KOŚCIÓŁ OTOCZONY ZACHODEM. KAPŁAN CHARAMSA I JEGO KLATKA

Kosciol            Mieszkańcy Europy urodzeni i wychowani w chrześcijańskiej tradycji nie spieszą się z przyjęciem do wiadomości, że nie jest ona jedyną formacją mentalno-kulturową w świecie i zachowują się tak, jakby inne nie istniały lub do istnienia nie miały prawa. Poglądy polskich polityków rozbiegają się ze światową rzeczywistością pozwalającą na bytowania obok siebie różnych społecznych modeli i wzorców. Dla nich, nieodmienie świat, to Europa, a ta ostatnia, to Rzym i Watykan. Za początek europeizacji własnego kraju uważają moment jego chrztu z 966 roku, przyjętego w obrządku rzymsko-katolickim utożsamianym z początkiem ery chrześcijańskiej. Mało kto chce pamiętać, że wydarzenie było poprzedzone dwoma tysiącami lat ewolucji i przekształceń cywilizacji śródziemnomorskiej, w których Polska nie brała udziału, bo jej wtedy nie było. Dzisiejszym tego echem jest miano jej religijnego systemu, które w polszczyźnie utrwaliło się jako „chrześcijaństwo” i skutek przyjęcia chrztu, najpierw przez monarchę, a potem przez resztę ludności. Warto jednak pamiętać o przyczynach, dla których w językach zachodniej części Europy jest ono określane inaczej (Christentum, christianity, cristianesimo, cristianismo, christianisme) i związane nie z aktem chrztu, lecz z wiarą w wagę oraz istotę ziemskiej misji Chrystusa. Następstwem takiego rozumienia historii jest to, że polskie rozumienie chrześcijaństwa, to nacisk na jego stronę formalną, czyli na samą formalność aktu i wynikające z tego obyczajowe konsekwencje, nie zaś na głębię religijnej treści. Za panowania Mieszka I, ludność kraju odgrywała rolę bierną, podczas gdy spadkobiercy starożytnego Rzymu musieli dokonywać świadomego wyboru pomiędzy Chrystusem, a wciąż silnie zakorzenioną wiarą w Zeusa, bliskowschodniego Baala, czy egipską Izydę. Wschód Europy tej możliwości nie miał, napotykając na wybór między chrześcijaństwem a barbarzyństwem. Nabrał więc odmiennego podejścia do własnych początków. Całą starożytną historię własnej religii ma nie tyle za część narodowego dziedzictwa, ile za dosyć mglisty fragment dziejów jej odległej zachodniej części. Continue reading

ZEGAR ŚWIATA BIEGNIE CORAZ SZYBCIEJ

W okresie rosnącej potęgi Zachodu i kolonizowania przezeń reszty świata, nikomu nie przychodziło do głowy, że sukcesy jego cywilizacji są następstwem względnej słabości innych wielkich kultur. Pan Tarkowski, jeden z bohaterów sienkiewiczowskiej powieści „W pustyni i w puszczy”, na zadane przezeń pytanie o to, jak potoczą się przyszłe losy świata, mógł od swego brytyjskiego partera, pana Rawlisona, usłyszeć tylko jedną odpowiedź, wypowiedzianą wtedy z pełnym przekonaniem – „potem będzie Anglia!”. Odpowiedź była prawdziwa, ale wiara w trwałą przewagę Anglii i szerzej – Zachodu – nad resztą świata, szybko przeminęła i prawdziwa być przestała, a opinia pana Rawlisona wydaje się z dzisiejszej perspektywy mieć aspekt humorystyczny. Więcej, konsekwencją przyjęcia za oczywistość tego, że Zachód jest wystarczająco jednolitą cywilizacją, by uznać go za spójną i zawsze dominującą jedność, było związane z przypuszczeniem, że następnym krokiem, którego dokona świat, może być już tylko globalizacja przeprowadzona pod zachodnimi sztandarami. Powszechnie zakładano, że naturą przemian będzie utrwalanie przede wszystkim tych elementów globalnego otoczenia, które pozwolą traktować cały świat jako jeden zwarty kompleks, a nie tylko zestaw odrębnych i różniących się od siebie formacji. Kompleks wielobarwny i zróżnicowany, ale stale dążący do homogenicznej w swej istocie jedności. Continue reading

KONIEC STAREGO ŚWIATA, POCZĄTEK PRZYSZŁOŚCI (2).

U samych źródeł historii Zachodu, jego początki nie wyróżniały go znamieniem jakiejś szczególnej trwałości, czy możliwością sprawnej adaptacji do zmian w porównaniu z innymi wielkimi kulturami świata – chińską, indyjską, muzułmańską, czy też potęgą mongolskiego stepu. To raczej te ostatnie wydawały się być stworzone do budowy wielkich imperiów, które trwale przeorają historię ludzkości. Stało się inaczej, a pierwszy i mało widoczny sygnał odmienności powstającego Zachodu od całej „reszty” ukryty był w problemie z jego nazwą. Dlaczego przywarło do niego miano Zachodu? Nikomu nie przeszkadzało, że cywilizację chińską zaludniali Chińczycy, japońską Japończycy, hinduistyczną Hindusi a islamską – muzułmanie. Dlaczego jest znacznie trudniej określić, kto właściwie zamieszkiwał i kto dzisiaj zamieszkuje świat Zachodu? Zachodniści? Zachodniacy? Ludzie Zachodu? Język polski jest w tym względzie szczególnie nieporęczny, ale i po angielsku słowo „Westerners” brzmi sztucznie, a internetowa wyszukiwarka natychmiast kieruje internautę na hasło „Western World”. Hasło pokrewne – „Western People”, prowadzi tylko do informacji, że „The Western People is a weekly local newspaper published in Ballina in Republic of Ireland”. W jakim rodzaju geografii świata Zachód może być przy tym „Zachodem”, skoro ta „reszta” nie może być po prostu nazwana „Wschodem”, a znaczna część tak określanego „Zachodu” jest położona na Dalekim Wschodzie (Australia i Nowa Zelandia)?
Continue reading

KONIEC STAREGO ŚWIATA, POCZĄTEK PRZYSZŁOŚCI (1).

Analizowanie współczesnego świata jako jednej, spójnej całości okazuje się sprawą zadziwiająco bezpieczną i mało konfliktową. Gdyby stawiać mocne i jednoznaczne tezy w stosunku do własnego kraju, czy też własnego regionu, napotkałoby się na wiele innych opinii, w większości odmiennych lub nawet gniewnych. Rozważanie spraw, które ludzie uważają za bezpośrednio ich dotyczące, potrafi budzić natychmiastowe i emocjonalne reakcje. Może jest tak z powodu, na który skarżył się dwa tysiące lat temu sam Jezus po powrocie do rodzinnego Nazaretu: „tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i we własnej rodzinie prorok może być tak lekceważony. Wielu słuchających go dziwiło się i mówiło: (…) Czy nie jest on cieślą, synem Maryi, a bratem Jakuba, Jozesa, Judy i Szymona? (..) I powątpiewali w niego”( Ewangelia wg. Św. Marka 6, 1-6). Zauważyć za to można rzecz zgoła przeciwną, jeśli idzie o proroctwa dotyczące przyszłości ziemskiego globu. Choćby nie wiedzieć jak radykalny nadać proroctwu tytuł („Koniec historii”, „Zderzenie cywilizacji”, „Następne sto lat”), jeśli tylko dotyczy świata jako jednej całości, przechodzi może nie tyle bez echa, ile dla samych autorów całkiem bezkarnie. To zadziwiające, bo przecież to, co w dzisiejszym świecie się dzieje, dotyczy wszystkich razem i jednocześnie. Ludzie, albo o tym nie wiedzą, albo też uważają zajmowanie się globem ziemskim jako jedną całością podlegającą jednolitym prawom za jakiś rodzaj, czy to wiedzy tajemnej, czy też tak odległej od ich własnej rzeczywistości, że uznają, iż „zwykły” człowiek nie ma możliwości do niej się samodzielnie odnieść. To konkluzja o tyle tylko pocieszająca, że pozwala na pewną badawczą bezkarność, która ubrana w odpowiednią formułę może okazać się nie tylko twórcza, ale i pomocna w rozwiązywaniu mnożących się konfliktów. W formule mniej odpowiedzialnej, jest już tylko fantazyjną dywagacją niepopartą logicznym rozumowaniem. Może z tej właśnie przyczyny, próby przedstawienia obrazu świata przyszłości w kilkadziesiąt lat po ich – „końcu histori” i „zderzeniu cywilizacji”, nie podjął się ani Fukuyama, ani sam Huntington. Zrobił to natomiast inny politolog – George Friedman, były doradca wysokich dowódców amerykańskiej armii w kwestiach wojskowości i bezpieczeństwa, w wydanej kilka lat temu książce (G. Friedman, „Następne sto lat. Prognoza na XXI wiek”, Warszawa 2009). Zaczął obiecująco zauważając, że „aż do XV stulecia, ludzie żyli w zamkniętych, odizolowanych światach. Ludzkość nie wiedziała, że tworzy jedną strukturę. Chińczycy nie znali Azteków, a Majowie nie znali Zulusów. Continue reading

SORRY FOR INCONVENIENCE!

Świat robi się dla ludzi coraz mniejszy, a sami mieszkańcy wiedzą o nim coraz więcej. Nadal jednak niewielu z nas jest w stanie określić przyczyny, dla których niektórym regionom (tak jak Zachodowi) udało się osiągnąć sukces i dobrobyt, inne na tę drogę dopiero wkraczają, a jeszcze inne – jak świat islamu – odwracają się doń plecami. Warto zadać sobie pytanie, co było tego pierwotną przyczyną i czy nie odegrała w tym znaczącej roli sama początkowa formuła kulturowa, tak nieoczywista, że dopiero dzisiaj z perspektywy wielu stuleci dostrzegamy jej znaczenie. Przez poprzednie trzy tysiące lat wydawało się, że każda z wielkich cywilizacji kroczy równolegle do innych – oryginalną i równie efektywną drogą, tyle, że inną. Dzisiaj widać, że tak nie było, a sprawa może kryć się w ich samych początkach.
Continue reading

O…FE! CZYLI JAK ZMARNOWAĆ LUDZKIE PIENIĄDZE

Mój amerykański szwagier zwierzył mi się kiedyś, ile to pieniędzy stracił w tamtejszych otwartych funduszach emerytalnych. Już myślał, że jest bogaty, bo zgromadził ponad 60 tysięcy dolarów. Przyszło jednak giełdowe załamanie i dostał z tego zaledwie czwartą część. „Z czego szwagier będzie żył na starość?” – spytałem ze współczuciem. „Z emerytury powszechnej, to jakieś półtora tysiąca dolarów miesięcznie”- odrzekł spokojnie. „To jak to? W tym superrynkowym kraju nie jesteście zdani na siebie?”. Wtedy wyjaśnił mi, że w USA istnieje państwowa, potężna instytucja socjalna ubezpieczeń społecznych – Social Security, w ramach której wystarczy mieć dziesięcioletni (!) okres składkowy, by uzyskać prawo do emerytury. Fundusze emerytalne, to tylko dobrowolny dodatek do systemu. Obama rozszerzył przy tym uprawnienia powszechnego ubezpieczenia również na tych, którzy z jakichś powodów nie pracują i od niedawna i oni są objęci systemem ubezpieczeń społecznych. W tym wzorcowo liberalnym kraju, nikt dzisiaj nie jest pozostawiony na starość samemu sobie. Jest faktem, że wielkie koncerny finansowe walczyły jak lwy, by zastąpić Social Security prywatnymi funduszami emerytalnymi, ale Amerykanie powiedzieli „nie!”, uznając, że to bardzo niepewny proceder. Koncerny przeniosły więc swą aktywność zagranicę – do krajów, w których demokracja jest na tyle świeża, że ludzie jeszcze nie rozumieją mechanizmu „rynkowego” rozkładu korzyści. Tam, na przykład w Europie Wschodniej, wystarczy tylko przekupić kogo trzeba, żeby interes stał się obowiązującym prawem. Zrobić go, na przykład prezesem banku, jego głównym ekonomistą lub sponsorować wicepremierostwo. Zastanawia mnie, kogo koncerny skorumpowały w Polsce, skoro system OFE nie tylko został wdrożony, ale stał się zarówno „rynkowy”, jak i obowiązkowy, zastępując inne zabezpieczenia socjalne i prowadząc przyszłych emerytów na ścieżkę egzystencjalnego strachu. Domyślam się tego, ale nazwisk nie wymienię, bo działa u nas równie „rynkowe” prawo, które nie pozwala analizować motywacji ludzi, którzy umieją skutecznie je ukryć pod przykrywką opinii „uznanego autorytetu”. Zastanawiające jest tylko to, że wątpić w OFE w Polsce nie było dotąd można wcale. Było to tak niepoprawne, że żaden „niezależny dziennikarz” nie ośmieliłby się takiej szalonej myśli opublikować. Odkrywający prawdę o OFE program z prof. Leokadią Oręziak, TVN emitował dopiero kilka dni temu i to w porze nocnej (23.20-0.15), czyli w czasie znikomej oglądalności. Continue reading

POBOŻNY ORGAZM IMAMA.

Gazeta Wyborcza z 12 listopada, w niezmiennym trudzie odnajdywania przykładów wzajemnej tolerancji, opublikowała trzy religijne przypowieści: rabina, księdza i muzułmańskiego imama. Zamiar był zbożny i miał pewnie na względzie wykazanie, że każda religia ma swój odrębny obszar duchowości i własną ścieżkę do nieba. Każdej z nich należy się więc taka sama porcja szacunku i tolerancji. Każdy z trzech reprezentantów wielkich monoteistycznych religii relacjonował swoje reakcje na najczęściej zadawane pytania, stawiane jednak nie tyle przez wiernych, ile przez ciekawskich. Muzułmańskiego imama najczęściej pytano o pozycję kobiet, bo i powszechnie wiadomo, że rola płci słabej jest w tradycji islamu jakoś dwuznaczna. Imam zaskoczył wszystkich oczekujących, że oto od razu przyzna, iż kobieta jest tam najwyżej połową mężczyzny i że taka właśnie jest wola Allacha. Jego sprowadziła się tymczasem do prowokującego pytania: czy na Zachodzie równie powszechnie wiadomo, że muzułmańska kobieta posiada bezwzględne prawo do orgazmu? Okazuje się bowiem, że orgazm w świecie wiernych Mahometa, to nie kwestia męskiej dobrej woli, czy też zwykłego przypadku w męsko-damskiej łóżkowej przygodzie, lecz ważny paragraf prawny, taki sam jak przestępstwo, czy występek braku dostatecznej wiary w Objawienie. Kobieta bowiem, która dowiedzie, że nie doznaje orgazmu, ma prawo otrzymać rozwód. Continue reading

ALLAH AKBAR! NIECH ŻYJE BRAK WOLNOŚCI!

Zachód jest zaskoczony gwałtownością erupcji muzułmańskiej nienawiści do wszystkiego co odmienne, zaraz po tym, gdy Europejczycy oczekiwali wdzięczności za pomoc jakiej udzielili krajom arabskim by mogły pozbyć się wojskowych dyktatur. Przez świat Arabów na przełomie 2011 i 2012 roku przetoczyło się bowiem coś, co w relacjach zachodnich mediów mogło sprawiać wrażenie tęsknoty za wolnością uosabianą przez mechanizm wolnych wyborów. Świat zachodni uznaje sam siebie za wzór nie tylko wolności obywatelskich, lecz również za przykład politycznej racjonalności i porządku opartego na sprawiedliwym prawie. Demokracja nie pojawiła się przecież w Europie jako realizacja idealistycznych tęsknot, lecz była skutkiem logicznego myślenia jej intelektualnych elit – Jana Jakuba Rousseau, Franciszka Marii Woltera oraz innych myślicieli, znanych w historii jako encyklopedystów. Uważa się, że to właśnie encyklopedyści – Diderot, Helvetius, Monteskiusz, Quesnay, Turgot i wymienieni wcześniej – przygotowali podłoże intelektualne Wielkiej Rewolucji Francuskiej, co stało się też początkiem oświeconego, dostatniego i racjonalnego Zachodu. Ten jednak – z natury racjonalny i naukowy – sąsiadując z islamem od półtora tysiąca lat, jakby nie zauważał faktu, że w świecie muzułmanów ani Russeau, ani Monteskiusz pojawić się nie mógł, natomiast mógł się pojawić i ajatollah Chomeini i Bin Laden z jego Al-Kaidą.
Continue reading

CZEMU „polska” NIE JEST „POLSKĄ”?

Nie bywam w wielkim towarzystwie, bo i nikt specjalnie tam mnie nie zaprasza. Kiedy mi się to jednak zdarza, przecieram oczy ze zdumienia. Ostatnio, usłyszałem trzy śmiałe tezy wygłoszone niemal jednym tchem: 1) Francis Fukuyama, to idiota; tezę postawiono na podstawie rzutu okiem na wywiad opublikowany w Wyborczej; 2) Ameryka jest w stanie postępującego upadku. Większość towarzystwa tam co prawda nigdy nie była, lecz skłoniło je do powzięcia takiego przekonania zdanie innego bywalca krajowych i zagranicznych salonów; 3) Resztki człowieczeństwa kołatają się jeszcze tylko gdzieś między Dnieprem i Czukotką.
Continue reading

IT’S A LONG WAY TO KONOTOPA…

“It’s A Long Way To Tipperary, It’s A Long Way To Go! To The Sweetest Girl I Know!” -śpiewali w czasie I wojnie światowej w europejskich okopach brytyjscy żołnierze śniąc w ich błocie o dalekiej rodzinnej miejscowości. Tęsknotą współczesnych Polaków stała się Konotopa. Nie żeby tam mieszkać, ale żeby przejeżdżać. Słowo „przejezdność” okazało się w słowniku bogatego języka nawet ważniejsze niż słowa „umiar”, czy „rozsądek”. Istnieje jakoby straszliwe niebezpieczeństwo, że węzeł Konotopa, położony już prawie na Narodowym Stadionie – gdzieś między Ożarowem Mazowieckim a Ursusem – nie będzie gotowy na czas. To w tej Konotopie jest zlokalizowany „nieprzejezdny” węzeł autostrady A2 oraz łącznik z trasą Powązki-Konotopa w Warszawie i Południową Obwodnicą Warszawy, mający być fragmentem autostrady wschód-zachód. Zaraz, zaraz! Gotowy na jaki czas? Ah! Na czas Euro! I aż 20 kilometrów nieprzejezdne? Hańba!
Continue reading