CZY TO JUŻ KONIEC EUROPY, KTÓRĄ ZNAMY?

Zdrowy rozsądek to jedyna rzecz, na którą nie można
liczyć, (…) a racjonalnie myślący ludzie nie są zdolni
do przewidywania przyszłości. (…) Ich działania są
zdeterminowane przez okoliczności.
(G. Friedman)

Odwieczną cechą Europy jest jej problem z dokładnym zakreśleniem granic. Dwa stulecia temu, jeszcze w czasach istnienia wielkich imperiów kolonialnych miał on także charakter globalny, a Europa była pojęciem światowym, bo poszerzanym o posiadłości zamorskie metropoliii. Za kraje europejskie z pełnymi prawami do tego miana uważano wtedy tylko te, które posiadały kolonie w egzotycznych regionach tropiku. Zarówno zjednoczone w 1860 roku Włochy, jak i Niemcy powstałe jako podmiot o stulecie później, za swój punkt europejskiego honoru uznały więc zdobycie tego rodzaju posiadłości z tego co jeszcze pozostało w świecie do zajęcia. Niemcy zajęli więc mało atrakcyjny tropikalny Kamerun, pustynną Namibię, wschodnioafrykańską Tanganikę i dalekowschodnie wyspy Pacyfiku w przekonaniu, że zdobywają tym samą prawo do bycia uznanym za część wykwintnego grona światowych potęg. Włochom pozostało znacznie mniej – całkiem pustynna Libia i fragment Somalii. Kraje Europy wschodniej nie tylko nie uzyskały tego rodzaju legitymacji, nie weszły w skład najlepszego towarzystwa, stając się same obiektem parakolonialnej agresji. W tym kontekście należy też widzieć polskie przedwojenne starania o uzyskanie kolonii w ramach portugalskich włości w Afryce. Kiedy jednak poszerzanie imperium kolonialnego okazało się dla Niemców niemożliwe, ich agresywność skierowała się na Europę wschodnią usiłując uznać ją za region – podobnie jak afrykańskie kolonie – zamieszkany przez podludzi nie zasługujących na partnerskie traktowanie. Tyle, że najważniejszą cechą samej Europy, która zwraca uwagę uważnego obserwatora wcale nie jest jej jednolitość, lecz coś całkiem przeciwnego – lokalność, objawiająca się w różnych miejscach w postaci poczucia przejściowości i pograniczności własnej tożsamości. Przez cały wiek XIX, za prawdziwie europejskie uważane były tylko najbardziej rozwinięte kraje kontynentu – Anglia, Niderlandy, Francja, zachodnia część Niemiec i północne Włochy. Reszta, traktowana była czy to z lekceważeniem, czy wręcz jako obiekt potencjalnej eksploatacji. Gdzie więc wtedy podziewała się Europa w jej dzisiejszych granicach? Prawdę mówiąc, nie wiemy tego do dzisiaj, tak jak wciąż nie jesteśmy i pewni jej prawdziwych granic.

Sprawa musiała być przez historię uznana za politycznie ważną, skoro wschodnie granice współczesnej Europy są nie tyle rezultatem geograficznych, czy kulturowych ustaleń, ile politycznej przebiegłości.  Rzecz w tym, że mechanizm tego wiecznego poszerzania się kontynentu ku wschodowi nie jest do końca zrozumiały, szczególnie w obliczu sytuacji w jakiej znalazła się sama Unia Europejska, której elity wpadają w coraz większy popłoch, gdy myślą o własnej przyszłości. Będzie jeszcze Unia, czy niebawem jej już nie będzie? Po Brexicie i antyunijnym wyniku włoskiego referendum, a także perspektywie niespodzianek w wyborach we Francji i Niemczech wszystko wydaje się możliwe.

Ogląd Europy przez resztę świata musi być z natury dwoisty. Unia Europejska (wciąż jeszcze 28 krajów) jest największą gospodarczą potęgą świata. Nie przekłada się to na jej pozycję militarną, ani też na zasięg światowych wpływów. Dość powszechnie jest przy tym uważana za formację schyłkową. To nieco dziwne w obliczu niedługiej historii integracji oraz zasług w tworzeniu Zachodu, najpotężniejszej cywilizacji świata. To zapewne też i rezultat jej swoistej bezradności w radzeniu sobie z przeciwnościami, a w szczególności z gwałtownym napływem imigrantów ze świata islamu. W tej ostatniej kwestii znalazła się w swoistym rozkroku. Tłumom płynącym do Europy na rozklekotanych łodziach trzeba humanitarnie pomagać by nie utonęli, lecz też i z chwilą odratowania i przyjęcia na pokład statku stawiają automatycznie stopę na europejskim terytorium, które jest prawnie i zwyczajowo zobowiązane do wykazania gościnności i praworządności, chociaż powszechnie wiadomo, że na dłuższą metę żaden kraj nie jest w stanie im zapewnić ani jednego, ani drugiego. Objawia się to swoistym stanem schizofrenii pomieszanej z bezradnością. To nie może nie mieć wpływu na samą wizję Europy przyszłości. Tyle, że właśnie! Czy tak skonstruowana Europa ma jeszcze przyszłość?

Przypadek Unii Europejskiej jest znamienny również i z innych przyczyn.Wskazuje na to, że nie tylko nie znamy własnej przyszłości, ale nie jesteśmy sobie w stanie nawet jej wyobrazić. Mechanizmy przyszłej ewolucji ludzkości, w tym także i Europy, stały się przedmiotem dociekań George’a Friedmana w wydanej niedawno książce zatytułowanej Następne sto lat. Problem jednak w tym, że nawet ten ambitny cel w postaci zarysowania obrazu świata i Europy na koniec biegnącego stulecia pali na panewce z samej istoty pozycji wydawanej jako wielkonakładowa książka. Jeśli jest wielonakładowa, z reguły przestaje być naukowa i traci obiektywne podejście, albowiem by się sprzedawać musi się podobać, a nie tylko uczenie analizować rodzące się problemy. Uderzające, że jako twórca i właściciel internetowego portalu poważnie omawiającego zagadnienia międzynarodowe Friedman nie jest już tak swobodny w przepowiadaniu przyszłości, jak czyni to we wspomnianej książce. Na swoim portalu nie ukrywa przekonania, że tak naprawdę jesteśmy w stanie przewidzieć ją z jakąś dozą pewnością nie na stulecie, ale najwyżej na dziesięć lat i to do tego z malejącym prawdopodobieństwem trafności. Sam zresztą zwraca uwagę na to, że w przestrzeni gałęzi wiedzy określanej jako globalistyka, pojawiają się również i inne ograniczenia wynikające z jej szczególnego umiejscowienia pośród innych. Spróbujemy jednak jego rozumowanie o czekających świat przyszłych stu latach jakoś utylizować i sprawdzić, czy może ono posłużyć nam samym w zrozumieniu przyszłości regionu, w którym przyszło nam żyć.

Jesteśmy skłonni sądzić, że wiemy o miejscu naszego żywota wszystko nie zdając sobie sprawy z tego jak bardzo się mylimy i ulegamy powierzchownej wiedzy obiegowej. Europa jest bowiem jedyną częścią świata, ktora nie posiada naturalnych granic na podobieństwo Afryki, obu Ameryk, czy Australii, ale jest czymś od początku do końca umownym i wymyślonym przez ludzi. Właśnie dlatego jest określana jako „część świata”, a nie jako „kontynent”, ponieważ jako jedyna z nich prawdziwym kontynentem nie jest. Wedle koncepcji profesora

Piskozuba od lat zajmującego się zagadnieniem, prawdziwymi narożnikami europejskiej figury geometrycznej są trzy obszary wyspiarskie powiązane z europejską tradycją: formalnie azjatycki już Cypr, zaludniony jednak od trzech tysiącleci przez ludność grecką i będący państwem członkowskim Unii Europejskiej; afrykańskie Wyspy Kanaryjskie zaludnione dzisiaj przez Hiszpanów i stanowiące prowincję Hiszpanii oraz arktyczny Svalbard (Szpicbergen) należący do Norwegii i zamieszkały przez Norwegów. Linie proste poprowadzone między szczytami  tego trójkąta ograniczają obszar, w który wpisana jest Europa jako pojęcie cywilizacyjne. Linia poprowadzona od Cypru do Wysp Kanaryjskich wyznacza południowy, śródziemnomorski kraniec Europy; przeciągnięta od Wysp Kanaryjskich do Szpicbergenu określa zachodnie, atlantyckie obrzeże Europy; poprowadzona natomiast do niego od strony Cypru wyznacza wschodnie, jej kontynentalne ograniczenie.

 

Trójkąt Piskozuba nałożony na mapę współczesnej Europy skłania jednak do wielu dodatkowych skojarzeń. Najważniejsze, to pytanie o charakter jej granic, skoro trójkąt nie pokrywa się z granicami państwowymi ani też nie wiąże się z członkostwem w Unii. Przecina na wpół Ukrainę, pozostawia poza Europą większą część Białorusi, po jego zewnętrznej stronie pozostają też nie tylko Wyspy Brytyjskie, ale i Norwegia a także część Portugalii. O czym ma to świadczyć i czy w tej sytuacji Polacy mogą być spokojni o swoją europejskość, skoro ich kraj znalazł się w całości wewnątrz profesorskiego trójkąta?

Wydaje się, że istotą uznania tych, czy innych krajów za mniej lub bardziej europejskie jest zobrazowanie zjawiska umowności granic samej Europy. Analizując mapkę można uznać, że istnieją obiektywne podstawy Brexitu, nieuczestniczenia w Unii, europejskiej skądinąd, Norwegii, czy przepołowienie Ukrainy na dwie odrębne części. Obraz podkreśla podnoszony wcześniej fakt względnej umowności zarówno samego pojęcia „Europa”, jak i ruchomości jej granic. Polacy powinni odczuwać to ze szczególną siłą w obliczu międzynarodowej sytuacji kraju, prowadzącej jednak do braku klarownej odpowiedzi na pytanie o głębię jego europejskości. Czym zresztą ona właściwie jest?

Globalizacja jest stosunkowo nową gałęzią wiedzy. To nauka, ale i nie-nauka zarazem. Ta pierwsza wymaga dystansu conajmniej jednego pokolenia, by móc ocenić dziejące się wydarzenia z perspektywy chłodnego braku zaangażowania. Tyle, że naukowa ocena w przestrzeni bieżącego biegu rzeczy ocenianych na podstawie minionych wydarzeń staje się niepraktyczna nie tylko wobec nieznanej przyszłości, lecz i konieczności podejmowania ważnych decyzji tu i teraz. Ludzie nauki natomiast wcale nie są skłonni do udzielania porad w kwestii przyszłych skutków bieżących zdarzeń, ponieważ zdają sobie sprawę z tego, że wobec niezliczonej ilości elementów składających się na całość, prawdziwą istotą decyzji politycznych jest wmontowana w nie błędność. Nie da się poważnie ocenić przyszłości i to z powodów wmontowanych w samą istotę człowieczeństwa, ponieważ są rezultatem nadzwyczaj krótkiego horyzontu czasowego jednostkowego życia, podczas gdy oblicze wielkich kultur kształtuje się przez stulecia. Prawda, że człowiek się uczy, a szczególnie intensywnie uczy się na błędach. Rzecz jednak w tym, że ta nauka w niczym nie przesądza o trafności oceny przyszłości. Ludzie zawsze spodziewają się czegoś, co już znają, a nigdy tego, o czym nie mają pojęcia, bo się z tym nigdy dotąd nie zetknęli. To powoduje, że prawdziwą treścią przyszłości ze swej istoty stają się wydarzenia nieznane, których nie da się ocenić wcześniej niż dopiero wtedy, gdy się wydarzą. Nie ma, jak dotąd, sposobu na to, aby precyzyjnie oszacować to przyszłe nieznane na podstawie wiedzy znanej nam z przeszłości. Rozwiązanie tego węzła istnieje, tyle, że współcześni zwykle nie przyjmują go do wiadomości. Potrafilibyśmy rozumieć jej kształt pod warunkiem jednak, że składałby się z elementów nam już znanych z ich własnej teraźniejszości. Jakim sposobem można przewidzieć i poddać ocenie wydarzenia zupełnie odbiegające od rzeczy dotąd nam znanych i do tego pędzące z coraz  większą prędkością? Poza tym, czy ta Europa właściwie jest prawdziwym faktem, skoro możemy z całą pewnością zaznaczyć jej granice i wewnętrzną tożsamość tylko ramowo. Jeszcze dziesięć lat temu, kiedy Polska wstępowała do Unii Europejskiej, zdawało się, że to decyzja nieodwracalna i na miarę epoki. Kto dzisiaj jest w stanie obronić tego rodzaju przekonanie?

Na pytanie o kształt czekającej nas przyszłości odpowiedź istnieje, ale jest to odpowiedź tak trudna, że na dzień dzisiejszy jej rozumienie staje się przywilejem nielicznych. Polega na umiejętności potraktowania czasu, któremu bezwzględnie podlegamy, jako kategorii ciągłej, czyli uznania go za taki, jakim jest naprawdę, pozwalając na „przeciągnięcie” przez próg teraźniejszości tych wartości braudelowskiego długiego trwania, które udowodniły swoje istnienie w dłuższych, ponadpokoleniowych sekwencjach czasowych. Dopiero wtedy można spróbować przewidywania biegu przyszłych wypadków. Tyle, że najpierw trzeba te elementy wypreparować z całej reszty, oddzielić od historycznej melasy, oczyścić z osobistego doświadczenia i naporu teraźniejszości oraz wystawić na światło dzienne nie jako fakty i oceny, bo tych się przeciągnąć w przyszłość nie da, lecz jako elementy wiecznego ruchu. Dopiero wtedy możemy spodziewać się sukcesu i podjąć próbę odpowiedzi na zadawane pytania. Ludzie są jednak nieskłonni do przeprowadzenia tego rodzaju dowodu, ponieważ przychodzi im wtedy do głowy osobista refleksja, że „przecież nie będzie nas już wtedy na tym świecie”. Takiej refleksji uległ też i sam Friedman, kiedy zauważył z nieco dziwaczną satysfakcją, że czuje się nieswojo pisząc książkę o stuletniej przyszłości, „ponieważ nigdy się nie dowiem, czy jest prawdziwa, czy fałszywa”. Wyznał przy tym, że ma w tym względzie jedno marzenie: „byłbym zachwycony, gdyby moje wnuki, przeglądając tę książkę w 2100 roku, mogły powiedzieć: „Całkiem niezła”. Nie wszędzie jednak dotrzymał przez siebie samego ustalonych rygorów i są miejsca, w których staje się ona dla niego samego swoistą intelektualną „zabawą w przyszłość”, nie zaś poważnym dziełem pisanym z myślą o przyszłych pokoleniach. Takie wrażenie sprawia na przykład przewidywanie przez niego gwałtowności przyszłych europejskich wojen, w których pierwsze skrzypce miałyby grać dwa kraje – Polska i Turcja. Prawda, że w innym miejscu zastrzega, że będą to raczej cyberwojny, niż klasyczne starcia, ale z przedstawionego później obrazu taki ich kształt się właściwie nie wyłania, prowadząc wyobraźnię czytelnika w rejony już mu znane i pozostawiając z wrażeniem, że jak zawsze będą to wojny koncentrujące się na zabijaniu i walce o terytorium z udziałem wojsk, artylerii i lotnictwa a nie komputerowych cyberwojowników.

Jest faktem, że Friedman proponuje odejście od rygorów zwyczajowej formuły naukowości na rzecz pofolgowania wyobraźni i zastąpienia tradycyjnej dziedziny stosunków międzynarodowych rodzajem analizy nazwanej globalistyką, czyli rozumowaniem, w którym myśl nie jest hamowana ani ograniczeniami wynikającymi z osobistego stosunku do badanego regionu, ani też nie poddaje się ostrym rygorom podziału czasu na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. W polskim ujęciu, pojęcie jest formułowane w dość anachroniczny sposób. W ramach poczytnej Wikipedii globalistyka określona jest jako „ogół procesów prowadzących do coraz większej współzależności i integracji państw, społeczeństw, gospodarek i kultur, czego efektem jest tworzenie się „jednego świata”, światowego społeczeństwa; zanikanie kategorii państwa narodowego; kurczenie się przestrzeni społecznej i wzrost tempa interakcji poprzez wykorzystanie technologii informacyjnych oraz wzrost znaczenia organizacji ponad- i międzynarodowych, w szczególności ponadnarodowych korporacji”. To jednak jest obciążone ocenami przyjmowanymi niejako z góry, czyli w trybie, o którym wcześniej powiedzieliśmy, że z punktu widzenia czekającej nasz przyszłości jest ze swej istoty błędny i nie może prowadzić do sukcesu i zdobycia prawdziwej o niej wiedzy.

Zadziwiające, ale wyjaśnienie pojęcia na poziomie szkolnym okazuje się bardziej trafne i najzupełniej aktualne. Określane jest tam jako nauka o globalnych problemach współczesnego świata powstała na początku dwudziestego wieku, lecz przyspieszony jej rozwój przypadałby na okres ostatnich dekad. Łączy się ją wtedy z badaniem procesów i mechanizmów ogólnoświatowych uznając je za najważniejszy globalny megatrend utożsamiany ze zjawiskami odnoszącymi się do całego globu, ale uznającymi też wyjątkową i dominującą w nich pozycję cywilizacji Zachodu. Stała się taką dzięki rozwojowi technologii elektronicznej oraz faktu, że język angielski uzyskał pozycję jedynego języka globalnego. Dzisiaj, bez znajomości angielszczyzny nie można porozumieć się na płaszczyźnie informatyki, bankowości, finansów, marketingu, czy też innych dziedzin wiedzy. Dotychczasowy postęp globalizacji nie doprowadził przy tym, to prawda, do powstania jednorodnego świata, ale umożliwił pojawienia się światowej sieci wzajemnych zależności.

 Inni tymczasem, wcale nie uważają globalizacji za „wynalazek” czasów najnowszych, usiłując wmontować ją w dawniejsze losy świata dowodząc, że „geneza tego procesu lokowana jest w epoce odkryć geograficznych dokonywanych przez Europejczyków od XV wieku, a rozpatrywana w nauce jest dopiero od lat 80-tych XX wieku, mimo że kwestia tworzenia porządku ponadnarodowego podejmowana była już na początku wieku XIX”. Inaczej mówiąc, ma w tym nie być niczego nowego. Tymczasem, globalizacja w znaczeniu, w jakim słowo jest używane obecnie, to dopiero druga połowa zeszłego stulecia i z całą pewnością pojawiło się w kontekście zupełnie nowych wydarzeń, a nie odległej historii. W 1962 roku Martin Mc Luhan wprowadził  pojęcie „globalnej wioski”, by zilustrować zjawisko „kurczenia się” świata w wyniku wprowadzania nowych technologii komunikacyjnych i przekształcania go w jedną informatyczną całość. Pojęcie globalizacji znalazło się również w słowniku Webstera dopiero w 1961 roku. Wcześniej używany termin miał konotacje ograniczone tylko do ekologii i wielkich korporacji ponadnarodowych.

Istotą globalizacji ma być nie tyle uznanie istnienia wspólnotowości cech ludzi w ramach ziemskiego globu, ile potraktowanie świata jako całości, jednorodnej w swej istocie jednostki pozwalającej na uogólnianie problemów nie tylko w czasie, ale i w przestrzeni oraz analizę przyszłych losów regionów jako konsekwencji wielkich przemian globalnych, a nie regionalnych, czy lokalnych. Tego rodzaju podejście ma niewątpliwą przewagę nad innymi w tym znaczeniu, że nie można stać się w jego ramach lokalnym patriotą, bo prowadzi to  zawsze do zniekształceń. Trzeba umieć przedzieżgnąć się w kogoś oceniającego cały świat i jego fragmenty z jednego, ponadglobalnego punktu widzenia, niezależnie od kraju własnego pochodzenia. Istotę problemu Stephen Hawking określił za pomocą żartu. Zadano mu pytanie, co było przez początkiem świata? „To takie samo pytanie – odrzekł – jak zastanawianie się na tym co jest na północ od bieguna północnego!”. Do pewnego stopnia, logika globalizacji opiera się na podobnym pytaniu: „Co to jest to, czego nie znamy, lecz czego skutki dostrzegamy, chociaż mechanizmu nie rozumiemy?”.

W ramach procesów głobalnych, niestabilność wschodniej ściany Europy nie jest zjawiskiem regionalnym, ale rezultatem pogarszającej się światowej pozycji Rosji, przed XVIII wiekiem zwanej jeszcze Moskwą i uważanej za kraj azjatycki, nie zaś europejski. Od zarania epoki nowożytnej aspirowała do zbierania ziem ruskich, co w praktyce odnosiło się do naddnieprzańskich ziem Rzeczypospolitej Obojga Narodów, dzisiejszej Ukrainy i Białorusi. Jednak jej prawdziwym celem okazały się nie te ostatnie, lecz bezmiar obszaru rosyjskiej Azji, zmieniający głęboko jej charakter z europejskiego w średniowieczu, na azjatycki dzisiaj. W imię dowodu, że jest krajem europejskim stoczyła pomiędzy końcem XV i schyłkiem XVIII wieku z przedrozbiorowym państwem polsko-litewskim 15 wojen zanim jego ziemie wcieliła w swe granice w konsekwencji trzech rozbiorów Rzeczypospolitej. W ich następstwie zagarnęła 82% jej terytorium włączając do państwa carów także ziemie litewskie i sporą część rdzennych ziem terenów z Warszawą. Okazało się jednak, że to nie tylko nie rozwiązuje sprawy kształtu istnienia Europy wschodniej, ale więcej, wskazuje na to, że płynność granic jest samą istotą europejskości i w tym znaczenie Polska jest do tego niezbędna. Więcej, istnienie naszego kraju, ale także krajów bałtyckich, czy Mołdawii, to najważniejsza cecha pograniczności kształtującej wiele narodów Europy. Formalnie, Unia Europejska jest jedną całością, warto jednak zdać sobie sprawę z jej pod tym względem głębokiej niejednolitości. Na zachodnim jej krańcu znajduje się Portugalia, która ostatnią wojnę przeżywała dziewięćset (!) lat temu, na wschodnim – Polska, której cechą było to, że jakiś rodzaj wojny przeżywało każde pokolenie. Co zatem uznać za czynnik jednoczący Europę w całość?  Chyba tylko świadomość historyczną i chęć bycia Europejczykami, a nie Azjatami czy Afrykanami. Jeśli tak, to trwałość europejskiej formacji, chociaż na pierwszy rzut oka może być uznana za niestabilną, jest w gruncie rzeczy zagwaranatowana, tylko ostateczny tego kształt znajduje się poza granicami naszej wyobraźni.

Jest w tym wszystkim dodatkowy akcent dotyczący naszego regionu i w tym znaczeniu wiąże się z przepowiednią Friedmana o kluczowej w przyszłości europejskiej roli Polski. H. J. Mackinder opublikował przed ponad stu laty w Geographical Journal artykuł zatytułowany The Geographical Pivot of History, w którym określił obszar bezpośrednio sąsiadujący z  Międzymorzem mianem geograficznej osi świata, której losy mają być sprzężone z kierunkiem w jakim zmierza cały ziemski glob. Być może to skłoniło Friedmana do przyznania Polsce tak wielkiej roli w zagospodarowaniu regionu znajdującego się dzisiaj w rosyjskich rękach. Tyle, że najwyraźniej Rosjanie potrafili z tego czynić tylko jednostronny użytek. Jest przecież faktem, że w okresie istnienie I Rzeczypospolitej mapa Europy miała diametralnie odmienny kształt niż dzisiejsza, a Rosja były zepchnięta na jej peryferia. Tymczasem, jak mówi dawne porzekadło „historia lubi się powtarzać”.

 

Często cytowany przeze mnie znajomy, którego rodzina pochodzi z pogranicza dawnych Inflant, ma instynktownie krytyczny pogląd na ideę Miedzymorza. Poczuł się więc usatysfakcjonowany ostatnim stwierdzeniem Donalda Tuska, który dowodził ostatnio, że „najgroźniejszym potencjalnie pożarem jest zła ocena własnych możliwości i sił, na przykład idea Międzymorza lansowana przez PiS”. „Polska – dodał – nie przetrwa bez mocnej Europy”. Tyle, że w dzisiejszej sytuacji globalnej takie stwierdzenie, to tylko krakanie bez wiekszego znaczenia. Nie przetrwa, to znaczy, zniknie z mapy Europy wraz ze swymi czterdziestoma milionami mieszkańców? To gdzie się podzieje? Wchłonie ją Rosja? Wolne żarty. Można opinię potraktować więc jako dowód naszych wcześniejszych domniemań, że o własnej przyszłości nie wiemy nic i z całą pewnością znów damy się zaskoczyć. Może tym razem pozytywnie i Europa, która się z tego wyłoni zostanie uznana za twór doskonalszy niż ma to miejsce obecnie?   


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *