HOLOCAUST, ENDLÖSUNG I UDAWANIE GREKA, CZYLI SEDNO „KWESTII ŻYDOWSKIEJ” (I)

            Wymiana poglądów na temat tak zwanej „kwestii żydowskiej”, to z reguły mówienie nieprawdy. Najczęściej wiąże się z niedouczeniem i zwykłym chamstwem, ale również i z tak zwaną „poprawnością polityczną” Krytycy pojęcia twierdzą, iż zbyt „delikatne” postępowanie wywołuje niechęć reszty społeczeństwa do społeczności żydowskiej, ponieważ ogół społeczeństwa może uznać, że przysługują jej bezpodstawne przywileje. Tego rodzaju antysemitami są zwykle ludzie zaliczający się do społecznych dołów. Tyle, że w „sferach” wyższych mamy do czynienia z innym zjawiskiem, który polega na mówieniu  nieprawdy w odmienny sposób i z wielorakich motywacji. Skryci antysemici starają się pokryć gładkimi słowy niechęć do Żydów, za to filosemici poszukują w żydowskiej kulturze natchnienia wzmacniającego ich własną tożsamość skrywając przy tym jakąś część wiedzy o własnych przodkach. Tak czy owak, rzecz w pierwszym rzędzie pojawia się jako spór definicyjny oraz pytanie: czy są w Polsce Żydzi i ilu ich jest naprawdę? Co to zresztą znaczy być w Polsce Żydem, albo nim nie być, pomimo jakiegoś rodzaju więzów krwi? Czy jest jakiś rodzaj antysemityzmu, który ma wymierne odzwieciedlenie – liczbowe, merytoryczne, czy emocjonalne? Pojęciowy galimatias powoduje, że Polacy gorąco się w tej kwestii spierają nie definiując jednak samego przedmiotu sporu. Są zatem w Polsce Żydzi, czy też ich prawie nie ma? Trudno jest przecież uznać oficjalną liczbę tysiąca pięciuset osób uznających się za Żydów za problem w jakimkolwiek rozmiarze. Skąd więc gorącość wymiany poglądów na ten temat w trójkącie: Izrael-USA-Polska?

Pokazany niżej rysunek jest ilustracją debaty, z której ma wynikać, że tak zwany „problem żydowski” jest faktem rzeczywistym, a nie tylko wyimaginowanym. Jego kształt budzi jednak wątpliwość, jeśli wszystkie jego aspekty mają wyczerpywać tylko trzy narożniki. Każdy reprezentuje inny rodzaj „problemu” związanego z istnieniem społeczności żydowskiej. Prawy dolny – to Żydzi, mieszkający w Izraelu, czyli jak się dzisiaj uważa – „u siebie”. Górny, to Żydzi amerykańscy, czyli goście wielkiego i liberalnego mocarstwa. Jest ich najwięcej, ale w opinii ortodoksów „prawdziwość” ich żydostwa pozostawia wiele do życzenia. Trzeci, lewy dolny narożnik ma reprezentować „polski problem” Tyle, że liczba mieszkających w Polsce Żydów jest szokująco mała by zrozumieć na czym ma polegać. To zaledwie piętnaście setek, zatem ilość tak śladowa, że powinna skłaniać do uznania „problemu żydowskiego” za nieistniejący. Dlaczego więc znalazł się w samym środku gwałtownego sporu i do tego jako jego istota? Liczby tego nie wyjaśniają. Można domniemywać, że to echo przedwojennego stanu rzeczy, kiedy to II Rzeczpospolita była na drugim miejscu jeśli idzie o liczbę żydowskich mniejszości (3 mln 300 tys.), czyli zaraz po Stanach Zjednoczonych. Rzecz w tym, że te dane dotyczą stanu sprzed stu lat, czyli okresu dla najmłodszych pokoleń Europejczyków abstrakcyjnego. Zauważmy też, że identyczną liczbę mieszkańców żydowskiego pochodzenia – trzy miliony trzysta tysięcy – miała wtedy również i Ukraina jako sowiecka republika. Dlaczego we współczesnym „trójkącie problemu” nie ma ani jej, ani Rosji, a tylko Polska jest w jego samym centrum? Jeśli nie idzie tu o politykę, to o co?

    Nasuwa się pytanie, kto jest w tej sytuacji – tu w Europie – u siebie, a kto jest jednak gościem, chociaż z tonacji dyskusji wynika, że wszyscy są jakoś u siebie, zarówno rodowici Europejczycy mający do Żydów stosunek niechętny, ich sympatycy, zdeklarowani antysemici, jak też i sami Żydzi, którzy generalnie uważają europejskie otoczenie za nieprzyjazne. Jaki więc był mechanizm tych migracji? Jakie były motywacje gromadnego przenoszenia się w niechętne otoczenie? Czemu w analizie trójkąta zależności nie znalazła się ani Ukraina ani Związek Sowiecki obarczone przecież nie mniejszą liczbą Żydów i antysemickich incydentów. W oku międzynarodowego cyklonu znalazła się za to Polska z zaledwie kilkunastu setkami mieszkańców uznających się za Żydów. Analiza liczb podpowiada, że  to nie w tym kryje się problem. Jeśli tak, to w czym? Czy istnieje więc „kwestia żydowska”, czy też „problem żydowski”, a może kryje się za tym coś zupełnie innego?

Debata nie jest nowa, tyle, że jej prawdziwy początek, to ani Holokaust ani też niemiecki Endlösung. Toczy się od dwóch tysięcy lat i najbardziej uderzające w tym jest to, że wszyscy wiedzą o co chodzi, ale udają, że tego nie rozumieją. Holokaust, to określenie nie  na sytuację prześladującą Żydów od starożytności, lecz na XX-wieczną ich zagładę zaplanowaną i zorganizowaną przez Niemców. Słowo pochodzi ze starożytnej greki, w której tak określano „całopalną ofiarę”. W Europie uzyskało nowe znaczenie jako ludobójstwo sześciu milionów ludzi, zbrodni dokonanej przez niemiecką III Rzeszę w różnym stopniu wspieraną przez uzależnione od niej inne europejskie kraje. Rzesza nienawidziła Żydów, bo nienawidził ich Hitler. Ale dlaczego do eksterminacji przyłączyła się w ten, czy inny sposób cała reszta Europy? Obrońców Żydów przed eksterminacją prawie nie było. Jak była tego przyczyna?

Rzecz w tym, że tak prowadzona wymiana poglądów jest fałszywa i powierzchowna, albowiem Żydzi są w kulturze europejskiej obcością od czasów starożytnych, a ich bliskowschodnia tożsamość – a nie jak reszty Zachodu grecka i łacińska – powoduje „kulturowe odosobnienie”. Trudno się dziwić, że w tradycji europejskiej są często uznawani za ciało obce. Dzisiaj, w ramach obowiązującej politycznej poprawności nikt nie ośmiela się tego głośno powiedzieć. Istotą anty- i filosemityzmu nie jest bowiem sama tylko sfera emocji – niechęć albo zła wola, ale poważne, trwające już dwa tysiące lat „zderzenie kulturowe”. Historia nie raz dowiodła, że tego rodzaju zderzenie nie ma pokojowego charakteru i często przekształca się w otwartą albo utajoną wojnę kulturową. W naszym regionie, od półwiecza jest ona utajona, ale w starożytności nie raz przybierała krwawy obrót, a w okresie międzywojennym była jak najbardziej otwarta, kończąc się tym co otrzymało miano Holokaustu .

Imigracja Żydów do Europy miała dwa źródła. Przychodziła, co zupełnie niespotykane z dwóch przeciwnych kierunków. Każdy pokazuje nietypowość w tym znaczeniu, że daleko odbiegało od mechanizmów ewolucji innych społeczności tworzących narody Europy. Mało kto zastanawia się nad tym, że „naród żydowski” nie tylko nie istniał w europejskim znaczeniu słowa, ale istotą jego tożsamości było właśnie rozproszenie, czyli cecha każdemu innemu narodowi Europy przeciwna. Każdy dla utrwalenia swego istnienia potrzebuje własnego terytorium. Judaizm przyniósł Europie pewien wzorzec kulturowej nieskuteczności i konfliktowości przez wzgląd na niecodzienne początki rasowe i etniczne. Te bowiem w żadnym stopniu nie kwalifikowały go do miana narodu. Żydzi sefardyjscy, to spadkobiercy śródziemnomorskich kuzynów mieszkających kiedyś w Palestynie. W średniowieczu, ich językiem nie był – jak w okresie biblijnym  – hebrajski, lecz ladino, „mowa gościnna” zbudowana na bazie romańskiej hiszpańszyczyzny. To przy tym zupełnie inne społeczeństwo, niż to z czasów biblijnych. Uznawany za początek judaizmu Abraham żył prawdopodobnie dwa tysiące lat przed narodzinami Chrystusa i o Hiszpanii nie miał żadnego wyobrażenia. Z kolei, pierwsza wzmianka o istnieniu nowego „narodu” używającego nie hebrajskiego i nie ladino, lecz jidysz jest aż o trzy tysiące (!) lat późniejsza i terytorialnie odległa. Obie grupy żadnym sposobem nie mogły mieć ze sobą styczności, a nawet wyobrażenia o własnym istnieniu. Żydzi aszkenazyjscy mówili w jidysz, czyli w odmianie niemczyzny, przy czym Niemcy, to tylko ich ostatni przystanek. Pochodzili z terenów pogranicza z Azją rozłożonych wokół Morza Kaspijskiego, które od Hiszpanii było odległe o dwa i pół tysiące kilometrów. Oznacza to, że w tamtych czasach wzajemny kontakt był niemożliwy, a powstanie odmiennych języków żydowskich, to rodzaj kulturowego psikusa historii, nie zaś skutek wybrania sobie przez Boga szczególnego „narodu”. Takiego wyboru Bóg zresztą uczynić nie mógł, skoro „narodu żydowskiego” w sensie definicyjnym nie było. Zresztą, Jahwe zajmował się wiernymi w Palestynie i nie wiadomo, co działo się z jego ingerencją potem. Nie słychać, by przeniósł się z nimi do Hiszpanii, porzucił hebrajszczyznę i przeszedł na mowę podobną do hiszpańskiej. Tym bardziej, nic nie wiadomo o tym, by odczekał dalsze trzy tysiące lat i nauczył się germańskiego jidisz. Tak, czy owak, Żydzi nie mogli stać się „narodem wybranym”, ponieważ nigdy nie byli narodem nie spełniając wymogów definicyjnych. To problem, z którym podświadomie boryka się dzisiaj nawet sam premier Netanyahu. Ma aszkenazyjskie i wschodnioeuropejskie pochodzenie i jest w tym sensie kimś nowym i przybyszem z dalekich stron. Postępuje jednak tak, jakby jego przodkowie mieszkali tam od zawsze, nie zaś aby – co historykom dobrze wiadomo – byli niedawnymi przybyszami. To chyba też jeden z żartów Pana Boga – tyle, że nie wiemy którego z nich – hebrajskiego, sefardyjskiego czy aszkenazyjskiego?

Żydów biblijnych oraz tych współczesnych dzieliła ogromna odległość, zarówno w czasie jak i przestrzeni – ponad dwa tysiące kilometrów i trzy tysiące lat istnienia. To sto dwadzieścia (!) pokoleń i dwa odmienne typy antropologiczne – śródziemnomorski dla hiszpańskich Sefardyjczyków i azjatycko-kaukaski dla środkowo-europejskich Aszkenazyjczyków. Warto zastanowić się nad tym fenomenem, bo tylko wtedy można zrozumieć istotę żydowskości, a z nią także istotę kulturowych nieporozumień jakie dziś pojawiają się w Europie z powodu głębokich różnic pojęciowych prowadzących do powstawania mentalnych barier pomiędzy Żydami i nacjami europejskimi.

Dodatkowy konflikt rodzi to, że odmienne cechy przynależne ich kulturze w zestawieniu z tradycją europejską sprawiają, iż osoby żydowskiego pochodzenia zdobywają w Europie często pozycję wyższą niż sami Europejczycy. To jedna z przyczyn pojawiania się konfliktu interesów, a także źródło nowych jego ognisk. Zadziwiają tylko skrywane przy okazji pokłady fałszu i udawania, że wszyscy się nawzajem tolerują i kochają, tylko jakieś podłe jednostki wywołują problemy. Tymczasem rzecz da się doskonale wyjaśnić w samych tylko ramach teorii „zderzenia cywilziacji” Huntingtona uznanej przez nauki społeczne za najważniejsze wydarzenie końca XX wieku. Mam wrażenie, że to, co wydarzyło się ostatnio  Polsce dopomoże w rozpoczęciu nowego etapu debaty, która będzie rzetelna, nie zaś podszyta potrzebą propagandy.

Oburzony na polską ustawę o obozach zagłady jest nie tylko sam Tel Awiw, co zrozumiałe, lecz również i Waszyngton. To ważne, tyle, że mniej zrozumiałe i mało dla USA bezpieczne, ponieważ może sugerować, że dla amerykańskiego rządu interesy społeczności żydowskiej są ważniejsze niż potrzeby samej Ameryki. Swego rodzaju historyczną nowością jest też fakt, że reakcja polskich władz przyciśniętych do muru opinią publiczną jest w tej delikatnej kwestii po raz pierwszy stanowcza, a nie – jak dotąd  – wiernopoddańcza. Wygląda na to, że pobudzona z odrętwienia publiczność pozbyła się kompleksów i uprzedzeń wynikających z politycznej poprawności i wyraża swoje poglądy coraz śmielej. Sam rząd chętnie by uznał, że się zagalopował w oporze wobec uznawania Polaków za współwinnych Holokaustu i jakoś by się ze sprawy wygramolił. Wygląda na to, że społeczeństwo ma dość zabawy w chowanego i pragnie wysłuchać rzetelnych argumentów.

Ludziom nauki w sytuacji politycznych niedomówień z reguły nasuwa się pytanie o to, co to jest za „kwestia”, o której dyskutuje się szeroko, ale ostrożnie i bez próby określenia jej granic, prawdziwej treści i możności sformułowania konkluzji? Pojawiły się też symptomy tego, że i strona polska poczuła się zmuszona wypowiedzieć się śmielej, bardziej merytorycznie, a mniej histerycznie i bez chowania głowy w piasek. Wszystko to łączy się z ujawnionym ostatnio wśród społeczności żydowskich przekonaniem, że ich krzywda przybyła nawet nie tyle z hitlerowskich Niemiec z ich obozami zagłady, ile prawdziwą istotą problemu była antysemickość Europy jako takiej. Inaczej mówiąc, Żydzi przybyli kiedyś do Europy w dobrej wierze i z miłością do niej samej, ale Europejczycy tego nie docenili. Warto się nad tym zastanowić, ponieważ teza rzuca nowe światło na problem. Nie da się ukryć, że sprawę powinno się wyjaśnić w ramach otwartej debaty. Niemiecki antysemityzm przybrał za czasów Hitlera formę wyjątkową i brutalnie ekstremalną, ale jest też faktem, że innym europejskim narodom nie przyszło do głowy, by z powodu Holokaustu wywolywać powstania czy wojownicze zamieszki. Powiedzmy prawdę: kraje współpracujące z Niemcam, chociaż z mniejszym od nich natężeniem, też były antysemickie. Żydzi mają z tego powodu do Europejczyków głęboki żal, ale to reakcja jednostronna. Nie ulega wątpliwości, że nic nie dzieje się bez przyczyny i że istniały historyczne, społeczne i kulturowe przyczyny negatywnej wobec Żydów postawy mieszkańców kontynentu.

Problem kryje się w przestrzeni medialnej. Każda analiza, choćby najbardziej naukowa, jeśli tylko prowadzi do konkluzji o cywilizacyjnej obcości Żydów w europejskiej tradycji kulturowej zostaje okrzyknięta anstysemitzmem. A przecież jeśli motywy mają historyczne i społeczne uzasadnienie trudno zachowanie ludzi sprowadzić do samej tylko bezduszności lub rasowej nienawiści. Dotyczy to także i Polaków. Od Holokaustu minęło wiecej niż pół stulecia, może więc czas, by podjąć rzeczową analizę zjawiska między innymi po to, żeby nic podobnego się już w Europie nie wydarzyło. Trzeba je tylko zrozumieć, a nie tylko nad nim ubolewać.

Poczucie krzywdy nie jest czymś wyimaginowanym i bierze się z osobistych doświadczeń. Żydzi byli w dziejach Europy traktowani na ogół źle – jako obcy, „parchy”, wyzyskiwacze, bezbożnicy i rodzaj azjatyckich przybłędów. Była to ocena jednostronna, ale kwestia jest złożona. Europejska niechęć do Żydów nie byla wymysłem jednostek i miała źródło w fakcie, że przybywali tu w znacznej liczbie, dramatycznie różnili się od ludności miejscowej i nie zamierzali się asymilować. Tego rodzaju inności nie toleruje żadne społeczeństwo. Warte więc jest podkreślenia to, że aczkolwiek Polacy w swojej większości nie kierowali się względem Żydów sympatią, to jednak poparcie eksterminacyjnej działalności hitlerowskich Niemiec nigdy nie było w kraju brane pod uwagę. Wzajemny brak sympatii jest naturą kulturowego sąsiedztwa i nie powinien dziwić, szczególnie w obliczu głębokich różnic cywilizacyjnych. Takie podejście wskazuje też na prawdziwą istotę problemu. W zetknięciu z rodzajem obcości poczucie dyskomfortu i jego uzewnętrznianie jest czymś naturalnym. Rzecz w tym, że zaowocowało sytuacją, w której uprawniona jest teza badającej problem Anny Landau i której pogląd bardzo sobie cenił borykający się z problemem własnej tożsamości niedawno zmarły Jerzy Jedlicki:, „przed wojną – zauważyła – żyły w Polsce trzy wielkie grupy ludności: Żydzi, Polacy i Polacy zasymilowani”. Inaczej mówiąc, wbrew historycznym podręcznikom Polska nie była krajem jednolitym i zawsze istniały warstwy ludności o odmiennych narodowych korzeniach oraz interesach tak bardzo różnych, że poszczególne jej grupy nie widziały przestrzeni dla porozumienia. W tym znaczeniu sytuacja trwa do dzisiaj, pomimo tego, że wszyscy mówimy tą samą polszczyzną. I tak przecież wiadomo, co „on” ma do powiedzenia, bo znamy się od dwustu lat. Przenosząc to rozumowanie na dzisiejszą Polskę rodzi się pokusa by stwierdzić, że w następstwie Holokaustu Żydzi jako etniczni przedstawiciele żydowskiego narodu zniknęłi, co wcale nie znaczy, że zniknął problem. „Narodu żydowskiego”, jeśli zastosować encyklopedyczną definicję, nie ma i właściwie – poza krótkim okresem najwcześniejszej starożytności – nigdy nie było, ale problem jest. Wedle definicji naród, to „wspólnota o podłożu etnicznym, gospodarczym, politycznym, społecznym i kulturowym wytworzona w procesie dziejowym”. Etniczność jest związana z zamieszkiwaniem na wspólnym terytorium i staje się podstawową cechą każdego narodu świata oznaczając też, że jego członkowie, mieszkając razem, używają też wspólnego języka. Ponad wszelką wątpliwość Żydzi taką wspólnotą nie są, nie mają ani jednolitego terytorium, ani też nie używają wspólnego języka zawsze podkreślając własną i głęboką odmienność. Język hebrajski zarzucili ponad dwa tysiące lat temu i dziś mają w użyciu tylko mowę kraju zamieszkania. Żydzi amerykańscy mówią po angielsku, rosyjscy po rosyjsku, tureccy po turecku. Rodzi to poważny problem dla samego Izraela, ponieważ jest zasadą, że mieszkańcy państwa wspólnego narodu używają tego samego języka. Skoro Żydów jako klasycznego narodu nie ma wcale, to aby pojęcie ich państwa odpowiadało definicji trzeba byłoby taki język dopiero stworzyć. Jak to zrobić? Państwo, które nie posiada własnego narodowego języka jest w historii świata czymś niespotykanym i niezgodnym z normą. Jak podaje internetowa Wikipedia, oficjalnym językiem Izraela jest hebrajski. To jednak tylko półprawda, bo wcale nie jest nim wymarły język Biblii, ale mowa najzupełniej sztuczna i wymyślona przez urodzonego na Litwie Eliezera ben Yehudę, który opierając się na biblijnym hebrajskim wbudował weń około 4000 współczesnych słów. Dzisiejszy, zwany z tej przyczyny nowohebrajskim jest stale modyfikowany pod wpływem rodzimych języków imigrantów, ale dla nikogo nie jest językiem urodzenia i w izraelskim domu wszyscy mówią po swojemu. Kiedyś, językiem licznych Żydów hiszpańskich był ladino zbudowany na bazie hiszpańskiego i portugalskiego, a we wschodniej Europie – jidysz, uformowany jako odprysk średniowiecznej niemczyzny. Żyd niemiecki z Żydem hiszpańskim musiał więc porozumiewać się trzecim językiem. Po II wojnie światowej żaden z nich nie był zresztą już używany. Wystarczy wsłuchać się w przemowy parlamentarzystów izraelskiego Knesetu aby dostrzec trud i powolność z jaką wysławiają się we wspólnym i jednocześnie obcym języku. W świecie zanikającej mnogości języków, ten został odrodzony najzupełniej sztucznie, po dwóch tysiącach lat nieistnienia i miał źródło w gorącym pragnieniu Żydów do posiadania własnego kraju i własnego kodu krajowej komunikacji. Jako język codzienności do użytku wszedł dopiero po uchwaleniu w 1948 roku przez Kneset odpowiedniej ustawy w związku z powstaniem państwa Izrael. Rzecz w tym, że wciąż nie wyczerpuje wymogów definicji języka narodowego ani też pojęcia „naród”. W znaczeniu etnicznym Żydzi wciąż narodem nie są, tyle, że światu każą uważać inaczej.

Od początku swej historii Żydzi wyłamywali się także ze stereotypów społecznych. Już w starożytności byli odmienni będąc społecznością miejską, nie zaś rolniczą, co było przez całe tysiąclecia czymś unikalnym. Rolą chłopstwa było istnieć jako niewykształceni prostacy, pracować i produkować żywność. Żydzi odróżniali się od całej reszty tym, że byli spolecznością wykształconą i nie mieszczącą się w ciasnych ramach rzymskiej Palestyny. Hebrajski, jako zbyt ubogi przestał być językiem mówionym i bez żalu porzucono go na rzecz innych, bardziej funkcjonalnych rodzajów mowy. I tak, używane do dzisiaj w cerkwiach prawosławnych greckie tlumaczenie Starego Testamentu powstało na półtora stulecia przed narodzeniem Chrystusa ale nie na potrzeby prawosławnych Greków, lecz największego zgrupowania żydowskiej społeczności osiadłej w egipskiej Aleksandrii, której językiem codzienności była greczyzna. Wraz z najazdem arabskim i powstaniem w Afryce nowego imperium aleksandryjscy Żydzi przekształcili się w jego wyższe warstwy poszukujące dla siebie nowego miejsca. Najbogatszą prowincją imperium okazała się teraz Hiszpania i tam przeniosła się ich większa część, asymilując się z otoczeniem przez przyjęcie za swój język lokalnej mowy nazwanej ladino.

Pierwsza wzmianka o drugiej, „wschodniej odmianie” Żydów, którzy przyjęli określenia Aszkenazi, to dopiero początek XI wieku, czyli tysiąc lat później. Pochodzili z pogranicza azjatyckiego, rzadko zaludnionego stepu, którego władcy we wczesnym średniowieczu dość przypadkowo przyjęli judaizm. Na początek XI stulecia było ich  zaledwie trzy procent wszystkich europejskich Żydów. Reszta, to hiszpańskojęzyczni sefaradim. Ci jednak, poddani wielosetletniemu oddziaływaniu kultur Morza Śródziemnego asymilowali się z otoczeniem tak silnie, że dzisiejsze szacunki mówią o najwyżej kilkunastu procentach ich udziału w całości żydowskiej populacji. Ogromną wiekszością stali się wschodnioeuropejscy aszkenazyjczycy, którzy – prawdę mówiąc na podstawie bardzo wątpliwych argumentów i wbrew prawdzie historycznej – uznali się za spadkobierców starożytnej Palestyny. Pomiędzy XI a XIX wiekiem większość wschodnioeuropejskich Żydów osiadała jednak nie w Palestynie, lecz w Czechach, na Węgrzech, w Polsce, na Białorusi, Ukrainie i w Rosji, czyli na terenach zamieszkałych przez ludność posługującą się językami słowiańskimi. Przynieśli ze sobą jidysz, język wywodzący się z dialektu wysokoniemieckiego i zapisywany alfabetem hebrajskim. Jidysz ewoluował i stał się językiem powszechnym Żydów aszkenazyjskich. Ciekawe, że nigdy nie zastąpił go żaden język miejscowy. Wspólnoty żydowskie trzech miast wzdłuż Renu: Spiry, Wormacji i Moguncji utworzyły przy tym szczególny związek i stały się kolebką kultury oraz liturgii aszkenazyjskiej znacznie różniącej się od źródłowej – sefardyjskiej. Pomimo tego, że w XI wieku Aszkenazim, to tylko nikły odsetek ludności żydowskiej na świecie, w 1931 roku było ich już 92%, co wskazuje na wielki potencjał rozrodczy i asymilacyjny.

Jak powiedzieliśmy, w czysto definicyjnym znaczeniu „naród żydowski” nie istnieje i właściwie nigdy nie zaistniał jako jednorodna wspólnota językowa. Tyle, że etniczność to nie tylko używany na codzień język, lecz również i zamieszkiwane terytorium i świadomość wspólnoty interesów. Jest podstawową cechą każdego narodu oznaczającą, że jego członkowie opierają się na jasno określonych podobieństwach. Żydzi taką wspólnotą nie są i nigdy nie byli. Nic więc dziwnego, że wciąż przedmiotem sporu jest sposób w jaki zostaje się Żydem i jaka jest rola w tym matki, czy też etnicznej i terytorialnej przeszłości.

            Osobny mit, to przekonanie, że nieszczęściem narodu żydowskiego jest, że był on uświęcony Bożą Wolą, ale jednocześnie pogardzany, bity, napadany i eksterminowany ze względu na rzekomą łagodność religijnej filozofii. Ostatecznie, „nie zabijaj”, to przykazanie hebrajskiego Dekalogu. Tyle, że charakter każdego narodu jest formowany okolicznościami, a Żydzi starają zapomnieć o tym, że tak jak i inni mają na sumieniu wojny i bezwzględne mordowanie przeciwników, jeśli tylko wymagały tego okoliczności. Najsłynniejsza była tak zwana „wojna żydowska” (66-73 n.e.), o której Józef Flawiusz pisze, że zginęło w niej ponad milion ludzi. W starożytności aż osiem wielkich wojen wybuchło sprowokowanych przez Żydów pragnących wyrwać się z objęć cywilizacji łacińskiej i powrócić na łono azjatyckiego Orientu. Oto ich wykaz:

  • Wojna Warusa (4 r. p.n.e.), która wybuchła zaraz po śmierci żydowskiego króla Heroda Wielkiego;
  • Wojna cesarza Wespazjana (66-74e.) – nazywana także pierwszą wojną żydowsko-rzymską, która zakończyła się zburzeniem Świątyni i zakazem dla Żydów mieszkania w Jerozolimie.
  • Wojna Kwietusa (115-117) – rewolta rozpoczęta w egipskiej Cyrenajce. Według Kasjusza Diona żydowscy powstańcy zmasakrowali wtedy 240 000 Greków na Cyprze, 220 000 w Cyrenie i wielką ich liczbę w Egipcie.
  • Powstanie Bar-Kochby (132135) – nazywane także drugą wojną żydowską. Bar Kochba ogłosił sie Mesjaszem i królem.
  • Powstanie przeciwko cesarzowi Antoninusowi Piusowi (155);
  • Powstanie przeciwko cesarzowi Septymiuszowi Sewerowi (197);
  • Wojna przeciwko cesarzowi Wschodu Gallusowi (351352) rozpoczęta w Seforis;
  • Powstanie przeciwko cesarzowi Wschodu Herakliuszowi (613-617); żydowska rewolta rozpoczęta w Tyberiadzie;

Problem stosunków polsko-żydowskich jest w tym kontekście o tyle szczególny, że w ramach historii ostatnich trzystu lat ulegał dramatycznym przemianom. Szczególnym zjawiskiem są ci rodacy, których przodkowie odeszli od judaizmu przed kilkoma pokoleniami i dziś czują się Polakami, tyle, że o „krótszym stażu”. Ich kulturowa wyobraźnia nie sięga jednak ani Mieszka I, ani Bolesława Chrobrego, lecz tylko czasów osiemnastowiecznego przywódcy Jakuba Franka, który przeprowadził kilka tysięcy zwolenników „na polską stronę” tworząc z nich kastę, która stała się bastionem miejskiej inteligencji. Świadomość odmienności wlasnych korzeni jest też źródłem zróżnicowania obywatelskiej wyobraźni. Są także i Polacy zupełnie najświeższej daty, czyli dzieci Żydów rosyjskich przysyłanych do PRL-u dla czynienia w nim socjalizmu. To na przykład Smolarowie, czy potomstwo sowieckich imigrantów, których dziadkowie na codzień używali jidisz, albo też osoby takie jak Bogdan Morozowski z TVN urodzony pod zupełnie innym nazwiskiem rodowym. Rzecz w tym, że tożsamości ludzi kształtują nie szkolne podręczniki, ale rodzinna pamięć, ta naturalna i przyrodzona oraz ta znacznie bardziej nieostra, będąca następstwem głębszej tradycji. To one składają się na naszą wiedzę o samych sobie i świadomość własnej tożsamości. Tyle, że w każdym, kto doszukał się w swej genealogii żydowskiego przodka kiełkuje wątpliwość, czy powinien o tym mówić. Nawet tylko we własnej obecności. Świadczy to o tym, że problem wciąż ma dla wielu znaczenie i z pewnością nie należy go bagatelizować.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *