnotowości z całą grecko-rzymską tradycją historyczną, chociaż ani on sam, ani jego przodkowie w niej nie uczestniczyli. „Polak międzynarodowy”, to jednak ktoś, kto uznaje siebie także za część tradycji hebrajskiej zorganizowanej nie tyle wokół Biblii Starego Testamentu, lecz bliskowschodnich cech judaizmu. Paradoks polega na tym, że oba elementy współżyją ze sobą w polskiej tradycji kulturowej, choć w swej istocie są w stosunku do siebie całkiem obce.

Koneczny dowodzi, że prawdziwą przyczyną wszystkich odmienności, konfliktów i dokonywanych zbrodni są różnice w tożsamości wielkich kultur, nie zaś jakiegoś rodzaju uprzedzenia – religijne czy polityczne. Cywilizacja islamska oraz żydowska są według niego czysto aprioryczne, czyli oparte na założeniu niezmienności świata w obliczu jednorazowego aktu Stworzenia nie podlegającego racjonalnej ocenie człowieka. Grecko-rzymska tradycja intelektualna na odwrót – jako aposterioryczna, doszukuje się w wydarzeniach logicznych przyczyn i historycznych powiązań z następującymi po nich faktami. Tutaj, znajduje się też źródło kulturowych sprzeczności w postrzeganiu rzeczywistości, których w żaden sposób połączyć się nie da, bo – zgodnie z Konecznym –  „nie można być cywilizowanym na dwa sposoby”. Sposób aprioryczny, jest w tradycji bliskowschodniej z góry przyjęty jako prawdziwy, tyle, że bez dowodu pochodzącego z doświadczenia i oparty na rozumowaniu uprzedzającym fakty. Zachodni,  aposterioryczny, na odwrót, oznacza tyle co “po fakcie”, albo “w następstwie faktu”. Odnosi się więc do poznania powstałego nie na podstawie wstępnych założeń religijnych czy filozoficznych, lecz na doświadczeniu i rozumowaniu drogą indukcji „od szczegółu do ogółu” wskutek przyjęcia do wiadomości istnienia przyczyn oraz następstw zaistniałego faktu. Jest synonimem empiryzmu, czyli wyciągania wniosków z doświadczenia, a nie ze wstępnych założeń. Poznawanie a priori typu bliskowschodniego ma więc być poznaniem czystym, lecz tylko teoretycznym, biorącym się z samego faktu poznania, niezakłóconego doświadczeniem i wiedzą z innych podobnych doznań. To coś odwrotnego w stosunku do europejskiego doświadczenia zmysłowego. W tej sytuacji, polski antysemityzm – jeśli w ogóle zjawisku można nadać takie miano – ma niewiele wspólnego z Żydami jako wyodrębnioną nacją, lecz wiele z ogólniejszą różnicą poglądów na historię, która sprowadza się do odmienności widzenia źródeł historycznych i filozoficznych faktów, w których uczestniczymy. Zatrzymamy się chwilę na rozumowaniu Feliksa Konecznego, który jako jedyny z historiozofów skupił analizę fenomenu na istotnych przyczynach tak głębokiej odmienności judaizmu od wszystkich innych wielkich filozofii narodowych, że aż prowadzącą do zbrodni Holokaustu.

Istotą cywilizacji łacińskiej jest to, że opiera się na świeckiej uniwersalności, której źródła tkwią w greckiej filozofii, rzymskim prawie i chrześcijańskiej etyce, ale tej, tkwiącej korzeniami w życiu publicznym i prywatnym społeczeństw, nie zaś w oświadczeniach proroków sprzed ery Jezusa. To w gruncie rzeczy etyka podporządkowana świeckości, nie zaś religijne teorie wskazywane często jako istota norm postępowania przyjętych przez społeczeństwo. Wszystko, co nie jest świeckie staje się w przestrzeni zachodniego typu myślenia wtórne. Dzięki temu jednak, cywilizacja łacińska mogła stać się personalistyczną w przeciwieństwie do pozostałych będących kulturami nie tylko religijnymi, ale i gromadnościowymi. To ona wytworzyła pojęcie państwa, osoby, etyki i prawdy. Prawo jest w jej przestrzeni tworzone na podstawie obiektywnych, a nie religijnych norm etycznych, dzięki czemu możliwy jest rozwój moralności jako elementu systemu społecznego współżycia niezależnego od rodzaju wyznawanej religii. Jedną z cech tak rozumianego prawa jest w cywilizacji łacińskiej dualizm zasad współżycia publicznego i wartości życia prywatnego. Feliks Koneczny silnie wyróżniał prawo prywatne od prawa publicznego. Państwo w cywilizacji łacińskiej nie ingeruje w kształtowanie się prawa prywatnego. Tego rodzaju ingerencja byłaby sprzeczna z jej zasadami. Prawo państwowe reguluje jedynie stosunki międzyludzkie i zapewnia bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne samego państwa i świeckiech zasad społecznego współżycia. Tradycja bliskowschodnia, w tym i żydowska ma odwrotny charakter. Sfera religijna narzuca swoje zasady innym podporządkowując całość temu, co w kulturze Zachodu jest tylko mniej ważnym elementem. Inaczej niż ma to miejsce w kulturach Wschodu, w cywilizacji łacińskiej ważną rolę odgrywają niefamilijne wspólnoty lokalne, samorządy, spółdzielnie, kasy pożyczkowe itp., dzięki którym można starać się ograniczyć do niezbędnego minimum rolę państwa i grup powiązanych wspólnotą krwi. Spośród dóbr materialnych największą estymą cieszą się nieruchomości, a w szczególności ziemia, nie tak, jak w islamskiej czy żydowskiej, gdzie centrum ekonomiczego zainteresowania jest majątek ruchomy. Inaczej też niż ma to miejsce w przestrzeni judaizmu i islamu, naturalnym dążeniem systemu zachodniego staje się zapewnienie jak największej liczbie ludzi samodzielności ekonomicznej i własnego warsztatu pracy, dzięki któremu będą w stanie utrzymać siebie i rodzinę. W ramach prawa rodzinnego i małżeńskiego w cywilizacji łacińskiej występują wyłącznie małżeństwa monogamiczne, a pozycja kobiety jest zdecydowanie wyższa niż w innych kulturach. Tak rozumiana cywilizacja łacińska w pewnym stopniu utożsamia się z szerszym pojęciem – kulturą chrześcijańską, ale tą, która jest syntezą filozofii greckiej etyki nie zaś powiązań ze świętymi księgami starożytnych Hebrajczyków.

Geniusz Konecznego ujawnia się również w jego odmiennym spojrzeniu na sposób kształtowania się stosunków społecznych, kiedy to podstawą uznawanych wartości są stosunki międzyludzkie, a nie relacje z Bogiem. Najbardziej wrażliwą stroną zagadnienia staje się wtedy rodzaj dwoistości filozofii katolickiej z wciąż powracającymi pokusami nawrotu do judaizmu i odzyskania przewagi nad świeckością. Przejawia się to określaniem katolicyzmu jako religii objawionej, a nie takiej, która jest akceptowana rozumowo. Sprawa jest dwuznaczna i budzi kontrowersje zarówno w gronie teologów jak i filozofów, znajdując jednak odbicie w obowiązującej doktrynie Kościoła Katolickiego, całkowicie przy tym sprzecznej z tradycją grecko-rzymską. Ta, podnosi rozumowy aspekt religii, nie zaś jej niezależność od zdolności umysłowych człowieka. Największym osiągnięciem myśli Konecznego były wnioski podważające tę kościelną zasadę. Uznał cywilizację łacińską za najwyższe stadium rozwoju relacji społecznych i zasad współżycia, lecz nie za religię objawioną i z tej przyczyny jedyną lub dominującą wizją świata. Koneczny twierdził, że cywilizacja łacińska jest wyidealizowanym obrazem europejskiej rzeczywistości, w której katolicyzm odgrywa tylko rolę inspiracyjną.

Czy te poglądy miały uzasadnienie? Państwa europejskie w ich kształcie organizacyjnym bazującym na chrześcijaństwie dominowały w świecie od stuleci. Zarówno system chiński jak i hinduizm były wciąż w stanie rozkładu, a i dzisiaj rozwijają przez adaptację wzorów zachodnich nie zaś sięganie do własnej starożytności. Tylko więc Zachód ma perspektywę prawdziwie globalną, inne systemy jej nie mają. I tak trzeba też spoglądać na jego historię i historyczne powiązania z judaizmem.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *