TUSK I TO CO IDZIE ZA NIM. TO PRZEŁOM, CZY TYLKO WYŁOM?

            Świat, który znamy zwolna się rozpada, ludzie jednak mają taką cechę, że wolą rzeczy znane niż niespodzianki, więc tych ostatnich starają się nie oczekiwać. Zadaniem naukowego oglądu świata nie jest jednak towarzyska elegancja ani też czynienie naukowymi własnych politycznych preferencji, lecz dociekanie rzeczywistości i prawdziwego obrazu wydarzeń, niezależnie od ich mniej lub bardziej sympatycznego formy. Nie interesuje ich poklask związany z błyskotliwością wywodu, lecz dążenie do wyjaśnienia istoty problemu. To, co dzieje się dzisiaj w Polsce, Europie i świecie zasługuje na to podwójnie. Trzeba przecież rozumieć otoczenie własnego życia i warto mieć pogląd na jego przyszłość. Rzecz nie jest łatwa. Oto w Katowicach urządzono szczególnego rodzaju spektakl w postaci symbolicznej szubienicy, na której powieszono portrety nielubianych posłów do europejskiego parlamentu. Nie wiadomo na czym ma polegać wina wizerunków skazanych na powieszenie, wiadomo za to, że ich właściciele są złem samym w sobie. Jak widać, do efektownego działania wystarcza emocja, rozum nie jest potrzebny. Niezrozumiałe jest tylko przesłanie demonstrantów, co z tymi powieszonymi dalej czynić i czym ich ewentualnie zastąpić. Wiele wskazuje na to, że idą czasy, w których rządzić będzie bezmyślna nienawiść, a nie ceniona od starożytności chłodna racjonalność. Werbalne potępienie tego rodzaju demonstracji jest przez media zauważane, jednak mało kto stara się naprawdę dociec do istoty sprawy.

Istnieje też odrębne i zupełnie nowe znamię czasów świadczące o tym, że narastający galilmatias nie jest efemerydą i może okazać się zjawiskiem trwałym. Świadectwem jest to, że od ostatnich wyborów powszechnych z krajowych gazet coraz bardziej wieje pustką i niełatwo jest w nich znaleźć coś, co przykuje uwagę na dłużej. Najlepiej kiedyś poinformowane mainstreamowe publikatory wikłają się w niekonsekwencjach, tracą wątek nie odnajdując dla siebie logicznej przestrzeni wywodu. Rozbudowane dawniej analizy zastępuje coraz bardziej rozpaczliwa nadzieja na to, że oto przyjdzie czas, gdy wszystko wyjaśni się samo, a przez media przebija się wielkie i coraz bardziej bezproduktywne oczekiwanie na cud w postaci powrotu „dobrych czasów”, czyli tych, które kształtowały Polskę przez poprzednie dekady. Mało kto uświadamia sobie, że nie tylko jesteśmy świadkami politycznego i mentalnego przewrotu, lecz będziemy z tym musieli żyć, a one na dłuższy czas ukształtują nasz świat. Wiele wskazuje też i na to, że nie były to tylko zwykłe wybory, lecz początek nowego otwarcia w stosunkach międzynarodowych i dramatycznej odmiany utrwalonej już świadomości politycznej. Przegranym najwyraźniej nie przybywa rozumnej refleksji, klęską wydają się być zaskoczeni, a jej rozmiar okazuje się niespodziewanie głęboki nie tylko dla nich samych, ale też i dla wyborczych zwycięzców. Ci, którzy wybory przegrali potraktowali je jako „wypadek przy pracy”, a powrót do monopolu na „rząd dusz” zdaje się im czymś bliskim i nieuniknionym. Wygrani, zaskoczeni rozmiarami wydarzenia, wiele czasu spędzają w bezproduktywnej próżni. Tyle, że społeczne zrozumienie istoty wydarzeń jest dobrem rzadkim i w praktyce nieosiągalnym. Wciąż więc wracamy do ‘braudelowskiej’ zagadki „długiego trwania” (longue duree), która z reguły niesie niespodzianki, a uczestnicy wydarzeń sprawiają wrażenie brnących w ciemnościach, ani na jotę nie rozumiejąc ich długookresowej istoty. Niespodzianką była wyborcza przegrana inteligenckiej elity, lecz równie niespodziane dla zwycięzców stały się perspektywy jakie zdają się przed nimi stawać. Dla pierwszych, to prawdziwa katastrofa, która otwiera przed nimi bezmiar politycznej i intelektualnej próżni, dla drugich – wielka niespodzianka, tyle, że wcale nie wywołująca radości. Od przegranych wieje pustką, za to zwycięzcy dopiero nabierają pewności w oczekiwaniu na utrwalenie ich pozycji i zapewne w nadziei na powiększenie przestrzeni władzy. Na ile te obawy i nadzieje są realne? Z czego się wzięło to zupełnie niecodzienne podejście i dlaczego w politycznym konflikcie używa się argumentów z najwyższej „patriotycznej półki” eliminując szanse jakiejkolwiek twórczej debaty? Inaczej mówiąc, wbrew naukom pobieranym w szkołach i na uniwersytetach, potwierdza się teza, że to wcale nie ludzki rozum rządzi dziejami, lecz na odwrót – to one rządzą ich rozumem. Jaki jest tego mechanizm w omawianym tu przypadku?

            Oto pierwszy z brzegu przykład.  Pojawiła się nadzieja na powrót Donalda Tuska, który wracając na białym koniu miałby Polakom przywieźć ten rodzaju politycznej normalności jaki znaliśmy dotąd. Jaka to była normalność? Ktoś powie, jak to jaka? I odpowie: zwyczajna, czyli pełna przekłamań, nieporozumień i pustych nadziei ilustrowanych powszechnym używaniem dwóch w gruncie rzeczy tożsamych pojęć, tyle, że używanych w przeciwstawnych znaczeniach. Pierwsze – demokracja, symbolizować miało wybieralny społeczny ład i porządek, lecz głównie dlatego, że to „my” rządzimy, a rządząc praktykujemy ją na tyle wytrawnie, że możemy wszystkim wyjaśnić na czym ona polega i dlaczego tego rządzenia pozbyć się nie możemy. Drugie – populizm, który pod płaszczykiem wolności i demokracji miałby pełnić niechlubną rolę podpory dla ludzi nieuczciwych i takich, którzy – jako niedokształceni lub prymitywni udają tylko demokratów i do szlachetnej roli rządzących nigdy się nie nadawali. Pierwszej mamy żałować, że się oto na naszych oczach załamuje i odchodzi w przeszłość, drugiego musimy się bać, bo się rozprzestrzenia i zdobywa aprobatę w umysłach obywateli. Tym sposobem, zło zbliża się do nas wielkimi krokami, a jego następstwem będzie „ich” rządzenie zamiast „naszego”, czyli obrzydliwy populizm. Czy ów populizm, to zjawisko na naszej planecie niespodziewane i niespotykane, czy jednak jakoś normalne?

Problem w tym, że niewiele osób rozumie z jakiej to przyczyny mają być to pojęcia przeciwstawne, skoro pochodzą z tego samego źródłosłowia – „demokracja”, to greckie określenie władzy ludu (demos – lud i kratos – władza), podczas gdy „populizm” pochodzi od łacińskiego „populus”, czyli również „lud” jako tej władzy jedyne źródło. Warto pamiętać, że w Ameryce, czyli w najstarszym demokratycznym kraju świata za rządów Ojców Założycieli w wyborach uczestniczyło zaledwie trzy procent ludności, a niewolnictwo czarnej ludności kwitło w najlepsze. Skąd więc narastający strach, że nadchodzący „populizm” eliminuje „demokrację’ jeśli zastąpiłby rządy elit rządami grup mniej eksluzywnych? Czy musi się to skończyć katastrofą? To niejedyny sposób nadawania przeciwstawnych znaczeń słowom i wydarzeniom o podobnej w swej istocie treści. Ta, zależy nie od meritum sprawy, ale od tego, do kogo ją odnosimy. „My” przy władzy, to demokracja! „Oni”, czyli ci dotąd pod nami – to z pewnością wzorzec populizmu!

Oto Agnieszka Holland, mieszkająca we Francji polska reżyserka filmowa, teatralna, scenarzystka i aktorka w zeszłotygodniowym wywiadzie dla Polityki rozdziera szaty używając zadziwiającego rozumowania i nie zważa na to, że jej przeciwnicy używają w praktyce takich samych argumentów. „Jestem przekonana – zauważa gorzko – że ludzie, którzy teraz rządzą Polską, przejdą do historii jako rodzaj targowicy. Historia ich rozliczy”. Niemal identyczne określenia mają pod ręką również i ci, którzy publikują portrety targowiczan przeciwnego rodzaju, dostrzegając ich odpowiedniki w przedstawicielach elity przegranych – Michała Boniego, Jerzego Buzka i Janusza Lewandowskiego. Obie strony wyglądają przy tym na utwierdzone w swoich racjach i wcale nie przeszkadza im to, że cechą każdej z tych „targowic” nie może być tylko, że jest odwrotnością tej drugiej w stosunku do tej pierwszej, tyle że politycznie wprost przeciwnej. Tego rodzaju pojęć nie powinno się używać bez określenia ich treści. Holland ulega irytacji, kiedy słyszy argument, że oto „młodzież nie lubi, jak się używa wielkich słów”. Tak! Potwierdza nerwowo i komentuje: „Okazuje się, że spora część młodzieży uwielbia wielkie słowa! Tylko nie te, które nam by się podobały. Uwielbia mówić o wielkiej, białej Polsce, żydowskiej zarazie, o czystej rasie i jej bohaterach, nawoływać, by ‘jebać ciapatych’ i ‘wieszać komunistów’. A w tym samym czasie młodzi liberalni intelektualiści piją swoją ulubioną kawę latte z wielką starannością wyważając racje. Szkoda, bo powinni budzić sumienia, a nie je usypiać”. Inaczej mówiąc, jeśli są inteligentni i na poziomie, powinni jasno poprzeć nas właśnie, a nie tylko spokojnie dopijać swoje cafe latte. Człowieczeństwo, to poświęcenie racjom wyższego rzędu (czyli czyim?), a nie chłodne picie ciepłej kawy. I dalej: „Jesteśmy leniwi, rozmemłani i egoistyczni, czy raczej egocentryczni? Każdy myśli głównie o sobie”. Wymowa wypowiedzi, którą nawet trudno nazwać rozumowaniem, wskazuje na rodzaj egzystencjalnego strachu. Czy to jednak nie przesada? Zastanawiam się czemu sam go nie odczuwam? Jestem kimś innym, czy tylko inaczej myślę? Czy nie powinno to wywołać u mnie głębokiego poczucie winy?

Ludzie, którzy utracili władzę i pozycję są skłonni życzyć przeciwnikom najgorszego obwiniając przy tym wszystkich wokół o brak wsparcia, pomocy i współczucia. Nie ma to jednak wiele wspólnego z realną oceną biegnących wydarzeń, bo po prostu mało o nich wiemy i zwykle dokonujemy jej nazbyt pośpiesznie. Strach ma wielkie oczy, jesteśmy więc skłonni miast starać się zrozumieć istotę zdarzeń z nieco dalszej perspektywy postrzegamy ją jako trzęsienie ziemi. Jeśli sami nie możemy być wybawcami wierzymy, że przed nami już tylko przyszłość ofiar. Przychodzi na myśl równie apokaliptyczna przepowiednia Balcerowicza, że oto bez uznania jego widzenia zasad rządzenia Polską czeka ją otchłań choasu i bezprawia. Minęły lata i nie następuje ani jedno ani drugie i nawet mocno ryzykowne koncepcje rządzących zaczynają być przez resztę świata jakoś tolerowane.

Sięgnijmy do dawno przebrzmiałej debaty i przypomnijmy znaczenie słowa „targowica”, które zdążyło stać się trwałą częścią polskiego rozumienia historii. Określenie jest synonimem najcięższej zdrady w stosunku do narodu i państwa. Przywódcy konfederacji targowickiej dążyli do podziału Rzeczypospolitej na autonomiczne prowincje powiązane z Rosją i nie zamierzali poddać się prawom ustanowionym przez Konstytucję 3 Maja. Nie bez znaczenia było przy tym to, że faktycznie sam akt zawiązania 27 kwietnia 1792 roku konfederacji nazwanej targowicką miał miejsce w stolicy Rosji – Petersburgu, nie w Warszawie. Tam też, uważający się za patriotów przeciwnicy reform ze Stanisławem Potockim i Sewerynem Rzewuskim na czele, pod hasłem obrony zagrożonej wolności zawiązali spisek przeciw królowi Stanisławowi Augustowi i uchwalonej konstytucji. Dla zwolenników tej ostatniej konfederacja targowicka stała się czymś dla patriotyzmu przeciwnym i symbolem zdrady narodowej. Podczas kościuszkowskiego powstania wielu jej przywódców skazano na śmierć. Kogo dzisiaj czeka ten los, jeśli określenie ma być potraktowane z powagą zgodną z jego znaczeniem pasującym do wydarzeń przeszłości?

Zawiązanie konfederacji targowickiej było skutkiem strachu przed utratą władzy odczuwanego przez prorosyjski obóz magnacki w następstwie reform Sejmu Czteroletniego i wyrazem jego sprzeciwu wobec porządku ustrojowego, który zapanował w Rzeczpospolitej po uchwaleniu Konstytucji 3 Maja. Według tej opinii była ona więc “spiskiem przeprowadzonym w wyniku działań nielegalnego sejmu”. Jej twórców podejrzewano o sympatie jakobińskie, równoznaczne ze wspieraniem rewolucyjnej Francji. Każde dziecko w Polsce wie, że Targowica była aktem narodowej zdrady zasługującej na najwyższy rodzaj potępienia, tym bardziej, że po uchwaleniu nowej konstytucji zapanowała w kraju patriotyczna euforia, która udzieliła się nawet Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu. Zawarcie w marcu 1790 roku porozumienia z Prusami sprawiło, że na królewskim dworze nie dopuszczano myśli, że reformy mające na celu rozpoczęcie procesu uzdrawiania państwa mogą zostać cofnięte i zakończyć się zniknięciem państwa z mapy Europy. Również i interwencja ze wschodu nie była brana pod uwagę, nawet wtedy, gdy Rosja w następstwie pokoju z Turcją uzyskała swobodę ruchów.

            Do dzisiaj, chwalebny fakt uchwalenia Konstytucji 3 Maja uchodzi za jedno z najważniejszych wydarzeń w historii Polski, ale bez komentarza pozostawia się to, że nie naprawiało to jeszcze od dawna gnijącej struktury wewnętrznej kraju. Rezultatem było tylko ograniczenie anarchii oraz uznanie w tym procesie kierowniczej roli obywateli szlacheckiego pochodzenia. Podręczniki kontentują się stwierdzeniem, że oto w ciągu następnych miesięcy aprobowały ją wszystkie sejmiki ziemskie. Lokalna reprezentacja szlachty znana była jednak z orzekania w dosyć nietypowy sposób. Wiadomo było, że gminy żydowskie posiadają specjalny fundusz zwany hocaoth sejmiks, przeznaczony na przekupianie posłów, gdyby zamierzali podjąć niekorzystną dla nich uchwałę. Rozpowszechniło się nawet mniemanie, że „kto o Żydach dobrze mówi, ten jest już przekupiony; kto na nich wygaduje – chce takim dopiero zostać”. Ogromna większość społeczeństwa Rzeczypospolitej nie miała praktycznie wpływu na uchwalanie prawa. Konstytucja 3 Maja niczego w tym względzie nie zmieniła, a podejrzliwość co do roli „obcych sił” w krajowych wydarzeniach wciąz żyje w naszych umysłach.

            Uderzające jest jeszcze jedno. Patriotyczne uniesienie zapanowało pośród szlachty dopiero przed II rozbiorem. Pierwszy, miał miejsce dwadzieścia lat wcześniej i stał się precedensem w którego rezultacie kraj stracił znaczną część terytorium. Jednak patriotycznych emocji nie wzbudził i nie uzyskał znamion bohaterstwa, stając się tylko dowodem braku przywiązania Polaków do własnej tożsamości uznany za wydarzenie, którego się można było spodziewać. Sejm z 1772 roku potwierdził to formalną cesją, czyli międzynarodowym potwierdzeniem prawomocność utraty znacznej części terytorium kraju na rzecz trzech sąsiadów – Prus, Austrii i Rosji. Podpisanie traktatów, których następstwem był pierwszy rozbiór Rzeczypospolitej nastąpiło także w Petersburgu, nie w Warszawie, a król i Senat rozesłali tylko europejskim rządom noty ze sprzeciwem i prośbą o interwencję. Sejm wyłonił jednak ze swojego grona 99-osobową delegację, której zadaniem było przyjęcie formalnej odpowiedzialności za pierwszy rozbiór. Dwa tygodnie później, 30 września, traktaty rozbiorowe ratyfikował zwołany do Warszawy parlament przy proteście zaledwie trzech posłów, w tym uwiecznionego przez Matejkę Tadeusza Reytana. Otwartymi zwolennikami rozbioru byli za to magnaccy prominenci – Adam Poniński, Michał Radziwiłł i eksponowani katoliccy biskupi – Andrzej Młodziejowski i Ignacy Massalski, a także ówczesny prymas Antoni Ostrowski. Co znamienne, na przewodniczącego sejmowych obrad wybrano Adama Ponińskiego, który z tego tytułu (jako jurgieltnik, czyli osoba pobierająca stałą opłatę za usługi) otrzymywał z ambasady rosyjskiej pensję w wysokości 24 tysięcy dukatów rocznie. Dlaczego więc Konstytucję 3 Maja uważamy za akt bohaterski, natomiast bezbronne oddanie sąsiadom jednej czwartej terytorium dwie dekady wcześniej za wydarzenie nie wymagające głębszego odniesienia?

            Porównanie listy targowiczan biorących aktywny udział w procesie niewolenia Rzeczypospolitej z „targowiczanami Anno Domini 2016” prowadzi do wniosku, że pierwsza z nich prezentowała autentycznych zdrajców pracujących na rzecz obcego mocarstwa i likwidacji własnego państwa, natomiast druga, to tylko skutek różnic w poglądach politycznych. Daleko więc jej do roli i miana Targowicy. Komu mieliby sprzedawać kraj i na jakich warunkach? Niemcom? Francji? Unii Europejskiej? Ich zwolennicy sugerują, że jest inaczej i to poplecznicy Kaczyńskiego faktycznie sprzedają go Rosji, chociaż zarówno motywacji jednych i drugich, jak i mechanizmu tych zamierzeń nikt nie stara się nawet przybliżyć. Chyba, że za jakiegoś rodzaju wyjaśnienie uznamy opinię Agnieszki Holland, że „80 procent Polaków jest przeciwnych przyjmowaniu uchodźców, to znaczy, że pedagogika wykluczenia i nienawiści padła na bardzo podatny grunt”. Teza jest nielogiczna, ponieważ nie wyjaśnia jakie ta podatność na niechęć do muzułmańskich uchodźców ma źródło i jaki to ma związek z brakiem umiłowania Ojczyzny. Nie wyjaśnia tego jej powołanie się na niejakiego Rybaka mówiącego o „światowym żydostwie i o tym, że w końcu ‘odzyskujemy Polskę’”. Kto ją odzyskuje i jak zidentyfikować siłę „światowego żydostwa”? Wrażliwość Agnieszki Holland jest w tej przestrzeni o tyle przesadzona, że wedle oceny Wikipedii, liczebność mieszkańców kraju uważających się za Żydów, to nie więcej niż półtora tysiąca obywateli, czyli tak mały odsetek ludności, że prawie nie mieszczący się w statystykach. Jeśli jednak problem jest tak często podnoszony, to znaczy, że coś jest na rzeczy, szkoda tylko, że nikt nie potrafi tego jasno sformułować. Prawda jest taka, że w Polsce jedni obywatele zwą drugich Żydami wtedy, gdy jest im to z jakich względów wygodne, tyle, że nie ma to wiele wspólnego z etnicznością. To rezultat szczególnej struktury polskiego społeczeństwa, w którym utarło się, że „prawdziwy Polak” jest co prawda odważny do granicy bohaterstwa, ale intelektualnie płytki a nawet bezmyślny. Wniosek jest więc taki, że każdy, kto choćby na cal wyrasta ponad przeciętność musi być etnicznie obcy, więc niechybnie jest Żydem. To oczywisty nonsens, rzecz  jednak w tym, że żyje on własnym życiem i głęboko dzieli mieszkańców kraju. Dzieli tak trwale i głęboko, że czyni rzeczową debatę bezprzedmiotową.

            Polski antysemityzm jest szczególny i niezwyczajny, będąc wypadkową dwóch czynników: (i) pochodzenia większości z nas z dawnej bardzo licznej (do 70% ludności) warstwy niewolnych i niepiśmiennych chłopów pańszczyźnianych oraz (ii) poczucia niższości wobec tych, którzy z niej się nie wywodzą. Kontrowersja – w sensie liczebnym – jest mało znacząca i tylko w niewielkim stopniu ma związek z osiemnastowieczną nobilitacją kilkunastu tysięcy żydowskich zwolenników Jakuba Franka, którzy ulegli w ciągu stulecia polonizacji stając się ważnym elementem inteligenckich elit. Miało to jednak miejsce kilkanaście pokoleń temu! Warto dodać, że to ogromna liczba pańszczyźnianych chłopów zaważyła na odmienności struktury polskiego społeczeństwa od Europy, a nawet od sąsiadującej z nim Rosji. Dla carycy Katarzyny Wielkiej było szokiem, gdy dowiedziała się, że w kraju którym rządzi, udział państwowego chłopstwa  to „aż” 30% populacji (ponad 2 razy mniej niż w Polsce!). Uznała to za tak poważny problem polityczny, że Aleksander Radiszczew, autor analizy sporządzonej w książce Podróż z Petersburga do Moskwy postulujący stopniowe uwalnianie chłopów z poddaństwa został aresztowany i jako groźny więzień polityczny osadzony w twierdzy Pietropawłowskiej. Prawda, że został ułaskawiony od kary śmierci, a potem zwolniony z zesłania, ale nie odegrał już większej roli. W dawnej Rzeczypospolitej nikt takiej analizy nie robił, a istnienie niewolnictwa znacznej większości mieszkańców było uważane na tyle za standard, że nikt – nawet sam Kościuszko – nie żądał ich uwolnienia. Istotą świadomości mieszkańców Pierwszej Rzeczypospolitej było to, że nikomu taka myśl nie przychodziła do głowy. Porządek rozumiano właśnie jako wywyższenie szlachty oraz istnienie poddaństwa chłopów. Dalekim echem jest tkwiąca w nas do dzisiaj podświadomość podrzędności i kompleksu niższości wobec innych narodów.

Trudno się dziwić, że wszystko to odcisnęło piętno na mentalności Polaków. Dzisiaj, zjawisko ma zapewne też związek z kompleksem głęboko plebejskiego pochodzenia większości z nas, która na szlacheckich przodków powołać się nie ma podstaw. Czesi nie mieli w tej przestrzeni oporów i są w miarę „normalnym” społeczeństwem europejskim bez konieczności doszukiwania się szlacheckich koneksji. Polacy takim nie są. Wedle jednej ze szkół psychologii tego rodzaju zjawisko, które jest cechą polskiej przestrzeni kulturowej, jest też częstą przyczyną pojawiania się mieszanki składającej się z towarzyszących sobie głębokich kompleksów i wybujałego poczucia wyższości, które prowadzą do szczególnego rodzaju agresywności. Rzecz doczekała się kiedyś naukowego opracowania austriackiego psychologa Alfreda Adlera.

Teoria Adlera wskazywała na to, że wrodzone człowiekowi poczucie agresji jest nawet silniejsze niż jego seksualność, jeśli przyjmie się, że podstawowym celem ludzi jest zapewnienie spójności ich osobowości z równoczesnym dążeniem do wywyższenia ponad innych. Rozumiał to jako dążenie do uzyskania wyrazistości w życiowej samorealizacji. To dosyć szczególne rozumowanie psychologa uważającego, że kompleks niższości jest jednym z podstawowych motorów ludzkiego działania i głównym motywem, którego pochodną są wszystkie inne motywy.Wprost formułował twierdzenie, że celem życia każdego z nas jest chęć uznania jego wyższości nad innymi. Dążenie jest ściśle związane z istnieniem poczucia niższości i działaniem na rzecz jego kompensacji. Tego rodzaju poczucie, to rezultat uświadomienia sobie jakiegoś rodzaju niedoskonałości, czy ułomności. Zdaniem Adlera ten rodzaj odczuwania rzeczywistości jest główną siłą napędową i motywem ludzkiego działania. Jest też cechą większości, mogąc niekiedy przekształcić się w trwały kompleks mający wpływ na ogląd świata, nasze uczucia, postawy, uznawane wartości i zachowania, stając się swoistym filtrem przetwarzania informacji. Jest uderzające, że wśród Polaków zestawienie tych elementów jest szczególnie silne i wyraźnie dostrzegalne, przekształcając się nawet w rodzaj cechy narodowej. To również wyjaśnia nasze polityczne priorytety. To z tej przyczyny rządzący, którzy są w powszechnej cenie, to nie ludzie fachowi i wykształceni, ale tacy, których postępowanie upodobnia ich do reszty i ma wpływ na łagodzenie powszechnie odczuwanych kompleksów. Wtórnym efektem zjawiska jest to, że rodacy nie potrafią rozmawiać ze sobą w przestrzeni racjonalnej wymiany myśli i poglądów, lecz raczej w konwencji własnego wywyższenia ponad innych. Trudno się dziwić, że ma to również wpływ na sposób uprawiania polityki. Nie trzeba dodawać, że osłabia to znacznie efektywność osiągania oczekiwanych celów społecznych. Może być też wyjaśnieniem wyraźnej nieskuteczności działań polityków. Leczenie kompleksów, nawet uzasadnione i masowe, jest z samej swej istoty czynnością jałową, a w przestrzeni polityki wręcz szkodliwą. Bez wątpienia, takie podejście do zagadnienia jest dla skuteczności narodowej polityki bezpłodne i tłumaczy wszystkie jej niepowodzenia od czasów przedrozbiorowych począwszy. Nawet i dzisiaj zażarta walka politycznych przeciwników sprowadza się raczej do wykazywania własnej wyższości i poniżania przeciwników, aniżeli do rzeczywistej skuteczności rządzenia.

Wszystko to bardziej wróży nadejście dalszych politycznych perturbacji aniżeli ich uspokojenie. Polskie podziały pomiędzy stronami sporu wcale nie mają na celu wyjaśnienia jego istoty, lecz tylko wykazanie swoich własnych racji i brak racji strony przeciwnej. Inaczej mówiąc, rozwiązanie sporów nie leży w przestrzeni merytorycznej debaty politycznej, ale raczej w procesie bezładnego wymieszania wargumentów i zatarcia granicy przyczyn odczuwania wyższości lub niższości swego historyczno-społecznego pochodzenia od obiektywnie dziejących się wydarzeń. Jego elimnacja wymaga wymiany całego pokolenia. Szczęśliwie, tego rodzaju procesy ulegają przyspieszeniu. Socjologowie jeszcze do niedawna uznawali, że odstęp pomiędzy doświadczeniem jednego pokolenia a wzorcami następnego, to nie mniej niż 25-30 lat. Dzisiaj, wszystko ulega przyspieszeniu i trwałość cech jednego pokolenia szacuje się na 5-7 lat. Oznacza to, że kolejnej fazy głębokich przemian możemy spodziewać się po roku 2025. Dobre i to…

Żelazne prawidła pokoleniowej zmiany

Jak w tym kontekście ocenić tytułowe oczekiwanie na powrót do kraju Donalda Tuska i przejęcie przez niego przywództwa dzisiejszej opozycji? Z odbieranych sygnałów można odnieść wrażenie, że uważa się go za ostatnią jej deskę ratunku. Tytuł artykułu poświęcony temu w Gazecie Wyborczej krzyczy nadzieją: „25 słów Tuska, których boi się PiS” w oczekiwaniu, że przyjdzie on na pomoc i znów „pojawi się na ringu”. Jeśli jednak nasza analiza jest prawidłowa, oznacza to, że jako przedstawiciel poprzedniego pokolenia polityków szans na sukces już nie ma, co też i prowadzi do wniosku o nieuniknionym przedłużaniu się rządów obecnej formacji na kolejną kadencję. To jednak tylko cztery lata. Dodając do tego taki sam okres obecnej otrzymujemy razem lat osiem. Jeśli nasza teza jest słuszna i wymiana elit będzie związana z procesem zmiany pokoleń trwającym od 5 do 7 lat, ozacza to silne polityczne tąpnięcie jeszcze przed 2025 rokiem. Czy mamy rację, pokaże czas.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *