KONTYNENT GŁĘBOKO PRZEPOPŁOWIONY, CZY TO DWIE EUROPY W JEDNEJ?

                Wiele wskazuje na to, że zbliża się oto koniec marzeń o jednolitym europejskim quasi-państwie rozciągniętym od Portugalii po wschodnie rubieże Ukrainy. Widziana z dłuższej perspektywy rzecz jest bardziej skomplikowana, ale przez to bliższa realiom. Nie ulega wątpliwości, że idealistyczna wizja międzynarodowej wspólnoty dążącej do budowy wspólnego podmiotu państwowego była zawsze bardziej kwestią ideologicznej wizji, niż odbiciem rzeczywistych możliwości. Rozszerzenie Unii o osiem krajów Europy Środkowo-Wschodniej, na dłuższą metę wykazało istnienie głębokich podziałów i brak hamulców ze strony jej „starej” części (idzie o Piętnastkę sprzed 2004 roku) w oczekiwaniu pełnego podporządkowania się jej interesom nawet na przekór swoim własnym. Dzisiaj, rzecz rozbija się o głęboki przedział, jaki istnieje pomiędzy „starą” i „nową” Europą. Rzeczywistość utwierdza nas w przekonaniu, że Europa, to jednak dwa odmienne jej fragmenty, a nie jedna. Pierwsza, starsza, jest wzorowana na zachodniej i składa się z piętnastu podmiotów, a pozostała dwunastka ma tworzyć odrębną część nazywana ostatnio Trójmorzem.

            Kraje, które przystąpiły do Unii po 2004 roku powinny jednak zachować właściwe proporcje. Szczególnie powinna to czynić Polska, skoro jest członkostwo stało się równoznaczne z jej europeizacją. Dotąd właściwie Europą nie była, chociaż nikt takiej myśli dopuszczać nie chciał. Jej proeuropejski kurs przez wiele stuleci był pozorny, a nawet jej antyrosyjskość miała często bardzo szczególny posmak. Brytyjski pisarz H.G. Wells twierdził na przykład, że „polski ruch niepodległościowy zwrócony przeciwko Rosji powstał z niechęci szlachty do reform społecznych przeprowadzanych przez carat, zwłaszcza do zniesienie pańszczyzny i uwłaszczenia chłopów. Wierzchnia warstwa narodu polskiego nigdy nie zapomniała carowi, że wyzwolił chłopów spod jej ucisku”. W stosunkach z Zachodem trzeba zawsze pamiętać o tym, że pogląd wielu krajów na polską specyfikę sprowadza się do opinii o zaciekłej obronie tych jej „górnych warstw” przeciwko pozbawieniu jej monopolu władzy w kraju. Dzisiejsze poparcie dla PiS jest między innymi tego efektem, czyli odkryciem przez dolne warstwy społeczne, że są w liczebnej większości i są w stanie same zadbać o swoje interesy bez pomocy postszlacheckiej inteligencji. Wejście w skład Unii Europejskiej przyniosło krajowi nowe wzorce i tak szybką zmianę cywilizacyjną, że zapomnieliśmy o tym, że przedtem – jak napisał podróżujący przed dwustu laty po Europie pewien Francuz – „Polska jest krajem, gdzie wszędzie można dobrze zjeść, ale nigdzie nie można wygodnie dokonać czynności odwrotnej”. Warto pamiętać że wraz z głęboką zmianą ekonomiczno-społeczną, dokonała się w kraju również i rewolucja higieniczna. Młode pokolenia nie zdają sobie z tego sprawy z głębi efektów tych przemian.

                Wizyta Donalda Trumpa w Polsce była w tych okolicznościach wydarzeniem na skalę szerszą niż lokalna. Jeśli spojrzymy na nią z dalszej perspektywy, dostrzeżemy pewne znamię czasu. Jej skojarzenie z warszawskim szczytem Trójmorza jest znamienne i nieprzypadkowe. Dokonało się jakby mimochodem, było jednak tłem, którego się nie da pominąć. Oto prezydent USA postanowił odwiedzić Polskę i zbiegło się to z planowanym spotkaniem 12 państw europejskich nie będących rdzeniem Unii, lecz tylko jej wschodnim obrzeżem w ramach fali poszerzeń po 2004 roku. Sama idea Trójmorza też jest zagadką. Z pozoru jest tak świeża, że nie zdążyła się nawet zadomowić w internetowej Wikipedii. Powstała tylko jego mapa, której cechą jest głównie to, ze obejmuje kraje, które przystąpiły do Unii później niż ścisłe grono „piętnastki” sprzed tej daty, dodając do tego jeszcze Austrię. Zastanawiać może obecność tej ostatniej, która jest jedynym państwem ze ścisłego europejskiego grona wspomnianej wcześniej piętnastki, a nie z jej obrzeża. Dołączyła przecież do unijnego rdzenia dopiero na końcu procesu poszerzania. Wcale nie jest on przy tym jednorodny i składa się z kilku rodzajów podmiotów, które dają się historycznie i geograficznie pogrupować w mniejsze obszary. Licząc od północy – pierwszy, to kraje z przestrzeni dawnej niemieckiej Mitteleuropy, jako tej części kontynentu, która najpierw była częścią carskiej Rosji, lecz w wyniku wojny 1914 roku znalazła się pod kuratelą cesarskich Niemiec (kraje bałtyckie, centralna Polska i dawna Galicja). Druga, to regiony, które w ramach europejskiego porządku przed I wojną światową znajdowały się w składzie niemieckojęzycznego cesarstwa austriackiego, a później stały się częścią Austro-Węgier. To Austria oraz Czechy, Słowacja, Węgry, Słowenia i Chorwacja. Wreszcie grupa trzecia, to bałkańskie kraje „potureckie” – Rumunia i Bułgaria. Na pierwszy rzut oka wygląda to tylko na ponowne uporządkowanie dawnej przestrzeni pośredniej rozłożonej pomiędzy ówczesnymi europejskimi imperiami – Niemcami i Rosją. Na koniec jednak, wszystkie na okres niemal półwiecza „zjednoczyła” podległość sowieckiej Rosji. Dzisiaj, geograficznie, to dokładnie ta sama przestrzeń tyle, że ani Niemcy, ani też Rosja nie są już imperiami na dawną skalę, a dla dzielącej je przestrzeni trzeba wynaleźć jakieś nowe określenie. Czy będzie nią w jakiejś postaci Trójmorze? Dlaczego wymyślono nową nazwę dla regionu noszącego dotąd równie dobre miano Międzymorza?

            Rzut oka na mapę tej części Europy pozwala dostrzec pewną prawidłowość. Dwanaście krajów owego „Trójmorza”, to niewiele mniej niż wcześniejsza idea Międzymorza. Brakuje jeszcze Grecji, reszty Jugosławii poza Słowenią i Chorwacją, ale też Białorusi oraz Ukrainy. Tyle, że jeśli przed półwieczem myśl o dołączeniu tych dwóch ostatnich krajów była mrzonką w obliczu ich aneksji przez Związek Sowiecki, tak dzisiaj rzecz już nie przedstawia się tak abstrakcyjnie. Można sobie wyobrazić sytuację w której Ukraina, a w przyszłości również i Białoruś, będą dla Trójmorza (czy Międzymorza) czymś w rodzaju krajów stowarzyszonych. Pytanie tylko w jakich granicach rzecz jest realna wobec faktu, że różnice dotyczące geopolitycznej orientacji interesów i oczekiwań właściwie się nie zmieniły?

            Z globalnego punktu widzenia idea Trójmorza/Międzymorza też przestała być czymś fantazyjnym. Więcej, widoczne w Unii Europejskiej procesy dekompozycji czynią ją na tyle racjonalną, że powstanie zorganizowanej przestrzeni w geograficznym środku Europy może pomóc w ratowaniu rwących się integracyjnych więzów. Dziś, widać dokładnie, że faktyczny rozdział na kraje „starej” i „nowej” Unii, to nie tylko konsewencja kolejności wstępowania, ale również istotna odmienność kulturowa. To ważne, ponieważ idea europejskiej integracji to nie tylko przestrzeń polityki (ta nieraz doprowadzała do wojen), ale również odkrywanie poczucia wspólnej tożsamości. Poczuwanie się do tego rodzaju więzów, to jednak rzecz subtelna, delikatna i przy tym zmienna. Nie ulega wątpliwości, że kraje „starej” Europy wykazują znacznie wyższy poziom wspólnotowej gotowości, niż te, przyjęte po 2004 roku. Prawdą jest też i to, że obie grupy unijnych członków niosą odmienne doświadczenia historyczne. Dawne kraje kolonialne mają wobec siebie znacznie więcej tolerancji i spokojnego dystansu, niż te, które same były poddawne imperialnej eksploatacji. Dalsze pogłębianie integracji wymagałoby wspólnego na to punktu widzenia, najwyraźniej jednak jego uzgodnienie wymaga znacznie więcej czasu i okazuje się niełatwe. Nie da się tego uczynić w jednakowym rytmie dla prawie trzydziestu odrębnych organizmów państwowych. Brak uporządkowania w tej przestrzeni może doprowadzić do rozluźnienia lub nawet utraty więzów, podczas gdy dopuszczenie do niejednakowego tempa procesów wcale nie oznacza dezintegracji. Wiadomo, że aczkolwiek leżą w tej samej Europie, to ich historyczne powiązania są odmienne. Warto na tę okoliczność przypomnieć ich doświadczenia z czasów wojny i powojnia. Większość została poddana agresji dwóch imperializmów – niemieckiego i sowieckiego, tyle, że polityka największych państw antyhitlerowskiej koalicji była tak bardzo skoncentrowana na własnych interesach, że okazała się daleka od lojalności wobec Europy wschodniej. Jak wspominał kiedyś działacz polskich władz emigracyjnych w Londynie, Adam Pragier, brytyjscy politycy nie ukrywali, że są bez skrupułów gotowi poświęcić interesy Polaków na ołtarzu porozumienia z Sowietami. Dzisiaj, dowodem tego rodzaju gotowości jest wybudowany gazociąg Nordstream i nie liczenie się z protestami w sprawie projektowanej budowy jego drugiej nitki. Z punktu widzenia idei prawdziwej integracji, konieczność budowy gazoportu jest pod każdym względem odstępstwem od idei europejskiej wspólnotowości, a zamiar otoczenia Europy Środkowej siecią gazociągów ją omijających, to nieskrywany dowód na to, że powiązania niemiecko-rosyjskie są dla zachodniej Europy ważniejsze, niż interesy Polski, Węgier czy krajów bałtyckich, należących wszakże – inaczej niż Rosja – do przestrzeni uznawanej za wspólnotę interesów.

Prezydencka wizyta Trumpa w Polsce miała pewną otoczkę – zarówno kulturową jak i historyczną. Pomimo ogólnego odczuwania sympatii pomiędzy narodami – amerykańskim i polskim, prawdziwą istotą ich społecznych struktur jest głęboka odmienność narodowej ewolucji. Nie zmieni tego pomnik Kościuszki w Waszyngtonie, skoro wiemy, że amerykańsko-polski bohater po powrocie do ojczyzny nie mógł w ramach powstania noszącego jego imię przeprowadzić żadnej reformy na amerykański wzór. Polska szlachta, tak bardzo bała się utraty darmowej pracy pańszczyźnianej chłopów i możliwości wybuchu ich nienawiści, że usiłowała problem niejako trwale „zamurować”. Jej obawa przed chłopskim wybuchem nie była przecież zawieszona w próżni w świetle kilku stuleci bezwzględnej i brutalnej eksploatacji wsi. Polska należała, pomimo wolnościowej propagandy szlachty, do krajów najbardziej niechętnych poszerzeniu  przestrzeni tej wolności poza granice własnej społecznej warstwy. Trump jest za to przywódcą USA, kraju, który w pewnym sensie „przeskoczył” wcześniejsze fazy rozwoju krajów europejskich, nie przeżywał dylematów pańszczyzny i nie tworzył wewnętrznych źródeł nienawiści (niewolnictwo czarnych, to jednak import), podczas gdy Polska zakotwiczyła się w nich na stulecia. Kraje europejskie ewoluowały krok po kroku – od rzymskiej starożytności, przez średniowieczny feudalizm aż do współczesnego postindustrializmu. Stany Zjednoczone mają je znacznie skrócone, ponieważ angielska kolonizacja Nowego Świata nie zaniosła tam ani tradycji rzymskiego niewolnictwa, ani europejskiego feudalizmu. W pewnym sensie kraj „wskoczył” w do pewnego stopnia gotowy system otwarty na powstanie nowoczesnego społeczeństwa industrialnego. Paradoks wizyty Trumpa w Polsce sprowadza się to tego, że oto prezydent najbardziej rozwiniętego kraju świata uznaje za ważną wizytę w kraju będącym w pewnym sensie jego odwrotnością, ponieważ feudalne struktury, zupełnie już nie znane w Ameryce, w Polsce trwały najdłużej, praktycznie aż do 1945 roku, a ich echo jest odczuwalne do dzisiaj. Inaczej mówiąc, Stany Zjednoczone, to mentalnie kraj „od zawsze” społecznie nowoczesny, a Polska równie „od zawsze” kraj zapóźniony i obciążony feudalną mentalnością, od której do dzisiaj wciąż nie może znaleźć pełnej ucieczki. Gdzie zatem mogą doszukiwać się jakiegoś rodzaju wspólnoty? Trzeba pamiętać o tych przeciwieństwach: USA nigdy nie doznały feudalnego obciążenia, Polska przeciwnie – jest tego obciążenia klasycznym i długotrwałym przykładem, tak silnym, że nawet i dzisiaj jej społeczna struktura jest przez wielu uważana za odległe echo tamtych, pańszczyźnianych czasów. Pojawia się pytanie, w jaki w tej sytuacji sposób oba kraje mogą być dla siebie prawdziwymi partnerami? Rzecz wcale nie jest prosta, lecz przeciwnie – dość skomplikowana. Tymbardziej, że już wiadomo, że z domniemanego Trójmorza mogą wycofać się Czechy. Co więc z niego pozostanie?

            Polacy świętują rocznicę Konstytucji 3 Maja jako najważniejsze świeckie święto państwowe. Wiąże się z tym jednak pewne nieporozumienie, które stanęło również u podstaw tego, że ta rzekomo epokowy i wzorcowy dokument nie miał praktycznie żadnej kontynuacji, ani też naśladownictwa w innych krajach. Prawdę mówiąc, to święto martwego tworu, który w żadnym stopniu nie rozwiązywał ówczesnych problemów strukturalnych kraju. Nieprzypadkowo zresztą, ostateczny kres Pierwszej Rzeczypospolitej nastąpił w zaledwie kilka lat po jego uchwaleniu. Warto zastanowić się nad mechanizmem nagłego zanikania użyteczności ważnych wydarzeń oraz przyczyn, dla których przez potomnych są mimo to wciąż uważane za epokowe. Po pierwsze, dokument nie rozwiązywał, a zaledwie porządkował problemy, które pojawiły się w obliczu dogorywania dotychczasowej formuły państwowości. Po drugie, jego oddziaływanie, to zaledwie dwa lata (do drugiego rozbioru). Po trzecie wreszcie, był dostosowany do szczególnej i wzorcowo anachronicznej struktury społecznej i politycznej Rzeczypospolitej szlacheckiej, nie mającej nigdzie w świecie odpowiednika, która broniąc ustroju nie do obrony, sama wydała na siebie wyrok. Tymczasem, Polacy do dzisiaj świętują przy tej okazji swoją rzekomą nowoczesność i otwartość na świat. Nic bardziej zwodniczego. Warto ten fenomen zrozumieć, by pojąć fakt praktycznie niewyobrażalny, taki mianowicie, że jeszcze dwa lata temu kraj był uważany za prymusa w pobieraniu nauk od zachodniej Europy. Dziś, ten sam kraj, leżący w tym samym miejscu i zamieszkany przez tych samych ludzi, jest uznawany za tak bardzo niewydarzony twór, że prezydent Francji pozwolił sobie na ujawnienie myśli o rozważeniu pozbawienia go członkostwa Unii Europejskiej. W dwa lata, bez większych społecznych reakcji, stoczyliśmy się ze szczytów powodzenia na europejskie dno pogardy i lekceważenia. Jak to się mogło stać i jak to jest w ogóle możliwe? Jak w związku z tym inny prezydent – Donald Trump mógł w czasie swej polskiej wizyty dostrzec w niej regionalny wzór dla europejskiej demokracji? Czy w tej sytuacji przeciętny Polak może nie mieć wrażenia, że żyje w atmosferze dalekiej od realizmu?

            Rzecz sprowadza się do tego, że każda ideologia ma źródło w braku rzetelnej wiedzy. Zabawne, ale problem został zdefiniowany już półtora stulecia temu. Wynikało to z tez zawartych w niewielkiej broszurce Fedynanda Lassale’a z 1862 roku, wydanej pod niemieckim tytułem Ȕber das Verwassungwesen. Autor doszedł do wniosku, że rzeczywisty ustrój państwa jest tylko odbiciem układu sił gospodarczych, społecznych i politycznych, jakie w nim istnieją, a nie zapisywanych w ustawach i głoszonych nawet w deklaracjach najwyższej rangi. Pisana konstytucja tylko wtedy spełnia swoje zadania, jeżeli w ramach określeń prawnych reprezentuje istniejący układ sił. Jeśli od niego odbiega i przerywa swoją więź z rzeczywistością, przekształca się tylko w jej prawne pozorowanie. Tyle, że życie jest silniejsze i rzeczywistość wygrywa przy każdej okazji sprawiając, że pojawić się mogą w państwie dwie konstytucje: rzeczywista i niepisana, ale faktycznie będąca w mocy i powszechnie akceptowana oraz konstytucja formalnie uchwalona i zapisana – w swej istocie jednak urojona i od rzeczywistości odległa. Lassale ilustruje zagadnienie  przykładem jabłonki, która z jakichś  przyczyn została uznana za drzewo figowe. Wystarczy jednak poczekać do jesieni i z całą pewnością okaże się, że drzewo rodzi jednak nie figi, lecz jabłka. Wszystko wskazuje na to, że po dziesięciu latach pozorów, polska jabłonka urodziła prawdę, z której wynika, że ani mentalnie, ani strukturalnie wciąż nie jesteśmy porównywalni z zachodnią częścią Europy i jakaś forma czasowego rozluźnienia więzów jest nieunikniona. Może to być to, o czym się mówi coraz częściej: nie oficjalny rozwód, ale „unia dwóch prędkości”. Polska wejdzie z pewnością w ten drugi, a nie pierwszy obszar. Czy to jest jakaś kara? Niekoniecznie. Może się w tym mieścić ilustracja powiedzenia, że oto „wyszło szydło z worka”. Donald Trump w swoich warszawskich wywodach tylko wykorzystał istniejące sprzeczności pomiędzy polską tradycją polityczną a zachodnią częścią Europy i kupił tym sobie sympatię słuchaczy.

            W przestrzeni społecznych podtekstów skrywających się pod zewnętrznymi pozorami trudno jest odnaleźć ich prawdziwe tło, a żadnych poważnych badań się w tej przestrzeni nie prowadzi. Tyle, że przykładów jest aż nadto wiele. Oto współczesna Rosja, która uchwaliła konstytucję – w swej treści otwartą i liberalną, tyle tylko, że jest taką jedynie na papierze, ponieważ rzecz sprowadza się do prawdziwej reakcji społecznej na wybryki władzy a nie do propagandy. Dla społeczeństwa rosyjskiego wcale nie jest najważniejszy zakres jednostkowych uprawnień obywatelskich, a kryterium politycznej stabilności i narodowej dumy daje mu nie system wolności osobistych, ale strach reszty świata w obliczu siły i nieprzewidalności Moskwy. Społeczeństwo Rosji, ponad swoje wolności przedkłada dumę z uznawania jej za potęgę i docenia głównie to, że kraj odzyskuje należne mu miejsce w świecie nawet w sytuacji, gdy dzieje się to za cenę podupadania standardu życia jej mieszkańców. To tradycja nierozerwalnie związana z historią, jak i samą istotą rosyjskości. Niezależnie od spowodowanego sankcjami spadku stopu życiowej Rosjan, aż 59 procent pytanych przez ankieterów jest zadowolonych z tego, że międzynarodowa rola ich ojczyzny powraca do należnego jej poziomu, niezależnie od tego kosztów. Jak to bywało w przeszłości, nie idzie o to by świat Rosję szanował, lecz o to, by jej się bał! To wszystko prowadzi do nieuniknionych następstw. Dzisiaj, 58 procent jej mieszkańców ocenia upadek ZSRR za wydarzenie godne pożałowania, a Putin jest oceniany wysoko jako polityk globalny tylko z tej przyczyny, że jego działania mają charakter wobec innych agresywny. Dobre samopoczucie Rosjan wciąż zależy od tego, czy sąsiedzi się ich boją, czy też nie. Brak z ich strony tego rodzaju strachu jest w oczach rosyjskich patriotów równoznaczny z upokorzeniem. Wbrew oczywistym prawom ekonomii, Rosjanie nie uważają też, że sposobem na polepszenie sytuacji gospodarczej kraju jest ograniczanie wydatków militarnych i przeznaczanie ich na rzecz rozwoju. Wciąż jest aktualny, istniejący od początków dziejów Rosji, „syndrom rabusia”, czyli jej rzekome prawo do korzystania z zasobów krajów od niej słabszych, a silna armia jest wedle tego poglądu potrzebna również po to, by chronić rosyjskie mniejszości gdziekolwiek by nie mieszkały i utrzymywać tym sposobem stosowny poziom szacunku dla ich kraju. W takiej sytuacji, aż 52 procent Rosjan jest zdania, że ich armia powinna podjąć stanowczą interwencję kiedy to poza jej granicami wciąż znajdują się terytoria, które wedle ich mniemania powinny należeć do ich kraju.

Wspominamy te rosyjskie przekonania jako przykład tego, że cechą niektórych społeczeństw jest wiara w to, że nie jest jej do niczego konieczna obiektywna analiza rzeczywistości, a do politycznych i militarnych akcji wystarcza głęboka świadomość własnych racji. To jeszcze jeden dowód na to, że mechanizm światowej polityki skrywa też i mechanizm impulsywności, nie tylko racjonalności. Oznacza to, że czeka nas jeszcze wiele wydarzeń, które dzisiaj wydają sie nierealne i pozbawione podstaw. Powołajmy się na amerykańskiego politologa, George’a Friedmana. W ramach kierowanego przez niego instytutu Strategic Forecasting, Inc. (Stratfor) zajmuje się opracowywaniem wszelkiego rodzaju analiz i raportów o charakterze globalnym na potrzeby klientów prywatnych, a także niektórych agend rządu Stanów Zjednoczonych. Eksponowaną tezą jest myśl, że przedwidywania przekraczające dystans dziesięciu lat muszą być błędne z samej zasady niewiarygodności dalszej przyszłości i stają się błędne tym bardziej, im sięgają w tę przyszłość głębiej. Są błędne z tej przyczyny, że opierają się na aktualnych deklaracjach polityków, a nie na rzetelnej analizie możliwych niespodzianek. Sam Friedman zauważa zresztą, że niechcianą konsekwencją braku podejścia globalnego do polityki stają się niewłaściwe oceny historycznego miejsca, w którym się znajdujemy. Te łączą się często nie tylko z zupełnie nieprzewidzianymi konsekwencjami, ale z wręcz nieoczekiwanymi, czy nawet niechcianymi. Daje na to aż nadto przekonywujące przykłady. „W 1900 roku przyszłość wydawała się ustalona: pokojowa, rozkwitająca Europa miała rządzić światem”. W piętnaście lat później nie tylko nim nie rządziła, ale została rozdarta i wyniszczona czteroletnią wojną, której prawdziwe cele z dzisiejszej perspektywy wydają się być zupełnie niejasne. „Kontynent leżał w ruinie. Niektóre imperia – austro-węgierskie, rosyjskie, niemieckie i osmańskie – zniknęły z mapy. Zginęły miliony ludzi”. Po zwycięskiej wojnie, antyniemieckiej koalicji wydawało się, że potęga przeciwnika została trwale złamana. Tymczasem, zaledwie dwadzieścia lat później, Niemcy nie tylko podźwignęły się z klęski, ale podbiły Francję i uzyskały dominację w Europie, a ich potęga dotarła w pobliże Moskwy. Podobnie, Stany Zjednoczone przegrały wojnę z zupełnie prowincjonalnym Wietnamem i zdawało się, że stają przed globalnym zagrożeniem ze strony Związku Sowieckiego oraz perspektywą utraty wpływu na światowe wydarzenia. W dwadzieścia lat później, ten ostatni nie tylko przestał być zagrożeniem, ale zniknął z mapy, za to USA stały się jedyną potęgą zdolną do interwencji w każdym zakątku świata. Friedman rzecz podsumowuje lapidarnie: „Kiedy mówimy o przyszłości, możemy być pewni tylko jednego, że zdrowy rozsądek zawodzi. Nie ma żadnego magicznego dwudziestoletniego cyklu; nie ma też żadnej prostej siły rządzącej tym wzorem. Jest po prostu tak, iż rzeczy, które w danym momencie historii wydają się trwałe i pewne, mogą się zmienić z błyskawiczną szybkością”. Inaczej mówiąc, jest pewne, że do przewidywania przyszłości stosujemy zdecydowanie błędne metody, a nawet o perspektywie własnego świata nie wiemy nic lub prawie nic. Staramy się bowiem widzieć przyszłość racjonalnie, tyle, że wedle znanych nam dzisiaj kryteriów. Tymczasem, mechanizm rozwoju świata jest wciąż dla nas tajemnicą i poddaje się innym, ponadczasowym racjom, zmieniając się bez ostrzegawczych znamion.

            Rzecz w tym, że cała polityczna dyskusja w kwestiach, o których mowa błądzi we mgle nieumiejętności dokonania rozróżnienia między postrzeganą teraźniejszością a nieznaną przyszłością. Nasze przekonanie o tym, że wiedza o psychice danego człowieka przekłada się na wiedzę o jego przyszłości jest głęboko błędna. Nikt o własnej przyszłości tak naprawdę nie wie nic, jeśli nie myli jej z planami, które sobie sam rysuje. Ich wiarygodność wobec czekających nas niespodzianek jest jednak zerowa. Wydaje się, że owo przekonanie przyświeca również i problemom, z którymi dzisiaj spotyka się Unia Europejska, a jej przywódcy zajmują w tej kwestii jednoznaczne stanowiska, bezpodstawnie sądząc, że są rodzajem łącznika pomiędzy jej teraźniejszością i przyszłością. Nic bardziej błędnego. Przyszłość jest nam naprawdę nieznana.

Dzisiejsza nerwowość przywódców Unii, ale także i pewność siebie francuskiego prezydenta Macrona co do właściwego rozumienia interesów i jej przyszłego kształtu jest rownież pełna niekonsekwencji. Nie bez podstaw wyraził się krytycznie o poczynaniach krajów Grupy Wyszehradzkiej, w tym Polski, szczególnie w kwestii przyjmowania muzułmańskich uchodźców. To jednak tak, jakby interesowała go przyszłość monolitu, którego droga do dzisiejszej formy była z tym pojęciem sprzeczna. Czemu więc w tej dyskusji zapomina się o historii tworzenia Unii oraz – co najważniejsze – o narzędziach realizacji zadania w postaci scalenia w jedną całość głębokiej różnorodności 28 państw członkowskich. Świadczy przecież o tym nie tylko postępowanie Grupy Wyszehradzkiej, ale także i angielski Brexit. Wielka Brytania postanowiła opuścić Unię dokładnie z tej samej przyczyny okazywanej inności, która leży u podstaw brukselskiej krytyki państw Grupy. Tyle, że w przypadku Brytyjczyków, właściwie bezkonfliktowo akceptowano fakt odmienności ich tradycji pod tak wieloma względami, więc Brexit został uznany za coś racjonalnego i będącego tych odmienności następstwem. Czy Wielka Brytania i jej anglosaska tradycja, to tylko jeden przypadek różnicy, która może zostać uznana jako norma? Dlaczego inne nie? Dla lepszego zrozumienia problemu zatrzymamy się chwilę nad ewolucją sposobu przedstawiania procesu europejskiej integracji i spróbujemy dostrzec w tym pewne dodatkowe tło.

            Znamienna jest ewolucja samego ilustrowania fenomenu integracji. Pierwszy twór, zarysowany jeszcze planem Schumana z 1950 roku podkreślał narodową odrębność poszczególnych państw, ich osobne tradycje, a suwerenność każdego z nich symbolizowały narodowe flagi. Ewolucja kształtu samej integracji Europy też jest znamienna. Rozpoczęła się od Europejskiej Wspólnoty Wegla i Stali, w ramach której nie kwestionowano praw poszczególnych narodów do odczuwania odrębności w stosunku do innych. Również i EWG, czyli sześć krajów zintegrowanych od 1957 roku podkreślało swoją jedność, lecz z przewagą różnorodności. Rok 2007 przyniósł nowy kształt integracji o środkowo-wschodnią część kontynentu. Tę „nową Europę”, dawna Piętnastka dotowała chętnie w przekonaniu, że jej przekształcenie w jeden organizm państwowy, to tylko kwestia czasu. Obraz integracji z 2015 roku sugerował pełną jednolitość. W 2017 roku, czyli zaledwie w dwa lata później, odbyła się w Warszawie, niejako pod moralnym patronatem prezydenta Stanów Zjednoczonych, próba wyłonienia z niej odrębnego tworu w postaci „dwunastki”, która stanęłaby w opozycji wobec dawnej „piętnastki” i w pragnieniu zablokowania dalszej integracji oraz ciągłego oddawania władzy narodowych stolic brukselskiemu centrum. Czy to oznacza definitywny koniec oczekiwań integracyjnych, czy też tylko jego wyhamowanie?

            Dzisiaj nie znamy odpowiedzi na zadane pytania, między innymi dlatego, że sytuacja zmienia się wyjątkowo szybko. Jeszcze niedawno, kontynuacja dawnej idei Międzymorza wydawała się zupełną mrzonką, teraz – w postaci Trójmorza – sprawia wrażenie, że kraje regionu są jednak tym zainteresowane. Jeśliby rzecz nabrała bardziej realnych kształtów, konsekwencje dla Europy są nieobliczalne, ponieważ oznaczają trwałą i być może ostateczną utratę przez Niemcy i Rosję roli głównych rozgrywających. To by też oznaczało koniec ich europejskiej hegemonii. Ale czy to przeszkadzałoby nam, Polakom? Może jednak nie, a może nawet wręcz przeciwnie….?


One thought on “KONTYNENT GŁĘBOKO PRZEPOPŁOWIONY, CZY TO DWIE EUROPY W JEDNEJ?

  1. zaledwie miesiac po tym wpisie Macron jedzie do Czech i Słowacji a Polskę pomija… I Czesi i Słowacy wyraznie mowiąo rozpadzie grupy Wyszehradzkiej- wiec jak tu dywagowac o jakims Miedzymorzu czy Trojmorzu… Rumunii też bliżej do Francji niz do Polski. Niestety ale dzieki naszej światłej dyplomacji ala San Escobar jesteśmy coraz bardziej osamotnieni nie tylko wobec ZACHODU ale i wobec “Wielomorza”. To się skonczy dla nas źle…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *