GEORGE ORWELL I FENOMEN „FOLWARKU POLSKOŚCI”

            Istnieje wyraźna sprzeczność pomiędzy swoistym obiektywizmem biegu dziejów i podnieceniem polityków oraz ich publiczności, które budzą otaczające ich wydarzenia. Te, szybko mijają, za to podniecenie nie mija wcale, ponieważ przychodzą następne równie bezprzedmiotowe, ale też i równie przykuwające chwilową uwagę. Rozbuchane media odnoszą się zarówno do świata bieżących wydarzeń, jak i żyjących osobistości bez potrzeby zrozumienia tych wydarzeń istoty. Rezultatem jest brak dostrzegania przez coraz lepiej wyedukowaną ludzkość swojego prawdziwego miejsca we wszechświecie i możliwości działania jednostek we własnym  życiu. Ludzie zaczynają rozumieć coś z tego dopiero u jego kresu, ale jako emeryci i starcy nie są już słuchani przez młodszych, którym los nakazuje bezkrytyczne powtórzenie drogi tych pierwszych. Głębią tego postępowania jest niewiedza o istocie świata, w którym sami żyją. Współcześni ludzie, coraz lepiej edukowani, wciąż nie zamierzają przyjąć do wiadomości tego, że tylko nie są podmiotem dziejów, lecz ich przedmiotem i kompleksowym produktem. To trochę tak jak pszczeli rój, czy leśne mrowisko, w których zarówno pszczoły jak i mrówki mają świadomość swego istnienia, ale nie potrafią czynić niczego innego, jak tylko to, co wynika z samej logiki ula i mrowiska. My postępujemy podobnie – zgodnie z logiką naszych własnych ludzkich mrowisk. Continue reading

NIERACJONALNE RACJE, CZYLI BŁOGOSŁAWIONA NIEPRAWDA

Czytając gazety można się dowiedzieć, że populizm, to rzecz straszna i nadająca się na potępienie najwyższego stopnia. To coś tak prostackiego i niezrozumiałego, że nie do wiary, że w ogóle istnieje. Prowadzić ma do niekontrolowanych rewolt i ludzkich tragedii tylko dlatego, że nie poddaje się porządkowi istniejących struktur, a nawet – co szczególnie niebezpieczne – radom mądrzejszych, lepiej rozumiejących świat i do tego – jakoś zupełnie i „przypadkowo” – lepiej życiowo ustawionych. Continue reading

JEDZĄ, PIJĄ, LULKI PALĄ, CZYLI KTO TU JEST „PANEM”, KTO „CHAMEM”?

                Idee nie są bytem odrębnym i samoistnym. Nie mają ciała, kończyn ani mózgu. Istnieją na tyle, na ile pozwala im ludzka świadomość. Trwają w umysłach ludzi i są przekazywane od jednej osoby do drugiej drogą pozamaterialną, to znaczy w procesie intelektualnej percepcji, a nie fizycznego przemieszczania. Bez istnienia samych ludzi, idee nie mają podstaw istnienia. Społeczeństwa są zresztą pod tym względem niejednakowe. Jedne idee, jak ma to miejsce w przypadku świata zachodniego, mogą krążyć i ewoluować w miarę swobodnie, drugie – jak dogmaty islamu nie mogą tego czynić bez religijnego imprimatur.  Dlatego też świat zachodni ze swej istoty posiada silniejszą warstwę społeczną o inteligencko-intelektualnym charakterze, ponieważ częścią jego tożsamości jest prawo do samodzielnego myślenia, wyciągania wniosków i głoszenia poglądów. W przestrzeni islamu samodzielne myślenie jest to nie tylko niedoceniane, ale wręcz uważane za grzeszne. Nie jest przypadkiem, że egipski noblista zdobył w nie tak dawnych wyborach powszechnych zaledwie jeden procent głosów i został z łatwością wyeliminowany przez Mohammada Mursi, członka ortodoksyjnego Bractwa Muzułmańskiego, choć było wiadomo, że ten ostatni nie nadaje się do zarządzania nowoczesnym państwem i z tej przyczyny spędza dziś czas na więziennym spacerniaku. Również i Polska jest pod tym względem szczególna, ponieważ istnienie w jej tradycji warstwy inteligencji jako wiodącej siły narodu przez dziesięciolecia uważane było za najważniejszą cechę kraju. Okazało się to jednak w końcu fikcją i nie dającym się sprawdzić mitem. Dzisiaj, widać najzupełniej wyraźnie, że tak zwana inteligencja prawdziwą społeczną siłą nie jest i tak naprawdę nigdy nią nie była, korzystała tylko z ociężałości reszty. Za nią drzemała zupełnie inna siła, która daje o sobie znać obecnie. Ludzie, jeszcze niedawno uznawani za wybitnych i godnych przykładu dla reszty zniknęli lub mówią całkiem od rzeczy zastępowani przez postacie zupełnie bezbarwne, nie mające wiele do zakomunikowania. Za to ci pierwsi wydają się tracić poczucie własnej tożsamości intelektualnej. W ostatnim sejmowym wystąpieniu, prezes Kaczyński deklarował głośne przekonanie, że to on reprezentuje panów, a opozycja – chamów. Role się więc tylko odwróciły, istota w niczym się nie zmieniła.   Continue reading

PROMENADE DES ANGLAIS, CZYLI KLĘSKA INTELIGENCKIEJ MULTIKULTI.

MultikultiE            Na kolejny atak islamistów na zupełnie przypadkowych ludzi europejska minister spraw zagranicznych zareagowała płaczem. Roniąc łzy wezwała regionalnych przywódców do współpracy dla rozwiązania plagi terroryzmu. Uczyniła to jednak w dość szczególny, żeby nie rzec, mało praktyczny, sposób. „Jesteśmy zjednoczeni nie tylko cierpieniem, ale także reagowaniem na te akty i zapobieganiem radykalizacji” – mówiła szefowa unijnej dyplomacji i nie kryjąc poczucia bezradności. „Bycie tu razem – mówiła przez łzy – to najmocniejsze przesłanie siły i przyjaźni między naszymi ludźmi i dowód, że możemy pokonać tych, którzy chcą nas podzielić. Tu skończę, zrozumcie to. Dziś jest trudny dzień” – dodała drżącym głosem, a włoski minister spraw zagranicznych wyprowadził płaczącą z sali. Continue reading

ZAMACH W NICEI. CENA PRZEWAGI MULTIKULTI NAD ZWYCZAJNOŚCIĄ?

Nicea

Zjawisko kulturowego dogmatyzmu istniało zawsze i sprowadzało się do syndromu opinii o sobie i innych wyrobionej nie na podstawie rzetelnej analizy intelektualnej, ale miłych uchu obiegowych schematów. Takim schematem było europejsko-liberalne przekonanie o tym, że w gruncie rzeczy ludzie wszystkich kultur są potencjalnie jednakowi, a ich odmienne ukształtowanie, to tylko krótkotrwały efekt wpływów otoczenia, który zanika zaraz po tym, jak zmienia się ich społeczne otoczenie. Takiego zdania był sam Arystoteles, który jeszcze w greckiej starożytności uznawał, że człowiek rodzi się jako rodzaj pustego bukłaku, który ulega wypełnieniu przez otoczenie i jest na tyle plastyczny, że ulega zmianom wraz z jego ewolucją. Historia ludzkości nie potwierdziła jednak tego przekonania, pozostawiając nas w świadomości istnienia jakiegoś rodzaju kulturowego chaosu. Ustabilizował globalny wymiar myślenia dopiero Samuel Huntington wraz ze swoim dogmatem, podzielanym wcześniej przez Feliksa Konecznego, że człowiek w gruncie rzeczy żyje w niewoli swej kultury, a możliwość samodzielnego manewru dla jednostki jest bardzo ograniczona. Continue reading

AMON I ATON: DWAJ BOGOWIE, ODMIENE MENTALNOŚCI

EgiptStarożytny Egipt jest dla historyków symbolem cywilizacji ilustrowanej barwną mozaiką wielobóstwa, z której w drodze skomplikowanej ewolucji wyłonić się miał współczesny monoteizm. Dla wyznawców tego ostatniego, wielobóstwo było zawsze rodzajem bałwochwalstwa i zaprzeczeniem zwierzchności boskiego pierwiastka nad ludzką nicością. Interesujące, że pierwsze stulecia dziejów Egiptu nie powodowały większych zakłóceń, a boski panteon stale się rozrastał. Bogowie wywodzili się z prehistorycznych kultów animistycznych, będąc przy tym częścią bogatej mitologii. Jednym z najważniejszych był niejako „z urzędu” sam faraon, jednak najbardziej znane egipskie bóstwo męskie, to Ozyrys, bóg śmierci i odrodzonego życia. Istniały też niemniej ważne boginie – Izyda, patronka płodności, uważana niekiedy za pierwowzór chrześcijańskiej Matki Bożej, a także Hator reprezentująca siły Nieba, czy też Heket czuwająca nad kobietami rodzącymi. Przełom, który rzutował później na całą historię ludzkiej religijności miał miejsce w trzy tysiące lat po powstaniu cywilizacji Egiptu, w połowie czternastego stulecia przed naszą erą, w czasie panowania Amenchotepa IV, znanego też pod imieniem Echnatona i jego królewskiej małżonki, słynnej z piękności Nefretete. Głębsze przyczyny samego wynalazku monoteizmu nie są znane, wiadomo tylko, że faraon nakazał zastąpienie kultu wielu bogów nowym, jednym-jedynym Słońcem-Ra, którego nie przedstawiano w innej postaci, jak tylko obiektu emanującego ożywczymi promieniami. Nie miał twarzy, postaci, ani też nie był osobą w ludzkim rozumieniu słowa. Ta odmienność od poprzedniej, głęboko ugruntowanej tradycji bogów człekopodobnych nie ma wyjaśnionych źródeł, ale następstwa są znane w postaci późniejszych odmian religijnego jedynobóstwa. Z punktu widzenia emocji nawiedzających wiernego w trakcie modlitwy, forma samego Bóstwa jest jednak z całą pewnością kwestią drugorzędną: może być podobne do człowieka, zwierzęcia, ale – jak w judaizmie, czy islamie – widnieć tylko jako święty napis. Jest mitem, że prawdziwą wiarę w człowieku wzbudza dopiero kościół, czy meczet. Słowo „człowiek” może brzmieć dumnie, ale wszędzie, na całym świecie religijne emocje wyglądają podobnie, niezależnie od obiektu samej modlitwy i wzbudzają podobnego rodzaju uniesienie. Jest też niczym nieuzasadnionym mitem rzekoma wyjątkowość monoteizmów w tym względzie. Mordercze skłonności świata islamu dają tego wyraźny dowód.  Continue reading

ISLAM UŚREDNIONY, CZYLI PRAWIE SAMA NIEMOŻNOŚĆ

Twarze Islamu            Zarzut, z którym się czasami spotykam sprowadza się do oceny, że moje rozumowanie o islamie daje jego jednostronny obraz, ponieważ nie jest możliwe, aby tak wielki społeczny system liczący półtora miliarda uczestników składał się z ludzi spoglądających na świat z nieprzyjaźnią. Muszą tam przecież być też inni, zarówno umiarkowani, jak i całkiem liberalni, otwarci i kochający wszystkich ludzi, nie tylko pobratymców. Może i gdzieś są, lecz problem w tym, że samą istotą systemu jest jego jednolitość, a nie różnorodność. Europejskie, amerykańskie i australijskie matki zachęcają swoje dzieci do uczestniczenia w wyścigu do sukcesu, jakim jest w ich mniemaniu życie człowieka i upominają je słowami „wyróżniajcie się, bądźcie najlepsi, zwracajcie na siebie uwagę, zwyciężajcie w tym konkursie!” oraz do końca kibicują im w sukcesach. Matki muzułmańskie przekazują dzieciom coś zupełnie innego – to, co ze swojego dzieciństwa wspomina turecki noblista literacki Orhan Pamuk: „Bądźcie zwyczajni, normalni, tacy jak inni. Nie zwracajcie na siebie uwagi!”. Pod każdą szerokością geograficzną jednakowość przeistacza się w szarość, a ta z kolei – w smutek i melancholię. Oto istota życia muzułmanina. Nie może się różnić od innych, bo to nie tylko grzech śmiertelny, ale również i obraza wobec równości tych innych. Europejska „jedność w różnorodności” zostaje systemowo zastąpiona swoistą „jednością w jednolitości”. Tyle, że to zabija nie tylko wszelką debatę, ale i wynalazczość, w ramach której indywidualne ambicje odgrywają rolę kluczową. Continue reading

DŻIHAD, TO ISLAMU TREŚĆ PRAWDZIWA

DzihadW dwóch zamachach terrorystycznych w Brukseli zginęły co najmniej trzydzieści cztery osoby, a ponad dwieście zostało rannych. Władze mówią o czarnym dniu i ogłosiły narodową żałobę. Z całego świata płyną głosy potępienia sprawców i wyrazy współczucia dla rodzin ofiar. Czy jednak politycy powiedzą coś więcej? Czy może wskażą nie tylko na bezpośrednich sprawców, ale także na mechanizm coraz częściej powtarzających się ataków zwanych terrorystycznymi, lecz okazujących nieograniczoność możliwości zarówno co do czasu, miejsca jak i rodzaju ofiar? Piszemy „tak zwanych”, ponieważ ich sprawcami nie są terroryści jako tacy, czyli miłośnicy zabijania dla osiągnięcia drogiego im celu, lecz ludzie przekonani, że czynią po prostu dobro, a nie zło i do tego są mili sercu Boga. Im więcej zabitych, tym jest Mu przyjemniej i tym więcej ma dla swych wiernych uczucia miłości. Tego rodzaju terrorystami są ludzie przekonani, że  istnieje tylko jedna racja ludzi głęboko wierzących w Allacha i szczęście w życiu pozagrobowym. Rzecz w tym, że takich, którzy kochają go wedle takiego wzorca jest na świecie półtora miliarda, przy czym zdarza się nawet, że są – z formalnego punktu widzenia – Europejczykami i to w trzecim pokoleniu. Jak ich przekonać, że zabijanie przypadkowych ludzi jest najwyższym rodzajem zła i że może nadszedł czas, by zastanowić się nad istotą tej morderczej agresywności, a także nad samym mechanizmem zjawiska i związaną z nim definicją europejskości? A może oni wcale Europejczykami nie są, skoro tych ostatnich mają za nieprzyjaciół godnych zabijania w imię przynależności do obszaru innych wartości? A może jest jeszcze inaczej i jest to przykład systemu zrodzonego z psychiczną skazą uniemożliwiającą trwałe współżycie z innymi? Inaczej mówiąc, podejrzenie idzie w kierunku psychopatyczności całego systemu i ludzi w nim żyjących, a nie jego „zwyczajnej” zbrodniczości. Continue reading

MY, NARÓD: LE PEUPLE CZY LA NATION? WIĘC WŁAŚCIWIE KTO?

My narod            Jest jakiegoś rodzaju prawidłowością, że najważniejsze decyzje polityczne skrywają zarodek fundamentalnego nieporozumienia. Angela Merkel uzasadniała niedawno decyzję wspierania przez Berlin imigracji z krajów Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki do Europy, chociaż zjawisko gołym okiem sprawia wrażenie „zderzenia cywilizacji”, nie zaś procesu pokojowej koegzystencji. „Liban – orzekła – przyjął półtora miliona inigrantów, chociaż sam ma zaledwie pięć milionów mieszkańców. Dla nas ta imigracja, to wciąż są liczby śladowe”. Mówiąc to albo kłamała, albo też nic nie rozumie z tego, co mówi. Problem przecież w tym, że Liban – w przeciwieństwie do Niemiec – jest w większości muzułmański, a językiem jego codzienności jest koraniczna arabszczyzna, nie zaś indoeuropejska mowa niemiecka. Napływający imigranci także mówią po arabsku i są podobnymi im muzułmanami, więc problem bariery kulturowej nie jest w  Libanie istotny. Można też przywołać przykład niedalekiej Bejrutowi Jordanii, by zrozumieć istotę problemu jaki się za tym kryje. W obrazie tego ostatniego kraju uderzają dwa czynniki. Po pierwsze, jest zamieszkany przez ludność arabską i napływają do niego również Arabowie. Po drugie, że od pojawienia się jordańskiego królestwa na bliskowschodniej mapie przed niemal stuleciem, jego zaludnienie rosło w tempie zupełnie  niezwykłym, żeby nie rzec – eksperymentalnym. W dniu powstania było to jakieś dwieście tysięcy koczowniczej ludności, a jedyny ośrodek miejski – Amman był tylko swoistym centrum namiotowym wielbłądników zamieszkałym przez zaledwie dwa tysiące ludzi. Dzisiaj, to nowoczesna, z górą milionowa metropolia, a sam kraj ma ludności prawie czterdzieści (!) razy więcej niż miało to miejsce w dniu jego powstania. Obecne szacunki określają tę liczbę na ponad dziewięć i pół miliiona.[Cóż, powie ktoś, arabska rozrodczość w odróżnieniu od europejskiej jest fenomenalna. Rzecz jednak w tym, że zaludnienie Jordanii rosło nie tyle wskutek przyrostu naturalnego, ile dokładnie selekcjonowanej zgody rządu na imigrację z krajów ościennych. Być może, Angela Merkel tak się zapatrzyła w jordański wzorzec demograficzny, że zapragnęła uzyskać dla Niemiec zastrzyk nowej krwi w podobny sposób, czyli z sąsiadujących z Ammanem krajów. Pani kanclerz nie dostrzegła tylko tego, że oto rdzenna ludność niemiecka – inaczej niż Jordania – używa na codzień języka do arabszczyzny niepodobnego i jest zakorzeniona w chrześcijańskiej tradycji Europy, a nie w świecie bliskowschodniego islamu. Może ją więc tłumaczyć tylko to, iż uległa przekonaniu, iż jednak „wiara czyni cuda”. Continue reading

SAMOBÓJCZA POPRAWNOŚĆ, CZYLI ZNAJ PROPORCJE MOCIUM PANIE!

Zderzenie kultur            Na koniec poprzednich rozważań zapowiedzieliśmy dalszą analizę miejsca Polski w zmieniającej się Europie. Jednak niedawne wydarzenia w Kolonii i innych miastach zachodniej Europy zmuszają do odłożenia kwestii na później. Trzeba bowiem skomentować szok jaki przeżyli własnie Niemcy od dziesięcioleci uczeni, że ich obowiązkiem jako sprawców II wojny światowej jest manifestowanie politycznej poprawności. Teraz, okazało się, że może to stać się przyczyną rewolty groźnej nie tylko dla niemieckiego społeczeństwa, lecz i dla całej Europy. Niektórzy komentatorzy zadają bowiem pytanie o to, jak by się ułożył bieg wypadków, gdyby Niemcom puściły wszystkie hamulce i mieli ochotę powrócić do niegdysiejszych form swojej tożsamości. Groźba odrodzenia agresywnego germanizmu, to jednak w dzisiejszej Europie bajka i straszak, co jednak nie ułatwia im rozwiązania problemu. Warto wiedzieć, że najgorętsi zwolennicy politycznej poprawności nie wywodzą się wcale z notorycznych antyfaszystów, czy też środowisk głęboko demokratycznych, lecz z kręgów rozmaitego rodzaju mniejszości – seksualnych, religijnych i politykujących wyłącznie w lewicowy sposób. Ilustracją zagadnienia moga być regularne manifestacje mniejszości seksualnych. Nie idzie o ich treść, ostatecznie w nowoczesnym kraju każdy powinien mieć prawo do wypowiadania poglądów, ale dlaczego ma się to przejawiać w ostentacyjnym manifestowaniu erotycznej inności za pośrednictwem stroju (czy jego braku), makijażu i głośnej werbalizacji odmienności, skoro dla większości ta akurat sfera jako w sposób naturalny czymś bardzo osobistym i nie nadającym się do ulicznych manifestacji? Czy nie zastanawia, że nikt nie manifestuje atencji do tradycyjnego związku małżeńskiego, czy też nie czyni ostantacji z uznawania „normalności” związków męsko-damskich wobec męsko-męskich, czy damsko-damskich? Dlaczego więc dla większości ludzi ta sfera mieści się w przestrzeni intymności, a tylko w niektórych środowiskach staje się obiektem publicznej ostentacji? Jedną sprawą jest prawo do ujawniania swojej inności, a inną domaganie się uznania swojego sposobu życia za i nie odbiegający od normy, chociaż wszyscy wiedzą, że od niej odbiega. To nie tylko nie fair, ale staje się to również sposobem działania przeciwskutecznym spokojnemu osiąganiu celów przez samą tę mniejszość budząc czasem opór a niekiedy i złość.     Continue reading