SORRY FOR INCONVENIENCE!

Świat robi się dla ludzi coraz mniejszy, a sami mieszkańcy wiedzą o nim coraz więcej. Nadal jednak niewielu z nas jest w stanie określić przyczyny, dla których niektórym regionom (tak jak Zachodowi) udało się osiągnąć sukces i dobrobyt, inne na tę drogę dopiero wkraczają, a jeszcze inne – jak świat islamu – odwracają się doń plecami. Warto zadać sobie pytanie, co było tego pierwotną przyczyną i czy nie odegrała w tym znaczącej roli sama początkowa formuła kulturowa, tak nieoczywista, że dopiero dzisiaj z perspektywy wielu stuleci dostrzegamy jej znaczenie. Przez poprzednie trzy tysiące lat wydawało się, że każda z wielkich cywilizacji kroczy równolegle do innych – oryginalną i równie efektywną drogą, tyle, że inną. Dzisiaj widać, że tak nie było, a sprawa może kryć się w ich samych początkach.
Francis Fukuyama uzasadnił sens zastanawiania się nad zakresem naszego uwikłania w szersze procesy kulturowe serią prostych z pozoru pytań, na które nie ma równie prostych odpowiedzi:
• Dlaczego w Afganistanie, w porośniętych dżunglą regionach Indii, wśród wyspiarskich narodów Melanezji oraz na niektórych obszarach Bliskiego Wschodu wciąż utrzymuje się organizacja plemienna?
• Dlaczego w Chinach normą jest, że władzę sprawuje silny, scentralizowany rząd, podczas gdy Indie nie zaznały takiego stopnia centralizacji?
• Dlaczego wszystkie kraje, w których doszło do udanej odgórnej modernizacji – Korea Płd., Tajwan, Singapur i Chiny – znajdują się w Azji Wschodniej, a nie w Afryce czy na Bliskim Wschodzie?
• Dlaczego demokracja i silne rządy prawa przyjęły się w Skandynawii, podczas gdy w Rosji, gdzie panują podobne warunku klimatyczne i geograficzne, rozwijał się nieskrępowany despotyzm?
• Dlaczego kraje Ameryki Łacińskiej w ciągu ostatniego stulecia wielokrotnie dotykała wysoka inflacja i kryzysy gospodarcze, natomiast nie doznały tego Stany Zjednoczone i Kanada, leżące na tej samej półkuli i na tym samym kontynencie?
Rodzi się też problem, jaki to czynnik mógł mieć decydujące znaczenie w tym, że Zachód jest od dawna na ścieżce szybkiego rozwoju, Chiny starają się mu dorównać, Indie pędzą tuż za nimi, a reszta świata pozostaje w tyle?
Indie to kraj wzorcowego bałaganu. Nieład i nieporządek, szwendające się po miejskich śmietniskach bezpańskie krowy, poobrywane obrzeża pożal się Boże „autostrad” i do łez roczulająca informacja: „najbliższe WC za następne 200 kilometrów!”, a także rączy strumień ludzkiego i zwierzęcego moczu spływający ulicą z pobliskiego targowiska, to coś, co powoduje, że każde z osobna mogłoby się stać swoistą wizytówką tego arcyciekawego przecież kraju mającego za sobą trzy i pół tysiąca lat historycznej ciągłości. Swoistym dysonansem dla hałaśliwego bałaganu są tablice informacyjne umieszczane na środku wiecznie rozkopanych miejskich rond i rozjazdów, informujące po angielsku i w języku hindi o tym, że miejskim władzom jest z tego powodu przykro. „Sorry for incovenience!” – „jest nam przykro z powodu niedogodności”, co ma pozwolić odwiedzającym zapomnieć, że Indie są same w sobie jedną wielką niedogodnością o rozmiarach subkontynentu. A jednak, będąc w stolicy – New Delhi, niedługo po podróży po Chinach, odnalazłem w indyjskiej egzotyce pewien swojski rys. Po pierwsze, większość napisów jest dwujęzycznych – po angielsku i w urzędowych językach lokalnych, których w Indiach jest kilkadziesiąt. Angielszczyzna jest obecna wszędzie i właściwie nie ma problemu ze zrozumieniem tłoczących się zewsząd informacji. Gdyby nie ciemne twarze i nieposkromiony chaos, turysta mógłby sobie przez chwilę wyobrazić, że jest gdzieś w odległej części Europy. Może jest tak z tej przyczyny, że większość języków Indii pochodzi z tego samego inoeuropejskiego rdzenia, jak niemal wszystkie języki Europy (wyjątkiem są języki ugrofińskie i baskijski). Czy sama konstrukcja języka mogła mieć wpływ na drogi rozwoju narodów?
Mowa, to podstawa wzajemnej komunikacji, wymiany i gromadzenia informacji. Możliwe, że ujawnienie się szczególnej sekwencji kodu genetycznego sprawiło, że ludzie mniej więcej równocześnie, bo około 50 tysięcy lat temu „wpadli na pomysł” wydawania skoordynowanych dźwięków nazwanych mową,. „Pomysł” musiał być zakodowany w genach, bo sposób artykulacji myśli był wszędzie ten sam, ale wzajemna izolacja pierwotnych narodów spowodowała, że realizacja skrytej umiejętności okazała się odmienna. Biblia przypisuje to wszystko Wieży Babel, w której Jahwe w napadzie zazdrości o to, że mogą mu dorównać, miał celowo pomylić ludziom języki. Według Biblii, wieżę Babel wzniesiono jako symbol jedności ludzi oraz znak, dzięki któremu ludzie „nie rozproszą się”. Jahwe zaniepokoił się tymi zamiarami w obawie, że wtedy „nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić” i ludzie dorównają Jemu samemu. Z zazdrości o swą jedyność pomieszał budowniczym języki, dzieląc ludzi na różne narody tak, by raz na zawsze uniemożliwić powstanie potężnej globalnej społeczności. Wynika z tego, że sam Bóg uważał język i mowę za najważniejsze narzędzie ludzkości, zdolne do zagrożenia istocie Jego jedynowładztwa. Sprawił, że języki poróżniły się w konstrukcji tak znacznie, że niektóre nie są w pełni wzajemnie przetłumaczalne. Największy dystans dzieli indoeuropejskie języki Europy i Środkowego Wschodu (afgani, perski, hindi) od chińskiego. Jahwe Chinami się nie interesował, więc w i tym „pomieszaniu” nie uczestniczyły, co może wyjaśnić wewnętrzną budowę chińszczyzny, tak bardzo odizolowanej od logiki „języków Wieży Babel”, jakby pochodziła z zupełnie innej przestrzeni mentalnej.
Podjąłem się eksperymentu i porównałem anglojęzyczną informację z przeprosinami za wspomnianą „inconvenience” sformułowaną w indoeuropejskim hindi, aby odnieść ją do współczesnej chińszczyzny. Wynikało z tego, że kwestia powinna być w języku hindi i w piśmie dewanagari zapisana jako „असुविधा के लिए खेद है”. Nie wiem dokładnie jak brzmi wymowa całej frazy, ale z lokalnej odmiany sylabicznego pisma i z pomocą klucza, nie jest trudno przeliterować to na zapis łaciński i otrzyma się wtedy – „khedpurn ka lie asuvixa”. „Kedhpurn”, to „przepraszam”, „ka lie” – „z powodu” i „asuvixa” – „niedogodność”, czyli dokładnie to samo, co po angielsku: „przepraszamy za niedogodność”. Zrozumieć to też nietrudno, ponieważ hindi, jako pokrewny naszemu język indoeuropejski, rządzi się tymi samymi prawami – ma deklinację, koniugację, odmianę przez przypadki, czasy, a słowa tworzone są w ten sam sposób, to jest poprzez dodawanie przyrostków i przedrostków do rdzenia znaczeniowego. Językowi chińskiemu tego wszystkiego brakuje.
Indie leżą dalej niż w połowie niegdysiejszej odnogi Jedwabnego Szlaku prowadzącego z Chin i Indonezji na Bliski Wschód i do Europy i nazwanej też „Szlakiem Korzennym”. Za ich wschodnią granicą mieszkają ludy z grupy języków coraz bardziej odległych od mowy Indoeuropejczyków – to Birmańczycy, Tybetańczycy, Khmerowie, Malaje i wielka liczba użytkowników tonalnych języków chińskich. Wspomniałem wcześniejszą wyprawę do Chin i to, że – inaczej niż w Indiach – z chińskich napisów nie można było zrozumieć nic, nawet, jeśli hieroglify były transliterowane na zapis łacińskopodobny. Nie łaciński, lecz łacińskopodobny, jako że większość słów musi być w chińszczyźnie ozdobiona znaczkami nadawanego im tonu, inaczej nie można zrozumieć znaczenia większości z nich. A tych akcentów jest – w zależności od regionu – od czterech do siedmiu. Prosiłem lokalnego przewodnika, by mi wytłumaczył, o co w tym właściwie chodzi. Powiedział: „oto ja powiem – ’piękna kobieta’, a ty powtórzysz za mną”. Powtórzyłem tak dokładnie, jak umiałem. Roześmiał się: „powiedziałeś – ‘brzydka kobieta’. ‘Piękna’ mówi się górną cześcią twarzy, ty użyłeś dolnej!”. Istotnie, języki indoeuropejskie nie zwracają na to uwagi i wszystko mówi się jednakowo – dolną częścią twarzy, bo tam mieszczą się i usta i język. W językach chińskich ta zasada nie obowiązuje, ponieważ dopiero odpowiednio skierowany akcent pozwala na odróżnienie znaczenia z pozoru identycznych dźwięków.
Chiński zrodził się w najdawniejszych czasach w głębokiej izolacji od reszty świata. Jest niepodobny w swej budowie do żadnego innego języka świata. Archaiczni Chińczycy, zamiast budować rdzeń słowa i dodawać do niego przedrostki, przyrostki, deklinacje i koniugacje, tak jak to czynią (choć na odmienne sposoby) języki Europy, języki semickie, czy turecko-mongolskie, znaleźli rozwiązanie „leniwe”. Punktem wyjścia dla słowotwórstwa był nie dźwięk litery, ale brzmienie całej sylaby. Kombinacja literowa, pomimo ograniczonej liczby znaków, jest otwarta na oznaczanie czasów, rodzajów słowa (przymiotnik, rzeczownik, przysłówek) oraz ich odmianę przez przypadki, daje niemal nieskończoną możliwość słowotwórstwa. Przeciętny język europejski ma w swym zasobie dobrze ponad sto tysięcy słów, a angielski (może tu kryje się tajemnica jego użyteczności) – prawie pięćset tysięcy słów skodyfikowanych i drugie tyle nowych tworów, przez słowniki jeszcze niewchłoniętych.
Chińska koncepcja mowy, to oparcie się na dźwiękach tożsamych z sylabami, a nie z literami. Ludzie używający chińskiego, od samego początku powstania tej mowy, musieli pokonywać barierę wynikającą ze zbyt małej liczby sylab, jeśli mielby im własnie przypisywać konkretną treść. Językoznawcy definiują pojęcie sylaby z pewnym trudem, ale nam wystarczy określenie prof. Ireny Sawickiej, że „sylaba, to najmniejsza samodzielna jednostka fonetyczna, której funkcją jest segmentacja wypowiedzi, mająca na celu ułatwienie artykulacji i percepcji”. Wszystkie pierwotne cywilizacje – od starożytnych Sumerów i Asyryjczyków po Chińczyków – szybko zrozumiały wagę odkrycia i budowały na tym sposób wzajemnej komunikacji za pomocą mowy i pisma, czyli – że znowu użyjemy naukowej definicji – „społecznie ukształtowanego systemu budowania wypowiedzi, używanego w procesie komunikacji między ludźmi”. Tyle, że narody naszego regionu zauważyły też, że sylabę można rozdzielić na jeszcze mniejsze jednostki „literowe”- spółgłoskę i samogłoskę (nie zauważyły tego ludy semickie i zapisują tylko spółgłoski), co umożliwiło przejście na zapis odpowiadający najkrótszym dźwiękom. Nieco ponad dwudziestka łacińskich liter okazała się wystarczająca, by zapisać każde słowo w każdej postaci. Starożytni Chińczycy tego nie wzięli pod uwagę i pozostali przy konstrukcji języka, w którym znaczenie ma tylko sylaba, a nie dźwięk nieoddający znaczenia, lecz umożliwiający łatwe jego złożenie. Języki europejskie składają te „literowe” dźwięki, które same z siebie nie znaczą nic, w pełne znaczenia słowa i wyrazy.
W Chinach, to sylaba, nie litera, miała znaczenie i to ona stała się podstawą zapisu. Zapisywano jednym znakiem wyrazy-słowa, których znaczenie określała jedna z sylab. Sylab jest jednak zbyt mało (kilkaset), by zbudować z tego rozwinięty język. Potrzebny był krok następny, umożliwiający takie łączenie sylab, by można było tworzyć nowe pojęcia. Sylaby wchodzące w skład nowych zestawień niekoniecznie przenosiły własne znaczenie, jednak w połączeniu tworzyły pojęcie nowe, pozwalając język rozwijać dalej. „Stara” sylaba w połączeniu z jakąś inną, mogła dawać przy tym zupełnie odmienne znaczenie. Tym sposobem język chiński poszedł drogą, która prowadziła do tego, że zapisywany był nie sam artykułowany dźwięk, lecz jego znaczenie. Dla ludzi operujących językiem indoeuropejskim, to niezrozumiałe utrudnienie, jednak język chiński poszedł w tym właśnie kierunku. Z tego powodu, jeszcze dzisiaj można zrozumieć teksty sprzed tysiąca lat, nie znając brzmienia dawno zapisanych słów. Wystarczy rozumieć, co oznaczają same znaki, a te mogą być zrozumiałe bez towarzyszącego im dźwięku. Chińska mowa stała się niewolnicą pisma, a nie na odwrót, jak miało to miejsce w łacinie czy grece.
Pamiętamy, że język to „system ukształtowany społecznie”, czyli zależny również od struktury społecznej całej zbiorowości. To ostatnie pojęcie ilustruje efekt wybijania się jednych grup społecznych ponad drugie. Zjawisko, jak wszystkie nierówności, jest i społecznie i historycznie akceptowane z trudem i uważane za niezrozumiałą konieczność, albowiem frustruje ludzi to, że jedni lepiej korzystają z oferty losu, inni się na nadarzające okazje spóźniają. To, niestety, wieczny problem ludzkich społeczeństw, powodujący, że w powiązaniu z wrodzoną mieszkańcom globu chciwością oraz umiejętnością wyciągania korzyści z potknięć bliźnich, owocuje społecznymi napięciami. Te ostatnie, utożsamiane z nieuczciwością wyzysku, co jakiś czas urastają do rangi głównej przyczyny wielkich rewolucji społecznych. W jednym z poprzednich tekstów zwracałem uwagę na to, że tego rodzaju sytuacja otwiera drogę do uruchomienia się mechanizmu ”reguły odwróconego optimum” ze wszystkim jej konsekwencjami. Okazuje się, że jednak, że źródła pojawienia się i utrwalenia pierwszych przyczyn nierówności nie były w różnych częściach świata jednakowe, a nawet nie zawsze były podobne. Chińskie Państwo Środka jest tego doskonałym przykładem. Paradoksalnie, lecz tam – za sposobem realizowania czynnika chciwości i społecznej niesprawiedliwości – mogła stać sama konstrukcja jego języka, która – zdawałoby się – nie powinna mieć nic do rzeczy.
Tytułowa formuła: „sorry for inconvenience” może być przedstawiona za pomocą chińskich znaków jako: 抱歉为不便.W transkrypcji z heroglifów na czcionkę łacińską (tzw. pinyin), umożliwiającą przybliżenie znaków do wypowiadanych dźwięków, przybiera postać: „bàoqiàn wéi búbiàn”. Kwestia tłumaczona jest na język polski tak, jak odpowiednik znaczenia angielskiego, czyli „przepraszamy za niedogodności”. Biorąc jednak pod uwagę to, że chińszczyzna nie posiada czasów dla czasowników, ani odmiany przez przypadki dla rzeczowników i ma problem z określaniem liczby mnogiej, w rzeczywistości formuła musiała zostać „poprawiona” przez tłumacza, aby pasowała do konwencji języków indoeuropejskich i była w pełni zrozumiała dla użytkowników tych ostatnich. Język chiński operując tylko bezokolicznikami i nie wspomagając się odmianą przez przypadki, przedstawia myśl niejasno, bo w dosłownym tłumaczeniu fraza dosłownie znaczy tyle, co „czuć się bardzo przepraszać za utrudnienie”.
To jednak nie koniec problemów. Na przykład, zawarty w omawianej formule dźwięk „búbiàn” (不便) oznacza „utrudnienie” tylko w ramach tego konkretnego sposobu zapisania słowa. Ten sam dźwięk zapisany inaczej – jako „口语”, ma już inne znaczenie – to stan niedostatku gotówki. Słysząc dźwięk, lecz nie widząc zapisu, Chińczyk łatwo może to niewłaściwie zrozumieć i zamiast być „przeproszonym za utrudnienie”, poczuje się „przepraszanym za brak gotówki”. Podobnie, słowo „ wéi” („za”, „z powodu”), w zależności od użytego hieroglifu przybiera kilkadziesiąt zupełnie odrębnych znaczeń. Na przykład ten sam dźwięk zapisany jako „围”oznacza „okrążenie”, jako „位” – „miejsce”, „lokum”, a jako „胃” – „żołądek”. Ta sytuacja powtarza się w języku chińskim wielokrotnie. Gdy Chińczyk chce powiedzieć, że „ptak leci nad ziemią”, mówi: „鸟上地”, co w transkrypcji łacińskiej brzmi: „niǎo shàng dì”. Problem w tym, że dźwięk „dì” w innym kontekście oznacza Boga albo „coś, co jest wysoko”, a wtedy zdanie: „ptak leci do Boga” brzmi dla słuchacza identycznie jak: „ptak leci nad ziemią” – „niǎo shàng dì”, tyle, że zapis zdania jest inny i przybiera postać: „鸟上帝”.
Analizę czysto lingwistyczną fenomenu pozostawiamy językoznawcom i sinologom, jednak nie od rzeczy jest zwrócić uwagę na daleko idące konsekwencje społeczne samej koncepcji powiązania znaczenia słów i pojęć z ich hieroglificznym sposobem zapisu, zamiast z samym tylko dźwiękim. Przypuścić można, że dziwaczna z europejskiego punktu widzenia konstrukcja języka chińskiego, jest jedną z przyczyn ubóstwa chińskiej literatury pięknej, która nie może być w pełni „piękna” skoro wymaga ona swobodnej manipulacji słowem i słowotwórstwem oraz językowymi niuansami. W języku chińskim wydaje się tego wszystkiego brakować z samej jego istoty. Z tego samego powodu, jedną z najsławniejszych książek chińskich, jest opisująca potrawy i narzędzia do ich przygotowania najstarsza książka kucharska, powstała tysiąc lat temu, a ubogość literatury pięknej jest uderzająca w zestawieniu z tą plejadą pozycji i autorów, których twórczość stała się bodaj najistotniejszym składnikiem cywilizacji zachodniej.
Łacińskie rozwiązanie przypisania do wypowiadanych dźwięków-liter okazało się rewolucyjne. Wzorowane na alfabecie etruskim składało się pierwotnie z 21 znaków, by ostatecznie przybrać formę 26 liter. Okazało się dziecinnie łatwe w dosłownym znaczeniu, pozwalając na edukację młodzieży już w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Dzisiaj, tej formy zapisu używa więcej niż trzecia część całej ludności świata i to niezależnie od używanego na codzień języka. Tymczasem, klasyczny język chiński liczył nie mniej niż 56 tysięcy (!) znaków, a niektórzy z ich mutacjami potrafią doliczyć się ich nawet ponad 90 tysięcy. Opanowanie umiejętności rozpoznawania wszystkich znaków zabiera wytrwałemu uczonemu tyle czasu, że ma szansę ją w pełni osiągnąć dopiero w wieku emerytalnym. Dla mniej wytrwałych stworzono wielotomowe słowniki… chińsko-chińskie. Ktoś obarzony literackim talentem – w europejskim słowa znaczeniu – poznaje wszystkie tajniki pisma tak późno, że nie zdąży przed śmiercią już wiele napisać. Język chiński pracowicie płaci za skomplikowane i niepraktyczne przyjęcie jego budowy opierającej się na sylabach, a nie dźwiękach odpowiadających literom. Wszystko to utrwaliło się na samym początku istnienia cywilizacji Państwa Środka. Potem, było już za późno, kiedy za konstrukcją dźwięków poszedł niezwykle skomplikowany system zapisu, pracowicie niewspółgrający z alfabetem literowym, lecz stanowiącym istotne tło dla całego systememu społecznego z jego szczególną hierarchią wartości.
Opisaną różnicę w sposobie zapisywania myśli można uznać za jedną z możliwych przyczyn odmiennej drogi budowy instytucji państwa w Europie i na Bliskim Wschodzie z jednej strony, a w Chinach – z drugiej. W naszym regionie, do zdobycia i utrzymania władzy, konieczni byli ludzie wojny – rycerze i żołnierze. Stąd też źródło wysokiego statusu „etosu rycerskiego” i rycerskiego romansu w litertaurze. Za czasów wczesnośredniowiecznych monarchów umiejętność czytania pisania nie była konieczna. Państwa były stosunkowo niewielkie, a podaż pisarczyków wysoka. Karol Wielki był prawdopodobnie niepiśmienny, ale mógł zatrudnić rzesze mnichów-skrybów, piszących pod jego dyktando rozkazy, polecenia i zarządzenia. Chiny, ze swoim ogromnym obszarem i wielką liczbą ludności, były bardziej uzależnione od rozsyłanych dekretów i cesarskich zarządzeń (ich pisaniem i odczytywaniem) niż od wojskowych ekspedycji. Zresztą, nad Państwem Środka panować było łatwiej, bo i nie było dokąd uciec – na wschodzie ocean, na północy zimna pustynia, po zachodniej stronie jałowa, najwyższa wyżyna świata, na południu – tropikalne lasy. Pacyfikacja była łatwa, lecz rządzenie setkami milionów ludzi trudne. Ta sytuacja tłumaczy zupełnie niespotykaną gdzieindziej pozycję społeczną ludzi pióra – mandarynów. „Biurokracja kałamarza”, jaka pojawiła się w związku ze szczególnym rodzajem chińskiego języka i pisma, wytworzyła całą hierarchię urzędniczych rang – od szczebla lokalnego, przez prowincje, po cesarski dwór. Przez okres niemal półtora tysiąca lat, kluczem do kariery nie były umiejętności dowódców wojskowych, ale przejście surowego egzaminu na urzędnika, sprowadzającego się do wykazania umiejętności operowania językiem i pismem oraz kategoriami konfucjańskiej filozofii. Wojskowi w Państwie Środka nigdy nie zajmowali tak wysokiej pozycji społecznej, jak w Europie, czy Japonii. Brak etosu rycerza, był też jedną z przyczyn upadku Cesarstwa, nie potrafiącego sprostać wyzwaniu ze strony europejskich kanonierek. Z drugiej jednak strony w tym, być może, mieści się również tajemnica sukcesu współczesnych Chin – połączenie umiejętności korzystania z piśmiennictwa z dokładanością i pilnością studiowania. Tyle, że jedna z najbardziej cenionych „konfucjańskich mądrości”, zalecająca by „władca postępował jak władca, urzędnik jak urzędnik, mąż jak mąż, a syn, jak synowi przystało” tylko w chińskim oryginale wygląda skomplikowanie: 郡郡帝帝夫夫子子. W transkrypcji łacińskiej (pinyin) brzmi znacznie prościej, szczególnie, gdy pamiętamy o braku odmiany przez przypadki: „Jun jun, chen chen, fu fu, zi zi”. W dosłownym i surowym tłumaczeniu jest tylko prostym zestawieniem słów – „władca, władca, urzędnik, urzędnik, mąż, mąż, syn, syn”. Reszta jest kwestią interpretacji. Gdy słuchacz, lub czytelnik nabiera świadomości, że to słowa samego Konfucjusza, interpretacja i tłumaczenie robią się od razu bardziej kwieciste, głębokie i filozoficzne. Gdyby myśl wypowiedział prostak, nie zwrócono by na nią żadnej uwagi. W tej sytuacji staje się zasadą, że tłumaczone przez różnych znawców języka chińskiego teksty, znacznie się od siebie różnią. Tego rodzaju sytuacja zmusza ich do poprawiania rzeczywistości. Podobnie można też określić sam problem Chin i ich pradawnej cywilizacji. Jak długo można poprawiać rzeczywistość, pozostaje kwestią otwartą…


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *