ZDRADA STANU I KOLABORACJA. A FE!

Kiedy poseł Giżyński z gracją prawdziwego Polaka-opozycjonisty obwieścił w telewizyjnym programie, że „to Tusk jest zdrajcą i kolaborantem”, nie mogłem tak od razu uznać Jego stwierdzenia za obrazę premiera, bo z samej gracji wypowiedzi wynikało, że poseł PiS uznaje to tylko za lekką przyganę, w rodzaju – „a fe!”. Przywykłem już, że słowa najcięższego kalibru są wrzucane do debaty jak kostka cukru do kawy, po to by coś z czymś wymieszać. Dzisiaj jednak mnie tknęło i sięgnąłem do słownika poprawnej polszczyzny. Dowiedziałem się wtedy rzeczy strasznych. Pojęcie zdrady użyte wobec szefa rządu nie może dotyczyć zdrady małżeńskiej, ani partnerskiej, a tylko jednego jej rodzaju – zdrady stanu. Podobnie jest ze słowem „kolaborant”. Okazuje się, że w naszym pięknym języku, już od dawna nie oznacza ono „współpracownika”, lecz w myśl dekretu z 10 grudnia 1946 roku za czyny polegające karze z tytułu kolaboracji zostały dodatkowo uznane:

• „pomoc w działaniach okupanta na szkodę Państwa Polskiego, obywateli polskich a także polskich podmiotów prawnych;

• udział w organizacjach przestępczych utworzonych lub uznanych przez władze okupacyjne oraz w zrzeszeniach politycznych popierających politykę okupanta”.

Wtedy zrozumiałem, że kraj nasz ukochany jest pod obcą okupacją, a premier jego rządu dopuścił się nie tylko kolaboracji, ale i zdrady stanu, czyli – jak powiada definicja tego czynu – „zbrodni godzącej w najistotniejsze interesy państwa, w postaci udziału obywatela w działaniach przeciw własnemu krajowi, próbie obalenia jego rządu poprzez zamach stanu, uczestnictwa w działalności zmierzającej do uszczuplenia terytorium państwowego lub próbie zabójstwa głowy państwa”. To ostatnie jest już potwierdzone: Tusk, co zrobił, wiadomo! Zamordował byłego prezydenta z pomocą ruskiej brzozy…
Zrozumiałem jednak wszystko dopiero po zapoznaniu się z treścią Kodeksu Karnego, który dla przeniewierców jest bezwzględny: Artykuł 127 § 1 nie pozostawia wątpliwości co do samej istoty kolaboranctwa: „Kto, mając na celu pozbawienie niepodległości, oderwanie części obszaru lub zmianę przemocą konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje w porozumieniu z innymi osobami działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 10, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.”
Mój umysł natychmiast rozpoczął analityczną pracę. Najpierw, puścił się w ślad za najważniejszą poszlaką popełnienia przestępstwa: czy Polska jest pod obcą okupacją? Oczywiście! Przecież nie rządzimy tu my, ale Oni. Nie trzeba ich zresztą szukać gdzieś daleko na Wschodzie. Są tuż za miedzą – w Brukseli, której Tusk poddał kraj! Zaraz, zaraz! – przyszła refleksja, przecież w 2004 r. oddał go im Miller, nie Tusk! Pamiętam, jak pozbawiał nas w Brukseli sztandaru niepodległości razem z Kwaśniewskim! Ale przecież, to niemożliwe, by zdrajcą był Miller! On siedzi w Sejmie najbardziej na lewo i styka się niemal własnym ciałem z ciałami tych, co są najbardziej na prawo, a oni wszak są patriotami jedynymi i prawdziwymi! Napisane to mają nawet w sejmowych legitymacjach: „Poseł Mniejszościowy”. Tak, tak! Patriotyzm jest w mniejszości! Takie to czasy – z demokracją pozorów, bez führera i prawdziwego przewodnika, niesłusznie skazanego na nudę poselskich ław. Miller woził kiedyś, to prawda, w workach jakieś ruble, ale przecież szybko okazało się, że to tylko dolary do zwrotu. Nie może być winien zdrady! Lewe ciało za blisko ciała prawego, by tam szukać zdrady. Pozostaje Tusk!
Z tego, że Tusk Polskę oddał obcym wynika, rzecz jasna, że już jej nie tylko nie broni, ale przeciwnie – udziela, jak mówi prawna definicja kolaboracji – „pomocy w działaniach okupanta na szkodę Państwa Polskiego, obywateli polskich a także polskich podmiotów prawnych”. Racja! Przecież pomaga im w sposób otwarty – podporządkowuje się prawu brukselskiego okupanta za nic mając nasze rodzime rozwiązania! Pójdźmy zatem dalej i spytajmy, czy Tusk – jak mówi Kodeks Karny – ma również „udział w organizacjach przestępczych utworzonych lub uznanych przez władze okupacyjne oraz w zrzeszeniach politycznych popierających politykę okupanta”? A jakże! Oczywiście, że ma! A członkostwo Polski w Komisji Europejskiej? A wysłanie naszych posłów do Parlamentu w Strasburgu, to co? Patriotyzm może? Nie! To zdrada! Ich miejsce jest w parlamencie naszym, rodzimym i własnym! Tam w Strasburgu, mogą bezkarnie chodzić na dziwki za wraże okupantów pieniądze. Demoralizacja oczywista i dobrze przemyślana!
Może jednak Tusk nie jest kolaborantem? – błysnęła iskierka nadziei. Przecież jest dobry dla swoich też! Od początku była nikła. Przecież zdrajca musi kolaborować przede wszystkim z mocodawcami, inaczej nie byłby kolaborantem! Jego współpraca ze swoimi jest więc pozorna, bo to tylko przykrywka, by skryć cel prawdziwy. Czyli, że te powszechne wybory, to tylko przykrywka? Myśl mnie przeraziła. To znaczy, że one są właściwie nieważne? Niestety! Rozumowanie było bez skazy – zimne i logiczne. Patriotów mamy w opozycji, a nie w rządzie. O czym to świadczy? A o tym, że nie mamy Polaka za prezydenta. W pozornie wolnych wyborach wybrano przecież ruskiego – Komoruskiego!
Przeraziłem się nie na żarty. Tamten (Tusk) kolaboruje ze Szwabami via Bruksela i Strasburg, ten (Komoruski) z Ruskimi via…, no właśnie, którędy? Mieszkam na wschód od Warszawy, przy drodze wiodącej ku Smoleńskowi i dalej – do Moskwy. Wyjrzałem przez okno. Ludzi w obcych mundurach nie było widać, ale pamiętałem, że w pobliskim lesie są jeszcze ślady po okopach z czasu wojny. W jednych siedzieli wtedy Ruscy, a w drugich Szwaby. Może siedzą dalej? Wcale nie było mi do śmiechu. W tajemnicy przed rodziną pobrałem z komórki szpadel i zacząłem okopywać się pod Radzyminem. Tkwiłem tam sparaliżowany zdradą i kolaboranctwem tych, którym zaufałem. Tam mi dopomóż Bóg!
Wiosna chłodna i wilgotna. Zmarzłem w tych okopach, ale naszła mnie myśl, by porzucić bierność oczekiwania i dokonać jakiegoś czynu. Niepodległość zawsze można przecież odzyskać! Może więc jakieś powstanie? Oczywiście „mazowieckie”, bo i wielkopolskie i śląskie już było. Jeśli zginę, będę miał przynajmniej pomnik. Obok księdza Skorupki… Właśnie, dlaczego pomnika Księdza nie ma? Czy to też kolaborant tylko krzyżem się zasłaniający? Zginął, jak mówią niektórzy miejscowi, nie na froncie pod Radzyminem, ale zabili go towarzysze broni, rozpoznając pod czernią sutanny prawosławnego popa. Jakie jeszcze dowody? A opinia Piłsudskiego, to co? Nie bez powodu nie chciał Pomnika Bitwy Warszawskiej argumentując to wieprzem. Słynnym manewrem znad Wieprza, oczywiście! I właśnie! Znowu straszne podejrzenie! Dlaczego nikt nie chce pomnika Manewru, tak brzemiennego w skutki, że europejscy historycy uznali go za jedną z najważniejszych bitew w dziejach świata? Nie tylko poseł PiS, ale i znany bard piosenki kabaretowej żąda tylko pomnika Bitwy Warszawskiej ze Skorupką w tle. A dlaczego nie chce upamiętnienia bitwy nad Wieprzem, po której bolszewicy zatrzymali się aż na Ryskim Traktacie? Może i poseł i sam bard też są kryptoprawosławni? Rozejrzałem się uważnie po starych radzymińskich okopach, zauważając, że jestem sam. Nie ma ze mną ani kabaretowego barda, ani bojowego posła. Nikt nie broni Radzymina! A może poseł z bardem okopali się nad Wieprzem, pozostawiając północną flankę odkrytą? Myśl straszna sama w sobie, wprost samobójcza…


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *