MAMY PROBLEM Z DEMOKRACJĄ, CZY TEŻ ONA MA PROBLEM Z NAMI?

            Walter Chełstowski z Komitetu Obrony Demokracji sformułował radykalną sentencję: „Większość Polaków, to głupcy. Rozumni jesteśmy tylko my!”. Możnaby uznać, że wyczerpuje to właściwie debatę nad tak zwaną „kwestią Polską”. Jest w naszej historii tradycja, która uważa lud za głupców, a jedynie inteligentów za uprawnionych do reprezentowania narodu. Dla tych ostatnich, to oczywistość, dla pierwszych kamień obrazy, szczególnie, jeśli rzecz sprowadza się do tradycyjnego podziału narodu na „panów” i „chamów”. Kto w tej kwestii ma rację? Zastanawia jednak, co autor słów miał na myśli używając słowa „demokracja” oraz kim są ci „my”, jeśli nie określa kim są „oni”, choć też uważa ich za Polaków? Oryginalnie, demokracja, to „władza ludu”, ale skoro reszta ludzi poza samymi „demokratami” jest tak nierozumna, że aż głupia, to do władzy się nie nadaje. Nadajemy się do niej tylko „my”. Problem w tym, jak wyłonić tych „my” w ramach większościowej i demokratycznej procedury, skoro ci „oni”, czyli wyborcy, to głupcy nie potrafiący odróżnić „nas” od głupców? Rzecz tylko z pozoru zatrąca o nonsens błędnego koła, że oto głupcy nie są w stanie demokratycznie wybrać rozumnych, bo są za głupi, lecz aby ich jakoś wyłonić muszą najpierw zmądrzeć. Tyle, że jeśli przestaną być głupcami i staną się rozumni, to będą do rządów nadawali się sami, bez pomocy „rozumnych” (czyli właściwie kogo?). Trudno o większy nonsens, lecz warto wiedzieć, że tak wygląda istota polskiej polityki od wielu pokoleń. Więcej, była istotą budowy unikalnego w skali europejskiej pojęcia inteligencji, występującego tylko na terenach dawnej Rzeczypospolitej i mającego symbolizować awans „inteligentnego” polsko-żydowskiego mieszczaństwa w miejsce dawnej „średnio inteligentnej” dworkowej szlachty. Element żydowskiego źródła inteligencji odegrał w tym nie tylko ważną role, ale stał się dominujący, skoro inteligencja „szlachecko-dworkowa” nie gustowała w życiu miejskim, za to miejska nie posiadała szlacheckich korzeni. Tak jak w Pierwszej Rzeczypospolitej władza niejako „z natury rzeczy” należała się herbowej szlachcie, tak po jej upadku stała się monopolem nowej jej odmiany, której społeczne pochodzenie było jak najbardziej nuworyszowskie i wcale nie osadzone w dawnej tradycji. Wrodzoną cechą nuworysza jest „podpinanie się” pod inne, w jego mniemaniu lepsze warstwy społeczne. Tak powstała społeczna warstwa poza Polską nieznana, która znacznie na wyrost przybrała nazwę „inteligencja”, czyli warstwy niejako zawodowo związanej z myśleniem.  Rzecz w tym, że na dziesiątki lat stała się też na terenach polskich intelektualnie i politycznie dominująca, ale udział w niej nie był skutkiem twórczego myślenia, lecz międzyludzkich układów. Nie jest przypadkiem, że i dzisiaj w najbardziej wpływowych stacjach telewizyjnych dominują komentatorzy tacy jak Aleksander Smolar, Ryszard Sznepf, Andrzej Morozowski czy Adam Michnik, czyli osoby nie kryjące poczucia polskości dopiero w pierwszym pokoleniu. Wydaje się, że zaczyna się to jednak zmieniać i wywołuje ogromne zamieszanie, nie tylko intelektualne. Grupa społeczna reprezentująca tak zwaną inteligencję uzurpowała sobie bowiem prawo do monopolu na interpretację poglądów innych warstw społecznych. Zjawisko stało się wyjątkowe i na tyle trwałe, by sprawić wrażenie stałej cechy kulturowej przyrodzonej samej istocie polskości. Rzecz  w tym, że inne grupy Polaków też zaczynają sobie przypominać fundamenty demokracji zbudowanej przed ponad dwoma stuleciami przez Monteskiusza, czyli naturalność prawa bycia reprezentowanym przez wszystkie warstwy społeczne, nie tylko te górne. Rzecz się zatem komplikuje.

            Idea demokracji drzemała w świadomości Europejczyków od czasów greckiej starożytności, ale jako dojrzała narodziła się dopiero w okresie europejskiego Oświecenia. Jedną z najczęściej dyskutowanych idei stała się wtedy kwestia wolności jednostkowych. O tym, jak bardzo był to ważny problem niech świadczy to, że zarówno we francuskiej Deklaracji Praw, jak i w amerykańskiej Deklaracji Niepodległości wolność została uznana za jedno z podstawowych praw człowieka. Jej sposób pojmowania i ochrona były tematem wielu sporów pomiędzy uczonymi i filozofami tamtej epoki. O politycznej koncepcji wolności wypowiedział się w dziele „O duchu praw” z 1748 roku Charles Louis de Montesquie (1689-1755) zwany Monteskiuszem, jeden z najwybitniejszych myślicieli i filozofów epoki. Rozważał zagadnienie wolności w społeczeństwie i to, jakiego rodzaju prawa może zagwarantować obywatelom jej zachowanie. Twierdził, że rozwojem rządzą prawidłowości wynikające z warunków geograficznych, modelu życia społeczeństwa, panującej religii i warunków ekonomicznych. Wyróżnił trzy rodzaje ustrojów politycznych:

  1. a) republikę opartą na suwerenności ludu wobec władzy;
  2. b) monarchię – rządy jednostki, ale zgodne z ustanowionym prawem;
  3. c) despocję, czyli rządy jednostki bez systemu prawnego.

Monteskiusz opisał zasadę trójpodziału władzy i jej wzajemne równowagi, w myśl których powinna dzielić się na wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą. Taki podział miał zapobiec pojawieniu się ustroju despotycznego, jako że każdy z trzech elementów powinien kontrolować pozostałe. W tym ujęciu istotą i rolą władzy wykonawczej staje się realizacja prawa ustanowionego przez władzę ustawodawczą, a władzy sądowniczej – ocena obu co do zgodności z intencjami ustawodawców. Monteskiuszowska zasada trójpodziału władzy bardzo wpłynęła na dalszą ewolucję ustrojów politycznych. Większość późniejszych zmian i reform politycznych, zarówno w państwach nowo powstałych jak i już istniejących odnosiła się w mniejszym lub większym stopniu do tej właśnie kwestii. Można więc uznać, że to Monteskiusz stworzył podstawy nowoczesnego podziału władzy w państwie. Nie przewidział tylko jednego, że oto w ramach wzorowo zorganizowanego systemu demokracji politycznej pojawi się element zmowy, który może prowadzić do zniweczenia demokratycznej istoty systemu. W jego czasach było to nie do pomyślenia, judaizm miał jeszcze egzotyczny i marginalny charakter, a demokracja była sama w sobie wynalazkiem odkrywczym prowadzącym do coraz szerszej i powszechniejszej społecznej zgody na jej zasady. Nie przewidział możliwości wzmiankowanej „demokratycznej zmowy”, kiedy to znacząca grupa obywateli formalnie akceptując obiektywność procesu wyborczego, faktycznie przyznaje jednak sobie samej więcej praw w ramach całkiem nieformalnych powiązań czy poufnych związków kulturowych (narodowości, mniejszości religijne), czy równie niejawne procedury ale dające się rozpoznać tylko wtajemniczonym, którzy potrafią dostrzec ukryte w nich znaczenia (homoseksualiści, wspólnota żydowska). Mamy tego dowody w przypadku społeczeństwa amerykańskiego. Trudno jest inaczej wyjaśnić niecodzienne zjawisko: Amerykanów pochodzenia żydowskiego jest zaledwie 2 procent mieszkańców, ale zajmują 70 procent najwyższych stanowisk politycznych i administracyjnych w Waszyngtonie. Trudno jest to uznać za arytmetyczny zbieg okoliczności, skoro podobna liczba mieszkańców polskiego pochodzenia ma reprezentację zaledwie śladową. Istnieje argument o wyjątkowych zdolnościach tych pierwszych, ale pachnie to rodzajem rasizmu a rebour i nie daje się przełożyć na tak wielki rozmiar rozbieżności. Musi tu działać jakiś inny mechanizm niż tylko otwarte i powszechne wybory. To, że zjawisko szkodzi amerykańskiej polityce zagranicznej widać w rosnącej izolacji USA nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale i w reszcie świata. Kraj związany narzuconymi przez system wyborczy niedostrzegalnymi z pozoru zobowiązaniami wobec Amerykanów żydowskiego pochodzenia staje w obliczu rosnącej izolacji.

            W kontekście powyższych uwag zaczyna pojawiać się problem ze zrozumieniem tego, co się właściwie dzisiaj dzieje w świecie Zachodu w sposób niekwestionowany kierowanym dotąd przez USA. Zewsząd słychać głosy o narastającym kryzysie demokracji. Zewnętrznie jest on już widoczny, ale trudno pojąć jego prawdziwą istotę. Skoro demokracja jest rodzajem ustroju doskonałego i uniwersalnego, to nie powinno to prowadzić do jego samoczynnego zepsucia. Okazuje się, że system demokratyczny jest jednak nie tylko zagrożony, ale coraz częściej naruszany, tyle, że zadziwia tego logika, skoro dzieje się to w ramach demokratycznego parlamentaryzmu? W jakich krajach wskazuje się dziś na największe „naruszenia istoty demokracji”? Wszędzie tam oto, gdzie zwycięża jej wersja prowadząca do zmiany utrwalonej struktury politycznej. To Węgry Orbana, Polska Kaczyńskiego, Austria po ostatnich wyborach i niemiecka Bawaria pragnąca powstrzymać napływ nielegalnych imigrantów ze świata islamu. Coś w tej przestrzeni dzieje się również i w samej Ameryce i jest piętnowane jako niedemokratyczny populizm.

Próbuję dojść, na czym właściwie polega sprzeczność pomiędzy „słuszną” w tym kontekście demokracją a „niesłusznym” populizmem, skoro w etymologicznym znaczeniu pojęcia są tożsame. Grecka demokratia, to rządy ludu, a jej łacińskim odpowiednikiem są pochodne od słowa populus – lud. Jeśli mówimy, że coś jest „popularne”, to dajemy informację, że jest powszechnie przez „lud” lubiane i cenione. Na czym ma więc właściwie polegać mechanizm tego, że pozytywnie przez media oceniani „obrońcy demokracji” oraz kąśliwie komentowani „populiści” mają doceniać nie wartości wspólne, ale wzajemnie przeciwne? Dochodzę do wniosku, że istota rzeczy skrywa się pod przykrywką mniemania, że jeśli to „my” rządzimy, to uznajemy to za demokrację, a jeśli naród wybiera innych niż „my”, to od rządów demokratycznych kraj najwyraźniej odchodzi. Okazuje się przy tym, że ci „oni”, automatycznie stają się niedemokratycznymi populistami, a do tego większość Polaków, to głupcy.”Rozumni jesteśmy tylko my!” twierdzi przywódca Komitetu Obrony Demokracji.

We wszystkich wymienionych wcześniej krajach Wspólnoty wybory były bez wątpienia demokratyczne i zgodnie z zasadami demokracji władzę uzyskali ci, którzy je wygrali. Okazuje się jednak, że ta „ich” demokracja może być nie tylko niesłuszna, ale szkodliwa, tyle, że ta „nasza” znalazła się z jakiejś przyczyny w stanie uwiądu i nie za bardzo wiadomo co zrobić by ją odratować. Na Węgrzech sprawa została zamknięta wobec kwalifikowanej większości Orbana dającej mu najzupełniej legalne prawo do zmiany konstytucji. W ocenie wielu mediów zachodnich, fakt, że ostatnie wybory wygrał i to ze znaczną przewagą nad resztą wcale nie oznacza, że wygrał je „demokratycznie”, skoro „nasi” przegrali. To bardzo zawiłe i mało przekonywujące. W Polsce rzecz jest jeszcze mocniej podważana zarówno ze względu na czterokrotnie większą od Węgier liczbę ludności jak i to, że nasz rodzaj demokracji był swoistą trwałością przez całe ostatnie ćwierćwiecze póki władzę dzierżyła miejska inteligencja, dla której prawo do „rządu dusz” nad Polakami było faktem niezmiennym od czasu upadku dawnej Rzeczypospolitej. Nic to, że są wybory, które – jak wskazują sondaże – „prawdziwi demokraci” znowu przegrają. Na czym jednak polega tego rodzaju zagrożenie dla samej demokracji? Zastępuje je dyktatura? Nikną wybory? Idzie tylko o sprawy rozrachunkowe, czy też kryje się za tym problem głębszy, który utrudnia zrozumienie istoty tak gwałtownej dysputy o kwestiach fundamentalnych mogących mieć dla kraju fundamentalne znaczenie? Dlaczego debata jest tak gwałtowna i emocjonalna, skoro strony konfliktu nie potrafią – prócz emocji – wskazać na tego wyraźne przyczyny? Odpowiedzią jest sprawa podnoszona we wcześniejszych tekstach: jednorodność narodowa i polityczna Polaków jest w rzeczywistości fikcją, tyle, że uznawaną za fakt. Analiza zjawiska może dopomóc w zrozumieniu przyszłości nas samych.

Przygotowując publikowane tu teksty staram się nie powtarzać wcześniej omawianych zagadnień, jednak w kontekście tego rodzaju uwag kwestia społeczno-politycznego wpływu judaizmu. Nie widać tego przy omawianiu hinduizmu, buddyzmu, a nawet kontrowersyjnej kultury islamu. Stały komentator tekstów dał mi nawet do zrozumienia, że aby wypełnić misję edukacyjną powinienem przygotować odrębną książkę na temat historii i teraźniejszości judaizmu oraz jego miejsca w świecie a także wpływu na bieg wydarzeń w innych jego częściach. Jego miejsce i rola w kulturze Zachodu bywa czasem przyczyną niezrozumiałych na pozór wydarzeń. Zabrałem się więc do studiowania trzytomowego dzieła Feliksa Konecznego „Cywilizacja żydowska”, ukończonego przezeń w 1943 roku, czyli jeszcze bez piętna wywołanego przez Holokaust. Nie tylko nie przyniosło mi to odpowiedzi na pytania, ale podważyło samo przekonanie, że jest to istotnie warte wysiłku. Lektura dzieła prowadzi bowiem do nieoczekiwanego wniosku, że oto judaizm, to zupełny fenomen w przestrzeni procesów kulturowych nie pozwalający na potraktowanie go – jak czyni się to powszechnie – na podobieństwo innych kultur. Nie posiada podobnych do nich cech, ma za to inne, pozobawione podobieństwa, przy czym próba wyciśnięcia zeń istoty tych odmienności okazuje się trudna. Co to znaczy? Ano, znaczy tyle, że judaizm nie jest, jak inne twory kulturowe, wielkim i kompletnym zjawiskiem cywilizacyjnym, ale czymś bardzo szczególnym wymykającym się definicji, a jego najważniejszym walorem wcale nie jest kulturowa ani też religijna treść, ale mniej lub bardziej egoistyczne przesłanie niesione przez wyznawców. Jakie? Imperialno-polityczne i globalne, niosące korzyści rasowe, a wcale nie narodowe. Naród żydowski w słownikowym znaczeniu pojęcia nie istnieje już od ponad dwóch tysięcy lat i nie jest pewne, czy istniał kiedykolwiek przedtem. Transcendentnie i religijnie, pojęcie narodu żydowskiego jest w gruncie rzeczy puste, bo nastawione na czysto egoistyczny i wyłącznie dwustronny, nie zaś uniwesalny, kontrakt z Bogiem dla realizacji interesów narodowych i życiowych konieczności (nakazy, zakazy) ludzi uznających się za Żydów. Tyle, że niewiele ma to wspólnego z religijnym uduchowieniem. Jego istotą nie jest oczekiwanie przybliżenia Boga czy lepsze jego rozumienie, ale osiągnięcie całkiem ziemskich korzyści i – co najbardziej niepokojące – stanu panowania nad innymi. Życia pozagrobowego praktycznie tam nie ma, a sam  system ma nie tyle charakter religijny, ile wynika z mniej lub bardziej skrywanego przekonania, że istnienie judaizmu, a z nim i samych Żydów ma właściwie tylko jeden cel, pozbawiony przy tym potrzeby przekonywania do siebie i swoich racji. Celem jest rzekome przeznaczenie w postaci panowania nad resztą kultur w świecie i to niezależnie od tego, że idea brzmi jak fantasmagoria, nie zaś poważne przesłanie społeczne.

Niewiele to ma wspólnego z widocznymi gołym okiem faktami. To świat anglosaski panuje nad największą połacią globu. Jest tak dlatego, że ma ogromną siłę kulturową, jakiej judaizm nigdy nie posiadł. To użyteczność angielszczyzny, a nie religia, uczyniłą ją narzędziem powszechnie chcianym i pożądanym. Tymczasem – jak zauważa Koneczny – „mówiono i pisano po hebrajsku tylko do II wieku przed Chr., potem stał się językiem martwym”. Jak można zapanować nad światem nie posiadając uniwersalnego wzorca i narzędzia tego panowania jakim jest wspólnota mowy? To cel zupełnie abstrakcyjny.

 Rodzima mowa będąca fundamentem każdej cywilizacji przestała być używana przez Żydów jako narzędzie przed z górą dwoma tysiącami (!) lat. Od tej pory stali się kulturą pozbawioną własnego języka, nastawioną na konsumpcję wartości tworzonych przez  innych, całkowicie przy tym zdaną na bardziej rozwinięte i funkcjonalne języki. W jaki sposób można stać się cywilizacją z ambicjami opanowania świata nie posiadając własnej mowy i opierając się tylko na nieswoich wartościach?

A jak jest z religią? Statystyki powiadają, że 95 procent amerykańskich Żydów mających być politycznym i materialnym filarem przyszłego świata deklaruje się jako niewierzący i niepraktykujący, używający na codzień nie hebrajskiego lecz angielszczyzny. Nie zamierzają przy tym w żadnych okolicznościach przestać być Amerykanami i powrócić do Palestyny, aby wzmocnić judaistyczną tożsamość własną i samego Izraela. Konkluzja Konecznego zamyka się w jednym zdaniu: „nie starożytność ani sakralizm wyróżniają żydostwo od reszty świata, lecz wybraństwo i mesjanizm” . Jakie to ma znaczenie dla pozycji judaizmu pośród innych wielkich tworów ludzkości?

  Najbardziej syntetyczną definicję zjawiska nazwanego cywilizacją sformułował wspomniany Feliks Koneczny (1862-1948). „Cywilizacja – zauważył – to metoda życia zbiorowego”. Rzecz jednak w tym, że zbiorowe życie wielkich kultur ma swoje prawidłowości, nad którymi nie panują ani księża, ani pastorzy, ani rabini. Kierują tym siły wyższego rzędu, których mechanizmów wciąż nie rozumiemy. Jak zatem dostosować pojęcie cywilizacji do cech żydowskiej tradycji, by zdecydować na ile spełnia kryteria autentycznego tworu, na ile zaś jest czymś innym niż pojęcie zdefiniowane ćwierć wieku temu przez Huntingtona? Sformułował je jako współzależność idei Boga i zakresu świeckości, czyli przestrzeni społecznej pozbawionej odniesienia religijnego. Judaizm jako doktryna świeckości nie posiada wcale i tworzy definicyjną trudność pod każdym innym względem a i jego rozumienie istoty Boga jest odmienne niż gdziekolwiek indziej. Podyktowane zostało nie chęcią wiary, lecz Jego kontrolowania i używania do własnych celów za pośrednictwem szczególnego rodzaju kontraktu pomiędzy wiernymi Żydami a Jahwem jako wyłącznie „ich Bogiem”, pozbawionym koniecznego dla boskości elementu uniwersalności. Przypomnijmy cechy, jakie wedle Huntingtona musi spełniać kultura, by moża było ją uznać za cywilizację:

  • Osiagnięty poziom kultury materialnej. Rzecz nie dotyczy judaizmu, skoro ze swej istoty funkcjonuje w rozproszeniu na bazie kultury materialnej tworzonej przez innych;
  • Stopień opanowania środowiska naturalnego. Podobnie jak poprzednia cecha nie ma związku z judaizmem i go nie dotyczy, ponieważ jest on systemem wędrownym, nie związanym trwale z żadnym otoczeniem.
  • Istniejące instytucje społeczne. Żydzi są w innych krajacj tylko gośćmi, więc muszą poddać się ich instytucjom społecznym, nie zaś tworzyć własne.

Cywilizacja tym się różni od poprzednich faz rozwoju ludzkości, że jest najwyższym poziomem organizacji społecznej, na którym istnieją dające się wyodrębnić obszary poczuwania się do wspólnotowości. Oto jej cechy:

  • Społeczeństwo jest zorganizowane w życie miejskie.
  • Ma tylko dla siebie charakterystyczne obiekty sakralne;
  • Posiada wspólny lub dominujący język;
  • Używa własnego pisma;
  • Żyje wspólnie w ramach jakiegoś rodzaju organizacji terytorialnej.

Rzecz w tym, że judaizm nie posiada właściwie żadnej z wymienionych.Tradycyjnie, jego społeczności koncentrowały się w miastach, ale inaczej niż inne społeczności świata. Nie tyle jednak w miastach jako takich, ile w ich szczególnych częściach  – wyodrębnionych od reszty miejskich gettach albo – jak to miało miejsce w I Rzeczypospolitej – tym miejscem był sztetl, ni to miasto ni wiejska osada, zewsząd otoczona obcością.

Trudno jest także uznać żydowskie synagogi za odpowiednik cerkwi lub kościoła, skoro służą nie tylko modlitwie, lecz różnego rodzaju zgromadzeniom nie mającym z nią związku. Synagoga nie jest w niczym podobna do kościoła. Nie jest Domem Bożym, lecz miejscem zgromadzeń. Można tam jeść, spać i przebywać bez związku z Bogiem i modlitwą.

Judaizm nie jest wspólnotą językową. Starohebrajski, to twór od wieków martwy, ponieważ jego konstrukcja była zbyt prymitywna aby pozwolić na bardziej wysublimowane formułowanie  myśli. Żydzi już w starożytności przyjęli więc za swoją całkiem nie swoją mowę w postaci greki koine, a w średniowieczu odpryski języków europejskich – ladino w Hiszpanii oraz jidisz w Niemczech i Europie Wschodniej. Później, jak swoich, używali języków gospodarzy. Prawdziwie wspólnotowe jest tylko pismo. To jednak łatwo dostosować, jako że wywodzi się – jak greckie czy łacińskie – ze starożytnych liter i pasuje do kilkudziesięciu istniejących języków. W procesie modernizacji, europeizacji i globalizacji również i ta wspólna cecha znajduje się zresztą w zaniku.

Wspólnota terytorialna jest mała (tylko Izrael) i nie dominująca, daleko mniejsza niż światowy obszar rozproszenia. Państwowość jest zresztą ideą w tradycji żydowskiej zupełnie nową, istniejącą dopiero od 1949 roku, do tego zmienną i przybierającą wraz z następstwami toczonych wojen obraz „mini imperialny”. Mieszkańcy Izraela uważają się przy tym bardziej za Izraelczyków, niż Żydów, a to wcale nie to samo. Zgodnie z wymogami definicji tylko ci pierwsi posiadają własne terytorium narodowe. Żydów jest zresztą znacznie więcej w ramach światowego rozproszenia, aniżeli w granicach samego Izraela.

Skoro w odniesieniu do Żydów nie można zastosować pojęć uznawanych za przynależne narodom i państwom, w jaki sposób ich samych można uznać za naród w powszechnym rozumieniu słowa? Odpowiedż jest negatywna – zgodnie z historyczną logiką – nie można, a określenie jest tylko zwyczajowe, ponieważ „naród żydowski” wywodzi się nie z geograficznych faktów, lecz religijnego pojęcia „naród wybrany”, nie będąc narodem ani w rozumieniu etnicznym, ani terytorialnym. Inaczej mówiąc, pojęcie narodu żydowskiego znajduje się w powszechnym użyciu nie dlatego, że Żydzi narodem istotnie są, lecz z powodu upartego używania tego określenia w międzynarodowych mediach. Wszyscy się na to godzą dla „świętego spokoju”. To jednak nie zmienia istoty rzeczy, że stali się swego rodzaju ponadhistorycznym fenomenem na światową skalę.

Skoro Żydzi nie są narodem w powszechnym rozumieniu słowa, to kim właściwie są? Nie można przecież zaprzeczyć istnieniu zjawiska tak obrosłego w historię i wielostronne emocje. Jest to przyczyną tego, że nie mogę spełnić powziętego zamiaru napisania większego opracowania na ten temat. Nie można odpowiedzialnie pisać o istnieniu swego rodzaju międzynarodowego fantomu, zupełnie niepodobnego do innych tworów, którego przyszłe losy też są zupełną zagadką. Wiele wskazuje na to, że ostatecznie ulegnie roztopieniu w procesie globalizacji.

Co jest jednak w judaizmie takiego, że omawiając treść i tło jak najbardziej współczesnych wydarzeń kulturowych wciąż trzeba sięgać do tego zagadnienia. Do tego opierać się trzeba na źródłach, które zwykle nie spełniają wymogu naukowej wiarygodności, lecz istnieją jako zwodnicza pamięć zbiorowa przypominająca raczej ideologię niż materię wiedzy. Dziś już wiemy z całą pewnością, że współcześni Izraelczycy nie są potomkami starożytnych mieszkańców Palestyny, lecz ludnością napływową pochodzącą z daleka, głównie z niegdysiejszego euroazjatyckiego pogranicza i spokrewnioną z turkojęzycznymi Chazarami znad Wołgi, którzy przyjęli judaizm przed ponad tysiącem lat. Tyle, że izraelscy uczniowie o tym się nie dowiadują faszerowani historią starożytnego ludu, który w istocie już dawno utracił cechę ciągłości i wtopił się w arabskie otoczenie. Ostatnią rzeczą, do której jest gotowa dopuścić izraelska elita, to odrobina prawdy o własnych korzeniach.

Zmarły niedawno żydowski pisarz Philip Roth stworzył dzieło starające się opisać i wyjaśnić te trudne, ale prawdziwe dylematy, doczekał się jednak tylko tego, że pominięto go w kolejce do Nagrody Nobla, a w otwartej dyskusji panelowej poświęconej mniejszościom etnicznym w literaturze  „publiczność obrzuciła Rotha wyzwiskami zarzucając mu nienawiść do judaizmu i własnego narodu” (Polityka 28.05.18). Przyczyną tego zjawiska jest szczególna konstrukcja społeczności budowanych na historii Żydów, która – w przeciwieństwie do innych wielkich kultur jest bardziej ideą niż faktem, skonstruowanym przy tym sposób pozwalający mity ubierać w szaty faktów by móc same fakty ignorować. To nie tylko kulturowa ciekawostka, ale ważny fakt polityczny, jako że judaizm i ludzie z nim związani odgrywają znacznie większą rolę w dzisiejszym świecie (a szczególnie w opiniotwórczych kręgach Zachodu) niż mogłoby to wynikać z samej tylko ich liczby. Będziemy więc ze sprawą wciąż jeszcze się w przyszłości spotykać, wcale nie oczekując klarownego rozwiązania. Ot, taka natura problemu…


4 thoughts on “MAMY PROBLEM Z DEMOKRACJĄ, CZY TEŻ ONA MA PROBLEM Z NAMI?

  1. 1.Z badan ktore raz czy dwa PKW ujawnila wynika ze obecnie wsrod wyborcow PIS czy Kukiz jest wiecej ludzi z wyzszym wyksztalceniem czy na stanowiskach specjalistycznych niz wsrod wyborcow PO-ciekawe co na to “inteligent” Chelstowski.To tak na marginesie.
    2.Celem Zydow jest globalne (prawie)NIEWIDZIALNE(nad)IMPERIUM.I prawdopodobnie wcale nie sa tak daleko od osiagniecia tego celu choc jak sadze nigdy go nie osiagna-sa zbyt butni i za bardzo chca pokazac innym ze to oni sa “narodem panow”(afera z IPN jest tego swietnym przykladem)-to im kreuje zbyt wielu wrogow.

  2. Na blogu często pada argument o rzekomej użyteczności języka angielskiego. Faktycznie jest to język o bardzo prostej budowie, ale przez to także mało precyzyjny, przykładowo “driver” może oznaczać jednocześnie kierowcę samochodu, czynnik wpływający na środowisko i oprogramowanie komputerowe.
    Nie jest tajemnicą, że zasięg występowania języka angielskiego mniej więcej pokrywa się z obszarami dawnego kolonijnego Imperium Brytyjskiego, a część terenów nadal jest pod zwierzchnictwem Anglików [chociażby Australia].
    Pod względem precyzji angielski ustępuje większości języków słowiańskich, nie wspominając już o hindii, przodującym jeśli chodzi o precyzję wypowiedzi [a co za tym idzie trudnością do opanowania].
    Dodatkowo angielski, podobnie jak większość języków opartych na alfabecie greckim i łacińskim, ma co prawda mało znaków [łatwość w nauce], ale pisze się nim stosunkowo wolno i niewygodnie, a wiele angielskich głosek nie ma odwzorowania w zapisie [choć szczytem w tej materii jest oczywiście francuski]. Pod względem łatwości i szybkości zapisu angielski nie może równać się z arabskim, a i ten ostatni nie jest wcale liderem, ponieważ prym wiedzie bazujący na stenografii alfabet Inuków.
    Z powyższego jasno wynika, że dominacja angielskiego nie wynika wcale z jego prostoty [choć ta faktycznie może pomagać] czy domniemanej precyzyjności, a z konsekwencji politycznych.
    Potwierdzają to także inne przypadki: w byłych państwach ZSRR dominuje rosyjski, państwa będące w przeszłości częściami Imperium Osmańskiego mówią językami tureckimi, a na Bliskim Wschodzie dominuje arabski, który zastąpił wcześniejszą grekę. Nie oznacza to, że należący do języków Wielkiego Stepu Turecki odznacza się wyjątkową precyzją, a Arabski jest łatwiejszy w nauce od Greki [choć po arabsku pisze się faktycznie szybciej]. Po prostu jest to wynik podbojów i dominacji konkretnych grup etnicznych, które mówiły danym językiem.
    Nawiązując bardziej do artykułu, także potomkowie Chazarów nie przeszli z odmiany tureckiego na języki indoeuropejskie ze względu na jego użyteczność, ale na dominujący charakter tych języków.

      • Jeśli chodzi o złożoności danych jeżyków, polecam po prostu podręczniki do ich nauki. Np. kilkuczęściowy “Język Hindi” Danuty Stasik. Niestety nie kojarzę podręczników do pisma rożnych Indian kanadyjskich i Inuków, bazujących właśnie na stenografii. Tutaj trochę o samym piśmie i językach Kanady:
        omniglot.com/writing/inuktitut.htm
        tusaalanga.ca/node/2502

        W kwestii samej stenografii polecam zajrzeć chociażby na dwie stronki [przy czym drugi link to bardziej opowieść niż opis]:
        tachygrafia.blogspot.com/2011/10/jednolity-system-stenografii-polskiej.html
        fahrenheit.net.pl/archiwum/f70/12.html

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *