SEKTY I ZDERZANIE SIĘ MODELI ŻYCIA CODZIENNEGO

W przeciwieństwie do niedawnych przepowiedni o globalnym zwycięstwie wzorców zachodnich, znaleźliśmy się oto w przestrzeni nasilających się i coraz gwałtowniejszych  konfliktów. Cały świat wydaje się chwiać w posadach, a przyszłość staje się niepokojąca. W najbardziej rozwiniętych krajach zamiast ostatecznego zrównoważenia interesów społecznych napotykamy nowe napięcia i coraz bardziej niejasne perspektywy. Powoli zaczynamy wiedzieć, że nie poznamy samych siebie bez zrozumienia mechanizmu zdarzeń, w których uczestniczymy. Akurat ten proces idzie ociężale.

Do niedawna, wszystko wydawało się oczywiste. Dzięki paradygmatowi Huntingtona mieliśmy być bliżej ostatecznego zrozumienia kulturowej istoty wielości i zróżnicowania otaczających nas cywilizacji oraz mechanizmów rządzących ich współistnieniem. Dzisiaj jednak, problem może być postrzegany już z innej perspektywy. Wtedy, kiedy paradygmat się rodził, odkryciem było samo zrozumienie różnorodności cywilizacyjnej przestrzeni świata. Wcześniej sądzono, że podział jest prostszy, żeby nie powiedzieć prostacki – na demokratyczno-rynkowy Zachód i socjalistyczno-dyktatorski Wschód. Nowy paradygmat istnienia tworów kulturowych w postaci dziewięciu odmiennych, ale podobnych co do swej istoty konstrukcji, pojawił się jak odkrycie wyjaśniające zarówno różnorodność świata, jak i jego podobieństwa w przestrzeni relacji pomiędzy świeckością i religijnością.

Dzisiejszy obraz islamu wprawia tymczasem w zakłopotanie, ponieważ, jak się okazuje w praktyce, różni się on od innych nie tylko treścią i sposobem oddziaływania na ludzi, ale – inaczej niż każda „typowa” wielka kultura – potrafi przybierać cechy mordercze, a nawet samobójcze. Wykazuje też pewne znamiona mechanizmu pociągnania za sobą w przepaść innych. Tego zjawiska nie wyjaśnia ani podejście do zagadnienia samego autora paradygmatu, ani też wcześniejsze dociekania Feliksa Konecznego. Media nie próbują wyjaśnić tej sprzeczności, bo też ich celem jest informacja prędka, czyli ze swej zasady płytka i nie odwracająca uwagi od czynności ważnych dla ludzi w ich życiu codziennym. Prowadzi to jednak do swoistej sprzeczności. Pojęcie istoty i prawdziwej treści otoczenia w jakim się żyje ułatwiłoby nam zrozumienie mechanizmów własnej egzystencji, jednak istnieją przyczyny tego, że społeczeństwa oraz służące im media tego właśnie wiedzieć nie chcą, a przynajmniej nie starają się do takiej wiedzy dotrzeć. W rezultacie, mieszkańcy globu stają się mimo woli bardziej narzędziem swego kulturowego otoczenia aniżeli jego kołem napędowym. To swoista sprzeczność, ponieważ ludzie są również współtwórcami ich cywilizacji. Bez nich by nie mogły powstać. Dlaczego mieliby więc rezygnować ze zrozumienia ich istoty, skoro dotyczy ona ich samych? W świecie, w którym żyjemy dzisiaj, rzecz staje się coraz bardziej aktualna, a permanentny proces globalizacji zmusza do odpowiedzi na pytanie z którymi zjawiskami możemy współistnieć, a z jakimi jesteśmy spleceni we wrogości? Zarówno Huntington, jak i Koneczny, tego problemu nie dostrzegali. Uczeń pierwszego z nich – Francis Fukuyama, doszedł nawet do wniosku, że następuje właśnie swego rodzaju „koniec historii”, czyli kres kulturowych walk i sprzeczności, które miałyby zostać zastąpione współistnieniem w odmiennościach, mających jednak podobne do zachodnich mechanizmy funkcjonowania. Tymczasem, ślepa na pierwszy rzut oka agresywność islamu, zbiera coraz bardziej krwawe żniwo. Czy więc wielcy teoretycy kulturowi nie mieli racji? Spróbujemy dociec do istoty zagadnienia. Przypomnijmy, czym jest sama cywilizacja, jaka jest jej prawdziwa istota i jaki wpływ na nią mają ludzie będący zarówno jej treścią, przedmiotem, jak też i jedynym podmiotem. To trudne zagadnienie, lecz bez jego zrozumienia nasze życie staje się bezcelowe i tracimy szansę na odczytanie jego prawdziwego sensu. Zagadnienie jest niełatwe, lecz nie powinno być bagatelizowane.

Według przedwojennego polskiego znawcy wielkich procesów kulturowych – Feliksa Konecznego, cywilizacja – to “metoda ustroju życia zbiorowego”. Nie łączy jej jednak z poziomem rozwoju, lecz z zasadami określającymi całokształt współżycia społecznego mieszkańców i wspólnoty pojęć abstrakcyjnych, do których mogą się odwoływać. W obrębie tak określonych przestrzeni mogą pojawiać się różne ich odmiany. Podobnie jak później zrobi to Huntington, Koneczny uznawał, że naturalnym stanem międzycywilizacyjnych kontaktów jest wzajemna walka lub przynajmniej rywalizacja, jednak jej przyczyny dostrzegał nie tylko w różnicach religijnych, ale i w odmiennym podejściu do najważniejszych przestrzeni ludzkiego życia. Tak czy owak, istnienie cywilizacji zostało przezeń uznane za trwały paradygmat. W rozumieniu wprowadzonym wcześniej przez Thomasa Kuhna, taką nazwę nosił zbiór pojęć i teorii tworzących podstawy każdej przestrzeni zamierzającej pochylić się nad społecznymi zjawiskami.

Zwracaliśmy uwagę na nieporozumienia jakie mogą się rodzić z klasyfikacji wielkich tworów kulturowych poprzez uznanie ich wszystkich za sobie podobne i poddające się równie podobnym mechanizmom. Podkreślaliśmy jednak dającą się dostrzec głęboką odmienność islamu, który z powodu tej właśnie inności stał się egzystencjalnym zagrożeniem dla reszty świata i jego przyszłości. Spojrzyjmy zatem jeszcze raz na wielkie kultury opisane w ramach paradygmatu Huntingtona-Konecznego pod nieco innym kątem widzenia.

Obie klasyfikacje są jednostronne i narzucane przez geografię. Tyle, że szeregując wielkie kultury nie dociekają istoty zagadnienia. Uznają wszystkie z nich za w swej konstrukcji podobne, jeśli tylko są odpowiednio liczne. Bez żadnych wątpliwości uważają więc islam – tak samo jak chrześcijaństwo – za jedne z największych cywilizacji świata opartych na podobnych mechanizmach. Huntington odmawia już tej cechy judaizmowi  z tego przede wszystkim względu, że po dramacie Holokaustu jego zasięg stał się nieporównanie mniejszy od granic wiary w przesłanie Mahometa. Dzisiaj, judaizm, to zaledwie kilkanaście milionów wyznawców, za to islam – półtora miliarda wiernych. Różnica w liczebności jest porażająca. Trudno jednak jest przyjąć za argument samo tylko kryterium liczebności, skoro obie wielkie kultury – judaizm oraz islam wykazują podobieństwo źródeł intelektualnych oraz wiele innych paraleli. Warto zatem byłoby zrozumieć przyczyny tak wielkiej różnicy w liczebności, skoro razem mieszczą się w ramach tej samej przestrzeni kulturowej, mając w pamięci to, że Koneczny badający kwestię w okresie międzywojennym i przy wielokrotnie większej liczbie europejskich Żydów uznawał ich za odrębną cywilizację, nie zaś za jakieś rozproszone resztki. Pamiętajmy też, że judaizm ma o dwa tysięce lat dłuższą tradycję niż muzułmańskie przesłanie Mahometa. Nie jest to bez znaczenia.

Huntingtonowskie uznanie religii za główne kryterium podziału świata na odrębne obszary kulturowe nie wyczerpuje problemu, szczególnie wtedy, gdy weźmiemy pod uwagę, że wyznania religijne mają własną, głębszą specyfikę, wyrastającą ponad cywilizacyjne prawidła. Jedne mają cel czysto misyjny i kulturowy, inne – jeśli przybierają formę sekty – nabierają cech destrukcyjnych, bo wrogich wobec każdej inności. Ten ostatni element znajduje się w istotnej sprzeczności wobec misyjności wielkich kultur. Ich prawdziwą treścią jest próba określenia wartości, na których powinny się opierać stosunki międzyludzkie. Wtedy, najważniejszą cechą wielkiej religii staje się posłannictwo miłosierdzia, a nie – jak w przypadku islamu – nienawiść do jakiejkolwiek odmienności i automatyczne rozgrzeszenie z zabijania wierzących inaczej. Nie mogąc być homogeniczną częścią większej całości, stał się on tym sposobem trwałym elementem destrukcji i odrzucenia każdego rodzaju inności. Podobny charakter ma też i przesłanie judaizmu, chociaż dramatycznie różni się sposobem rekrutacji wyznawców. Muzułmaninem można się stać w jednej chwili, wypowiadając przy świadkach islamskie wyznanie wiary. Pełnowartościowym Żydem natomiast nie można się w ogóle stać w pierwszym pokoleniu. To tłumaczy ogromną dzisiaj liczebność świata islamu, pomimo tego, że jest on od judaizmu o dwa tysiące lat młodszy i startował zupełnie od zera. Warto więc zagłębić się nieco pod powierzchnię zagadnienia i dokonać rozróżnienia pomiędzy pełną religią, a sektą, która jest tej pierwszej głębokim niedopełnieniem. Sprawa jest o tyle istotna, że w cytowanych klasyfikacjach kompletne religie występują jako równoprawne z takimi, które noszą znamiona sekty a nie pełnoprawnej konstrukcji religijnej. Poza tym, zarówno jedna, jak i druga kultura odgrywa w świecie ogromną rolę. Islam, poprzez swoją ludowość i wrodzoną masowość, judaizm przez ekskluzywność i rozprzestrzenianie się w najwyższych, najbardziej majętnych i wpływowych strefach społecznych. Islam jest więc agresywny wskutek swej liczebności, judaizm – z powodu politycznych i finansowych oraz wpływów i ambicji jego elit. Obydwa są przy tym na swój sposób „wsobne”, czyli pielęgnujące zasadę, że współwierny jest z natury samego pochodzenia kimś lepszym i wyższym niż wierzący w coś innego, niezależnie od tego jakie jest jego wiary ukierunkowanie.

Rzecz tylko w tym, że tak czy inaczej rozumiana elitarność dobiega swego kresu, ponieważ stajemy się właśnie świadkami gaśnięcia przywilejów dla elit i pojawiania się mechanizmów masowego uczestniczenia w wydarzeniech, szczególnie pośród warstw uznawanych dotąd za niższe i z tej przyczyny mało wpływowe, bo zdominowane przez wyższe. Tyle, że epoka dominacji elit zdaje się zmierzać ku końcowi, co wróży nadejściem głębokiego przewrotu i to w skali globalnej.

Definicyjnie – sekta (od łac. seco, secare – odcinać, odrąbywać, odcinać się od czegoś), to społeczna grupa powstała na skutek rozłamu pośród zwolenników wyznania pod wpływem objawienia jakiego doznał jej założyciel. To jeden z trzech typów organizacji religijnej (obok sformalizowanego Kościoła i nieformalnej wspólnoty religijnej). Rzecz w tym, że termin w języku potocznym ma nieprzypadkowo negatywne konotacje. Poprawnościowi socjologowie religii w pragnieniu usunięcia tego wrażenia wypracowali nawet równoznaczne, ale neutralne określenie w miejsce słowa „sekta” – „nowy ruch religijny”. To jednak tylko zaostrza problem, ponieważ pojęcie „nowy” jest także czymś względnym, uzależnionym jedynie od punktu odniesienia.

Sekty różnią się od pełnej religii tym, iż hierarchia religijna jest tam wynikiem długiego procesu instytucjonalizacji, a kośćcem codzienności stają się religijne obrzędy, podczas gdy sekta powstaje i rozwija się dzięki sile oddziaływania przywódcy, często jej założyciela. Sekta jest hierarchicznie „płaska” i równościowa, a nabożeństwa i autentyzm modłów oraz sama głębia wiary mają mniej istotne znaczenie. Rolę spajającą odgrywa nie instytucja (papiestwo, biskupstwa) i zakres kultu, lecz osoba przywódcy, czy też o nim pamięć. Chrześcijaństwo ewoluowało od czasów starożytnych przez kilka stuleci i ma wiele cech wyniesionych z czasów grecko-rzymskich. Islam powstał całkiem od nowa, jakby z niczego. Zorganizowany kościół z zasady adaptuje się do otoczenia i włącza się do niego. Sekty kszałtują swe normy od początku, odrzucając wartości zastane i narzucając własne. Sprawiają przy tym wrażenie większej wolności wiernych ze względu na brak obciążenia centralną władzą. To jednak tylko pozór, są bowiem w tego rodzaju wolności automatycznie ograniczone grupowym modelem życia i gromadnymi współzależnościami. Zwalczają bogacenie się kosztem współwyznawców, czemu przeciwstawiana jest równość, ascetyczny styl życia i społeczna kontrola poprawności. Ogranicza to energię i efektywność gospodarowania, ale asceza i wyzbycie się bogactwa jest za to jedną z zasad najbardziej atrakcyjnych dla samych wiernych, pozwalających odrzucić stary porządek i nie wymagających wysiłku indywidualnego konkurowania. Islam odpowiada w pełni cechom tak zdefiniowanej sekty.

Sekty cechuje przy tym wrodzony rygoryzm i fundamentalizm. Odrzucają wszystkie inne doktryny jako wrogie i z samego założenia błędne. Są organizacjami tak dalece uznającymi swą wyższość nad resztą, że nie potrafią szczerze kooperować z nikim, będąc w stanie „permanentnej wojny z resztą świata” oraz istniejącym gdzieindziej porządkiem moralnym. Nie akceptują niczego poza własną tradycją. Wszystko inne jest wrogie i wymaga bezwzględnego (jawnego bądź utajonego) zwalczania. To jednak na dłuższą metę mechanizm samobójczy, którego oznaki już stają się widoczne. Naskutek reakcji na zjawisko swoistej nieuczciwości politycznych elit w rozumieniu pojęcia „sprawiedliwość”, Trump mógł wygrać amerykańskie wybory, Orban węgierskie, a Kaczyński polskie. Tutaj też leży źródło narastania antymuzułmańskich nastrojów w Europie i groźba trwałego podważenia władzy dotąd rządzących elit prowadzącego do zachwiania wewnętrznej równowagi w całej Unii Europejskiej. Skutki tego wszystkiego mogą dla świata okazać się dramatyczne.

Dla uzyskania całości obrazu dodajmy pogłębiający się kryzys tożsamości w Rosji, do niedawna jednego z najważniejszych politycznych globalnych graczy. Wiele wskazuje na to, że polityka tego kraju brnie donikąd opierając się na próbie bezkrytycznego powtarzania dawnych doświadczeń, dla których jest dzisiaj coraz mniej miejsca i stają się one coraz bardziej anachroniczne. Wielki kraj okazuje się bezradny wobec perspektywy utraty statusu mocarstwowości. Konsekwencje rozpadu Rosji lub zniknięcia jej z grona największych globalnych graczy mogą przynieść trudne do przewidzenia następstwa.

W rezultacie, perspektywa głębokiej zmiany światowego rozkładu sił staje się całkiem realna. Utrzyma się zapewne potęga Stanów Zjednoczonych, wzrośnie rola Chin, choć natrafi na własne ograniczenia. Sukcesywnie, chociaż nie tak szybko, będzie rosnąć znaczenie Indii oraz Brazylii. Spadać będzie za to europejska możliwość oddziaływania na resztę świata ze względu na niemożność utworzenia spójnej politycznej przestrzeni. Największe jednak znaczenie będzie miało stopniowe załamywanie się agresywności islamu ze względu na rosnącą bezskuteczność jego agresywności. Władcza elitarność wspólnoty żydowskiej rozpłynie się w reszcie świata w następstwie pogarszających się dla niej proporcji i roztapiania jej tożsamości w obcym otoczeniu i nie będzie już wpływać na jego kształt w stopniu dotychczasowym. Rosja zapewne przestanie się liczyć całkowicie.

Czytelnik może w tej sytuacji zapytać o losy Polski w obliczu tego rodzaju przemian w obliczu faktu, że obecne wydarzenia mieszczą się w długookresowej logice tego rodzaju ewolucji. Nasz kraj, podobnie jak większość jego sąsiadów pomimo robienia mądrych min nie pasuje do modelu zachodnioeuropejskiego, trudno więc liczyć na to, ze pomieści się w obszarze pogłębiającej się integracji krajów „starej Europy”. Co mu wtedy pozostanie? Powrót do podmiotowej roli w środkowo-wschodniej części Europy rozłożonej pomiedzy Odrą, Dnieprem, Bałtykiem i Morzem Czarnym ułatwiony powiększaniem się próżni po mocarstwowości Rosji? Wtedy, wyśmiewana dotąd idea Międzymorza może okazać się jedyną przestrzenią umożliwiającą uprawianie własnej polityki regionalnej. Może więc w dzisiejszych tendencjach można już dostrzec znamiona przyszłości, która wciąż nas czeka?


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *