ROSJA KONTRA EUROPA, CZYLI GŁUPI WANIUSZKA I ZACZAROWANY KUCYK

Waniuszka            Na pierwszy rzut oka, opowieść o Koniku Garbusku mogła powstać w dowolnym kraju świata, ale tylko w niewielu odbijałałaby narodowy charakter mieszkańców. Powstała jednak w Rosji i tylko tam jest ulubionym opowiadaniem niosącym powszechnie zrozumiałe przesłanie. Bo też to i dziwna bajka. Jej bohater Wania-Głuptasek i jego garbaty konik symbolizują wrodzoną mądrość rosyjskiego ludu – nieuczonego, lecz wiedzącego co trzeba. Należna Wani Córka Księżyca, to piękno, które nabiera treści dopiero w skojarzeniu z siermiężną rosyjskością, a car – to symbol władzy, którego prawdziwa legitymizacja zależy od zrozumienia potrzeb rosyjskiego ludu. W zamian za naiwną prostolinijność nagrodę dostaje jednak Głuptasek Wania, a nie car. Władca ginie w kotle, a wszechpotężnym carem zostaje Waniuszka. Przewodnia myśl jest równie prosta: nie musisz być ani mądry ani piękny, nie musisz zdobywać kwalifikacji, bądź tylko ludowo prostolinijny, a uzyskasz to, co w życiu najważniejsze – piękną kobietę i nieograniczoną władzę.

„Zagotuj wielki kocioł mleka – poradziła Córka Księżyca carowi, którego nie chciała za męża – wskocz do niego i wykąp się w nim. Będziesz miał od tego cerę białą jak śnieg i wtedy będę twoja”. Car nakazał na zamkowym dziedzińcu rozpalić ogień i mleko gotować, lecz zaniepokoił się temperaturą wrzącego płynu. Przypomniał sobie o Wani i rozkazał mu wskoczyć pierwszemu. Wania podszedł do kotła z wrzącym mlekiem, ale dobiegł tam też i garbaty konik, który chuchnął w kocioł. Mleko się ostudziło, Wania wskoczył, a gdy wyszedł, był pięknym młodzieńcem o cerze białej jak mleko. Konik znów chuchnął i wtedy mleko zawrzało ponownie tak, że gdy do kotła wskoczył car wcale nie rozumiejący tempa wydarzeń oraz istoty ludowej mądrości, ugotował się cały. „Nazajutrz odbyło się huczne weselisko Córki Księżyca i Waniuszki. Odtąd razem żyli i razem rządzili, a Konik Garbusek zawsze im służył radą i pomocą”. Bajka jest odbiciem rosyjskiej wizji świata i aż się prosi o komentarz, że to na jej  przesłaniu opiera się również i putinowa polityka zagraniczna oraz ludowa wyobraźnia Rosjan. Aby być potężnym, nie trzeba być ani mądrym, ani uczonym, ani zamożnym, ani też technologicznie rozwiniętym. Wystarczy być cudownym zjawiskiem na kształt głupiego Wani wspartym przez konika garbuska, a Rosji „jak psu zupa” należeć się będzie wielki kawał światowego tortu.

Rolę współczesnego konika garbuska pełni jeden z doradców Władimira Putina – Michaił Juriew. W jego wizji przyszłego świata kluczowy jest rok 2053, kiedy to w następstwie kolejnych światowych wojen utworzonych ma być pięć stabilnych supermocarstw, a pod ich rządami znajdą się wszystkie pomniejsze narody. Oto wielka piątka: Imperium Rosyjskie, Federacja Amerykańska, Islamski Kalifat, Chiny i Indie. Rosją będzie rządzić jeden człowiek, a jego imperium rozciągnie się od Portugalii i Wysp Brytyjskich po Kamczatkę i od Atlantyku po Pacyfik. Zagadkowe jest tylko, że z takiej mapy przyszłej superimperialnej Rosji nie da się wyczytać czyja będzie wtedy Mongolia – chińska, czy rosyjska? Czyżby tej wielkiej imperialnej potędze nie po drodze było drażnienie Chińczyków? Przy okazji, z odpowiedzią na pytanie, co pozostanie wtedy z Polski, spieszy Władimir Żyrinowski: “Nic nie zostanie. Stacjonują tam samoloty NATO. W Polsce jest system obrony przeciwrakietowej. Los krajów bałtyckich i Polski jest przesądzony. Zostaną zmiecione. Nic tam nie pozostanie”.

Na ile opowiadanie o Koniku Garbusku jest tylko zwykłą bajką jakich wiele, na ile natomiast wyraża sposób myślenia Rosjan o świecie? Ciekawe, że okres po 1991 roku, kiedy Zachód nie krył się z nadzieją na demokratyzację Rosji – to w opinii samych Rosjan otrzymał też miano smuty, na wzór tej, która panowała w kraju po śmierci Iwana Groźnego, a jej kulminacyjnym punktem było zajęcie przez Polaków Moskwy oraz osadzenie polskiego garnizonu na Kremlu na całe dwa lata. Znamienne również, że ekspansywne odruchy Putina w rodzaju zajęcia ukraińskiego Krymu i Donbasu spotkały się wśród Rosjan z euforycznym poparciem sięgającym dziewięćdziesięciu procent mieszkańców. „Koniec smuty!” cieszyła się ludność, nie bacząc na skutki w postaci spadku stopy życiowej i braku perspektyw na poprawę sytuacji materialnej. Stało się więc rzeczywistością nawet i to, że odsetek ludności żyjącej poniżej bezwzględnej granicy ubóstwa przekroczył w Rosji wszystkie spodziewane liczby. Światowe media starają się jednak uspokajać i sprawę naświetlać jako stan przejściowy, który rychło wróci do normy. Do jakiej mianowicie normy? Warto się więc zastanowić nad tym o co właściwie toczy się gra i jakie są w niej cele Zachodu, jakie Rosji oraz z jakiej przyczyny ta ostatnia tak rozpaczliwie broni się przed demokratyzacją i czyni to z tak wielką determinacją, że nie liczą się żadne koszty – ani te bieżące, ani też przyszłe?

Swiat JuriewaW przestrzeni wskaźników rozwoju społeczno-gospodarczego, to świat muzułmanów znalazł się dzisiaj na końcu światowej listy, wyprzedzony nawet przez kraje Czarnej Afryki. Rosja wypada nieco lepiej, co mogłoby prowadzić do wniosku, że jest bardziej „europejska”, aniżeli strefa islamu. Jej „europejskość” ma jednak niespotykaną gdzieindziej cechę. Inaczej, niż Europa, która poczuwa się do tego, że jest swego rodzaju kulturową „matką obu Ameryk”, Rosja uważa Stany Zjednoczone i Kanadę za największego wroga i to pod każdym względem – militarnym, politycznym i cywilizacyjnym. Jak pogodzić jedno z drugim? Jakiego rodzaju argumentacja może skłaniać do tego, by mówić o fenomenie dzisiejszej Rosji w podobnej konwencji, jak mówi się o islamie, czyli kulturze zupełnie niezdolnej do dostosowania się do ewolucji współczesnego świata?

Data narodzin Rosji, jako tworu jakościowo innego niż Ruś, nie daje się przesunąć na okres wcześniejszy niż panowanie Iwana Groźnego, czyli na okres, gdy inne wielkie twory kulturowe były już dojrzałe. Pojawiła się o prawie tysiąc (!) lat poźniej niż ostatnia z wielkich cywilizacji religijnych, czyli islam. A wtedy, cały obszar pomiędzy Europą a Kamczatką nie tworzył żadnej wspólnoty – ani religijnej, ani narodowościowej, ani też kulturowej. Tam po prostu nie było żadnej cywilizacji, bo też na wielkich, zimnych i pustych przestrzeniach o taką trudno. Iwan IV, chociaż był ostatnim władcą ze skandynawskiego pochodzenia dynastii Rurykowiczów, to jego panowanie nie było już kontynuacją kijowskiej Rusi, lecz raczej początkiem zwracania się Moskwy ku Azji i stawania się przez nią częścią niezmierzonego lasostepu, a także rozpoczęcia flirtu z tatarskością. Nie było przypadkiem, że to właśnie Iwan Groźny zaczął trwale używać nazwy „Rosja” w miejsce pojęcia „Ruś”, to ostatnie pozostawiając na określenie tej części Ukrainy, która weszła w skład ówczesnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. To on też zrezygnował z pieczętowania się godłem Księstwa Moskiewskiego, zastępując je wiele mówiącym, lecz zupełnie nieuprawnionym emblematem cesarzy Bizancjum. Ukraińska Ruś może być uważana za byt podobny do początków samej Rosji jedynie w moskiewskiej propagandzie. Fakty historyczne i różnice językowe świadczą przeciwko tej proweniencji, a dowodem jest też i to, że pomimo nieskrywanych zamiarów, Putinowi udało się od niej oderwać zaledwie Krym i część Donbasu. Reszcie wcale do Rosji niespieszno.

Bizancjum            Ewolucja państwa moskiewsko-rosyjskiego jest znamienna. Moskwa poczęła formować swoją tożsamość dopiero w czasach panowania ostatniego z wielkich książąt – Iwana III Srogiego, którego panowanie przypadło na drugą połowę XV stulecia. Sam fakt, że przed władcą tego niewielkiego jeszcze wtedy państwa stanęła konieczność podjęcia decyzji co do własnej przynależności kulturowej, świadczył raczej o tym, że moskiewskie społeczeństwo nie posiadało wyraźnego jej poczucia, uznając się raczej za część pomongolskiej Azji. Tyle, że dominantą było powszechne poczucie pograniczności kulturowej, bez poczuwania się do jakiejkolwiek własnej i oryginalnej tradycji. A sam wybór był w tej sytuacji brzemienny w następstwa – Wschód, czy Zachód, Europa, czy Azja? Sprawa „ruskości” Moskwy wymagała szczególnego podejścia, albowiem kończył się proces jednoczenia tej części dawnych ziem ruskich, które znajdowały się dotąd pod panowaniem mongolskim. Cała dawna zachodnia i środkowa Ruś była wtedy pod władzą polsko-litewskich Jagiellonów i szła drogą prozachodnią, stając się jednocześnie punktem zwrotnym jej przekształcenia w kraje współczesne – Ukrainę i Białoruś. Cały pozostały fragment dawnej Rusi był natomiast od ponad dwustu lat częścią państwa azjatyckiego, odwróconego pod każdym względem ku Karakorum, jako mongolskiemu centrum politycznemu położonemu daleko na pograniczu z Pustynią Gobi.

Moskwa, jako miasto z odległych, wschodnich obrzeży dawnej Rusi, póki jej władcy poczuwali się jakoś do „ruskości”, używała dawnej, ruskiej symboliki. Dla Kijowszczyzny był to Święty Michał na niebieskim polu ze złotą tarczą i mieczem w dłoni. Wedle chrześcijańskiej tradycji miał jako pierwszy rzucić się do walki z Lucyferem usiłującym podważyć władzę Boga. Księstwo Moskiewskie długo miało za swój symbol Świętego Jerzego Zwycięzcę zabijającego włócznią smoka. Miał tym sposobem wyzwolić spod jego terroru całe miasto, dzięki czemu nie tylko je ocalił, ale spowodował też nawrócenie się mieszkańców na chrześcijaństwo. Sytuacja zmieniła się podczas panowania Iwana III z dwóch przyczyn. Po pierwsze, zaprzestał płacenia trybutu Tatarom, co stało się symbolem jego suwerenności od dawnych władców mongolskich. Po drugie, doszło do zawarcia korzystnego małżeństwa podnoszącego międzynarodowy prestiż Moskwy. Iwan III ożenił się oto w 1497 roku z księżniczką Zoe (Zofią) z rodu Paleologów, z którego pochodzili też – noszący przez niemal dwieście lat rzymską koronę – bizantyńscy cesarze. Ostatni z nich, Konstantyn XI Dragazes zginął w dniu zdobycia Konstantynopola przez Turków w 1453 roku, a ciała nigdy nie odnaleziono. Ślub Iwana III z Zoe odbył się w pół stulecia później, a nowa caryca, to tylko kuzynka ostatniego cesarza. Była córką ostatniego despoty Morei, niewielkiej krainy położonej na samym południowym krańcu Peloponezu, znajdującej się już niemal w całości w rękach tureckich. Jej ojciec Tomasz Paleolog, był bratem Konstantyna XI i synem Manuela I, cesarza panującego do 1425 roku nad resztkami Bizancjum. Jego córka, nie miała więc praw do następstwa cesarskiego tronu zarówno ze względu na słabość pokrewieństwa, jak i na nieistnienie samej korony, którą oficjalnie przejął już władca zwycięskich Turków. Dla samej Zoe, ostatni cesarz rezydujący w Konstantynopolu, był tylko stryjem. Zresztą, ożenek nie tworzy pokrewieństwa, aby wywodzić z niego bezpośrednie prawo do korony, lecz tylko powinowactwo. Iwanowi III jednak to wystarczyło, aby uznać siebie – z drugiej strony jedynego spadkobiercę imperialnej władzy Mongołów – za równie jedynego kandydata do spuścizny po imperialnej tradycji rzymsko-bizantyńskiej. To dosyć karkołomne połączenie Wschodu i Zachodu, którego niewolnikiem Rosja jest do dzisiaj. Syn Iwana III i Zoe – Iwan IV (Groźny) poszedł jeszcze dalej i uznał swoją wyłączność w skali globalnej jako jedynego prawowitego władcy Trzeciego Rzymu, który będzie wieczny, bo po nim, jak ogłoszono – „Rzymu Czwartego już nigdy nie będzie”. Spadkobierstwo po chanach Mongolii było w tej sytuacji wstydliwą oczywistością, nie fetowano więc go szczególnie w uznaniu, że jest w sprzeczności z „rosyjską rzymskością”, pozbawioną skądinąd zupełnie łacińskiej tradycji. Problem w tym, że na Iwanie IV skończyła się też i linia Rurykowiczów, a więc i uprawnienia do korony wynikające z omawianych więzów rodzinnych. Następstwem był kryzys, nazwany smutą i brak poważnych pretendentów do tronu, co zakończyło się dopiero osadzeniem na nim księcia Michała Romanowa. Jego nazwisko pozostanie też nazwiskiem carów Rosji aż do detronizacji i zamordowania w 1917 roku ostatniego z nich – Mikołaja II, tyle, że nawet i ono było w gruncie rzeczy fikcją służącą podtrzymaniu pretensji kolejnych władców do ich carskości. Pierwszy z Romanowów na tronie Rosji – Michał, był tylko słabo spowinowacony z Iwanem Groźnym przez osobę Nikity Zacharyna, szwagra cara. W linii męskiej i ta linia wygasła zresztą ostatecznie w 1730 roku, po czym nazwę rodu, właściwie bez żadnych podstaw opartych na krwi, przejął niemiecki ród Holestein-Gottorp, panujący wcześniej w niewielkich północnych księstwach Schleswig, Holstein i Sondenburg. W rezultacie, przez trzysta lat dziejów Rosji – władców tego kraju z prawdziwymi rzymsko-bizantyńskimi „przodkami” nie łączyło żadne faktyczne pokrewieństwo. To, co z niego pozostało, to tylko dwugłowy orzeł wzorowany na  herbie Paleologów i wyobraźnia, skłaniająca do postrzegania Konstantynopola jako „miasta rosyjskiego” i mitycznej stolicy rosyjskości. Jak w tej sytuacji ocenić rosyjskie pretensje do uznania Rosjan za pełnoprawnych Europejczyków, a Krym za równie uprawniony spadek po ich grecko-rzymskich przodkach? Można dojść do wniosku, że cała oficjalna historia Rosji, to tylko produkt wyobraźni, a nie zestaw prawdziwych faktów. W polityce, wyobraźnia może równie łatwo prowadzić do wojny, jak i sama tylko żądza władzy oraz chęć wzbogacenia się kosztem innych bez konieczności powoływania się na rzymskich przodków. Te dwa czynniki, paradoksalnie, łączą Rosję z tym rodzajem kulturowych motywacji, które cechują odległy od niej islam, ale ich następstwa w postaci głębokiej „kulturowej frustracji” są zaskakująco podobne.

Dla równie groźnego dla globalnego bezpieczeństwa świata islamu okres świetności zakończył się w XIV wieku, czyli wtedy, gdy dla samej Rosji koniunktura dopiero miała się zacząć. Do końca XIX stulecia była już drugim, co do wielkości (po brytyjskim), światowym imperium, a jej granice sięgały od Niemiec i Turcji na zachodzie – po Chiny i Koreę na wschodzie oraz Persję i Afganistan na południu. Rosyjski car miał przy tym tak wielki zakres władzy, jak nikt inny na świecie i mógł z powodzeniem uważać się za najpotężniejszego monarchę nie mającego sobie równych. Bywało więc, że i zachodnie oceny rosyjskich sukcesów ocierały się o coś w rodzaju ekstazy. Oto Edmond Théry, francuski ekonomista i statystyk, ogłosił przed stu laty, że jeśli Rosja utrzyma do roku 1950 takie samo tempo wzrostu gospodarczego, jakie miała od początku stulecia, to w połowie XX wieku „zdominuje Europę pod względem politycznym, gospodarczym i finansowym”. Autor tych słów przeszedł mimo faktu, że był to wyjątkowy i stosunkowo krótki w historii Rosji okres industrializacji zorganizowanej na europejski sposób i wspierany europejskim kapitałem, ale zupełnie niepodobny do innych. Nie miał nigdy miejsca ani wcześniej, ani też później. Industrializacja na stalinowski sposób zakończyła się imperialną katastrofą w 1991 roku.  Zresztą, także i samego państwa carów nie było już w roku 1917, czyli na kilka lat po przepowiedniach Théry’ego, a kiedy nadszedł oczekiwany przez niego rok 1950, ówczesny Związek Radziecki dominował Europę już tylko pod jednym wględem – liczbą posiadanych głowic atomowych. Dzisiaj, Rosja jest krajem daleko odstającym od uprzemysłowionych krajów Zachodu i Azji, a świat się z nią liczy nie tyle ze względu na siłę jej gospodarki, lecz z powodu nadziei na dobranie się do jej bogactw i ze względu na wciąż groźny arsenał broni jądrowej. Dlaczego jednak, Rosja zawsze znacznie słabsza od innych światowych potęg, nigdy nie stała się terenem skutecznie penetrowanym przez zachodnie wzorce gospodarcze, a i dzisiaj – wbrew propagandzie – nie jest przedmiotem takiej penetracji, chociaż nie zagraża jej nikt ze świata zewnętrznego? Czego więc oczekuje od nadchodzącej przyszłości?

Ksiestwo Moskiewskie 1482Warto pamiętać, że od czasów Piotra I aż do upadku jego państwa w 1917 roku, oficjalna nazwa rosyjskiego państwa, to Imperium Rosyjskie (Россійская Имперія), osadzona w poetyce rzymskiej tradycji imperialnej (Imperium Romanum). Powszechne tłumaczenie nazwy na Cesarstwo Rosyjskie jest zwodnicze, ponieważ w rzymskiej tradycji pierwotnym tworem było „imperium”, a dopiero wtórnym – „imperator”, jako jego władca, Było tłumaczone dopiero w Średniowieczu jako „cesarz”. „Imperialność” oznacza wszechobejmującą wszechmocność, „cesarstwo”, to tylko władza jednego człowieka. Dzisiejsza nazwa Rosji – Federacja Rosyjska, jest w tym kontekście znamienna, ponieważ kładzie nacisk na konieczność równoprawnej współpracy między członkami federacji, a nie na zcentralizowany charakter władzy państwowej. Tyle, że zza dzisiejszego Putina wyziera imperator, a wcale nie człowiek federacji wyodrębnionych podmiotów. Poziom aprobaty, jaką się cieszy w społeczeństwie, skłania jednak do domniemania, że poczucie imperialnej siły jest dla Rosjan stanem naturalnym i właściwym ich naturze, a koncyliacyjność i chęć porozumienia, czymś najzupełniej obcym, w którego gorsecie czują się źle i nieswojo. W rezultacie, prawdziwym problemem dzisiejszej Rosji jest zderzenie wyobraźni jej mieszkańców z otaczającymi ją realiami. Te ostatnie o imperialności każą jednak zapomnieć.

Wielu europejskich polityków wierzy w możliwość „stopniowej normalizacji” stosunków z Rosją w przyszłości. Te iluzje są niebezpieczne, gdyż Moskwa rzuciła właśnie – chociaż brzmi to irracjonalnie – wyzwanie samemu istnieniu cywilizacji zachodniej. Dla Moskwy, dyplomacja zawsze była narzędziem manipulacji, oszukańczą metodą uśpienia czujności przeciwnika. Jak to wyraził kiedyś Bismarck „Umowa z Rosją nie jest warta papieru, na którym ją spisano”. Wszelkie „resety”, normalizacje i ocieplenia z nią stosunków są ze swej natury tymczasowe. Rosja, jeśli ma pozostać sobą, nigdy nie porzuci ambicji dominowania innych oraz irracjonalnych roszczeń globalnych. Aleksander Dugin w swojej książce „Podstawy geopolityki” wyraził pogląd, że „Jedną z najpilniejszych potrzeb geopolitycznych Rosji jest przywrócenie imperium. To nie tylko jedna z możliwych dróg rozwoju Rosji, ale konieczny warunek wstępny do istnienia niepodległego państwa na kontynencie”, a sam proces przywracania tej pozycji powinien skupić się na osiągnięciu mocnej pozycji na „ciepłych morzach”. Dopiero zrealizowanie tego zadania zakończy proces odbudowy jej światowej pozycji. W krajach Zachodu, takie myślenie może wydawać się nieporozumieniem, ale istnieją mocne argumenty świadczące o tym, że tak właśnie rozumuje cała rosyjska elita.

Tym, co tworzy rosyjską świadomość, to nie chęć osiągnięcia pokoju i dobrobytu, ale marzenie o dominacji nad światem. Taka była prawdziwa istota rosyjskości od samych początków istnienia jej imperium. Nie złamały tego przekonania wielokrotne klęski w realizacji tych ambicji, prowadzące do „smut” i załamania całej struktury państwa. Rosjanie wciąż traktują sprawę swojego prawa do dominacji nad innymi ze śmiertelną powagą, nie bacząc na fakt, że dzisiejszy świat zmienił się tak głęboko, że trudno nawet wyobrazić sobie powrót do czasów, gdy panowało nad nim zaledwie kilka potęg. Chociaż dla elit Zachodu jest to trudne do zrozumienia, irracjonalne dążenie Moskwy do ekspansji terytorialnej jest stałym fundamentem rosyjskiej świadomości narodowej, a sam zasięg roszczeń, przynajmniej w sferze werbalnej, jest zadziwiający. W dokumencie programowym Euroazjatyckiego Związku Młodzieży czytamy takie oto deklaracje:  „Jesteśmy sojuszem zwierzchników, nowych władców Eurazji. Jesteśmy budowniczymi imperium najnowszego typu i nie zgadzamy się na coś mniej niż panowanie nad światem, które – jak wiadomo – może dać tylko kontrola nad kontynentem eurazjatyckim. Wyciągnęliśmy wnioski z geopolityki. […] Zbudujemy nowy kraj – Trzecią Rosję, Rosję-Eurazję, Wielkie Imperium Eurazjatyckie od oceanu do oceanu”. I nie jest to tylko deklaracja młodych maksymalistów i nie tylko podtekst rosyjskiej polityki zagranicznej, ale esencja rosyjskiej tożsamości. Nasuwa się pytanie o mechanizm powstawania tak głębokiego przekonania, skoro dla każdego rozsądnie myślącego mieszkańca ziemi należy ono raczej do sfery fantastyki, niż politycznego realizmu. Na pierwszy rzut oka widać, że – jeśli tego rodzaju przekonanie jest istotą polityki – to pytanie o kolejne wewnętrzne załamanie się Rosji, to nie sprawa meritum, ale już tylko kwestia czasu.

Wraz z przyjściem do władzy Władimira Putina, zaczęła się jednak kolejna odsłona we wdrażaniu tej pseudoimperialnej koncepcji. Wojny w Czeczenii, Gruzji, Syrii i na Ukrainie są konsekwencją idei eurazjatyzmu. Po wielu rozmowach z Putinem, kanclerz Niemiec Angela Merkel doszła nawet do wniosku, że prezydent Rosji „stracił kontakt z rzeczywistością”. Była pod wrażeniem jego nieadekwatności w ocenie wydarzeń, irracjonalności oraz rozdrażnienia z powodu tego, że można w ogóle kwestionować rosyjskie prawo do ekspansji w kierunku zachodnim. Mieściło się w tym też jego przekonanie, że główną przeszkodą w tym marszu na Zachód jest to, że ktoś stara się rzucać „geopolityczne kłody” pod nogi absolutnie słusznym roszczeniom. Myśl o ich absurdalności w warunkach współczesności zupełnie nie przychodziła mu do głowy, a każda aluzja do konieczności powstrzymania się w próbach ekspansji wprowadzać go miały w irytację.

Zachodni analitycy dokonali analizy lektur Putina. Okazało się, że wspomniane „Trzecie Imperium” Juriewa należy do najulubieńszych. Według deklaracji wydawcy, to książka-prognoza oczekiwanych zmian w świecie, a nie żadna fantastyka, czy utopia. Autor jest przedstawiony jako poważny i kompetenenty ekspert oraz rosyjski mąż stanu, który tylko opisuje to, co niechybnie się wydarzy. A co się wydarzy? Wielka Rosja! Będzie światowym supermocarstwem za czterdzieści lat, po podbiciu w 2019 roku całej Ukrainy, Białorusi i Polski!

Niektórzy obserwatorzy zwracają uwagę na to, że można odnieść wrażenie, iż Putin ślepo dostosowuje się do treści książki Juriewa, którego prognoza przewiduje również sprowokowanie konfliktu z USA i NATO. W jego rezultacie Rosja ma w przyszłości zmusić Stany Zjednoczone do izolacji, a państwa Europy mają się poddać i przyłączyć do Imperium Rosji. Bronić się będzie tylko Polska, Wielka Brytania z Irlandią, zachodnia Ukraina oraz Turcja. Te, będą wymagały więc akcji zbrojnej dla ostatecznego podporządkowania. Jeśli wziąć pod uwagę to, że książka Juriewa jest bardzo popularna wśród rosyjskich elit politycznych, administracyjnych i wojskowych, nie można lekkomyślnie uznać jej tylko za nieszkodliwe fantazje autora. Opisaną strategię wielu wysokich rangą Rosjan postrzega jako wskazówki do działania i dobrze przemyślany plan. Analitycy twierdzą, że wydarzenia na Ukrainie dają podstawy do przypuszczeń, że Putin działa zgodnie ze scenariuszem opisanym w tej książce.

Jak ten fenomen wyjaśnić? Nasuwa się silne skojarzenie z nagłą eksplozją agresywności świata islamu. Zarówno ten ostatni świat, jak i społeczeństwo rosyjskie pogrążyły się w nowego rodzaju mesjanizmie połączonym z imperialną czkawką i marzeniem o nieograniczonej niczym ekspansji. Rosyjskie elity oraz większość zwykłych Rosjan (ze świadomą pomocą wszystkich kanałów państwowej telewizji), dla których fakty i tak nie mają żadnego znaczenia, patrzą dzisiaj na świat oczami Juriewa i innych proroków prorosyjskiego Armagedonu. To więc chyba nie zwykłe marzenia, ale już stan umysłu. Czy jest groźny dla reszty świata? Oczywiście jest, ale tylko w tym zakresie, w jakim sięgają dzisiejsze możliwości Moskwy. Te nie są zbyt wielkie. Oznacza to, że prawdziwy Armagedon nie będzie dotyczył całego świata, ale przede wszystkim samej Rosji. Zresztą, wciąż jest to jedna piąta światowych lądów, może być to więc swoisty Armagedon częściowy – taki… dwudziestoprocentowy.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *