PIOTR NIKOŁAJEWICZ DURNOWO, CZYLI RZĄDY KLASY NA WPÓŁ TYLKO ŚREDNIEJ

Duren          Media obiegła oto informacja, że Paweł Kukiz miał na koniec rozmowy w Telewizji Republika określić prowadzącą program damę mianem „PiS-owskiej k…y”. Nie będąc świadkiem wydarzenia, ani jego kontekstu, nie możemy się do tego odnieść merytorycznie, ale nasuwa się przy okazji inna uwaga. Oto oczekiwania społeczne co do tego, jak powinien się prezentować kandydat na polityka w okresie wyborczym są inne od tych, kiedy już nim zostanie. Więcej, są ze sobą w sprzeczności. Rzecz przypomina kwadraturę koła: kandydat na posła, żeby się podobać rozmaitej kategorii wyborcom nie może w trakcie kampanii wykazywać cech męża stanu, ponieważ jego rolą jest podobać się wszystkim – zarówno tym z tej, jak i tamtym z tamtej strony. Wymagania wyborców stają się przy tym czymś w rodzaju ludowej estetyki oraz oczekiwaniem, że będzie na siebie zwracał uwagę w sposób, który nie zabierze im zbyt dużo czasu, ani też nie zmusi do nadmiernego wysiłku. Natomiast oczekiwania wobec kogoś, kto tym politykiem już formalnie został, są bezlitosne i zakładają, że wielkoduszność, ofiarność wobec bliźnich, inteligencja, sprawność organizacyjna i gotowość do poświęceń są jego oczywistym obowiązkiem tylko z tej przyczyny, że stał się na przykład członkiem parlamentu. Jest pewne, że jednego z drugim pogodzić się nie da, a polityk miernych lotów, który powagę tylko markuje i tak jest śmieszny. Kiedy jest więc już na to za późno – elektorat, który dokonał wyboru, teraz byłego kandydata lekceważy, chociaż to nie tylko niesprawiedliwe, ale i niepraktyczne, bo przecież mechanizm zastępstwa nie istnieje. Inaczej mówiąc, elektorat ze swej natury jest krańcowo wymagający, lecz nie czuje się za te wymagania ani odpowiedzialny, ani też niczemu winien, ani nawet zobowiązany do elementarnej lojalności.

Emocja towarzysząca politycznej próżni jest zjawiskiem ogólnoświatowym i nie ma powodu, by omijała jakikolwiek kraj. W każdym odnajdzie dla siebie jakieś miejsce. Na przykład, swoistym symbolem, który zapisał się w historii Rosji, być może ze względu na brzmienie nazwiska, był Piotr Mikołajewicz Durnowo. Natrafił akurat na czasy ocierające się o wielką historię, ale sam się do niej przyłożył w niewielkim stopniu, starając się tylko ślepo odgadywać intencje cara. Był ministrem spraw wewnętrznych w trudnym dla Rosji okresie rewolucji 1905-1907. Problem caratu i jego stosunku do tej ostatniej polegał na tym, że Petersburg zapragnął ustami Durnowa zjeść ciastko i je równocześnie mieć. Chciał stworzyć pozory demokracji, aby zaspokoić emocje wzburzonego ludu, ale też i demokracji takiej, która ani na jotę nie uszczupliłaby samowładztwa, ochłodziłaby za to rozhuśtane nastroje. Miało to pewną logikę w tym rozumieniu, że istotą była pewna pułapka, w jaką zawsze wchodzą imperialne i globalne ambicje władców, których nie cechuje nic poza brakiem społecznego zaplecza. Struktury państwa tworzyli niezłej klasy fachowcy, jednak sama historia Rosji, to dzieje społeczeństwa ludzi prymitywnych, jeśli idzie o rozumienie ich własnej w tym roli. Światowe imperium, mające być wiodącym dla całej reszty świata nie udało się nigdzie, ale szczególnie nie mogło się udać w Rosji, ponieważ było konstruowane na obżerzach cywilizacji i w otoczeniu krańcowo prostackiego zaplecza, nie posiadającego żadnej tradycji samorządności, czy nawet zrozumienia dla treści i konieczności podejmowania takich, czy innych decyzji. Zbliżająca się do Petersburga rewolucja musiała więc przekształcić się w triumf bezmyślności nad intelektem. Minister Durnowo zasłynął incydentem, kiedy to na posiedzeniu Dumy wykrzyknął w podnieceniu: „możet i ja Durnowo, no nie durak!” Problem rosyjskiej polityki polegał jednak na tym, że sama Duma została utworzona nie dla współrządzenia krajem, lecz miała być tylko kanalizacją zrewoltowanych nastrojów, czyli czymś w rodzaju grupowego „dumania” nie mającego przełożenia na władzę wykonawczą. Ta ostatnia była wiedziona przekonaniem, że lud jest na tyle głupi, że władza nie ma się z kim podzielić ani kompetencjami, ani przemyśleniami. W rezultacie, pomimo poszerzania się liczby ludzi wykształconych, nie można ich było spożytkować dla celów ogólnospołecznych, czego doskonałą ilustracją może być droga życiowa Lenina. Był niemal „od zawsze” zawodowym inteligentem-rewolucjonistą, który nie splamił się użyteczną pracą zarobkową. Konsekwencją tego rodzaju okoliczności stał się pomysł dzikiej i zupełnie bezmyślnej rewolucji, określanej efemistycznym mianem „żywiołowej”.

Sam minister Durnowo, ze względu na trafność przewidywań, które składał carowi w formie regularnych, lecz stale ignorowanych i odkładanych na półkę raportów, został później określony mianem „rosyjskiego Nostradamusa”. Zmarł we wrześniu 1915 roku, zawiedziony zupełnym brakiem reakcji władcy na jego rady i przestrogi. Do historii przeszedł jednak nie z tej ostatniej przyczyny, lecz dlatego, że jego wierność carowi uznano za równoznaczną z „duractwem” odpowiadającym brzmieniu nazwiska. To zadziwiający incydent historii, kiedy to autor opinii uznawanych za przenikliwe i słuszne, w świadomości współczesnych zapisuje się jako durak, czyli głupiec. Ten rodzaj „duractwa” jest przy tym trwałą częścią historii Rosji, a samodzielność politycznego myślenia nie może się tam wydarzyć z samej istoty rosyjskości, przynajmniej na dającą się odnotować skalę. Rzecz się ma inaczej w Polsce, gdzie to samo zjawisko przybiera odmienną formę, swoiście odwrotną od rosyjskiej, czyli samopaństwa, uwielbienia dla siebie i nieustannego parcia ku anarchii, czy też hodowania jednostkowej manii wielkości, nie zaś – jak w Rosji –  oczekiwania na manifestację imperialnej siły. Nie jest przypadkiem, że Pierwsza Rzeczpospolita nie została na dobrą sprawę podbita, lecz sąsiedzi po prostu dokonali rozbioru ciała już bezwładnego, ponieważ w jej elitach wygasła wola podtrzymania niepodległości. Kościuszkowski incydent działał bardziej ku pokrzepieniu serc, niż miał realne szanse na sukces. Każde zjawisko, w każdym zakątku świata ma jednak swoje społeczne uzasadnienie i nigdy nie rodzi się w próżni.

            Kiedyś, na samym początku polskich przemian, napotkałem na amerykańskim lotnisku grupę posłów do Sejmu „pierwszej wolnej kadencji” powracających do kraju z tournèe po Stanach Zjednoczonych. W lotniskowej auli byli ze sobą na „ty”, ale w samolocie, gdy znaleźli się w otoczeniu polskich świadków, zachowywali się jak na koturnach, tak jak przystało, w ich mniemaniu, osobom publicznym. Zwracali się do siebie wyłącznie per „Panie Pośle!”. Nie to mnie jednak zdumiało najbardziej, lecz kontrast między ich „światowym” zachowaniem i poczuciem władzy, a roztaczającym się wokół ostrym zapachem przepoconych koszul. To zderzenie emanacji potencjalnych możliwości i świadomości społecznej pozycji z intensywnym smrodem potu prześladuje mnie do dzisiaj. Przypomniał mi się wtedy aforyzm Stefana Kisielewskiego z bardzo racjonalną pointą: „gdyby dureń rozumiał, że jest durniem, automatycznie przestałby być durniem. Z tego wniosek, że durnie rekrutują się jedynie spośród ludzi pewnych tego, że nie są durniami”. To, co uderza w polskiej polityce, to powtarzający się mechanizm przekształcania się zwykłych, często w swej codzienności zupełnie rozumnych ludzi w durni, ilekroć tylko znajdą się w świecie polityki. Kiedy z nią kończą, stają się na powrót normalnymi osobnikami. Teraz, przed kolejnymi wyborami, telewizyjne okienko znów zapełniło się durniami. Na czym ten mechanizm polega i dlaczego przeciętny polski polityk uważa, że warunkiem wyborczego sukcesu jest zachowanie nakazujące mu koniecznie wystąpić w takiej właśnie roli? Zagadkowe, że po wschodniej stronie Europy, stało się to większym gwarantem wyborczego sukcesu, niż – jak na Zachodzie – odgrywanie intelektualisty. Tutaj, ludzie myślący nie mają, zresztą podobnie jak w Rosji, żadnego wzięcia. W Polsce było inaczej tylko w ciągu pierwszych lat wolności, ale zdarzyło się to nieco przez przypadek, jako że przywykły do robotniczo-chłopskiej jednakowości lud nie zdawał sobie jeszcze sprawy z własnej siły i liczebności, która odgrywa w demokracji rolę podstawową. W mazowieckiej gminie, którą dobrze znam, pierwsze wybory samorządowe bez trudu wygrali lokalni inteligenci, ale już kolejne – kiedy jej stali mieszkańcy zdołali się policzyć i wzięli w nich udział – ci pierwsi przegrali niemal do zera. To specyfika społeczeństw, które późno weszły w przestrzeń industrializacji oraz urbanizacji i którym zawsze brakowało klasy średniej, czyli tej najbardziej dla Zachodu reprezentatywnej, nie tylko najliczniejszej ale i takiej, dla której sprawna demokracja jest nie tylko polityczną frajdą, ale również istotnym warunkiem powodzenia i dobrobytu.

Piramida SpolecznaPolski odpowiednik rosyjskiego Durnowa jest zresztą odmienny. Ten ostatni, ma imperialne znamiona i był pełen poczucia mocarstwowości. Ma też źródło w samej historii kraju, jego poczuciu siły i doświadczenia. Niespodziewana kariera małego i peryferyjnego państewka prowincjonalnej Moskwy, które w krótkim czasie rozrosło się wieledziesiąt razy do rozmiarów globalnego imperium, spowodowała, że za jego światowym awansem nie nadążyli zwykli mieszkańcy. Od czasów cara Piotra z braku własnych kadr, Petersburg musiał przyjmować do służby cudzoziemców, najczęściej inflanckich Niemców. To prowadziło do rosnącego rozwarstwienia i pogłębiania się narodowościowych animozji. Każde społeczeństwo źle znosi uczucie bycia rządzonym przez „obcych”. Dość zwrócić uwagę na to, że generalicja pierwszej rosyjskiej „ojczyźnianej wojny”, czyli walki z napoleońską inwazją, składała się głównie z cudzoziemców i to w znacznej mierze właśnie z Niemców. Ci ostatni, nawet jeśli się zupełnie zruszczyli i zmienili nazwiska na rosyjskie, pozostawali sprawniejsi w działaniu i z tej przyczyny zamożniejsi, czym wyróżniali się też spośród innych. Fachową inteligencję i generalicję tworzyły środowiska obcego pochodzenia, a lud pozostawał równie rosyjski, jak i wciąż siermiężny. Prowadziło to do narastania nastrojów buntu, jako że „tutejsi” czuli się krzywdzeni i wykorzystywani przez „obcych”. Jest naturą rzeczy, że najwięcej tego rodzaju niebezpieczeństw czyha na społeczeństwa o niepełnej strukturze, w której luki muszą być wypełniane niejako sztucznie. Pojawianie się luk i przerw w społecznej stratyfikacji zawsze prowadzi do braku wewnętrznej równowagi, którą skutecznie wypełnia dopiero rozwinięta i liczna warstwa określana mianem „klasy średniej”. Jeśli jej nie ma, lub jest nieliczna, luki wypełniają ludzie najzupełniej przypadkowi, z reguły uważani przy tym za obcych, lub też pozbawionych wystarczającego autorytetu.

Schematycznie rzecz ujmując – klasa średnia, to warstwa ludzi znajdująca się pośrodku społecznej hierarchii. Aby jednak stać się zwornikiem demokratycznego ustroju, musi być relatywnie liczna i dominować w przestrzeni publicznej opinii. Na tym polegała tajemnica czasów największej potęgi I Rzeczypospolitej, kiedy to średnia szlachta była na tyle liczna, zamożna oraz dobrze osadzona w systemie, że narzucała swój model państwowości, którą historycy nazwali „demokracją szlachecką”. W ujęciu Maxa Webera, definicja klasy średniej jest nieco inna, niż ta schematyczna, lecz ułatwia zrozumienie istoty zjawiska. Definiował ją jako szeroką grupę społeczną znajdującą się w społecznej strukturze uwarstwienia pomiędzy klasą pracujących, a niewielką liczebnie klasą wyższą, którą z kolei cechować miałby najwyższy poziom bogactwa i społecznego prestiżu. Rzecz w tym, że w rozumowaniu Webera, powinna ona co najmniej dorównywać liczbą klasie pracujących, przynajmniej na tyle, by móc narzucić własne wartości: bezgrzeszność dążenia do zamożności, ekonomicznej stabilności i pędu do edukacji. Apologeci komunizmu usiłowali ten model zmienić zastępując ją „klasą robotniczo-chłopską”, co skończyło się zupełnym niepowodzeniem. Okazuje się, że jest z tym problem i dzisiaj.

 Profesor socjologii Henryk Domański wyjaśnia znaczenie pojęcia nieco inaczej: „Ludzi, których zaliczylibyśmy do klasy średniej wyróżnia też pewien poziom zamożności oraz, co najważniejsze, tendencja do udowadniania sobie i innym, że osiągnęli sukces. Jako, że klasa średnia w Polsce dopiero powstaje, rodacy dążenie to odczuwają raczej intuicyjnie. Ci ludzie na pewno są zadowoleni z tego, co mają albo przeczuwają, że będą zadowoleni z przyszłości, na jaką sobie zapracują. Daje im to z kolei przekonanie, że zajęli wysoką pozycję, i że spełnili swój obowiązek – przydatności dla społeczeństwa, realizacji życiowego celu. Gdyby byli wyznania kalwińskiego, można by powiedzieć, że robią to, czego od nich Pan Bóg oczekuje”.

Za czasów PRL-u sytuacja wydawała się klarowna. Istniały klasy – robotnicza i chłopska oraz „inteligencja pracująca”. Ta ostatnia zawierała jednak twór szczególny w postaci sporej liczby ludzi posiadających wyższe wykształcenie humanistyczne (absolwentów politechnik do niej nie zaliczano), ogładzonych na tyle, że byli w stanie oglądać dzieła sztuki, dyskutować, czytać literturę piękną i uczęszczać do teatrów. Jej liczba nie przekraczała jednak kilku procent ludności, a uzależnienie od wynagrodzenia w państwowych instytucjach i tak gwarantowało władzom „robotniczo-chłopskim” możliwość trzymania jej na krótkiej smyczy. Miała jednak duży autorytet społeczny i moc opiniotwórczą. To z tej przyczyny, po upadku komunizmu stała się elitą władzy, posiadając przez ćwierć wieku III RP monopol na rządzenie, co też i przekształciło ją w swoisty wzorzec kariery. Niespodziewanym tego następstwem po upadku PRL-u stał się powszechny pęd do humanistycznej edukacji, którego następstwem było powstawanie jak grzyby po deszczu prywatnych szkół wyższych, oferujących łatwiejszą ścieżkę do inteligenckości od uniwersytetów państwowych. Fala nowych ludzi uważała przy tym, że osiągając stopień licencjata, automatycznie uzyskuje prawo do odpowiedniej wysokości dochodów, piastowania urzędów i społecznego prestiżu.  Na skutek przemian społeczno-gospodarczych ta nowa warstwa, wywodząca się w pierwszym pokoleniu z niższych stref społecznych, markująca jednak zachowania poprzedniej, przyniosła ze sobą, oprócz pozbawienia się elitarności przez samą liczebność (liczba absolwentów szkół wyższych, to z górą 40% dorosłej ludności tego pokolenia) również wiele cech nie akceptowanych przez tradycyjną inteligencję, co prowadziło do zakłócenia dotychczasowej równowagi. W tej sytuacji, awans nie powodował powiększenia się dotychczasowej klasy średniej utożsamianej dotąd z inteligencją, lecz zupełnie obok niej pojawił się potężny bufor w postaci „klasy półśredniej”, czyli ludzi wciąż jeszcze odczuwających obcość wobec inteligenckości, ale też i niechęć do więzów ze środowiskiem pochodzenia. Z tym zjawiskiem boryka się dzisiaj Polska po przegraniu wyborów prezydenckich przez kandydata dotychczasowej klasy średniej. W tej sytuacji psychologicznej, te nowe warstwy społeczne, dostatecznie ambitne, lecz bez poczucia „pełnej średniości”, nie czują się dobrze w gorsecie własnej formacji. Zwykła arytmetyka wskazuje, że całkowite zastąpienie przez nią w rządzeniu tej pierwszej nie jest możliwe, co pcha kraj raczej ku rozwiązaniom hybrydowym, ze swej natury niepraktycznym i nietrwałym, lub takim, które są tradycją Zachodu, gdzie pojęcie inteligencji jako elity rządzącej nie istnieje wcale. Pojawienie się tego swoistego ślepego zaułka zaowocowało tyleż nagłym, co nietrwałym sukcesem ruchu Kukiza. Może też pomóc wyjaśnić mentalny galimatias, jaki powstał i który pogłębia się w obliczu jesiennych wyborów parlamentarnych.

Trzeba pamiętać, że opisane zjawisko, to nie tylko polska przypadłość. Wschodnioeuropejskie nazewnictwo jest zresztą zwodnicze, skoro odzwieciedlać musi stan rzeczy pozbawiony naturalności. Na przykład w Rosji, nowa już czysto rosyjska inteligencja, będąc w okresie caratu w stałej opozycji wobec systemu, nie miała żadnego doświadczenia w administrowaniu krajem, co nie przeszkodziłu jej uznać się za profesjonalistów w tej dziedzinie z racji samej „inteligenckości”. Była typowym tworem pośrednim. Naiwnie nie doceniała ani wiedzy, ani doświadczenia dawnego aparatu biurokratycznego, mając starą kadrę urzędniczą za ludzi wiernopoddańczych reżimowi i całkowicie zbędną. Wydawało się jej, że wystarczy „to towarzystwo rozgonić”, a wszystko zastąpi samoczynna siła mitycznej demokracji, która w rosyjskim rozumieniu świata była utożsamiana ze słowem swoboda, czyli z nieograniczoną niczym wolnością do czynienia czegokolwiek bez przykładania miary użyteczności. Socjaldemokraci, którzy przejęli władzę po detronizacji cara wyobrażali sobie, że jeśli poddadzą się teraz żywiołowi, stabilizacja nastąpi samoczynnie. Doczekali się gwałtownej rewolucji, która na siedemdziesiąt lat zmiotła z powierzchni ziemi zarówno carską Rosję, jak i rosyjskie wyobrażenie wolności, a także ich samych.

Na początku dwudziestego wieku, Rosja jawiła się Europie jako kraj nieograniczonych możliwości. Wrażenie wywierały olbrzymie zasoby bogactw naturalnych, poziom i tempo rozwoju przemysłowego i rozbudowa infrastruktury komunikacyjnej (zwłaszcza linii kolejowych), jak również dwa czynniki, z których „rosyjski walec” zawsze słynął: olbrzymia przestrzeń i rezerwy demograficzne. Ponadto, w przededniu wybuchu pierwszej wojny światowej, to właśnie Rosja spośród wszystkich mocarstw europejskich miała zgromadzone największe rezerwy złota i trwale dodatni bilans płatniczy. Po powrocie z podróży do Rosji odbytej w roku 1912, kanclerz Rzeszy Niemieckiej Theobald von Bethmann‑Hollweg doszedł do wniosku, iż Rosja „rośnie i rośnie, i spędza nam sen z powiek niczym nocny koszmar”. Opowiadają, że po tej podróży odstąpił nawet od zamiaru sadzenia drzew w swej podberlińskiej rezydencji, mówiąc, że „nie warto, skoro i tak wkrótce będą tu Rosjanie”. A jednak rzecz się nie stała i ten kraj bez wątpienia nie jest dzisiaj światowym wzorcem rozwoju, lecz raczej „chorym człowiekiem Eurazji”. Rosyjskie granice znacznie się przy tym od samej Europy odsunęły, a przychodzące ze strony Rosji zagrożenia nie są przez resztę świata traktowane z całkowitą powagą. Okazała się bowiem przede wszystkim tworem peryferyjnym zupełnie nie potrafiącym odnaleźć się w głównym światowym nurcie.

Polska tymczasem, znalazła się w niespodziewanym rozkwicie. Czy to jednak może być jej stanem naturalnym, skoro Stefan Kisielewski musiał w stosunku do jej mieszkańców osobno definiować pojęcie durnia? Polska niedaleko odpadła od Rosji również i w tym znaczeniu, że obserwacja krajowej debaty politycznej nasuwa, podobnie jak tam, skojarzenie z domem wariatów, tyle, że z aktorami odmiennej kategorii. Rosyjscy są owładnięci  – jak Żyrynowski – nieprzytomną manią wielkości, polscy – jak poseł Karski – chęcią jakiegokolwiek zaistnienia i odnotowania swej obecności, niezależnie od tego, czy ma ona w swej istocie znaczenie i czy zapisze się czymkolwiek w historii.

Bohaterowie wydarzeń mają się za polityków, tymczasem definicja samej polityki znacznie odbiega od ich przekonania. Jak powiada encyklopedia: „polityka, to pojęcie należące do języka potocznego, które oznacza umiejętność sprawowania władzy publicznej, działania rządu oraz zdolność mobilizowania członków politycznej zbiorowości, umiejętność realizacji celów”. Jest tylko jeden warunek skuteczności tak rozumianej polityki – istnienie świadomości celów, którym jest podporządkowana. Polakom jako społeczności, a nie zbiorowi jednostek, jeśli by nawet ich uznać za społeczny monolit, akurat tego brakuje najbardziej, bo też powszechna świadomość ogranicza się głównie do przestrzeni własnych kompleksów. Jako społeczeństwo, dłuższej perspektywy nie dostrzegają wcale i nawet nie próbują rozumieć.

 Cytowana wcześniej definicja polityki sporządzona przez Maxa Webera, czyli dążenie do udziału we władzy, albo do wywierania wpływu na jej podział opisuje jednak tylko mechanizm, lecz nie jego treść. Ta może być różna i uzależniona od jakości i efektywności samego społeczeństwa, które w ramach systemu nie jest przecież podmiotem incognito. Sam termin pochodzi od greckiego słowa politiká oznaczającego ściśle określona aktywność: uczestnictwo w zgromadzeniach, naradach, wyborach, wydawanie wyroków sądowych, pełnienie funkcji publicznych. Zajęcia te były przynależne polítes — obywatelom greckiej wspólnoty i dotyczyły ich spraw wspólnych, czyli zadań zbiorowych. Początkowo, polityka nie była więc pojęciem ogólnym, ale bezpośrednio związanym z formą życia zbiorowego, czyli miasta-państwa w postaci polis. Polis była wspólnotą duchowo-kulturową i światopoglądowo-religijną; nie istniało oddzielanie porządku politycznego i religijnego, a także państwowego i społecznego. Życie religijne i kulturowe miało wymiar publiczny i zbiorowy. Nie było oceniane jako przejaw samej tylko wolności jednostki, lecz głównie pod kątem powinności członka wspólnoty. Było wpisane w strukturę polis: demograficzną, gospodarczą, społeczną, kulturową i religijną. Zachodnioeuropejska kultura nowożytna przejęła antyczne pojęcie polityki, które funkcjonując w odmiennym od antycznego kontekście historyczno-społecznym i teoretyczno-intelektualnym, nabrało innego znaczenia i treści. Inne są dzisiaj cele polityki (wolność, niepodległość, sprawiedliwość, bezpieczeństwo), inne podmioty, które ją uprawiają (partie, związki zawodowe, lobby, państwa), odmienny jest przedmiot zainteresowania (gospodarka, stosunki społeczne, kultura, grupy narodowościowe, grupy wyznaniowe), różne są metody działania politycznego (kompromis, konflikt, dyplomacja, integracja), inny jest także publiczny charakter oraz stopień jawności działań. Dla nowożytnego rozumienia polityki istotny jest fakt, na który wskazywała kiedyś Hanna Arendt, czyli istnienie trwałych różnic między ludźmi i grupami ludzkimi. To dla polityki fakt zasadniczy, jest ona bowiem działaniem dotyczącym życia zbiorowego jednostek i grup od siebie odmiennych, ale jednak skazanych na wspólnotę. Dynamiczne napięcie między postulowaną jednością wspólnego porządku, a faktycznym zróżnicowaniem jednostek i ich zbiorowości, które zarazem go tworzą i są nim objęte, jest podstawowym problemem przejawiającym się w treści każdego zagadnienia politycznego. Polityka niczego z góry nie określa, nie wyznacza celów, metod, podmiotów, zakresu przedmiotowego, ani sposobu realizacji. Każda z tych kwestii sama jest zagadnieniem politycznym. Jest dziedziną myślenia i działania autonomiczną pod każdym względem, mając przy tym odrębny, choć nieokreślony jednoznacznie obszar działania.

W warunkach polskich, grecka definicja polityki natrafiła na problem zupełnie niespodziewany, a mianowicie istnienie dwóch równoległych społeczności w jednym kraju i aplikujących do tej samej roli. Pierwsza, jest we własnym mniemaniu europejska, otwarta na innowacje i chętna do uczenia się nowości. Druga, w związku z pochodzeniem z rodzaju społecznego awansu, o którym mówiliśmy wcześniej, czuje się ściśnięta pomiędzy pragnieniem wyrwania się ze strefy dotychczasowej zaściankowości i uczestnictwem w życiu „wielkiego świata”, ale też i czynieniem tego w jakiś inny sposób, niż robiła to znienawidzona inteligencja poprzedniej formuły. Tyle, że nie wie na jaki to czynić sposób, a nie posiadając wystarczającej wiedzy o własnym otoczeniu, ani też instrumentów jego oceny, naraża się nie tylko na gafy, ale i na permanentną nieskuteczność. To prowadzi do chaosu, którego znamiona zaczynają być już widoczne.

Zwracaliśmy też uwagę na to, że wbrew powszechnemu mniemaniu – na dłuższą metę – parlamentarne, czy też inne wybory o politycznym charakterze, same z siebie nie tworzą żadnej nowej jakości, lecz są tylko odbiciem ukształtowanej wcześniej struktury poglądów i utrwalających się przekonań. Interesujących konkluzji dokonali badający tę przestrzeń dwaj socjologowie – Ronald Inglehald i Christian Welzel, kompilując treść wielkich kultur pod kątem stałych czynników, które z braku miejsca omówimy jednak następnym razem.

Ilustracją zjawiska, na które zwróciliśmy tu uwagę może być też informacja, która obiegła właśnie Internet o tym, jak została potraktowana lista mianowanych nowych profesorów, podpisana jeszcze przez Komorowskiego jako prezydenta. Okazało się, że dla nowej, chyba jednak inteligenckiej (?) władzy, profesor profesorowi nierówny, a jego wartość zależy od tego, czyj podpis widnieje na dokumencie mianowania. Ci, od Komorowskiego, po odbiór godności mają zgłaszać się na portiernię Pałacu Prezydenckiego, gdzie za pokwitowaniem otrzymają ją w budce strażnika. Zwyczajowej uroczystości w tej sprawie nie będzie, ponieważ „dudowych” profesorów jeszcze nie ma. O tempora, o mores! To doskonała ilustracja tego, że do władzy w kraju dochodzi klasa dopiero „na wpół średnia”. Cóż, nowe czasy, nowi ludzie, nowe obyczaje…


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *