ZAMACH W NICEI. CENA PRZEWAGI MULTIKULTI NAD ZWYCZAJNOŚCIĄ?

Nicea

Zjawisko kulturowego dogmatyzmu istniało zawsze i sprowadzało się do syndromu opinii o sobie i innych wyrobionej nie na podstawie rzetelnej analizy intelektualnej, ale miłych uchu obiegowych schematów. Takim schematem było europejsko-liberalne przekonanie o tym, że w gruncie rzeczy ludzie wszystkich kultur są potencjalnie jednakowi, a ich odmienne ukształtowanie, to tylko krótkotrwały efekt wpływów otoczenia, który zanika zaraz po tym, jak zmienia się ich społeczne otoczenie. Takiego zdania był sam Arystoteles, który jeszcze w greckiej starożytności uznawał, że człowiek rodzi się jako rodzaj pustego bukłaku, który ulega wypełnieniu przez otoczenie i jest na tyle plastyczny, że ulega zmianom wraz z jego ewolucją. Historia ludzkości nie potwierdziła jednak tego przekonania, pozostawiając nas w świadomości istnienia jakiegoś rodzaju kulturowego chaosu. Ustabilizował globalny wymiar myślenia dopiero Samuel Huntington wraz ze swoim dogmatem, podzielanym wcześniej przez Feliksa Konecznego, że człowiek w gruncie rzeczy żyje w niewoli swej kultury, a możliwość samodzielnego manewru dla jednostki jest bardzo ograniczona.

Europejskie doświadczenie z muzułmanami zdaje się potwierdzać to ostatnie domniemanie, skoro międzykulturowy konflikt najwyraźniej tężeje, pogłębia się i nabiera cech trwałości. Jeśli przy tym wkrada się w codzienne życie uczucie nienawiści do inności, powoduje to również zmiany w przestrzeni sposobu naszego spoglądania na resztę świata. Dawniej, wsiadając do samolotu pasażer mógł się bać tylko jego awarii technicznej, dzisiaj obawia się też innego pasażera mogącego w podręcznym bagażu wieźć śmiercionośne narzędzie, którego w każdej chwili jest gotów użyć w dla siebie tylko zrozumiałym celu. To uczucie destrukcyjne, ponieważ każe traktować inną ludzką istotę nie jako partnera, lecz potencjalnego wroga. Jednak, jak zauważył Charles Chaplin, „tylko niekochani nienawidzą”, prawdziwych różnic pomiędzy wielkimi kulturami należy doszukiwać się zatem raczej w sferze budzonych przez nie emocji wobec reszty świata, a nie tylko w ich filozoficznej treści. Skoro więc największy potencjał niechęci do inności wykazują islamscy ekstremiści warto zastanowić się nad źródłem tego zjawiska i tego, na ile może stać się ono zaraźliwe dla innych. Dlaczego świat muzułmanów, jedna z najliczniejszych społeczności na ziemskim  globie, jest dzisiaj powszechnie traktowany jako trwały przedmiot niechęci, zagrożenia a nawet nienawiści?

            Tymczasem, stało się kolejne nieszczęście. W Nicei, z rąk „pojedyńczego terrorysty” zginęło prawie sto Bogu ducha winnych osób, drugie tyle zostało rannych. „Samotny wilk” wjechał na promenadę i przez całe dwa kilometry morderczej jazdy z premedytacją zabijał spacerowiczów – mężczyzn, kobiety i dzieci. Znowu okazało się, że jakimś trafem jest formalnie Francuzem, lecz powtarzającym się wciąż zbiegiem okoliczności ma muzułmańskie korzenie, a jego działania nie były rezultatem spisku, lecz wynikiem własnej woli i przekonania o słuszności zabijania innych w ramach wybitnie jednostkowego rozliczenia uczynków z Bogiem. Rodzą się w tej sytuacji dwa pytania. Pierwsze, to takie, czy wciąż jest tylko przypadkiem, że od wielu już lat tego rodzaju zamachowcy są z reguły muzułmanami? Drugie, to zagadnienie, co mianowicie powoduje, że miejscem wydarzenia znów była Francja i że częstotliwość tego rodzaju zamachów wzrasta w takim tempie, że powoduje niemożność zamierzonego wcześniej odwołania ogłoszonego tam stanu wyjątkowego? Czy dlatego, że przygarnęła kiedyś wyjątkowo wielu muzułmanów i uznała ich za równych Francuzom innej wiary? Jeśli teza o podobieństwach w motywacjach obywateli tego samego kraju jest – na co wskazuje wiele innych argumentów – fałszywa, świadczy to o bezradności władz politycznych kraju i staje się coraz silniejszą gwarancją tego, że najbliższe francuskie wybory wygra Marie Le Pen i jej radykałowie. Czy wtedy Francja wciąż będzie jeszcze taka sama?

            Jest niczym nadzwyczajnym fakt, że tego rodzaju wydarzenia, jak ostatnie w Nicei, wzbudzają w ludziach strach i chęć odwetu. Rzecz jednak w tym, że jest on też coraz bliższy zanego w psychologii zjawiska zespołu lęku napadowego, zwanego też lękiem panicznym. Czy ma to jakieś znaczenie dla przyszłości Francji i Europy w kontekście szybkiego powiększania się liczby muzułmanów? W 2010 roku chrześcijaństwo było dominującą religią (31,4% światowej populacji), natomiast islam był wciąż jeszcze na drugim miejscu (23,2%). Jednak badania wskazują na bardzo szybki wzrost liczby wyznawców tego ostatniego. Autorzy raportu brali głównie pod uwagę współczynnik dzietności i umieralności, położenie geograficzne największych religii na świecie, liczbę młodych wyznawców oraz tempo i kierunki migracji. Wtedy, według raportu PEW Research Center, wzrost liczby muzułmanów będzie powodowany przede wszystkim liczbą młodych wyznawców islamu i wysokim poziomem ich płodności,  który sięga statystycznej wielkości 3,1 dziecka na jedną kobietę. Dla porównania, u chrześcijan wskaźnik ten wynosi tylko 2,7. Do 2050 roku, liczba chrześcijan na świecie będzie zapewne sięgać trzech milardów, to jest 31,4% całej populacji, ale wyznawców islamu będzie wtedy o wiele więcej niż obecnie – ponad 2,76 miliarda osób, czyli 29,7% populacji. Liczba muzułmanów będzie więc niemal równa liczbie chrześcijan, a dalsza perspektywa demograficzna prowadzi do wniosku o ich nieuniknionej dominacji liczbowej w dalszej przyszłości. Jakie to może mieć dla niego znaczenie skoro w Europie, liczba chrześcijan zmniejszyć się ma z 553 do 454 milionów, chociaż wyznawcy tej religii wciąż będą jeszcze dominować, stanowiąc prawie 60% populacji? W tym czasie 23% Europejczyków nie będzie już przynależeć do żadnej religii, a muzułmanie będą stanowić 10% jej mieszkańców. Dzisiaj, jest ich kilkakrotnie mniej, ale czy doprowadzi to również i do zmiany jakościowej struktury kulturowej samej Europy, a jeśli tak, to co ona oznacza dla przyszłości jej samej?

Jeśli wierzyć ekspertom z PEW Research Center, od 2070 roku islam będzie już religią globalną i dominującą. Liczba muzułmanów na całym świecie wzrośnie szybciej niż liczba chrześcijan, a różnice pomiędzy nimi staną się coraz bardziej zauważalne. W 2100 roku, wyznawcy islamu mogą stanowić 35% światowej populacji, natomiast chrześcijanie – już tylko 33,8%. Jak w tej sytuacji zwiększy się zakres cytowanego wcześniej zespołu lęku napadowego i jakie może mieć to skutki dla przyszłości zachodniej cywilizacji? Nadzieją pozostaje tylko fakt, że futurolodzy się z reguły mylą, a w tym przypadku nie biorą pod uwagę znamion tego, że gwałtowna agresywność świata islamu może być dowodem jego głebokiego kryzysu, a wcale nie siły i potencji. Wychodzenie z kulturowego kryzysu jest skomplikowane i trudne do przewidzenia, prostsza jest totalna zapaść. Co to by właściwie miało oznaczać  w przypadku wielkiego i tak agresywnego wyznania. Czarną dziurę? Pustkę bez dna? A może zostanie zastąpione przez inne, bardziej cywilizowane?

Zespół lęku napadowego, a inaczej – zaburzenia lękowe znane też pod nazwą lęku panicznego (ang. panic disorder), to jedno z zaburzeń psychologicznych, które polegają na nawracających napadach strachu pojawiającego się bez jasno uwidocznionej przyczyny. Rzecz miałaby wymiar czysto psychologiczny, gdyby nie to, że pewien rodzaj takich zjawisk może powodować podobny syndrom w skali masowej – kontynentalnej lub nawet globalnej, zaburzając przy tym zdolność poznawczą ludzi, co może prowadzić do czynów zbrodniczych na światową skalę. Otwarte staje się pytanie o to, czy działania islamskich terrorystów nie są wywoływane taką właśnie motywacją, czyli pragnieniem podsycania wśród Europejczyków paniki przekształcającej się w uczucie ślepej nienawiści w miejsce racjonalnego myślenia. Istnieje przecież przypuszczenie, że bezpośrednią przyczyną wybuchu I wojny światowej było wzajemne niezrozumienie i pojawienie się irracjonalnego strachu jednych przed drugimi, a także zakłócenie umiejętności odróżnienia zagrożeń prawdziwych od jedynie potencjalnych. Kosztowało to świat kilkadziesiąt milionów ofiar odbijając się jeszcze większymi stratami w powtórce, czyli w rezultacie II wojnie światowej. Dzisiaj, z perspektywy dekad, nikt nie potrafi zrozumieć przyczyn obu tych niszczycielskich wydarzeń, ani pojąć istoty ich logiki, skoro obydwa na dłuższą metę nie pozostawiły większego śladu i pomimo hekatomby zabitych nie zapobiegły integrowaniu się dawnych zaciętych wrogów w jedną większą całość.

wzrost kultur

Wiąże się to wszystko z próbą odpowiedzi na pytanie o to, czy Europie naprawdę grozi islamizacja? O tym, że rola islamu na kontynencie rośnie w najgorszym tego słowa znaczeniu, nie trzeba nikogo przekonywać, bo jest to widoczne nawet nieuzbrojonym okiem. Nie ulega też wątpliwości, że sposób działania tak zwanych islamistów podsyca lęk jej rdzennych mieszkańców, który staje się coraz bardziej paniczny. Żeby jednak odpowiedzieć na pytanie racjonalnie, trzeba zdefiniować to, co się przez islamizację rozumie. Generalnie, to powiększanie się liczby muzułmanów w stosunku do liczby chrześcijan, o czym była mowa wyżej. Trzeba jednak zdefiniować też, co jest główną tego przyczyną, bo od tego zależy prognoza tempa i granicy powiększania się tej liczby w stosunku do Europejczyków oraz istota samego procesu. W szczególności idzie o określenie tego, czy główną przyczyną „islamizacji Europy” jest migracja z zewnątrz czy też tylko szybsze tempo rozrodczości muzułmanów (wtedy zjawisko ma charakter czysto demograficzny), czy też ma wymiar szerszy, wymiar kulturowy i polega na rosnącej atrakcyjności islamu wobec innych wyznań i masowym powiększaniu się liczby muzułmanów kosztem tych innych, masowo przechodzących na islam. Wtedy, rzecz nie sprowadza się tylko do rozrodczości, lecz do głębi ideowej konkurencyjności islamu, chrześcijaństwa i pozostałych religii.

            Czynnik demograficzny jest wyraźnie ograniczony do krajów posiadających kiedyś afrykańskie kolonie i otwierające się dla muzułmanów w przekonaniu o sile własnej kultury, która miałaby prowadzić do asymiliacji tych ostatnich, a nie na odwrót. Kraje nie posiadające kolonii (cała Europa Wschodnia), lecz za to negatywnie doświadczone niegdysiejszymi inwazjami Turków, są w tej kwestii najostrożniejsze i pokusie importu muzułmanów nie ulegają, ale też i nie mają niczego w zamian do zaoferowania. Skandynawia nie doświadczyła ani jednego ani drugiego, jako bliższa Zachodowi przyjęła jednak arystotelesowską tezę wywiedzioną z jego własnej historii, że w gruncie rzeczy wszyscy ludzie są do siebie podobni, niezależnie od ich kulturowych korzeni i wszyscy są jednakowo podatni na asymilację.

Lek napadowy

Rzecz w tym, że ta „ogólnoświatowa” teza akurat najmniej pasuje do islamu, ponieważ nie jest on tylko religią, ale całościowym i wyjątkowo agresywnym systemem społecznym z własnym, kompletnym i wyrazistym systemem prawnym. Możliwość asymilacji innych kultur przez cywilizację europejską i powiększanie obszaru Zachodu jest uzależniona od ich podatności na zmiany. Rzecz w tym, że islam jest w tej przestrzeni wyjątkiem, ponieważ nie posiada żadnych zdolności adaptacyjnych. Inaczej mówiąc, Europa musi porzucić nadzieję na asymilację muzułmanów chociażby z tego względu, że reprezentują oni nie tylko odmienne od europejskich systemy społeczne, ale wręcz wartości wobec nich odwrotne. Świat zachodni wspiera wzajemną konkurencyjność jednostek, świat islamu jej zakazuje, zezwalając tylko na powszechną jednakowość i piętnując różnorodność. To atrakcyjna cecha dla ludzi mało ambitych i promująca niewykształconych, ponieważ zezwala na tanie odczuwanie równości i sprawiedliwości, nie wymagając wysiłku i stając się niejako wrodzoną cechą społeczną. Muzułmaninowi nie wolno jest podkreślać swojej odmienności, lecz tylko eksponować podobieństwa z innymi. Skutkiem jest sukcesywna ekspansja Zachodu zbudowana na konkurencji i systemowa stagnacja świata islamu nastawiona tylko na zrównoważoną konsumpcję i to na możliwie minimalnym poziomie. Prowadzi to do radykalnie niższej konkurencyjności islamu w relacji do gospodarki każdego innego rodzaju. Inaczej mówiąc, przybywający do Europy muzułmanie mogą wypełniać jej luki zatrudnienia tylko na najniższych szczeblach nie wymagających wykształcenia ani umiejętności wyższego rzędu, skazując się na wieczny kompleks niższości prowadzący w tej sytuacji do rodzenia się poczucia ślepej agresji. Nie stają się jednak przez to ani o cal atrakcyjniejszi dla miejscowej ludności. Jak więc ma wyglądać ich przyszłe współistnienie?

     Dla człowieka Zachodu niezwykle ważna jest w jego kulturowej przestrzeni konkurencja „międzypłciowa” w celu zdobycia jak najlepszego partnera w rozrodczości, co prowadzi do idealizacji erotycznej miłości i stałej sublimacji kolejnych pokoleń. Kolejne pokoklenia są żywotniejsze, zdrowsze i ładniejsze. W świecie islamu tego rodzaju problem nie istnieje w ogóle ze względu na wmontowany weń system swoistego przydziału kobiet dla oczekujących mężczyzn, któru z reguły prowadzi do zaniku rozrodczej konkurencyjności, a w konsekwencji – trwałej stagnacji i braku biologicznej sublimacji. W świecie islamu, zamiast różnorodności na wzór zachodni, dominuje zupełnie przypadkowa mieszanina cech kolejnych pokoleń, prowadząc do swoistej „społecznej martwicy” i braku bodźców dla pozytywnej ewolucji gatunkowej.

Swoistą, chociaż negatywną siłą islamu jest jego system prawny. To jedyna cywilizacja poza zachodnią, która posiada własny i kompletny system prawny oparty jednak na odwrotnych do tego pierwszego zasadach. Prawo zachodnie jest ze swej istoty zmienne, ewoluuje, dostosowuje się do zmian i staje się coraz bardziej efektywne właśnie ze względu na tę łatwość w dążeniu do dopasowania się do zmiennych oczekiwań społecznych. Prawo islamu na odwrót, jego kompletność ma charakter stagnacyjny, niezmienny, nie reagujący na potrzeby wynikające z dynamiki światowych przemian i stara się wszelkie zmiany stopować. Nie jest przypadkiem, że jego najważniejsze zasady sformułowane zostały w XIV wieku, czyli ponad sześć stuleci temu i pozostały do dzisiaj niezmienne i na tym samym poziomie. W tym czasie, prawo zachodnie zmieniło się diametralnie, wspierając tym fenomen pojawienia się nowoczesnych społeczeństw industrialnych.

multikulti

Islamizacja Europy jest zatem możliwa tylko pod jednym warunkiem, że oto jej społeczeństwa okażą się w długim okresie czasu na tyle idealistyczne i niemądre, że pozwolą aby w ich własnym świecie importowany „towar gorszy” wyparł lokalny „produkt lepszy”. W dzisiejszych czasach, to jednak mało prawdopodobne, ponieważ w swej istocie kosztowałoby unicestwienie gospodarki typu zachodniego i upodobnienie jej do stagnacyjnej ekonomii w wydaniu afro-azjatyckiego islamu. Nie jest przypadkiem, że na liście najbardziej rozwiniętych gospodarczo krajów świata nie ma ani jednego społeczeństwa muzułmańskiego. Ponieważ jednak w swej naiwnej wierze we wrodzoną wyższość Zachodu nad resztą świata ten ostatni nie zadbał o poważne zabezpieczenia swej oryginalności, proces powstrzymywania tak rozumianej islamizacji Europy może okazać się kosztowny i długotrwały, ale jego wynik będzie jednoznaczny: to islam przegra tę konkurencję, a nie społeczeństwa Zachodu.

Jest w tym kontekście warta uwagi pojawiająca się także i w naszym kraju nerwowość związana z ideą wielokulturowości. O tyle zaskakująca, że właściwie nie doświadczamy w kraju zjawiska multikulti i związanych z tym konsekwencji. Dzisiejsze polskie społeczeństwo jest jak na europejskie warunki wyjątkowo jednorodne. Czego się więc obawiają poruszone tym zagadnieniem społeczne elity? Mało kto zadaje sobie trud zdefiniowania zagadnienia. Sama idea wielokulturowości zrodziła się jako następstwo procesu globalizacji rozpoczętej przez wielkie korporacje w ramach ekspansji gospodarki światowej. W tej przestrzeni nie rodziło konfliktów, jest bowiem oczywiste, że świat jest zróżnicowany i wzajemne otwarcie na ekonomiczną współpracę prowadzi do konieczności rozumienia inności i wrażliwości na problemy innych, które nie występują w naszym kręgu kulturowym. Problem wszakże pojawia się lokalnie, kiedy to społeczności przyzwyczajone do życia w otoczeniu do siebie podobnym natrafiają z nagła na „importowany” z zewnątrz kontakt z obcością w przestrzeni koloru skóry, języka, obyczajów czy poglądów i każe im się to uznać za zwyczajność. Nieźle radzą sobie z tego rodzaju zjawiskiem kraje stosunkowo młode. W Stanach Zjednoczonych dobrym Amerykaninem może być zarówno biały, jak i człowiek o czarnym, czy innym odcieniu skóry, ponieważ prawie wszyscy są tam przybyszami z bliższej, czy dalszej zagranicy. Ale Europa jest inna. Jej długa tradycja historyczna nie pozwala, by uznać osobę o czarnej skórze równie dobrym spadkobiercą Arystotelesa i Cycerona, czy też kogoś o ewidentnie azjatyckich korzeniach za tak samo uprawnionego dziedzica jej starożytności jak Greka czy mieszkańca Italii. To zresztą nie tylko problem Europy. W Chinach, nikt nie zostanie uznany za Chińczyka, jeśli nie ma chińskich rodziców i nie pomoże mu w tym żadna sinologiczna edukacja. To samo w Japonii, gdzie Japończykiem nie może być obywatel z europejskiego czy amerykańskiego importu, jeśli nie posiada japońskich rodziców. Zagadkowe, że nikt nie zarzuca im rasizmu, a mieszkający tam Europejczycy są pogodzeni z faktem, że Japończykami i Chińczykami nie są i nigdy nimi nie będą. Dlaczego w naszym kręgu kulturowym uznaje się, że sprawa jest płynna i tradycję greckich wojowników i rzymskich cezarów może dzisiaj reprezentować każdy, o każdym rodzaju skóry i najbardziej egzotycznym pochodzeniu? To jakaś ideologiczna fikcja, która kończy się właśnie na naszych oczach w postaci zderzenia ideologicznej multikulti ze znacznie prostszą rzeczywistością. A ta podpowiada, że ktoś, kto z pełną premedytacją nicejską ciężarówką przejeżdza dziesiątki osób, kobiety i dzieci z całą pewnością Europejczykiem nie jest (chyba, że jest psychopatą) i nie pomoże mu w tym żadne multikulti. Dlaczego tylko musimy ponieść jeszcze tyle ofiar, żeby tę prostą prawdę zrozumieć? Co czyni zbożną, skądinąd, ideę wielokulturowości zbrodniczą w europejskiej praktyce? Głupota, złośliwość, a może jakieś niejasne interesy? Wiele wskazuje na to, że przyszłe wydarzenia niebawem ją wyjaśnią same.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *