UKRAINA. TO EUROPA, CZY JUŻ AZJA?

            Polska ma jednego sąsiada, którego losy będą mieć bezpośredni wpływ na jej własne. I nie są to Niemcy, bo ich przyszłość wydaje się ustabilizowana i „wewnątrzunijna”. Mamy na myśli Ukrainę, państwo istniejące zaledwie ćwierć wieku, lecz mające ogromne znaczenie dla przyszłości regionu. Jej granice zakreślą nie tylko kształt wschodnich krańców Europy, ale ostatecznie zadecydują o jej tożsamości. Trzy kierunki – zachodni, północny i południowy są dla ekspansji zamknięte, pozostał jeszcze wschód i o tę granicę toczy się współczesny spór. Rosja jest tego doskonale świadoma. Na codzień nie zdajemy sobie z tego sprawy oczekując, że wszystko się jakoś samo ułoży, bo z perspektywy historii wszystko układało się jakoś samo. Zapewne tak będzie, ale też nic nie ułoży się nie dotykając nas samych. Polacy ulegają wrażeniu, że nic im do tego, a szczególnie do kwestii tak delikatnej jaką jest Ukraina, z którą mamy tyle historycznych doświadczeń i podstaw do poczucia wyższości jak i winy. Związki Polski z tym krajem są oczywiste, ale na codzień zachowujemy się tak, jakby nie miały znaczenia albo też jakby nie było ich wcale. Jak to możliwe? Czy to tylko skutek ostrożności?

Spójrzmy na mapę regionu a zobaczymy, że Ukraina to kraj tylko z pozoru do Polski podobny, tyle, że większy i nieco ludniejszy. Tradycja historyczna sugeruje by myśleć o niej jako o przestrzeni wobec nas podrzędnej, której dzieje dla naszych własnych losów nie mają większego znaczenia. Nic bardziej błędnego. Dzisiejsza Ukraina, to nie tylko kraj dwukrotnie od Polski większy i ludniejszy. Posiada cechę, której Polska szczęśliwie się wyzbyła: skomplikowany układ narodowościowy. Oficjalnie, prawie osiemdziesiąt procent jej ludności, to Ukraińcy, problem tylko w tym, że połowa z nich nie zna języka ukraińskiego i mówi tylko po rosyjsku.  Jak wtedy zdefiniować Ukrainę? Niemal dwadzieścia procent nie tylko nim nie włada, ale ma się za czystych Rosjan, nie zaś Ukraińców. Z kim więc właściwie Polska sąsiaduje?

Liczby są podwójnie mylące, przy czym co spis, to inne wyniki. Według tego z 2001 roku, język rosyjski określiło mianem ojczystego aż 14 273 000 obywateli Ukrainy, czyli prawie 30 procent mieszkańców. Badania Kiev International Sociology Institute wskazują jednak, że języka rosyjskiego używa na codzień aż 43–46% populacji kraju, a więc więcej, niż języka ukraińskiego. Spróbujmy rzucić światło na tę zagadkę, tymbardziej, że kwestia dotyczy również i naszego kraju.

            Polska nie ma problemu z tożsamością i kształtem granic i nie musi w tej kwestii niczego wyjaśniać. Nie pamiętamy tylko, że do niedawna było inaczej i miejsce naszego kraju w Europie wciąż było dyskusyjne. Paradoksalnie, ale dopiero granice PRL-u, formacji nielubianej i nie uznawanej za „polską”, ustabilizowały sprawę na tyle, że dzisiaj nikt nie domaga się zmiany granic, czy też przywrócenia „wielkiej Rzeczypospolitej”. W rezultacie, granice Unii Europejskiej wydają się stabilne a w regionie nie widać mechanicznej ekspansywności. Dla Polski to o tyle nietypowe, że w poprzednich stuleciach to właśnie jej granice wzbudzały najwięcej kontrowersji i stawały się przyczyną konfliktów. Dlaczego dzisiaj nie dają się we znaki, skoro powszechna opinia jest taka, że wciąż nam się należą części czy to II czy nawet I Rzeczypospolitej?

Historia Polski, to również problem niejednoznaczności jej granic i związanej z tym ewolucji tożsamości. Można to sprowadzić do procesu, który rozpoczynał się wielokulturowością by dotrzeć na koniec do jednolitości. Wiele wskazuje na to, że Ukrainę czeka ten sam proces ale – tak jak w przypadku Rzeczypospolitej – ujednolicanie będzie  łączyć się ze zmniejszaniem obszaru do granic na tę jednolitość pozwalających.

            Sąsiadująca z Polską Ukraina ma wymiar dwoisty. W części zachodniej powstała na terenach dawnej Rzeczypospolitej, ale jej druga, wschodnia część nie wzbudza już tego rodzaju emocji, chociaż problemy jej granic z tą tradycją nie mają wiele wspólnego będąc efektem ekspansji szczególnego rodzaju rosyjskości. Polacy zresztą nie są w tej sprawie logiczni, bo i nie mają nic przeciwko Ziemiom Odzyskanym (od kogo?) i zapewne nie mieliby też nic przeciwko temu, by pozyskać jakieś dawne tereny zabużańskie, ale nikt przecież bić się o to nie zamierza. Z Ukrainą jest inaczej i jej układ terytorialny skłania do myśli, że przyszłe i ostateczne ustalenie jej granic nie obędzie się bez większego konfliktu regionalnego. Jak dotąd, zogniskował się na Krymie i w Donbasie, ale problem nie wydaje się być zakończony. Ukraina tylko na mapie jest krajem o wyrazistych granicach. W rzeczywistości, to Polska jest krajem etnicznie jednolitym a dzisiaj nawet – to paradoks historii – najbardziej jednolitym w Europie.  Ukraina na odwrót, to kraj niejednolity ze swej istoty, jej wschodnia część używa zupełnie innego języka niż zachodnia i opiera się na odmiennych tradycjach historycznych. Zachodnia jest etnicznie i historycznie związana z Polską, wschodnia z – Rosją. Tyle, że jedna i druga, to inne kręgi kulturowe.

            Niektóre kraje regionu o prawie do własnego istnienia wciąż muszą przekonywać świat. Samo określenie „Ukraińcy”, jako nazwa osobnego narodu zamieszkującego tereny pomiędzy Bugiem a Donem pojawiła się późno, bo dopiero w drugiej połowie XIX wieku. To następstwo rodzącego się ukraińskiego ruchu narodowego odcinającego się od oficjalnej ideologii wielkorosyjskiego imperium, ale także od tożsamości polskiej. Historia tej części Europy, to jednak nie stulecie lecz całe tysiąc lat. Mamy dzisiaj Ukrainę i mamy Rosję, ale to twory młode – ich pojawienie się, to ostatnie dwieście lat. Nasuwa się pytanie gdzie zarówno dzisiejsi Ukraińcy jak i Rosjanie byli przedtem – pięćset i tysiąc lat temu i czy coś z tego wynika? Czy były to odrębne narody, czy tylko jakiś rodzaj proto-Rosjan, którzy zasłaniali się tylko nazwą Rusów? Znowu, inaczej niż historia Polaków, która nigdy nie tworzyła wątpliwości co do ich tożsamości, z Ukrainą jest problem. Polega na tym, że w ciągu wcześniejszej tysiącletniej historii regionu nie było wiadomo nic o Rosjanach, ani o Ukraińcach. Byli tylko Rusowie, potomkowie normańsko-słowiańskiej założycielskiej mieszanki. Tyle, że na nich jako swoje prapoczątki powołują się dzisiaj i jedni i drudzy – Rosjanie i Ukraińcy. Nawiasem mówiąc, określenie „Ukraińcy” w miejsce dawnych „Rusinów” pojawiło się późno, dopiero w wieku XIX, a rodząca się tendencja do odczuwania odrębności przez przyszłych Rosjan, to też zjawisko zaledwie sto lat wcześniejsze, czyli czasy Piotra z tej między innymi przyczyny nazywanego Wielkim. Z punktu widzenia obu krajów – Rzeczypospolitej i Rosji – „ukraina” to ich wzajemny skraj. Kto zatem zaludniał ten region w dawniejszych stuleciach, od kijowskiej Rusi począwszy? Był to jakiś inny rodzaj pogranicznych Rosjan, Ukraińców, czy może wciąż jeszcze Rusinów, proto-Ukraińców a może też proto-Rosjan z których później wyrosły nowe nacje? Jakie to ma dzisiaj znaczenie? Okazuje się że ma znaczenie fundamentalne dla pojawienia się nowoczesnej świadomości narodowej.

            Istnieją trzy nacje, które mogą powoływać się na „staroruskie  początki” sięgające czasów łączenia się wschodnich Słowian z napływającymi z północy Normanami. Pod koniec pierwszego tysiąclecia określenie „Rus” odnosiło się tylko do tych, których pierwotną siedzibą były obszary z pogranicza dzisiejszej Szwecji i Finlandii. Ich slawizacja dokonała się późno i za cenę przesuwania się na południe, poza Bałtyk i przyjmowania przez tworzący się nowy naród wzorców rusko-skandynawskich w miejsce lokalnych czysto słowiańskich. Skutkiem inwazji tatarskiej było jednak oddzielenie – zarówno mentalne, jak i lingwistyczne – wschodniego skrzydła Słowian od zachodniego. Pierwsze wpadło w objęcia mongolskie i przejęło tę schedę aż po Kamczatkę stając się Rosją, drugie, jako część jagiellońskiej Rzeczypospolitej dążyło do polonizacji i europeizacji dawnej „ruskości”. W takiej postaci przetrwała południowo-zachodnia część regionu, stając się najpierw Kozaczyzną, aby ostatecznie zostać Ukrainą.

            Krajobraz środkowej części Europy zmienił się jednak wraz  z jej nowym podziałem – na azjatycką Rosję i odwróconą na zachód Rzeczpospolitą Polski i Litwy. Losy części zachodniej, praktycznie tożsamej z obszarem Wielkiego Księstwa Litewskiego, poszły w kierunku tak silnej polonizacji, że pierwotna ruska elita przekształciła się w Kościuszków, Moniuszków, Wańkowiczów i Sapiehów emigrując na koniec na tereny etnicznej Polski i gubiąc ruskie korzenie na rzecz wschodniej odmiany polskości. Pozostałe na miejscu resztki „białoruskości” zostały przykryte napływającą rosyjskością. Inaczej mówiąc, tradycja ukraińska, to ruskość z polskim tłem, białoruska na odwrót – ruskość pokrywana rosyjskością. Pytanie o to, czy pozostała z tego jakaś „reszta” trzeba zostawić historii. Łukaszenka może uważać się za lokalny gatunek Rosjanina, podczas gdy Poroszenko ma z narodową identyfikacją większy problem. Na tym zagadnieniu się skoncentrujemy zadając przy tym pytanie, kim właściwie są mieszkańcy dzisiejszej Ukrainy: całkiem samodzielnym narodem, Ukraińcami o rosyjskich korzeniach, czy też bliżej im do Rosjan niż do reszty Słowian? Odpowiedź na pytanie okazuje się być skomplikowana i brzemienna w następstwa.

             Zacznijmy od kwestii wspomnianej na wstępie. Jeśli prawdziwe początki historii regionu zdominowanego przez Rosjan, to dopiero Piotr Wielki i jego następcy (przyjął dla kraju miano Rosji w miejsce Rusi), czyli przełom XVII i XVIII wieku, to początki świadomości istnienia Ukrainy daje się dostrzec dopiero sto lat później, tyle, że pojawiają się już jako rzecz od rosyjskości odrębna. Jeśli tak, to jak potraktować putinowskie pretensje do Ukrainy i rzekomo „wiecznie rosyjskiego” Krymu wraz z ich wschodnim pograniczem, a jak rusko-ukraińskie poczucie ciągłości sięgające czasów normandzkiej Rusi? Zauważmy, że obie nacje, jakże się od siebie dzisiaj różniące, obchodziły w tym samym roku tysiąclecie narodzin uznając się – każda z osobna i każda inaczej – za spadkobiercę dawnej kijowskiej Rusi. Jak to pogodzić z odczuciem rosnącej odrębności prozachodniej dzisiaj Ukrainy i azjatyckiej Rosji sięgających niekiedy pełnej wobec Zachodu wrogości? Jednorodne narody poczuwają się raczej do wspólnotowości, nienawiść odczuwają formacje głęboko skonfliktowane.

Kwestia, której znaczenie jest trudne do oceny, to podział kraju na dwie strefy językowe – ukraińską i rosyjską a także tradycje ich powiązań z jednej strony z Zachodem, z drugiej – z Rosją. Istnieją europejskie przykłady społeczeństw zróżnicowanych pod względem używania języka – Szwajcaria (niemiecki, francuski, włoski i romański), Belgia (francuski i holenderski), ale są one w tradycji europejskiej bardziej wyjątkami, aniżeli zasadą. Zasadą jest językowo-kulturowa jednolitość. Tyle, że sama Rosja nią nie jest, w jakim więc znaczeniu może poczuwać się do wspólnoty z Ukrainą?

                    Współczesny obraz Ukrainy uderza podwójnie. Po pierwsze tym, że poszczególne części kraju znacznie się od siebie różnią pod względem używanej mowy. To tak, jakby Polacy z zachodu mówili po polsku a reszta po czesku, słowacku czy po rosyjsku. Część zachodnia wschodniego sąsiada posługuje się ukraińskim, wschodnia – rosyjskim. To dwa różne języki a nie  mutacje tej samej mowy. Inne są też ich historyczne korzenie. Zachód Ukrainy, to długotrwały związek kulturowy z dawną Rzecząpospolitą, reszta jest niejednoznaczna, a odczucie etniczne zróżnicowane – od antyeuropejskiej rosyjskości (Krym i Donbas), poprzez ambiwalentność narodowej świadomości (Charków, Dniepropietrowsk), po odczucie silnej odmienności od Rosji pomimo używania tego samego języka (Odessa). Czy może istnieć prawdziwa wspólnota o tak zróżnicowanej świadomości? Czy naprawdę można uznać Ukraińców za jeden naród, skoro mieszkańcy Lwowa czy Zakarpacia uważają, że z rosyjskością nie mieli wiele wspólnego, za to odesczycy mają ją za część swojej tożsamości. Zakarpacie przez tysiąc lat było częścią Królestwa Węgier nie mając większych związków z Rosją, za to lwowska część Galicji była mocno spleciona z austrowęgierską niemieckością i lokalną polskością. Kijów miał zarówno okresy silnego zbliżenia z kulturą polską jak i rosyjską. W rezultacie, istotą ukraińskiej tożsamości nie jest poczucie językowej wspólnoty, lecz przeciwnie – silne zróżnicowanie i rodzaj utrwalonej pograniczności. I to po każdej stronie granicy. W którą stronę pchnie ją przyszłość?

Termin „ukraina” do XVI wieku nie miał głębszego znaczenia, nie był zresztą niczego nazwą, oznaczając tylko „ugranicze”, „pogranicze”, „krańce” terenów, zamieszkałych przez społeczności o różnych tradycjach.. Urzędowo, nazwa została w Polsce po raz pierwszy użyta w 1590 roku w tytule konstytucji sejmowej Jana Zamoyskiego zatytułowanej Porządek ze strony Niżowców i Ukrainy. Proces trwałego samookreślenia się Ukraińców jako odrębnej narodowości był znacznie późniejszy w porównaniu ze Słowianami zachodnimi i okrzepł dopiero w XIX stuleciu, analogicznie do tych, które zachodziły w innych częściach Europy (Czechy, Słowianie Bałkańscy, Polacy na Śląsku, Warmii i Mazurach, litewskie odrodzenie narodowe itp.) Ukraińskość rodziła się dłużej i w znacznie większym kulturowym rozproszeniu w porównaniu z polskością. Na terytorium Austro-Węgier liczba Ukraińców w 1910 roku, to niespełna cztery miliony, z czego w części zwanej Przedlitawią mieszkało ich 3 518 tys. (Galicja – 3 211 tys., Księstwo Bukowiny – 305 tys.). Było jednak znacznie więcej Ukraińców w Rosji nie mających żadnej styczności z Zachodem – 22 381 tys. (17,81% ogółu). Zamieszkiwali  zwarcie zachodnie obrzeże Rosji – gubernię kijowską (79,2%), wołyńską (70,1%) i podolską (80,9%). W podobnym stopniu dotyczyło to chersońskiej (53,9%), taurydzkiej (42,2%,), jekaterynosławskiej (68,9%), połtawskiej (93%), czernichowskiej (66,4%) i charkowskiej (80,6%) a ich liczba była tam większa niż liczba wszystkich Polaków. Inaczej mówiąc, „rosyjskich Ukraińców” było pięć razy więcej niż tych, zamieszkujących Austro-Węgry. Po jednej i drugiej stronie granicy byli to jednak Ukraińcy o niejednakowym poczuciu świadomości narodowej i kulturowej. Echo tego problemu pobrzmiewa do dzisiaj. Ma przy tym znaczenie fakt, że Austro-Węgry były krajem europejskim, a nie rosyjską Azją.

Problemów narodowościowych jest w tej przestrzeni więcej. Dzisiaj, pod względem językowym, najbliżsi Rosjanom są Białorusini, Poleszucy, Ukraińcy, Karpatorusini, potem – Bułgarzy, Macedończycy, Serbowie i Czarnogórcy. Z Rosjanami łączy ich wyznawanie prawosławia, alfabet cyrylicki, pokrewieństwo językowe i wiele innych aspektów kultury. O różnicach decyduje jednak nie tylko sam język, ale także odmienna tradycja historyczna i silne zabarwienie emocjonalne. Językiem ojczystym Rosjan jest rosyjski – największy język z rodziny słowiańskich. Posługuje się nim około 140 mln ludzi. Oprócz samej Rosji jest także językiem urzędowym Białorusi, w Kazachstanie, Kirgistanie, na Krymie, w Naddniestrzu, Gagauzji, Abchazji i Osetii Południowej. Jest jednym z sześciu języków oficjalnych Organizacji Narodów Zjednoczonych używając pisma zwanego grażdanką, odmiany cyrylicy.

Sprzeczności narodowościowe regionu próbowano rozwiązać zastąpieniem Rosji przez – teoretycznie federalny – Związek Radziecki. Ten jednak nie wytrzymał próby czasu i z początkiem lat dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia rozpoczął się proces jego rozpadu, co dało miejsce pojawieniu się niepodległej Ukrainy. Wciąż jednak trwałość nowych tworów nie była rzeczą pewną. Ukraina, to zaledwie ćwierćwiecze historii regionu poprzedzającej dominację silniejszych sąsiadów – państwa polsko-litewskiego oraz Rosji. Większość tego okresu, to albo podporządkowanie sąsiadom lub też niepodległość fikcyjna w postaci Radzieckiej Socjalistycznej Republiki Ukrainy. Krótki i nieoczekiwany okres niepodlegości (1918-1920) nie miał większego znaczenia.

Przez wiele stuleci problemem Ukrainy była kwestia fundamentalna – pytanie o jej tożsamość, sprowadzające się do kwestii, czy jest tworem całkiem samodzielnym, czy też odpryskiem prawosławia moskiewskiego i Rosji. Dzisiaj pytanie jest inne, a linią sporu nie jest istnienie narodu ukraińskiego, lecz sprawa językowa i pytanie o to, czy mieszkańcy rejonów mówiących po ukraińsku są takimi samymi Ukraińcami jak ci używający rosyjskiego. Różnica pomiędzy rosyjskim a ukraińskim to nie tylko kwestia gramatyki. Język niesie też odmienną strukturę mentalności i odzwierciedla osobne poczucie przynależności kulturowej. Ukraińskość nie kojarzy się z azjatyckością – rosyjskość przeciwnie. W porównaniu z poprzednimi okresami, ukraińskość z jej cyrylicą i znamionami podobieństwa do rosyjskości nie oznacza – jak kiedyś – dominacji tradycji wschodnioeuropejskiej. Dowodem na to może być – niezauważony, ale dramatyczny – zwrot cerkwi ukraińskiej od podległości Moskwie ku poddaniu się zwierzchnictwu Konstantynopola. Zdawałoby się, że to różnica czysto formalna, tymczasem ma dla przyszłości regionu fundamentalny charakter, bowiem prawdziwie rosyjska pozostaje już tylko Białoruś. Rosja pozostaje nawet wśród prawosławia tworem samotnym.

Czy może istnieć jednolity naród posługujący się odmiennymi językami? Odpowiedź nie jest łatwa odkąd wiemy, że używanie tego czy innego języka, to nie tylko kwestia przypadku, lecz następstwo głębokich różnic kulturowych i konsekwencji historycznych. Szwajcarzy mówią czterema językami, ale mają też kilkaset lat wspólnej historii. Na Ukrainie są dwa główne języki – ukraiński i rosyjski, ale wspólnej historii kulturowej prawie nie ma. Część wschodnia identyfikuje się z historią Rosji, zachodnia zwraca się ku Europie a zakarpacka pamięta o tysiącu lat wspólnoty z Węgrami. Ta część Ukrainy, w której nie mówi się po ukraińsku (cała wschodnia połowa) nie wywodzi się z tej, która chłonęła tradycję zachodnią poprzez przynależność do dawnej Rzeczypospolitej. Powiązana jest natomiast z Moskwą, uznając siebie za szczególną emanacją rosyjskości. Jaki to może mieć wpływ na kształtowanie się przyszłości regionu?

   Mieści się w tym także rodzaj przeciwności. Historia Ukrainy, to albo proces jej rusyfikacji, albo też przekszałcanie w jakiegoś rodzaju zachodnią mutację. Historia Polski na odwrót – to odchodzenie od rosyjskości, albo też cofanie się wzorców zachodnich. Wiele wskazuje na to, że jesteśmy świadkami wielkiego i ostatecznego starcia prowadzącego do ostatecznego ukształtowania się rosyjskiej granicy  z Zachodem. Tyle, że nic nie jest jeszcze w tej sprawie przesądzone.

Nie ma rozwiązania „kwestii ukraińskiej” bez ostatecznego uformowania się jednolitej świadomości narodowej mieszkańców. To, że zachód kraju zamieszkują  w większości  obywatele używający ukraińskiego, a krańce wschodnie mówiący po rosyjsku, jest faktem. Czy to oznacza jednoznaczny podział narodowościowy, czy też rzecz się ułoży inaczej? Jaki będzie los położonej przestrzeni pomiędzy nimi? Nacjonaliści rosyjscy nie mają wątpliwości: „Galicja precz! Reszta do do Rosji!”. Doświadczenie ostatnich lat wskazuje, że sprawa nie jest tak prosta. Wydaje się, że najbardziej prawdopodobne są trzy warianty.

Wariant 1, prorosyjski. Dążeniem Rosji jest unicestwienie ukraińskiego nurtu narodowego w pragnieniu sprowadzenia go tylko do obszaru antyrosyjskiej Galicji. Reszta – wedle tej opinii – albo już jest rosyjska, albo jeszcze nie zdaje sprawy, że taką będzie. Ten wariant Moskwa uznaje za klucz do wększego dzieła – powrotu na arenę międzynarodową jako supermocarstwo. Nie bierze tylko pod uwagę własnego osłabienia w relacji do czasów radzieckich ani też szybko urastających patriotyzmów lokalnych, które uniemożliwiają pokojowe złączenia z Rosją jej dawnych terytoriów. Rozwiązanie wojenne nie jest możliwe ze względu na gospodarczą słabość Moskwy a także brak gotowości ze strony Zachodu na zgodę na tego rodzaju rozwiązanie. Wydaje się więc, że aczkolwiek wariant na mapie wygląda imponująco, faktycznie jest tylko wielkomocarstwowym marzeniem. Rażące jest to, że nie brane w ogóle pod uwagę są odczucia miejscowej ludności. Tymczasem Zakarpacie jest pośród terenów dzisiejszej Ukrainy ostatnie w gotowości do przyjęcia wariantu rosyjskiego. Dla twórców wielkorosyjskich koncepcji, to jednak żadna przeszkoda, skoro tradycją polityki zagranicznej Rosji jest wymuszanie ustępstw siłą, nie zaś negocjacje,  czy porozumienia. Świat jednak zmienił się bardzo, tamte czasy nie wrócą, a Rosja nie stanie się już światową potęgą.                     Wariant 2, noworosyjski. W ramach tego rozwiązania Noworosja, czyli tereny zdobyte przez Katarzynę Wielką na Turcji w końcu XVIII stulecia i zasiedlone przez ludność rosyjskojęzyczną, tyle, że nie mającej jasnego poczucia przynależności narodowościowej, uzyskają autonomię, ale znajdą się pod rosyjską kuratelą. To wariant bardziej prawdopodobny niż pierwszy, ale sytuacja zmienia się dynamicznie wraz z procesem autonomizacji regionu i osłabiania świadomości jego rosyjskości. Jest znamienne, że w 2015 roku ta część Ukrainy nie poddała się – choć mogła – rosyjskiej kurateli, co dla Moskwy było bolesne. Rzecz jedak w tym, że ludność regionu nie posiada narodowego poczucia ukraińskości, skoro powszechnie używa języka rosyjskiego. Na dzisiaj, niechęć do połączenia się z Rosją jest jednak silniejsza niż poczucie braku więzi z ukraińskim nacjonalizmem. Ta sytuacja wydaje się jednak tymczasowa z tendencją do utrwalania. Oznacza to, że zarówno autonomizacja regionu jak i jego autonomizacja w ramach Republiki Ukrainy, czyli utrwalenie dzisiejszej sytuacji, są jednakowo możliwe.

Wariant 3, podział. To powrót do tradycji historycznej, kiedy Ukraina istniała w ramach Pierwszej Rzeczypospolitej, a w części zachodniej była europeizowana i oddzielała się od wpływów rosyjskich. Ten proces wciąż tkwi w świadomości narodowej Ukraińców, kwestią tylko pozostaje to, jak daleko na wschód sięga przewaga odczuwania ukraińskości nad rosyjskością. To nie jest zrównoważone. Kijów bez wątpienia zawsze należał do tej części kraju, orientującego się na zachód, nie zaś w kierunku rosyjskości. Tyle, że sama stolica jest pod tym względem nietypowa i większość jej mieszkańców mówi na codzień po rosyjsku. Ten wariant ma dla Ukrainy jako państwa również inne obciążenia. Dzieląc się, Ukraina przestaje być największym po Rosji krajem regionu i traci wyjście na Morze Czarne. Wtedy, pozostaje jej tylko Polska jako główny europejski partner, a to może budzić niechętne skojarzenia. Wiele wtedy zależy od poziomu polskiej kultury politycznej.

Przedstawiony wariant podziału przyszłej Ukrainy zwraca jednak uwagę na czynnik, który w przypadku innych państw Europu nie ma większego znaczenia. Na Ukrainie jednak, to, że na codzień mówi się po ukraińsku czy po rosyjsku wciąż nie jest dowodem na jednoznaczne poczucie przynależności narodowej. Ukraińcowi z Zakarpacia może być bliższy Węgier i Słowak niż mieszkaniec Lwowa. Z kolei, mówiący po rosyjsku mieszkaniec Odessy wcale nie musi mieć rosyjskiej świadomości narodowej. Rzecz jest skomplikowana jeśli idzie o tradycję historyczną. Jaka pod tym wzgledem będzie przyszłość, zobaczymy.

Media narzucają wrażenie, że o kształcie przyszłej Europy zadecydują losy Brexitu. Europa bez Anglii i Europa z Anglią mają być czymś najzupełniej odmiennym i powodującym, że po Brexicie przewagę będą miały jej cechy kontynentalne a nie inne. Odnoszę jednak wrażenie, że jak zwykle, dominuje w tym pewna mitologia. To, czy Wielka Brytania pozostanie częścią Unii Europejskiej z pewnością będzie miało wpływ na kształt tej ostatniej, ale nie będzie miało większego znaczenia dla świata zachodniego jako takiego, którego istotą jest współistnienie Europy ze światem angloamerykańskim. Zachód, to kontynenalna część Unii powiększona – bagatela! – o świat anglosaski – z Wielką Brytanią, Kanadą, Stanami Zjednoczonymi i Australią z Nową Zelandią. To obszar znacznie większy i ludniejszy od Europy (bez Rosji). Inaczej mówiąc, atlantyckie granice świata zachodniego są właściwie ustalone i zapewne się już nie zmienią. Kwestią definicji, ale nie geografii, jest przynależność do niego Ameryki Łacińskiej. To jednak też sprawa ustaleń geografów i polityków, nie zaś faktów widocznych w atlasach. Z jej wschodnią granicą tak prosto już nie jest. Gdzie dokładnie na wschodzie kończy się Europa nie tylko wciąż nie wiemy, ale – jak widać z przebiegu wydarzeń – właściwie nie mamy na to wpływu. To bowiem kwestia tego, w jakim kierunku potoczy się historia i ewolucja świadomości mieszkańców, a te wciąż są nieodgadnione.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *