SYRIA: ZABIJ ALAWITĘ, ZABIJ SUNNITĘ!

Zabij Bura, zabij farmera! Tak czwartkowa „Gazeta” tytułuje artykuł o eksterminacji białych w „demokratycznie czarnej” Republice Południowej Afryki. Okazuje się, że w cywilizowany sposób przeprowadzona likwidacja apartheidu oraz dobrowolne i pokojowe przekazanie władzy czarnej większości, w niczym nie pomniejszyło skali rasowej nienawiści i nie zastąpiło jej racjonalnością ekonomicznego rachunku. Teraz, biali farmerzy muszą zamieniać farmy w niezdobyte twierdze nafaszerowane elektroniką i najnowcześniejszymi rodzajami broni. Dlaczego ludzie nie chcą ze sobą współpracować dla wspólnej budowy dobrobytu i wolą się w okrutny sposób zabijać nawet wtedy, gdy pokojowe współżycie przynosi wielokrotnie większe korzyści, niż zabijanie? Nie pragną dobrobytu, czy też idzie o coś innego, co od dobrobytu wydaje się im ważniejsze?
Ludzie uwielbiają się bogacić, szczególnie bogacić sie szybko. Jeśli jednak mają do wyboru: czy wzbogacić się własną pracą, czy też dojść do majątku przez eliminację innych, z reguły wybierają to drugie rozwiązanie. To sprawa w historii ludzkości dowiedziona ponad wszelką wątpliwość, ale wstydliwie niezauważana. Wolimy nauczać młode pokolenia o wrodzonej rodzajowi ludzkiemi szlachetności, niż siać zwątpienie i niepokój. Dojście do bogactwa własną pracą wymaga mrówczej pracy wielu pokoleń, tymczasem władza może je dawać błyskawicznie, bo żywi się pracą innych. Brytyjski historyk Peter Heather brutalnie nie owija sprawy w bawełnę: „Może się to nam nie podobać, ale w dziejach ludzkości władza zawsze i nieodłącznie była związana z dorabianiem się, tak w państwach dużych, jak i małych, ekonomicznie zdrowych i słaniających się na nogach. (…) Wyciąganie korzyści dla siebie i przyjaciół jest postrzegane jako zasadnicza i najzupełniej legalna motywacja do wysiłku w celu zdobycia władzy”. Jeśli ktoś myśli, że w „nowoczesnej demokracji” jest inaczej, to się myli. To tylko metody stały się bardziej cywilizowane i żeby w świecie Zachodu zdobyć majątek, nie trzeba już mordować sąsiada. Wystarczy zdobyć nad nim przewagę.
Ta sama kwestia dotyczy toczącej się od dwóch lat wojny domowej w Syrii, tyle tylko, że różnice interesów są tam tak klarowne i dla każdego widoczne, że zabijanie nie potrzebuje przykrywki w postaci ideologii, czy wspierania argumentacją o prawach człowieka. Polacy mogą zapytać: a co nas właściwie obchodzi Syria i jej wojna domowa, dziejąca się w odległości dwóch tysięcy kilometrów? To, że „oni” są mściwi i krwiożerczy, a „my” łagodni i pokojowo do siebie nastawieni, powinno wystarczyć dla uspokojenia naszych sumień dać nam podstawę dobrego samopoczucia. Nie zdajemy sobie tylko sprawy z tego, że nasz dzisiejszy spokój, jedność i jednorodność, a także brak wewnętrznych konfliktów etnicznych jest następstwem niegdysiejszej krzywdy innych – holokaustu Żydów i graniczącej z holokaustem powojennej czystki etnicznej Niemców na zachodzie kraju i – na mniejszą skalę – Ukraińców na wschodzie. Polska dzisiejsza i ta, która wyłoniłaby się z międzywojnia, gdyby wojny nie było – to dwa zupełnie różne światy o równie wielkiej różnicy co do skali wewnętrznych napięć. Wyobraźmy sobie, że nie było II wojny światowej i że realizuje się marzenie idealistów, wypowiedziane niedawno przez Szewacha Weissa: Polskę w przedwojennych granicach zamieszkuje 10 milionów Żydów, 40 milionów Polaków, 10 milionów Ukraińców i po 5 milionów Niemców i Białorusinów. Razem to potęga: w samym środku Europy jest kraj o 70 milionach mieszkańców, co ze względu na wysoki odsetek Żydów gwarantowałoby (według Weissa) Polsce coroczną Nagrodę Nobla. Jaki rodzaj dumy mieliby z tego odczuwać Ukraińcy, Niemcy i ci Polacy, którzy Nobla nie dostali, weissowa wyobraźnia już nie podpowiada. Tymczasem odpowiedź przecież znamy: Polskę czekałby zapewne los Syrii, gdzie wszyscy są przeciw wszystkim, lub też Republiki Południowej Afryki, w której biali boją się wyjść z domu, by nie paść ofiarą nienawiści czarnych. Nienawiści za co? Za wszystko! Za to, że mają inny kolor skóry, że to oni prowadzą dochodowe farmy, a nie czarni, ktorzy nie mają doświadczenia, wykształcenia, cierpliwości i ogłady oraz tego, że to biali kiedyś podbili kraj czarnych i że – jeśli ktokolwiek – to dzisiaj biały dostanie Nagrodę Nobla, a z całą pewnością nie będzie to Zulus. Wbrew chrześcijańskiemu nauczaniu i misjonarskiemu gadaniu, ludzie bardziej się tam nienawidzą, niż kochają. Więcej, ludzie chyba uwielbiają się nienawidzieć, jeśli tylko mają ku temu powody, a wzajemne kochanie ich serdecznie nudzi. Czy słusznie więc uczymy nasze dzieci miłości bliźniego, zamiast sztuki samoobrony?Ależ tak! Uczyć trzeba rzeczy pięknych, tylko wtedy ujawnia się nasze człowieczeństwo, by stać się kiedyś tematem literackich opowieści. Zwierzęca część ludzkiej natury jest z jakichś przyczyn skrzętnie przez nasze matki pomijana i potem, do końca życia, nie ustajemy już w zdumieniu, że nasi współplemieńcy są zupełnie inni niż miało to miejsce w matczynych opowieściach. Nagle, ku własnemu zdumieniu dowiadujemy się, że świat, to nie skansen miłości, lecz zoo bez krat.
Polacy, tak niezadowoleni ze swojego otoczenia, że – jak twierdzi wielu – nie będą mieli na kogo głosować w najbliższych wyborach, powinni albo przenieść się – na przykład – do Syrii, albo też zatopić w głębokiej autorefleksji nad tym, że ich dobra passa może się kiedyś skończyć i ludzkie zoo nagle otworzy swe podwoje również i w ich kraju. Wtedy, biada poczuciu sielanki!
To, że dwadzieścia milionów Syryjczyków mieszka w Przedniej Azji, gdzieś na obrzeżu starożytnego Półksiężyca Obfitości i Pustyni Syryjskiej, nie skłania do zainteresowania dziejącymi się tam wydarzeniani. Co nam do tego, że postanowili się nawzajem wymordować? Rzecz w tym, że powody, z jakich doszło w tym kraju do wojny domowej, mogłyby pojawić się w każdym kraju świata, jeśli tylko byłyby wsparte podobnymi okolicznościami. Wojna domowa, to nie rzecz wymyślona przez złych ludzi, ale natura niejednolitych etnicznie i religijnie społeczeństw. Ludzie, kiedy się od siebie różnią, nie mają zamiaru się wzajemnie zrozumieć, a swoje różnice pokochać, lecz są raczej skłonni to tego, by problem eksterminować. Porozumienie wymaga subtelności i otwarcia na świat innych. Inaczej mówiąc, wymaga myślenia, pracy i delikatności. Eksterminacja inności, to narzędzie proste, by nie powiedzieć – prostackie, i nie wymaga nawet matury, a w ramach procesu eksterminacji, największe kariery oczekują tych, którzy matury nie mają i mieć nie zamierzają. To tylko w szkołach uczą, że różnorodność jest twórcza. W praktyce, wolimy jednostajność, zamiast różnobarwności, godną biedę, zamiast upokorzenia koniecznością konkurowania w zarabianiu na życie, pod warunkiem tylko, że nasza bieda jest swojska i dobrze znana. Jesteśmy bardziej gotowi oddać życie za dumną biedę, niż walczyć o subtelności kulturowej różnorodności. Ot, natura człowieczeństwa, o którym kiedyś powiedziano, że brzmi dumnie. Brzmienie, brzmieniem, a życie, życiem. Prawdziwe oblicze człowieczeństwa, to wcale nie człowiek Zachodu – wykształcony, światły, obyty i zamożny liberał, otwarty światopoglądowo na innych. Dominanta współczesnego świata, to niepiśmienny muzułmanin, radykał tyleż z siebie dumny, co i niewykształcony, nieobyty i niezamożny, ale z całą pewnością – pewny siebie mężczyzna. Ci liberałowie, to tylko ta część społeczeństw zachodnich, które wspierają demokrację, ci drudzy – prawdziwi meżczyźni, to cały świat islamu, czyli prawie półtora miliarda ludzi. Czy ci pierwsi mogą sobie dać radę w konfrontacji z tymi drugimi? O to toczy się gra w Syrii, a wcale nie o humanitaryzm, demokrację, czy prawa człowieka. To, w świecie ortodoksyjnego islamu pojęcia zupełnie nieznane.
Syria na mapie wygląda jak każdy inny kraj. Dobrze zakreślone granice, otwarty dostęp do morza z dużym portem morskim (Latakia) i dwadzieścia milionów mieszkańców. Zarówno w wielkości powierzchni jak i zaludnienia, to połowa Polski zgrabnie umieszczona nad łagodnym Morzem Sródziemnym, w otoczeniu świeckiej Turcji i postamerykańskiego Iraku, szybko rozwijającej się Jordanii, w dużym stopniu chrześcijańskiego Libanu i otwartego na świat Izraela. Żadne antypody i żaden afrykański tygiel rasowy. Praktycznie wszyscy mówią tą samą arabszczyzną zwaną dialektem damasceńskim. A Damaszek, to najstarsze wciąż zamieszkałe miasto świata. Jego początki sięgają dziewięciu tysięcy lat wstecz, gdy światu nie śnił się jeszcze ni Jezus, ni Mahomet. O co więc się mordują z tak wielką zaciętością, że rzucają na siebie trujące chemikalia? Z pozoru, idzie o drobiazg, czyli o różnice poczucia tożsamości, faktycznie jednak idzie o dobra doczesne, o dostęp do nich, czyli o udział we władzy. A o tak sformułowany cel ludzie są gotowi do zabijania pod każdą szerokością geograficzną.
Syryjska wojna wybuchła o to, że od stu lat krajem rządzi religijna mniejszość. To nie jedyny przypadek w historii świata, ale przypadek szczególny, tak jak szczególna jest ta mniejszość nazywająca się alawitami. Ich nazwa pochodzi od imienia Alego ibn Taliba, stryjecznego brata Mahometa i męża jego córki Fatimy, ostatniego z czterech „kalifów sprawiedliwych” i pierwszego imama szyitów, którego jako założyciela nurtu czczą też irańscy ajatollahowie. Na tym jednak kończą się podobieństwa Iranu z Syrią, bo syryjscy alawici są całkiem odmienni od irańskich szyitów i w tym leży przyczyna zarówno ich sukcesów, jak i problemów. W ich mniemaniu, to nie Koran jest najważniejszą księgą-matką, ale Nahj al-Balaghah – księga kazań, listów i komentarzy Alego – pierwszego imama i założyciela – traktująca o stworzeniu świata i jego końcu, o pierwszym człowieku i oczekiwaniu na Mahdiego-Zbawiciela. Inna, „Kitab al-Majmu”, znana jest tylko wybranym i zawiera najważniejsze modlitwy oraz wiedzę tajemną. Reszta świętej wiedzy zawarta jest w Kitab al-Mashayka (podręcznik szejków), Kitab Ta’lim al-Diyana al-Nussayrriyyah (katechizm) oraz Kitab Majmu’al-Ayad (Księga Uroczystości). Stosunek do własnej religii upodabnia alawitów bardziej do chrześcijan niż muzułmanów. Ci ostatni, swoją pobożność manifestują nie oryginalnością i samodzielnością interpretacji świętych tekstów, ale dokładnością powtarzania wersetów Koranu i przepisanych modlitewnych ruchów. Prawdziwy muzułmanin nie myśli samodzielnie, lecz postepuje tak jak inni. Jest częścią społeczeństwa, nie zaś wyodrębnioną osobą. Alawici naomiast, jak chrześcijanie, bardziej cenią zrozumienie i samodzielne objęcie Boga umysłem, niż mechanicznie rozumianą pobożność. Ortodoksyjni muzułmanie wierzą, że po śmierci znajdą się w Raju, gdzie będą doznawać cielesnych uciech pośród dziesiątek pięknych konkubin, a sami będą mieć zawsze trzydzieści pięć lat i doznawać cudu wiecznotrwałej erekcji (Raj, to miejsce wyłącznie dla pobożnych mężczyzn). Alawici tymczasem, na podobieństwo hinduistów, wierzą w reinkarnację, do której dochodzi się nie dokładnością modłów, lecz jednostkową refleksją i jakością czynów za życia. Pośród muzułmanów, picie alkoholu jest jednym z największych występków, alawici wysoko cenią wino i wierzą, że w trakcie nabożeństwa, podobnie jak to ma miejsce w katolickiej mszy św., ulega ono cudownemu przeistoczeniu w esencję Boga. Oprócz najważniejszych świąt muzułmańskich, obchodzą też Boże Narodzenie i Wielkanoc. W istocie, są bliżsi świata chrześcijan, niż muzułmanów.
Te wszystkie odmienności sprawiły, że alawici – inaczej niż ortodoksyjni muzułmanie a podobnie jak miejscowi chrześcijanie – są bardziej otwarci na świat oraz na pozareligijną i świecką wiedzę. Ta cecha powodowała, że w czasach Imperium Osmańskiego, jedni i drudzy awansowali szybciej niż sunnici, obsadzając szczeble lokalnej administracji i wypełniając szranki kadry oficerskiej. W momencie jego upadku po I wojnie światowej, mogli zorganizować się znacznie sprawniej niż inne społeczności lokalne i już w 1919 roku zorganizowli Państwo Alawitów z ośrodkiem w Latakii, obejmujące tereny nadmorskie tzw. mandatu francuskiego – od Libanu po Turcję. Istniało przez całą następną dekadę, by przekształcić się później w Syrię, w której najważniejsze stanowiska przypadły właśnie alawitom. Problem w tym, że rządzący krajem alawici, wespół z chrześcijanami obrządku wschodniego, to nie więcej niż 20 procent ludności. Południe kraju zamieszkuje jeszcze mała populacja Druzów, innego rodzaju mieszanka islamu i filozofii chrześcijańskiej. Większość Syryjczyków, to ortodoksyjni muzułmanie-sunnici. Muzułmańska ortodoksja nie toleruje odmienności i wszystkich inaczej myślących uznaje za grzeszników, złośliwych odszczepieńców lub głupców. Było więc tylko kwestią czasu, kiedy uzna za możliwe zmienić utrwalony układ sił. Obecna wojna domowa jest tego właśnie wyrazem, a prawdziwi wierni Allacha nie zwykli negocjować z innowiercami. Stąd bierze się tej wojny zaciekłość i długotrwałość. Idzie o wszystko albo nic.
W Syrii, wbrew pozorom, nie ma Syryjczyków, są tylko syryjscy sunnici, alawici, chrześcijanie, druzowie i kurdowie. Każda z tych grup posiada odrębną tożsamość religijną i narodową. Europa przywykła do patrzenia na tę kwestię przez pryzmat etniczności. Kto mówi po francusku, jest Francucuzem, po polsku – Polakiem, etc. W innych rejonach Eurazji sytuacja jest odmienna i ludzie mówiący tym samym językiem mogą odczuwać wobec siebie wrogość zamiast bliskości. W Indiach i Pakistanie dominujące grupy ludności posługują się tym samym językiem, tylko ze względów ideologicznych nazywanym inaczej. „Hindi”, to język indyjskich hinduistów, a „urdu” – pakistańskich muzułmanów, ale nie ma między nimi różnicy ani gramatycznej ani pojęciowej i użytkownicy obu języków z łatwością się nawzajem rozumieją. Istotą jest jednak to, że mówiący w „hindi” są hinduistami, a posługujący się „urdu”, czyli językiem „ordy” – muzułmanami, co też doprowadziło do podziału dawnych Indii Brytyjskich na dwa wrogie państwa, które przez ostatnie pół wieku zdążyły stoczyć ze sobą kilka krwawych wojen.
W tej zagmatwanej sytuacji, ewentualność wojskowej interwencji Zachodu, to nie lada łamigłówka. Jak uderzyć, aby nie działać na rzecz sunnickich ortodoksów i stojącą za nimi Al-Kaidą, a jednocześnie dopiec władzom z Damaszku nie zmniejszając przy tym ich obronnego potencjału? Upadek rządów syryjskich alawitów, byłby nie tylko ciosem dla kulturowych więzów regionu z Europą, ale mógłby stać się kolejnym źródłem exodusu mas uciekinierów. A tego nikt nie chce. Europejska wielkoduszność już dawno jest wyczerpana. Z drugiej strony, nie leży w interesie ludzi Zachodu zdominowanie Syrii przez ortodoksyjny żywioł muzułmański z pewnością prowadzący do przekształcenia kraju w kolejny antyeuropejski bastion.

Co więc będzie dalej? Jedynym racjonalnym wyjściem jest uznanie historycznych faktów i podział kraju na dwie części – alawicko-chrześcijańską i sunnicką. Najprościej byłoby przywrócić istnienie Państwa Alawitów z lat 1919-1930. Tyle, że to daleko za mało dla zaspokojenia wyrośniętych na władzy ambicjach samych alawitów, bo stolica kraju i największy ośrodek kulturowy przypadłby sunnitom, nie z tego powodu, że są w stolicy większością, ale dlatego, że Damaszek jest oddalony od granicy zwartego zasiedlenia alawickiego o ponad sto kilometrów. To wielka aglomeracja sięgająca 5 milionów mieszkańców o zróżnicowanych korzeniach kulturowych. Dominantą są w Damaszku muzułmańscy sunnici oraz alawici, ale wedle spisów, chrześcijan jest tez prawie 20 procent, przy czym zwarcie zamieszkują stare miasto, najłatwiejsze do zdobycia i spalenia w przypadku wybuchu walk na tle religijnym. Wrogości dodaje fakt, że alawici i chrześcijanie są z reguły od muzułmanów zamożniejsi, bardziej wpływowi i lepiej wykształceni. Czystka etniczna miałaby tragiczne konsekwencje zarówno dla samej ludności, jak i światowego dziedzictwa kulturowego. Na dłuższą metę pokojowe wyjście z syryjskiego kryzysu jest tylko jedno: podział kraju pod nadzorem sprzymierzonych sił zachodnich i rosyjskich (Rosjanie stacjonują w porcie Latakia) dla zapobieżenia jeszcze bardziej krwawej wojnie, która nabiera wszelkich cech „zderzenia cywilizacji”. Europa nie może udawać, że jej to nie dotyczy, bo skutki syryjskiej wojny domowej – jakiekolwiek by nie były – dosięgną również i ją. Czas myśleć jak zminimalizować ofiary ludzkie i kulturowe. Nie ma rady, trzeba się opowiedzieć i to nie po muzułmańskiej stronie, ale – jakby to zabrzmiało politycznie niepoprawnie – po naszej, czyli chrześcijańsko-alawickiej. Pal sześć cenę ropy i kurs dolara! Ratujmy kulturowych krewnych zagrożonych przez obcych! I nie łudźmy się, bo taka też będzie natura świata XXI wieku!


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *