GEORGE ORWELL I FENOMEN „FOLWARKU POLSKOŚCI”

            Istnieje wyraźna sprzeczność pomiędzy swoistym obiektywizmem biegu dziejów i podnieceniem polityków oraz ich publiczności, które budzą otaczające ich wydarzenia. Te, szybko mijają, za to podniecenie nie mija wcale, ponieważ przychodzą następne równie bezprzedmiotowe, ale też i równie przykuwające chwilową uwagę. Rozbuchane media odnoszą się zarówno do świata bieżących wydarzeń, jak i żyjących osobistości bez potrzeby zrozumienia tych wydarzeń istoty. Rezultatem jest brak dostrzegania przez coraz lepiej wyedukowaną ludzkość swojego prawdziwego miejsca we wszechświecie i możliwości działania jednostek we własnym  życiu. Ludzie zaczynają rozumieć coś z tego dopiero u jego kresu, ale jako emeryci i starcy nie są już słuchani przez młodszych, którym los nakazuje bezkrytyczne powtórzenie drogi tych pierwszych. Głębią tego postępowania jest niewiedza o istocie świata, w którym sami żyją. Współcześni ludzie, coraz lepiej edukowani, wciąż nie zamierzają przyjąć do wiadomości tego, że tylko nie są podmiotem dziejów, lecz ich przedmiotem i kompleksowym produktem. To trochę tak jak pszczeli rój, czy leśne mrowisko, w których zarówno pszczoły jak i mrówki mają świadomość swego istnienia, ale nie potrafią czynić niczego innego, jak tylko to, co wynika z samej logiki ula i mrowiska. My postępujemy podobnie – zgodnie z logiką naszych własnych ludzkich mrowisk.

Na czym więc polega fenomen wielkiej wspólnoty indywidualności, które pomimo posiadania wyjątkowych cech osobniczych w ostatecznym rezultacie jako każda z osobna nie decyduje o niczym i stanowi tylko mało znaczący trybik w wielkiej machinie świata? Czym ona jest? Czy ludzka inteligencja jest w stanie pojąć mechanizm od którego sama jest zależna, by zrozumieć jego obiektywność i także to na czym ta obiektywność polega oraz umieć wykorzystać tę wiedzę dla zwiększenia komfortu własnego życia? Czy człowiek może mieć w tym również i swój udział własny? Inaczej mówiąc, pytanie brzmi: czy jesteśmy w stanie kształtować swego Boga na tyle, by się Go przestać bać lecz partnersko rozumieć i nawet kształtować? Mowiliśmy wielokrotnie o głębi myśli Fernanda Braudela dowodzącego, że my, ludzie, jesteśmy tylko elementem „długiego trwania”, które kształtuje obszar i czas trwania naszej cywilizacji oraz nas samych. Czy jesteśmy w stanie zrozumieć mechanizm naszego istnienia na tyle, by wpływać na sam proces tworzenia się oblicza ludzkości? Obserwując media, rzecz wydaje się być beznadziejna.

            Beata Szydło wygłosiła niedawno w Oświęcimiu przemówienie, w którym odniosła się do kwestii tak zwanych uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Używam pojęcia „tak zwanych”, ponieważ nikt nie pofatygował się, by publicznie zadać pytanie jak można ustanowić granicę pomiędzy uchodźcami, którzy uciekają przed zagrożeniem zdrowia i wolności a imigrantami poszukującymi lepszego miejsca do życia. Merytoryczna różnica jest oczywista, zadziwia natomiast niechęć polityków do jej jasnego sformułowania. „Uchodźca” przecież, to ktoś, kto ucieka przez zagrożeniem i jest osobą, która przebywa poza krajem swego pochodzenia nie z własnej woli, lecz z przymusu, ponieważ ma uzasadnioną obawę prześladowania ze względu na rasę, religię, narodowość, poglądy polityczne lub przynależność do określonej grupy społecznej. Imigrant natomiast, to ktoś, kto nie ucieka przed prześladowaniami, lecz szuka dla siebie lepszego miejsca do życia. To ważne rozróżnienie, ponieważ pierwszy, to osoba, która utraciła ojczyznę, drugi, to taki, który ją porzuca z merkantylnych względów. Pierwsi są nieliczni, z drugich składa się cała połowa świata. Rzecz w tym, że obydwaj, niezależnie od bezpośredniej przyczyny przemieszczenia, przynoszą ze sobą swoją kulturę i obyczaje i do tego się w gruncie rzeczy problem sprowadza, nie zaś do takiej, czy innej definicji humanitaryzmu, czyli do tego ilu ludzi obcej kultury jest w stanie absorbować kultura miejscowa? Tymczasem ten element praktycznie w debacie nie występuje, pokrywany poprawnościową tezą, że oto wszyscy ludzie są jednacy, a różnice mają tylko powierzchowny wymiar.

Humanitaryzm, to tylko kategoria moralna, podczas gdy przenoszona treść kulturowa jest społecznym faktem, który zderza się z miejscowymi zwyczajami i powoduje narastanie problemów i sprzeczności. Nie jest przy tym obojętna głębia cywilizacyjnej odmienności. Im jest większa, tym droga do adaptacji dłuższa, trudniejsza i bardziej konfliktowa. W tym kontekście istotne są liczby. Nieznaczna liczba imigrantów, nawet z przestrzeni kultur wobec siebie odległych, nie niesie niebezpieczeństwa konfliktu stając się bardziej egzotyką aniżeli cywilizacyjnym zderzeniem. Rzecz zmienia się diametralnie, gdy w grę wchodzą ich wielkie liczby, równie wielka różnica mentalności oraz możliwość budowania przez imigrantów enklaw kultywujących wartości „starego kraju” i przekształcających się tym sposobem w źródło konfliktu z otoczeniem. Niekiedy, jest on nie tylko nieunikniony, ale i nierozwiązywalny, jak ma to miejsce z sytuacją muzułmanów w krajach chrześcijańskich. Chrześcijanin bowiem, to przede wszystkim obywatel swego kraju, a jego wyznanie ma charakter wtórny lub wręcz drugorzędny w obliczu obowiązków obywatelskich. Muzułmanin odwrotnie, to przede wszystkim wyznawca Allaha, niezależnie od regionu świata, z którego pochodzi, czy języka którym się posługuje na codzień. Pojęcie obywatelstwa w europejskim znaczeniu w jego świecie nie istnieje i przekształca się w lojalność wobec zasad własnej religii i władzy kapłanów. Istotą Zachodu jest świeckość, istotą Wschodu – religijność człowieka oraz podległość autorytetowi religii. Nie ma bodaj większej sprzeczności w ramach tego rodzaju społecznych pojęć.

Konsekwencją dogmatu o nadrzędności poprawności wobec racjonalności jest  używane przez Mahometa pojęcie Umma, które na języki europejskie tłumaczy się jako „naród”. Rzecz jednak w tym, że muzułmańskie rozumienie słowa jest zupełnie sprzeczne z europejskim. W świecie Zachodu „naród”, to wspólnota etniczna (językowa) i terytorialna z czego rodzi się świadomość wspólnej historii i kultury w obliczu świeckości i religijnej obiektywności prawa. W świecie muzułmanów Umma, to coś zupełnie innego – to wspólnota wiary wsparta nie świeckim, lecz czysto religijnym rozumieniem świata ludzi i to bez związku z etnicznością jego wyznawców. Jej członkiem może być zarówno marokański czy syryjski Arab, jak i Turek, Pakistańczyk, czy dalekowschodni Malaj, pod warunkiem tylko, że jego wyznaniem jest islam. Jest nim również obywatel niemiecki, brytyjski czy też francuski, również pod warunkiem, że wyznaje wiarę w Mahometa, a jego pierwszą lojalnością jest ta, wobec Ummy, a nie wobec narodu i prawa kraju zamieszkania. Pytanie, jakie się w tym kontekście pojawia, to takie, czy muzułmański Brytyjczyk, czy Francuz, ma być lojalny wobec konstytucji tych krajów, czy też raczej wobec Koranu i zaleceń koranicznej wspólnoty? Pierwszeństwo Koranu wobec lojalności obywatelskiej jest motywacją działania i poświęcania życia swego i innych przez obywateli państw europejskich walczących w Iraku, Syrii, czy gdziekolwiek indziej, którzy czynią to w imię islamskiego dżihadu, a nie zasad zachodniej demokracji. Zapewne to miała na myśli polska premier w Oświęcimiu, ponieważ istotnie holokaust i wynikające zeń ludobójstwo było konsekwencją podobnej konstrukcji myślowej, czyli próby „ostatecznego rozwiązania” głębokich kulturowych i religijnych sprzeczności między europejskimi Niemcami a Żydami niosącymi do postrzymskiej Europy bliskowschodnią wizję świata. Uznane zostało za zbrodnicze przez wzgląd na dysproporcje sił między katem i ofiarą, ale też uważane przez władze Rzeszy za jedynie efektywne rozwiązanie problemu kulturowych sprzeczności. Te ostatnie, to prawda, istnieją wszędzie, ale nie wszędzie manifestują się z taką gwałtownością. Ludzie islamu należą – podobnie jak kiedyś ortodoksyjni Żydzi – do cywilizacyjnej strefy, w której racje wyznaczała religia, a nie autonomiczna racjonalność. Myśl, by nie rozdrapywać tej rany jest też zapewne podstawą dalszego brnięcia państw zachodniej Europy w przekonywanie mieszkańców, że muzułmanie są w gruncie rzeczy tacy sami jak Europejczycy, a terroryzm, to tylko wybryk ekstremistów. To jednak teza nie tylko nie udowodniona, lecz też wobec – coraz liczniejszych faktów islamskiej przemocy – broniąca się coraz słabiej.

Nawet w ramach dzisiejszego świata Zachodu podobne pojęcia potrafią nieść zupełnie odmienne znaczenie. Angielski pisarz i eseista George Orwell wydał w 1945 roku książkę zatytułowaną Animal Farm, która przeszła nie tylko do historii literatury, lecz stała się również dziełem politycznym i przedmiotem wielu dyskusji co do istoty zróżnicowania społecznej struktury i politycznych poglądów ludzi. Jednak już sam tytuł wywołał kwestię jego właściwego przetłumaczenia na języki obce, a w szczególności na języki Europy Wschodniej, ponieważ w zależności od rodzaju tłumaczenia niósł również inną informację. Przekłada się to na niechętnie przyjmowaną w Unii Europejskiej tezę, że wbrew oficjalnej ideologii, jej poszczególne części różnią się od siebie znacznie, czasem nawet w stopniu uniemożliwiającym trwałe porozumienie. Książka Orwella jest tego znakomitą ilustracją, chociaż na pierwszy rzut oka można tego nie dostrzegać. Angielska Animal farm została przetłumaczona na język polski jako „Folwark zwierzęcy”, tyle, że to tłumaczenie jest obarczone głęboką różnicą kulturową pomiędzy Anglikami kolonizującymi zamorskie kraje a szlachtą I Rzeczypospolitej kolonizującą nie mniej brutalnie, ale nie czarnych mieszkańców Afryki, lecz własnych współmieszkańców, których jedynym obciążeniem było to, że herbu nie posiadali. Angielska Farm, to daleko nie to samo, co polski Folwark, białoruski Falvarak, czy też ukraiński Filvarok, a jednak taki właśnie tytuł widnieje na okładce tłumaczeń książki na języki tych krajów. W przeniesieniu do treści wschodnieuropejskiego języka przekształciło się to bowiem z „farmy” w „folwark”. Jaka jest pomiędzy nimi różnica i czy za odmiennością brzmienia kryje się również i odmienność treści?

Choć niektórym może się to wydać dziwne, nawet słowa „farma” i „ferma” nie są synonimami. „Farma” to określenie dużego gospodarstwa rolnego, zwłaszcza amerykańskiego, z kolei „ferma”, to gospodarstwo, w którym hoduje się wybrany gatunek zwierząt. Dlaczego więc polskie tłumaczenie tytułu książki Animal farm brzmi „Folwark zwierzęcy”, nie zaś „farma” lub „ferma zwierząt”? Jak podkreśla anglojęzyczna Wikipedia, folwark, to czysto polskie określenie „przedsiębiorstwa rolnego (rodzaj latyfundium) o ogromnej powierzchni”, zatrudniającego tysiące na wpół niewolnych pańszczyźnianych chłopów. To zatem ogromna posiadłość ziemska należąca do jednej osoby lub rodziny, będąca podstawą potęgi materialnej i znaczenia politycznego właścicieli, którzy są też uprawnieni do kształtowania oblicza państwa jako „rzeczypospolitej szlacheckiej”, przedstawianej przy tym jako wzorcowy typ demokracji, tyle, że to demokracja dla bardzo nielicznych właścicieli ziemi. Większość nie ma prawa w tym brać udziału, stając się rodzajem niewolnych Afrykanów. Inaczej niż w Anglii, gdzie różnice zamożności nie unicestwiły istoty pojęcia „narodowość”, w Polsce nie miało to związku z narodowością i używanym na codzień językiem, lecz z posiadaniem herbu i wynikającej stąd wyższości wobec innych mieszkańców kraju. Polskojęzyczny chłop z centralnej Polski tak samo nie miał żadnych praw obywatelskich jak chłop ukraiński, białoruski czy litewski. Jego etniczna polskość w niczym nie stanowiła podpory.

Samo wyrażenie pochodzi od Pliniusza, który w swej Historia naturalis użył pierwszy raz tego określenia, kiedy to istotą funkcjonowania wydajnego rolnictwa było oparcie go na pracy tysięcy niewolników zdobywanych wcześniej w wojnach prowadzonych przez imperium. Internetowa Wikipedia ilustruje pojęcie nawiązaniem do struktury agrarnej Italii z przełomu starożytności i średniowiecza, Hiszpanii z okresu rekonwisty i procesu usuwania z półwyspu Arabów. Jednak najwięcej uwagi poświęca zjawisku w wydaniu Rzeczypospolitej Polski i Litwy. Warto zatrzymać się chwilę nad tym fenomenem, ponieważ – jak się okazuje – to on zdecydował o prawdziwej treści pojęcia „polskości” ze wszystkimi tego faktu konsekwencjami. On też wciąż waży na procesie pogłębiającego się rozłamu między naszym krajem a zachodnią częścią Wspólnoty, a także na nieprzekraczalnym podziale wewnętrznym.

Zjawisko rolnictwa zdominowanego przez wielkie latyfundia miało miejsce nie tylko w starożytnym Rzymie, ale również i na włoskim Południu i Sycylii aż do połowy ubiegłego stulecia i reformy nazwanej Casa per il Mezzogiorno (1950-1962), kiedy to zostały one urzędowo rozparcelowane pomiędzy drobnych właścicieli. Dopiero wtedy zaczął się prawdziwy proces jednoczenia zacofanego i na wpół feudalnego Południa z uprzemysłowioną na europejski wzór Północą. Jak widać poziom zacofania gospodarczego jest bezpośrednio związany z istnieniem ogromnych gospodarstw rolnych.

W Hiszpanii, proces miał poniekąd kierunek odwrotny. Reconquista, czyli odbicie większości Półwyspu z rąk muzułmanów (ostatecznie dokonało się w 1492 roku) przyniosło też nowy ustrój rolnictwa i cofnęło jego strukturę własnościową z rzeszy indywidualnych drobnych gospodarstw w latyfundia strzeżone przez uzbrojonych strażników. Wielka własność ziemska była w świecie islamu nieznana i zastępowana czymś w rodzaju „kołowrotu małych dzierżawców”, jednak wygnanie z kraju większości muzułmanów oraz Żydów po zdobyciu go przez chrześcijan oraz pozbawienie ich własności ziemi otworzyło możliwość zagospodarowania jej na nowo. Beneficjentami tego procesu stali się europejscy zdobywcy przejmujący większość ziem w postaci wielkich latyfundiów wymagających do istnienia chłopskiej siły roboczej. Wykluczyło to z rolnictwa wielu drobnych właścicieli i zmusiło ich do amerykańskiej emigracji. Przeniesienie cech hiszpańskiego feudalizmu za ocean stało się też pierwotną podstawą dzisiejszej odmienności Ameryki Łacińskiej od anglosaskiej Północy, jak też i południowoamerykańskiego zacofania w relacji do brytyjskiego i europejskiego Zachodu.

Jednak najtrwalszym przykładem trwałego narzucenia ustroju państwu oraz mentalności jego mieszkańców poprzez społecznie szkodliwe struktury agrarne była Rzeczpospolita Polski i Litwy, które okazały się trwalsze od istnienia samego państwa. W następstwie Unii Lubelskiej (1569) bezkresne obszary Ukrainy przeszły pod kontrolę Korony, co spowodowało przejęcie ziemi przez wielkie latyfundia szlacheckie. W ciągu XVII stulecia koncentracja ziemi stała się tak duża, że można było już mówić o zdominowaniu rolnictwa kraju przez wielkie latyfundia będące własnością niewielkiej liczby magnatów, którzy też stali się polityczną dominantą, a ich własne interesy przekształciły się w politykę całego państwa. Prowadziło to wprost do jego osłabienia, rozbiorów i zniknięcia Polski z mapy Europy. Było też przyczyną narastającej nienawiści ze strony ludności Ukrainy, a także kozackich powstań i utraty znacznej części terytorium na rzecz Rosji, a potem – na rzecz trzech zaborców. Instytucja folwarku i oparta na nim mentalność Polaków przetrwała jednak upadek państwa, a jego powolna dekompozycja na większości obszarów nastąpiła dopiero w rezultacie uwłaszczenia chłopów po powstaniu styczniowym (1864). Proces „odfolwarczniania” kraju praktycznie zakończył się dopiero wraz z XX-wieczną reformą rolną i ostatecznej likwidacji warstwy wielkich właścicieli ziemi. Trwał zatem całe czterysta lat aż do czasów najnowszych. Warto pamiętać, że feudalny ustrój rolnictwa w Anglii zaniknął siedemset (!) lat wcześniej. Oznacza to, że pojęcie osobistych wolności i związanych z tym praw jednostek jest w Anglii o tyle stuleci starsze od polskiego, za to „folwarczny” sposób społecznych zachowań Polaków jest widoczny do dzisiaj i miał nawet znaczenie dla trwałości wyborczego zwycięstwa PiS-u w wyborach 2015 roku. Ten ostatni, mianował się reprezentantem ludzi – w Polsce, niestety, bardzo licznych – kórzy doskonale znają swoje przywary, lecz zamiast z nimi walczyć i nad sobą pracować wolą niweczyć pracę innych. Wbrew historii i zwykłej logice mają się przy tym w większości za spadkobierców mentalności latyfundystów będąc w rzeczywistości pochodną chłopskiego poddaństwa pańszczyźnianego, czyli społecznej struktury najgorszego rodzaju. Nie służy to zrozumieniu istoty wydarzeń i nie wróży też dobrze przyszłości kraju.

Zachodnioeuropejska relacja pan właściciel – chłop dzierżawca dawała temu ostatniemu wolność na tyle, że mogł uciec do miasta i stać się podstawą rozrastającej się warstwy mieszczaństwa. Z tej ostatniej wyrosła zachodnia demokracja. Polski chłop takich szans nie miał, nie powstało więc w kraju silne mieszczaństwo, a politycznym i inteligenckim wzorcem stał się zubożały szlachcic ze wszystkimi jego „misjami” i frustracjami. Chłop polski i holenderski, to naprawdę głęboko odległe tradycje i z tej przyczyny Holandia jest dziś wzorcem „pracowitej produktywności”, a Polska – wzorem rozgadania i niemożności osiągnięcia narodowego porozumienia w czymkolwiek.

Polskie słowo „folwark” pochodzi z czternastowiecznej niemczyzny (Vorwerk), co dosłownie znaczyło „pracować na zewnątrz”. Zadomowiło się w polszczyźnie w XIV wieku, ale niemieckie słowo było bliższe pojęcia średniowiecznej własności feudalnej, podczas gdy polski folwark, to już tylko nowa forma niewolnictwa, która stała się określeniem własności rolnej opartej na narastającej pańszczyźnie i pogłębianiu izolacji większości ludności pod każdym względem. W zachodniej części Europy ten element znalazł się w zaniku, przekształcając się w gospodarstwo czynszowe prowadzone przez ludzi wolnych. W Pierwszej Rzeczypospolitej było na odwrót i to właśnie folwark stał się najważniejszym czynnikiem kształtującym społeczne stosunki, które poszły w kierunku bezpieniężnego i na poły niewolniczego systemu. Okazały się też wyjątkowo trwałe. Latyfundia przekształciły się na koniec w PRL-owskie PGR-y, a ich ostatnie ślady zniknęły dopiero w końcu ubiegłego stulecia. Jednak „mentalne echo” zjawiska trwa do dzisiaj.

Pojawienie się instytucji folwarku miało obiektywne przyczyny wywołane wzrastającym popytem na zboże chlebowe w zachodniej Europie. Od końca XVI wieku był on jednak w coraz większym stopniu zaspokajany importem z europejskich zamorskich kolonii i cena zboża sukcesywnie spadała. Jednakże polska szlachta znalazła na to odpowiedź nie w sferze ekonomii, ale w przestrzeni pozaekonomicznej. Zamiast, jak miało to miejsce w Europie, przekształcać rolnictwo w coraz bardziej wydajne, poszła drogą przeciwną, sukcesywnie powiększając wymiar pańszczyzny aż do granicy systemu na wpół niewolniczego, pozbawiającego ludność chłopską jakiejkolwiek możliwości wykazywania się własną incjatywą. Likwidacja pańszczyzny zrodziła też odruchy nietypowe. Zamiast gwałtownego wzrostu chłopskiej tożsamości i inicjatywności ziemie polskie były świadkiem naśladowania przez większość ludności dawnego etosu szlacheckiego i jego obyczajów, czyli niechęci do wytężonej pracy i tendencji do korzystania z pracy innych. To dlatego, jeszcze do dzisiaj 90 procent Polaków uważa się za spadkobierców tej warstwy społecznej, chociaż rachunkowo rzecz biorąc, liczba jest pełnym nonsensem. Zjawisko jest dowodem na – pomimo widocznej ewolucji  – niezwykłość trwałości obyczajów, nawet wtedy, gdy z ekonomicznego punktu widzenia są dla gospodarki głęboko szkodliwe. Zwracaliśmy na to uwagę na początku, jak też i na towarzyszący mu wyjątkowo wysoki poziom odporności ludzi na wiedzę o sytemie w jakim przyszło im żyć.

Hiszpański odpowiednik polskiego folwarku, to znana z romantycznych powieści hacienda, dokonała jednak ona podobnie wielkich spustoszeń w umysłach mieszkańców jak polski folwark. Nie jest przypadkiem, że zarówno tereny dawnej Rzeczypospolitej, jak i cała Ameryka Łacińska, należały do niedawna do najbiedniejszych i najgorzej rozwiniętych regionów świata.

Jeśli zastosujemy powyższe rozumowanie do tego, co dzieje się w dzisiejszej Europie, dostrzeżemy podobną logikę osadzoną w niechęci do nowatorskiego myślenia. Ta niechęć elit do zrozumienia mechanizmów rządzących naszą rzeczywistością prowadzi do niechcianych dramatów. Ataki muzułmańskich ekstremistów na pokojowe zgromadzenia mieszkańców są – w znaczeniu dążenia do jakichś szerszych celów – pozbawione jakiejkokolwiek logiki i głębszego sensu. A jednak mają miejsce i dzieją się coraz częściej. Europejskie elity wciąż powołują się na idee humanitaryzmu, wiedzą jednak doskonale o tym, że kulturowa wrogość islamu jest w nim zakorzeniona tak głęboko, że czeka je tylko coraz większy wysiłek na rzecz walki z niebezpieczeństwem islamskiego terroru. A jednak ów „humanitaryzm” nie gaśnie, podobie jak nie gaśnie agresywność ludzi islamu wobec każdego rodzaju odmienności, a w szczególności europejskiej tradycji humanitaryzmu, który skądinąd przecież w świecie Zachodu też karmi ich samych. Jest w tym jakaś logika? Z całą pewnością logiki tu nie ma, lecz to nie ona rządzi odruchami ludzkich mas. Wydarzenia więc dzieją się nadal, a my poczuwamy się tylko do coraz większej bezradności. Czy nie czas by zastanowić się poważnie na braudelowską teorią „długiego trwania” i zacząć wyciągać z niej wnioski potrzebne nam do kulturowego przetrwania? Takiej perspektywy jednak nie widać, szczególnie w obliczu ślepej polityki sankcji wobec krajów członkowskich odmawiających przyjęcia ludzkiego haraczu. Może więc jednak nadchodzi czas poważnej refleksji i zastanowienia się na tym czym jest sama europejskość, gdzie są jej wrogowie i jak uchronić się przed nadciągającą kulturową katastrofą? Trzeba świadomie uznać istnienie tworu w postaci cywilizacji za coś absolutnie dominującego nasze losy. Pominąć się tego nie da. Może więc warto dołożyć wysiłku by zjawisko przynajmniej zrozumieć?


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *