PROMENADE DES ANGLAIS, CZYLI KLĘSKA INTELIGENCKIEJ MULTIKULTI.

MultikultiE            Na kolejny atak islamistów na zupełnie przypadkowych ludzi europejska minister spraw zagranicznych zareagowała płaczem. Roniąc łzy wezwała regionalnych przywódców do współpracy dla rozwiązania plagi terroryzmu. Uczyniła to jednak w dość szczególny, żeby nie rzec, mało praktyczny, sposób. „Jesteśmy zjednoczeni nie tylko cierpieniem, ale także reagowaniem na te akty i zapobieganiem radykalizacji” – mówiła szefowa unijnej dyplomacji i nie kryjąc poczucia bezradności. „Bycie tu razem – mówiła przez łzy – to najmocniejsze przesłanie siły i przyjaźni między naszymi ludźmi i dowód, że możemy pokonać tych, którzy chcą nas podzielić. Tu skończę, zrozumcie to. Dziś jest trudny dzień” – dodała drżącym głosem, a włoski minister spraw zagranicznych wyprowadził płaczącą z sali.

            Inaczej zareagował Zbigniew Boniek, który nie musi się liczyć z reakcją politycznych elit i po zamachu w Nicei warknął: „robienie z Europy Eurabii mnie wkurza!”. Na swoim koncie na Facebooku do słów premiera Francji odniósł się też inny sportowiec. Mariusz Pudzianowski zauważył, że słowa francuskiego premiera, że oto „Francja będzie musiała nauczyć się żyć z terroryzmem” nie pasują do roli męża stanu. Popularny strongman zauważył, że „brzmi to tak jakby głowa domu powiedziała do reszty rodziny: goście nabrudzili nam w salonie, więc będziemy musieli nauczyć się z tym żyć!”

            Zadziwiające, że politycy, jak jeden mąż powtarzają układne i defensywne zwroty najważniejszych polityków europejskich. Jedynym polskim ministrem, który wygłosił inne zdanie był Mariusz Błaszczak, po którym dotąd najmniej było widać odwagi i zdecydowania. Nawoływał do powrotu do korzeni chrześcijaństwa, tyle, że tu akurat trudno zgadnąć, co miał właściwie na myśli. Chrześcijaństwo jest przecież religią, jej wyznawanie nie może więc być rezultatem politycznej decyzji, lecz skutkiem silnego i osobistego przekonania, jeśli ma być jasnym dla jednostki kierunkowskazem. Tymczasem, w społeczeństwach Europy, także i w Polsce, poziom religijności się obniża i wcale nie wychodzi naprzeciw coraz bardziej wyrafinowanym oczekiwaniom, stale zwiększając przy tym liczbę ludzi deklarujących brak wiary w Boga. Dla tych ostatnich mahometanizm też nie jest żadną atrakcją, bo w jeszcze mniejszym stopniu odpowiada na wymagania współczesności, będac tworem stworzonym przez wizję ludzkich oczekiwań przed sześciuset lat, kiedy to powstawał jego religijny kanon. Jak w tej sytuacji może stać się on atrakcyjny dla współczesnych Europejczyków? Żadnego zagrożenia nie widać też i od strony samej formuły religijności. Słuszna natomiast była uwaga praktyczna, że oto „władza nie może być rozbeczana”. Uczynił ją zapewne w reakcji na łzy pani Mogherini, a także taką oto konieczność, że rząd „musi zapewniać obywatelom bezpieczeństwo”. Jest faktem, że polityka zagraniczna, a taką jest unijne postępowanie wobec islamu, to nie materia dla osobników płaczliwych i emcjonalnie słabych, lecz głęboko odpornych na sympatie i antypatie. Reakcja unijnej minister, to tylko dowód jej bezradności dający zachętę muzułmańskim aktywistom do dalszych działań. Trudno też odmówić racji stwierdzeniu, że żadne marsze milczenia i minuty ciszy nie rozwiążą problemu terroryzmu, a tego rodzaju wydarzenia z pewnością nie skończą się na nicejskim zamachu. Występując później w telewizyjnym programie, Błaszczak zauważył, że bezpośrednią przyczyną zamachów jest lansowana przez jej elity polityka określana skrótem multi-kulti, czyli wiara w to, że odmienne kultury będą ze sobą nie tylko „jakoś współżyły”, ale będą to czyniły twórczo. Warto głębiej przeanalizować ten tok myślowy, choćby z tego względu, że z całą pewnością zdominuje kolejne europejskie i amerykańskie wybory i stosunek do niego zdecyduje o tym, kto wyjdzie z nich zwycięsko.

Ameryka            Powszechna jest opinia, że wspomniane w tytule multi-kulti, to racjonalna i dobrze dopracowana koncepcja polityczna. Polityczna, lecz nie kulturowa. Zaskoczeniem będzie więc informacja, że w rzeczywistości, to tylko pojęcie obiegowe bez głębiej sprecyzowanej treści, służące jedynie bieżącej i bardzo jednostronnej debacie. Nie tylko nie ma logicznie sformułowanej definicji, ale nawet nikt się nie stara o to, by taka powstała. Nie ma zresztą na ten temat żadnego poważnego opracowania politologicznego. W zasobach internetowych pod wspomnianą nazwą występuje rzadko. Jest nawet zabawne, że po wprowadzeniu hasła multikulti, na pierwszym miejscu pojawia się informacja o sklepie internetowym o nazwie „Biżuteria etniczna MultiKulti”. Dopiero przekierowanie na „wielokulturowość” daje efekt merytoryczny, ale budzący w tym sensie zdziwienie, że nie jest propagandą, ale poważną analizą zjawiska. To ostatnie brzmi jak rodzaj politycznej filozofii „jakoś-to-będzie”, a załączane do niego ilustracje pokazują zwykle radosne i zadowolone twarze dzieci i ludzi dorosłych o odmiennym kolorze skóry i pochodzących najwyraźniej z niepodobnych kręgów etnicznych, lecz ostentacyjnie przyjaznych istnieniu głębokich różnic kulturowych. Rzecz w tym, że światem europejskiej polityki rządzi właśnie takie niezdefiniowane bliżej multikulti, a nie socjologiczna kategoria „wielokulturowości”. Zabawne, że nawet zadający o to pytania nie potrafią się utrzymać w jego ramach i natychmiast przenoszą rzecz na szersze tory. „Co właściwie znaczy „multi-kulti”? – znajdziemy takie oto pytanie – „Czemu rzekomo poniosło klęskę? Czy określenie to opisuje w ogóle rzeczywistość postimigranckiej zachodniej Europy?”. Tyle, że w odpowiedzi używa się już innego pojęcia i pojawia się niepewnie określana kwestia „czym jest właściwie multikulturalizm?”. To zwykle ucieczka od głównego zagadnienia w kierunku spraw drobniejszej natury. Jak formułuje rzecz Stanfordzka Encyklopedia Filozofii, multikulturalizm, to zbiór doktryn politycznych, które w odpowiedzi na wyzwanie różnorodności proponują porządek społeczny oparty o pozytywne uznanie tożsamości i specjalnie wyodrębnione prawa poszczególnych mniejszościowych grup”. W przeciwieństwie do słowa „wielokulturowość”, które powinno być dla „multikulturalizmu”oczywistym synonimem, tutaj dowiadujemy się, że w praktyce, są to „na przykład kwoty dla mniejszości w organach władzy, akcje afirmacyjne (w zatrudnieniu, edukacji), prawne wyjątki dla różnych grup (np. prawo do uboju rytualnego dla przedstawicieli mniejszości muzułmańskiej czy żydowskiej), prawo do ograniczonego samorządu, a także wspieranie przez państwo edukacji organizowanej przez etniczne mniejszości połączonej z brakiem polityki asymilacyjnej”. W praktyce, to wspierany przez władze państwowe rodzaj jednostronnej polityki mającej zapobiegać wtapianiu się imigrantów w lokalne społeczności oraz świadome subsydiowanie ich kulturowej odrębności i zachęcanie do jej podtrzymywania pomimo oddalenia od ich źródła, nie zaś do przejmowania obyczajów otoczenia. Inaczej mówiąc, zamiast stapiania się w jednorodną społeczność, wielokulturowa rzeczywistość ma być zupełnie inna łącząca przez rozgraniczanie,  ponieważ miejsce chrześcijanina jest w kościele, buddysty pod stupą, a muzułmanina w padającym na twarz tłumie w meczecie, ale nigdy nie powinni oni występować pod wspólnym szyldem. W jaki sposób ma to „współżycie odmienności” przebiegać w coraz bardziej gładkiej i łagodnej postaci, tego już się nie dowiadujemy, ale otrzymujemy za to porcję ideologii. Społeczeństwo multikulturowe nie składa się z grup i jednostek o różnych tożsamościach, które biernie się tolerują. W multikulturalizmie nie chodzi o to, żeby wszystkie mniejszości przyjęły jako swoją jedną kulturę. Wręcz przeciwnie: grupy mniejszościowe współistnieją, uznają między sobą różnice w ramach pewnych minimalnych norm”. Inaczej mówiąc, jeśli Polak zamieszka w Bundesrepublice, to jego polskość powinna być tam świadomie podtrzymywana przez równie świadome niemieckie otoczenie i do tego za niemieckie pieniądze. Czy ktoś o takich wydarzeniach może słyszał? Widać słyszeli o tym bliskowschodni imigranci, skoro rzucili się tłumnie do wędrówki w kierunku Europy ponosząc przy tym wysokie koszty własne i to nie tylko w ekonomicznym znaczeniu słowa. Trudno się im zresztą dziwić, skoro dowiedzieli się, że w Unii Europejskiej nie tylko będą mogli pozostawać przy swoim języku i obyczajach, ale do tego za – w ich mniemaniu – sowitą dopłatą z unijnej kasy, będą mogli też pozostać odmienni na zawsze. To żadne multi-kulti, to po prostu nowe Eldorado! I do tego jednakowe dla wszystkich i ze swej zasady przy tym darmowe! Tyle, że historycznie idiotyczne.

WspolistnienieZresztą, obiegowo używane pojęcie multikulturalizmu, to zupełnie coś innego, niż naukowo opracowana teoria wielokulturowości. Wyszło też na jaw, że jego definicja jest poddawana manipulacjom, które prowadzą do daleko idących konsekwencji zniekształcających samą jego naturę. Zagadkowe, że definicja anglojęzyczna różni się przy tym od polskiej. W tej ostatniej, nie pozostawia się wątpliwości, że pojęcie jest ideą importowaną z Zachodu. W wersji anglojęzycznej przypisuje się mu za to walory użytkowe i badawcze, w obiegowym – ma już odcień ideologiczny, polityczny i propagandowy, daleki od bezstronności. Prześledzimy przez chwilę losy pojęcia, by zrozumieć jego dzisiejsze usytuowanie. Jego lekkomyślne propagowanie stało się przyczyną nagłego zalewu Europy imigrantami z Bliskiego Wschodu, a także źródłem dzisiejszego kryzysu Unii, wynikającego wprost z niezrozumienia istoty zagadnienia i jego długofalowych konsekwencji.

W swej istocie,  wielokulturowość, to nie szczytna idea godna wsparcia, czy analizy, ale opis pewnego, dającego się dostrzec obiektywnego zjawiska. Taka rzeczywistość cechowała kiedyś starożytną i średniowieczną Europę, gdy na jej obszarze mieszały się najrozmaitsze wzorce kulturowe – lokalne z importowanymi i kiedy zasada nadrzędności wspólnoty etnicznej i narodowej nie cieszyła się jeszcze zrozumieniem. Tego rodzaju sytuacja trwała we wschodniej jej części aż do początku XX stulecia. Skład narodowościowy monarchii Habsburgów był najlepszym wzorcem braku etnicznej i kulturowej jednorodności przy utrzymywaniu formalnej jedności instytucjonalnej. Najważniejszym językiem był niemiecki, chociaż etniczni Niemcy, to zaledwie jedna czwarta jej ludności. Dwadzieścia procent stanowili Węgrzy, należący do grupy etnicznej w Europie rzadkiej (zaledwie 5%) – ugro-fińskiej i azjatyckiej z pochodzenia, a dla kontynentu zupełnie egzotycznej i bliskiej Finom, lecz odległej od Niemców. Czechów było trzynaście procent, a Polaków dziesięć. Ukraińcy, to już tylko osiem procent ludności, Rumuni sześć, Chorwaci pięć, inne narody słowiańskie razem (Serbowie i Słoweńcy) – siedem, a romańscy Włosi – to zaledwie trzy procent ludności kraju. Warto wiedzieć, że każdy z języków reprezentował przy tym odmienną kulturę narodową. Podobnie złożona była struktura religijna – od protestantyzmu poprzez katolicyzm po różne odłamy prawosławia, islamu i judaizmu.

Wieloetnicznym i zróżnicowanym kulturowo krajem była też zawsze Rosja. W 1897 roku rosyjskojęzyczni prawosławni stanowili ponad 60 procent ludności, muzułmanie 11, katolicy 9, Żydzi 4, protestanci 3, ale istniały też zwarte społeczności starowierców, buddystów, lamaistów, Ormian i karaitów. Austro-Węgry nie wytrzymały nacisku tych wszystkich sprzeczości i w 1918 roku rozpadły się na państwa narodowe. Rosja doświadczyła rewolucji i sowieckiej formuły rządzenia, by znaleźć się na koniec w putinowskim zaułku, z którego nie widać wyjścia między innymi z powodu niemożności pogodzenia interesów kulturowych z narodowymi i ogólnopaństwowymi. Inaczej mówiąc, doświadczenie historyczne Europy jest dowodem na to, że trwałą cechą wielokulturowości jest wrodzony brak trwałości. Skąd więc dzisiejszy pęd europejskich elit do odtwarzania tego rodzaju modelu, skoro poprzednie stulecia charakteryzował trend całkiem odwrotny? Pamiętajmy też, że wielokulturowość, to zjawisko skomplikowane, niezbyt dokładnie zbadane i prezentowane zwykle w formie publicystycznej. Oto co pisze o nim Ilona Wiśniewska w artykule Polka w Norwegii, dając przykład znanego jej z własnego doświadczenia odległego od Polski Spitsbergenu, który jest jednak przypadkiem więcej niż szczególnym i mogącym tylko z grubsza ilustrować omawiane problemy. „To miejsce odcięte od świata i zamieszkane przez mentalnych anarchistów. Tam każdy skądś przyjechał – około 50 różnych narodowości, religii, poglądów i kultur. Społeczność przez lata wypracowała sobie struktury, dzięki którym to wszystko dobrze działa. Ramy wyznacza norweska mentalność oparta na zaufaniu, a każdy z przyjezdnych dokłada coś od siebie”. Tyle, że i ona opisuje pewien zastany stan istniejący, nie zaś jakąś odgórną politykę multikulti. Zresztą, nie tchnie optymizmem wyznanie podsumowujące, że oto „na Spitsbergenie nie powinno się ani rodzić dzieci, ani umierać. To bezpieczne miejsce jak długo jest się w stanie samemu o siebie zadbać”. Jak zauważa autorka reportażu „żyją tam zgodnie obywatele prawie pięćdziesięciu państw. Swoisty tygiel kulturowy. Prawie jak w przedwojennym Drohobyczu lub Pińsku. Żyją w harmonii i pokoju, lecz gdy umierają pochowani zostają poza wyspą. Rodzą się także poza nią. Wyspa rządzi się swoimi prawami, dość twardymi i wymagającymi, jak się można domyślić. Dlatego choć przybyszów jest wielu, na dłuższy okres pozostają tylko nieliczni”.

Austro-Wegry            Rezultatem pomieszania naukowych opinii i politycznej ideologii stała się sama definicja wielokulturowości. „To idea i model społeczny – czytamy w polskojęzycznej Wikipedii – według której społeczeństwo powinno cechować się występowaniem grup o różnym pochodzeniu i wyznających odmienne systemy normatywne określające metody kontroli społecznej sposobu oceniania postępowania jednostki i osób ją otaczających”. Wynika z niej, że na przykład Polska jest w tym względzie krajem ułomnym i aby poprawić swoją pozycję w rankingu powinna przyjąć znaczną liczbę imigrantów z innych stref kulturowych, aby jej społeczna struktura dopasowała się do międzynarodowego wzorca. Jakiego wzorca? Jaka właściwie jest racjonalna podstawa tego rodzaju stwierdzenia, skoro nawet cytowana wcześniej Wikipedia ujmuje rzecz inaczej – jako opis istniejącego stanu, nie zaś pożądanego punktu docelowego, do którego Europa powinna dążyć? „Multikulturalizm – czytamy – opisuje istnienie, przyzwolenie lub promocję istnienia wielu różnych tradycji pod jedną jurysdykcją”, ale od razu zastrzega też, że „ideologie i polityki wielokulturowości znacznie się między sobą różnią począwszy od doradzania wzajemnej tolerancji kulturowej i polityki podtrzymywania zróżnicowania, do polityki, w ramach której odmienne grupy etniczne i religijne są podstawowym podmiotem, do których jest kierowane działanie rządu”. O ile w pierwszym wypadku, ma to być jedynie stwierdzenie istniejącego faktu i dążenie do zapobiegania konfliktom, o tyle w drugim, to już świadoma polityka sprzyjająca wielokulturowości, podbudowana wymyślną ideologią nie mającą właściwie żadnej podstawy intelektualnej i rzeczywistej. Trzeba podkreślić, że ze swej natury w tolerancyjnych społeczeństwach współczesnej Europy fakt istnienia wielokulturowych społeczeństw nie jest podważany, a narastający opór dotyczy przypadku drugiego, kiedy to wskutek działania polityków przekroczone zostają nie tylko bariery etniczne, ale i realna możliwość zrozumienia jednych przez drugich, chociaż żyjących obok siebie. Szczególną pozycję zajmują w tym społeczności islamskie. Rzecz bowiem w tym, że powiększają się dynamicznie, ale – inaczej niż inne wielkie kultury – same dysponują własnym systemem prawnym i autonomicznymi strukturami sądownictwa, więc z ich punktu widzenia świeckie państwo goszczące jest im potrzebne tylko jako parasol, ale nic więcej. Tyle, że ten problem staje się dzisiaj w Europie dominujący i głęboki konflikt pomiędzy europejskimi muzułmanami a ludnością miejcową będzie bez wątpienia narastał. Mechanizm prowadzi więc do sytuacji, której istotą jest nierozwiązywalny konflikt z otoczeniem typu albo-albo, który automatycznie prowadzi do coraz bardziej gwałtownych spięć. Jak przy tym zauważają polscy imigranci, mimo wielu powodów, które zachęcają Polaków do ucieczki na zachód jest przynajmniej jeden, który wskazuje na to, że warto pozostać w kraju nad Wisłą. Chodzi o islamskich emigrantów, którzy wciąż zyskują na sile w krajach takich jak Francja, Niemcy i Wielka Brytania. Każdy, kto był chociaż raz za granicą wie, że ulice wielkich europejskich metropolii zaczynają wyglądać jak Kair”. Czy to jest właśnie to, co pragnęli osiągnąć zwolennicy multukulti? 

Sam islam do przestrzeni multikulti nie tylko nadaje się mniej niż inne wielkie kultury współczesności, ale wręcz nie kwalifikuje się do niej wcale. „Motywem działania człowieka Wschodu – zauważa orientalista S. Levy –  nie jest pozytywne pragnienie wolności, ale uraz i złośliwa zawiść” ubrane w strój globalnej racji, która w mniemaniu wyznawców jest ze swej natury bez najmniejszej nawet skazy. „Islam – przekonuje tymczasem Muzułmańska Deklaracja Praw Człowieka – ujmuje całościowo życie i jego problemy. Jest zupełnym i doskonałym kodeksem życia, nie znosi częściowych reform lub kompromisów”. Jest wedle tej opinii tworem idealnym, ponieważ – jak nauczał ajatollach Fadlallah Nuri – „wszystkie sprawy, włączając w nie politykę i administrację, zawierają się w szariacie”. Konkluzję problemu przed ponad stu laty przedstawił jednak wybitny znawca zagadnienia, francuski orientalista Ernest Renan stwierdzając, że w swej istocie jest zupełnie inaczej, a „islam jest lekceważeniem nauki i prostota semickiego ducha ogranicza umysł ludzki, zamyka go na wyrafinowane idee i odczucia oraz racjonalne poszukiwania”.

Egzekucja            Islam różni się też fundamentalnie od innych wielkich kultur, czego europejscy „poprawnościowcy” wcale nie biorą pod uwagę z powodów czysto dogmatycznych i w uznaniu, że wszyscy ludzie rodzą się jednakowi, a jeśli się różnią, to to tylko ze względu na „błędy wychowawcze”. Operując pojęciami na pozór podobnymi do chrześcijaństwa i judaizmu, islam nadaje im głęboko odmienne osadzenie w przestrzeni moralności. Nie jest przezeń podzielany – jak ma to miejsce w chrześcijaństwie – ani pogląd o dualistycznej budowie świata dzielonego na dobro i zło, ani też  nadawanie mu osobowego wyrazu. Muzułmanie uważają, że skoro wszystko, co istnieje ma bezpośredni związek i początek w Allachu, to i wszystko, co ma w nim źródło jest dobrem z samej swej istoty, ale o tym, co się konkretnie z tego rodzi decydują jego funkcjonariusze, a nie jednostka ludzka. Oznacza to, że dobrem może być nawet zabójstwo jeśli wynika jakoś ze świętych pism, natomiast źródłem zła jest samo bycie wobec nich odmiennym, czyli samodzielnie myślącym. Złem jest odmienność, wyłamanie się z jednakowości, a nie treść czynionych uczynków. Istotą zła nie jest więc zło jako takie, lecz tylko niewykonywanie – świadomie bądź nie – Boskiej Woli znanej tylko imamom. Własne rozumowanie jednostki nie tylko nie ma nic do rzeczy, ale nie posiada żadnej wartości. Jest grzechem samym w sobie. Naprawdę istnieje tylko to, czego oczekuje koraniczny Bóg, a wszystko inne jest bytem pozornym, czyli złem godnym wytępienia. Ponad wszelką wątpliwość pragnieniem Allacha jest, by islam panował nad całym światem i znalazł się w umysłach wszystkich ludzi. Jeśli więc gdzieś go nie ma, oznacza to tylko, że jest to przestrzeń zła, w którym dobro nie obowiązuje, nie obowiązuje też obowiązek jego czynienia, a te z uczynków, nawet zabijanie innych, jeśli tylko prowadzą do islamizacji są wypełnianiem jego Woli i niezależnie od metody nie mogą czynić zła z samej istoty wiary miłej Jego sercu. Przeciwnie, nawet wysadzanie w powietrze ludzi lub mordowanie niewinnych staje się czynem wypełnionym dobrem, ponieważ w swej istocie jest drogą do wyplenienia głównej istoty czyli braku wiary w jedyność i nieomylność Allacha. Liczba ofiar w osiąganiu tak sformułowanego ideału, ani też stopień ich niewinności nie ma znaczenia. Życie człowieka nie liczy się w tym rachunku z samej istoty uznania go za nietrwałe przemijanie, nie zaś za samą tego trwania istotę. I tyle. Wszystko jest więc jasne i należy tylko dziwić się rzeszom niewiernych, że nie rozumieją tak prostych stwierdzeń, a swym grzesznym istnieniem sami przyczyniają się do własnej eksterminacji. Winni są sami sobie, a świat mahometan gra w tym tylko rolę Bożej Pięści. Zgodnie z wykładnią ortodoksyjnego stowarzyszenia Ahmadiyya Muslim Jama’at, „zło nie ma przywileju istnienia będąc tylko brakiem dobra, tak jak ciemność jest tylko brakiem światł”. Brakiem dobra jest przede wszystkim brak islamu. Źródłem wszelkiego istnienia jest Allach i kto nie wypełnia złożonych w całość przez Proroka Jego oczekiwań wprowadza się grzesznie i dobrowolnie w obszar ciemności i przestrzeni zła. Wypędzić go stamtąd można tylko siłą lub też fizycznie unicestwić, co jest też obowiązkiem każdego pobożnego muzułmanina.

            Ostatni, ale z naszego punktu widzenia najbardziej bodaj bezsensowny ostatni zamach w Monachium pokazuje, że sprawa ma charakter globalny. Muzułmanie naprawdę mają się – inaczej niż reszta świata – za doskonały gatunek ludzi, a swoje postępki uświęcają Allachem, które  w tym rozumieniu nigdy nie mogą nigdy stać się zbrodnią, ale tylko dobrym uczynkiem. Pobożny muzułmanin nigdy nie popełnia grzechu z samej istoty swej pobożności. To jest również przyczyna nieuniknionego w przyszłości zderzenia Zachodu z ideami mahometan. Ile czasu zajmie zachodnim politykom hołdującym pustym dogmaton zrozumienie tego, że bezkresna tolerancja wobec islamskiej ideologii – z racjonalnego punktu widzenia absurdalnie nielogicznej – niesie zaczyn kulturowego samobójstwa? Czy dopiero religijna wojna i wypędzenie muzułmanów z kontynentu na wzór niegdysiejszego ich exodusu z Hiszpanii rozwiąże problem? Dobrze, ale gdzie się wtedy podzieje multikulti i jego piewcy?


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *