ETNOS, CZYLI COŚ, CO RZĄDZI I O ZDANIE NIE PYTA.

            Każdy z nas ma przekonanie, że wypowiada się klarownie i zrozumiale, a sam również doskonale rozumie, co chce przekazać innym. To przyczyna wielu nieporozumień, zwanych „towarzyskimi”. W rzeczywistości, każdy z nas często się myli, ponieważ opiera swoje wypowiedzi na własnej wiedzy i własnym aparacie myślowym, a inni, posiadający inny zasób wiedzy i odmienny schemat myślenia, niekoniecznie akceptują ten rodzaj rozumowania. Istotą publikowanych rozważań, jest przekonanie, że istnieje obiektywna wiedza o rzeczach i procesach, których istnienie należy przyjąć do wiadomości i uznać, że codzienne odkrywanie prawd nowych jest może i atrakcyjne dla mediów, ale zupełnie nieatrakcyjne dla samej prawdy, której wyjaśnienie i utrwalenie w umysłach jest kluczem do bezpiecznej codzienności. Dla mediów najważniejszy jest czas bieżący i zaspokojenie codziennego zainteresowania publiczności, nie są nim prawdziwe i zwykle bardzo złożone źródła aktualnych wydarzeń, wymagające czasem przeprowadzenia trudnego dowodu. W ramach naszych rozważań, interesuje nas jednak sama istota sprawy, nie zaś powierzchowne komentarze.

Nie ma, rzecz jasna, wątpliwości, co do tego, że obiektywizm, to reżim trudny do utrzymania w każdego rodzaju rozumowaniu. Rzecz w tym, że większość zainteresowanych nawet najbardziej ważnymi dla świata sprawami, zajmuje się na codzień czymś zupełnie innym, a podejście, które można określić, jako obiektywne i dogłębne, staje się dla nich trudno odstępne. Trudno wymagać od inżyniera konstruktora, by poświęcał socjologii i stosunkom międzynarodowym tyle samo czasu, co swej konstruktorskiej pasji. To raczej rola tych, dla których te właśnie dziedziny są zarówno pasją, jak i przestrzenią działalności zawodowej. Przykładem odmiennego rozumienia omawianej na tych łamach sprawy, może być komentarz do ostatniego tekstu, przesłany przez czytelnika podpisanego „jazmig”. Pisze on, co następuje: „Autor nie dostrzega faktu, że zachód od początku Majdanu rozpoczął nieprzyjazne kroki wobec Rosji. To nie Rosja rozpoczęła tę grę”. Spojrzenie czytelnika jest najwyraźniej dotknięte jakiegoś rodzaju osobistym doświadczeniem i to zapewne doświadczeniem jednostronnym. Nasuwa się pytanie, w jaki sposób można dojść do wniosku, że „Zachód na Majdanie”, czyli w samym sercu Ukrainy, „rozpoczął nieprzyjazne kroki wobec Rosji”? Aby taki pogląd sformułować, trzeba wpierw uznać, że Rosja miała prawo mieć swoje interesy w samym centrum stolicy Ukrainy i do tego sprzeczne z interesami jego własnych mieszkańców. Język komentarza jest przy tym dość osobliwy. To nie Rosja wysłała tam wojska, lecz kijowska junta poduszczona przez Amerykanów”, a legalny i demokratyczny rząd Janukowycza, został wedle autora komentarza obalony siłą. Czytelnik ma najwyraźniej, albo jednoznaczne prorosyjskie poglądy, albo też dziejące się tam wydarzenia dotknęły jego bliskich lub ich interesy. Jak zwraca uwagę autor innego komentarza, „żadne pieniądze, ani dolary ani ruble, nie były w stanie zmusić kilku tysięcy ludzi do biwakowania tam przez całą zimę”. To stwierdzenie uznajemy za istotę wszystkich dokonywanych tutaj analiz, ponieważ również wychodzimy z założenia, że żadne wielkie społeczne przemiany nie mogą być rezultatem działania spiskowców, lecz ich prawdziwą przyczyną są masowe społeczne odczucia i to one są też ich istotą. Stawiamy również tezę, że to, co dzieje się dzisiaj na Ukrainie – a dzieje się wbrew rosyjskim interesom i poglądom – spełnia wymogi definicji rodzenia się nowego etnosu, czyli społeczeństwa świadomego nie tylko swej odmienności, ale i własnej podmiotowości. Rzecz jest szczególnie ważna w Europie, gdzie z samej istoty naród jest uważany za jedyną legalną podstawę istnienia państwowości. Nie jest przypadkiem, że Rosjanie, kwestionując istnienie narodu ukraińskiego i określając go mianem zjawiska upowsko-galicyjskiego, podważają również istotę ukraińskiego państwa. Interesujące, że w samej Rosji też jest widoczna coraz silniejsza tendencja do widzenia jej samej, jako kraju przeznaczonego tylko dla Rosjan, a nie – jak za czasów caratu, czy też ZSRR – dla wszystkich mieszkańców bez względu na ich narodowość i język urodzenia. Paradoksalne, że zwalczanie odrębności narodowej Ukraińców i Białorusinów, idzie w parze z rozwojem rosyjskiego nacjonalizmu, zupełnie sprzecznym z dążeniem do posiadania ponadnarodowego imperium. To jednak, w gruncie rzeczy, zjawisko normalne. W kategoriach europejskich, niezwykłe były usiłowania przedstawiania obu dawnych rosyjskich tworów państwowych, jako zarazem rosyjskich i nierosyjskich i udawania, że Rosjanie, to rodzaj społeczeństwa, w którego przestrzeni narodowość nie miała znaczenia, zastąpiona samą tylko lojalnością wobec państwa. Dzisiaj, okazuje się, że poczucie przynależności narodowej znaczenie posiada, mało tego, staje się ono kluczowe dla zrozumienia motywacji rosyjskich władz. Główną przyczyną upadku zarówno carskiej Rosji, jak i komunistycznego ZSRR, była czysto ideologiczna teza, że pomiędzy Europą z jednej strony, a Chinami i Japonią – z drugiej, jest miejsce dla jakiejś trzeciej, odrębnej cywilizacji, społecznego tworu o cechach odmiennych zarówno od Europy, jak i od Azji. Od zarania dziejów ludzkości był to jednak region, w którym ze względów geoklimatycznych nie mogło pojawić się osiadłe rolnictwo, więc nie mogła też powstać nie tylko odmienna cywilizacja, ale warunków nie starczało do pojawienia się cywilizacji jako takiej. Nie ma w historii ludzkości wątpliwości, co do tego, że tylko osadnictwo typu rolniczego spełniało warunek pojawienia się samodzielnej wielkiej kultury, nazywanej cywilizacją. Jej tworzywem było nawarstwianie się społecznej wiedzy, utrwalanej także w postaci pisma. Nie jest to możliwe w społeczeństwach koczowniczych, zbudowanych z wiecznego ruchu w poszukiwaniu pastwisk, zaprawionych przy tym agresją i zazdrością w stosunku do osiągnięć ludów osiadłych. Istotą społeczności koczowniczych jest nie tylko niedostatek pisanej wiedzy o samej sobie, ale również nieodczuwanie potrzeby kształtowania prawa własności, które stanowi klucz do zrozumienia treści każdej dojrzałej kultury. Z tej przyczyny, dopiero dzisiaj jesteśmy świadkami powstawania etosu rosyjskiego narodu, budującego konieczne instrumenty, by mogł być uznany za naród, a nie tylko za mieszkańców kraju. To rzeczywisty przełom w jego historii, ale spóźniony w stosunku do innych wielkich kultur o conajmniej pół tysiąclecia. Jeszcze nie tak dawno, bo w okresie caratu i radzieckiego imperializmu, Rosjanie musieli uznawać – przynajmniej formalnie – odmienność Polaków, Finów, Buriatów, czy Tatarów, a jednocześnie mogli bez żadnych konsekwencji wyrażać pogląd, że Ukraińcy, to Małorosjanie, czyli zaledwie inny rodzaj Rosjan. Tyle, ze pogląd, to jedno, a rzeczywistość – drugie. Ukraina w poczuciu odrębności, głęboko uzasadnionej własną historią, tego poglądu nigdy nie przyjęła do wiadomości. Rosjanie, zamiast akceptować obiektywnie istniejący stan, poddali się presji własnej propagandy i nie mogąc uwierzyć w „ukraińskie wiarołomstwo”, przeżywają kulturowy szok. Ten fakt wyjaśnia również – incydentalne i z pewnością krótkotrwałe – zjawisko poparcia społecznego dla poczynań Putina. Jest błędem traktowanie obecnej fali agresywności Rosji, jako samej tylko reminiscencji po dawnym imperium. W rzeczywistości, przyczyna rosyjskich frustracji i nagłej społecznej euforii wywołanej aneksją Krymu, jest inna i daleko wykracza poza granice samej tylko nostalgii za utraconą potęgą. Zrozumienie tego zagadnienia pozwoli zminimalizować koszty, jakie Europa będzie ponosić przyjmując kiedyś Rosję do grona pełnoprawnych państw europejskich. Niezależnie od tego, co czyni Putin, Rosja przecież nie zniknie z mapy świata, bo też i obok nowego zjawiska w postaci powstania samodzielnego etnosu Ukrainy, na naszych oczach rodzi się również nowy etnos samej Rosji.

       Encyklopedycznie, etnos, czyli zwarta grupa etniczna, to społeczność posiadająca świadomość odrębności w stosunku do innych grup w przestrzeni używanego języka, tożsamości kulturowej, zestawu cenionych idei oraz odrębności własnej historii. Jak powiada encyklopedyczna definicja, „bycie członkiem danej grupy etnicznej powiązane jest m.in. z religią, dziedzictwem kulturowym, kuchnią, rytuałami, miejscem zamieszkania”. Ukraina jest pod tym względem przestrzenią szczególną, ponieważ przez setki lat była poddawana silnym i do tego zupełnie sprzecznym wpływom zewnętrznym zarówno z zachodu, jak i ze wschodu, co jest też przyczyną tego, że jej dojrzały etnos tworzy się właściwie dopiero dzisiaj i jest, w porównaniu z innym regionami Europy znacznie opoźniony. Powstawanie narodowego etnosu w okolicznościach, w jakich znalazła się Ukraina, jest utrudnione, bo często kończy się prostym wtopieniem słabszego w ramy silniejszego. To zresztą sformułowanie zwodnicze, ponieważ nigdy nie wiemy tego, czy etnos uważany za przebrzmiały, nie może się nagle gwałtownie odrodzić i ponownie stać się dynamiczną i twórczą siłą. Szkocja, która właśnie przeszła przez trudne referendum, nie była nigdy przedtem dla Wielkiej Brytanii poważnym problemem etnicznym. Jej położenie na najbardziej na północ wysuniętym cyplu wyspy, powodowało, że pasowało do niej powiedzenie, że „diabeł tam mówi dobranoc”, bo też i jedynym jej sąsiadem i to od początku istnienia, była tylko Anglia. Takie położenie kraju sprawiło, że w 1707 roku, szkocki parlament poczuł się zmuszony od wyrażenia zgody na unię państwową z Anglią. Ostatecznym argumentem było kosztowne fiasko samodzielnej próby utworzenia własnej zamorskiej kolonii. Szkoci, ze względu na to, że etniczny skład ludności był następstwem osadnictwa z terenu Anglii, od tysiąclecia nie mieli w użyciu języka innego, niż angielski. Resztki dawnego języka autochtonów – „gaelic” zachowały się już tylko na kilku wysepkach północnego wybrzeża. Nigdy też nie istniała bariera językowa pomiędzy Szkotami i Anglikami. Z tego względu, dla mieszkańca Polski, żądanie Szkotów by przyznać prawo do własnej państwowości, może wydawać się czymś niepojętym. To trochę tak, jakby niepodległości zażądała któraś z części Polski – Mazowsze, Pomorze, czy Wielkopolska. Jakie mogłaby przedstawić argumenty na poparcie żądania?

Nie ma tu miejsca na rozważanie głębi szkockiej świadomości narodowej, lecz trzeba podkreślić wagę tego właśnie słowa „świadomość”. Rzecz rozgrywa się przecież nie tyle w obiektywnej przestrzeni zdarzeń i namacalnych faktów, ale w zupełnie niematerialnej i trudno uchwytnej sferze myśli, intelektu i poglądów. Świadomość ma to do siebie, że wiara wielu osób w istnienie czegoś, nawet jak najbardziej ulotnego, może przekształcić się w realny fakt, który w sprzyjających okolicznościach nabiera nagłego znaczenia. Podobne zjawisko nie pojawiło się dotąd na całym obszarze Republiki Ukrainy. Różni ją zresztą od Szkocji właściwie wszystko: historia i narodowa tradycja, język, obyczaje, religia, ale łączy właśnie to – nagła potrzeba świadomości odrębności, prowadząca do zdefiniowania własnej tożsamości. Ale tożsamość, to nie namacalny i zwyczajny fakt, jak wiele innych, które można zważyć, zmierzyć i obejrzeć. To wizja nie tylko własnej osoby, ale też i dostrzeżenie osobowości własnego narodu oraz kultury uznawanej za wspólną, chociaż po części i wspólną z innymi. Z jednej strony, jest to rodzaj związku łączącego podmiot tożsamości z nim samym, z drugiej – to również jego relacja z innymi podobnymi bytami.

Drążymy zagadnienie z prostej przyczyny. W nawiązaniu do emocjonalnego komentarza czytelnika poprzedniego tekstu, zwracamy uwagę na to, że – i tak jest w przypadku Ukrainy – prawdziwym źródłem wielkich społecznych wydarzeń nie są ani czyny jednostek, grup, ani nawet polityka całych państw. W przypadku Ukrainy, uderza też to, że jeszcze rok temu jego mieszkańcy byli uważani za prorosyjskich Małorosjan, zupełnie obojętnych wobec idei „europejskości”. Dzisiaj, uderza ich antyrosyjskość i pęd do stowarzyszenia z Unią Europejską. Pojawiają się w związku z tym dwie kwestie:

  • Jaka jest przyczyna tej nagłej zmiany nastrojów?
  • Czy ukraińska proeuropejskość jest rozłożona jednakowo w całym kraju, a jeśli nie jest, to, jakie jest tego źródło i możliwe następstwa?

Odpowiedź na oba pytania kryje się w samej historii kraju. Wbrew głoszonemu od dawna stanowisku Rosji, ukraińskość nie jest innym rodzajem rosyjskości, lecz posiada osobną naturę i odrębność. Rosjanie, to naród powstały w wyniku zastąpienia Mongołów przez Moskwę jako siły jednoczącej kontynentalną przestrzeń Eurazji od Kazania po Ocean Spokojny. Kazdy czytelnik historii Rosji bez trudu zauważy, że wszyscy autorzy opowieści rozpoczynają ją od narodzin Czyngis-chana, Mongoła, który o istnieniu Rusi, ani Moskwy nie miał żadnej wiedzy. Ale też z tą historią sami Ukraińcy z Kijowa i Lwowa nie mają nic wspólnego. Zawsze byli „tutejsi”, „ruscy”, a nie „rosyjscy” i ograniczeni do wschodniej części Europy, mało ekspansywni, raczej pasywni i poddający się dominacji innych a także pozbawieni bezpośrednich związków z tatarską Azją. Dlatego też, w chwili, gdy pojawiła się możliwość samoidentyfikacji, została ona wykorzystana na rzecz uświadomienia sobie własnej i europejskiej „ukraińskości” i co ważniejsze – odrębności od samej Rosji, kraju wielkiego pod względem terytorium, ale rozwijającym się na odległych obrzeżach obu kultur – zarowno europejskiej, jak i chińsko-mongolskiej. Problem w tym, że poziom „ukraińskości” jest niejednakowy i mocno zależny od historycznych losów każdego regionu. Najsilniejszy jest na obszarach zachodnich, gdzie lokalna i prawosławna „ukraińskość” była „od zawsze” nie-rosyjska, bo musiała nauczyć się współżycia z rzymsko-katolicką polskością, wydając z siebie greko-katolicki kościół unicki. Tam jednak, gdzie Europa w wydaniu Pierwszej Rzeczypospolitej już nie sięgała i dominantą kulturową było tylko rosyjskie prawosławie, ukraińskość mogła być uznawana za „małorosyjskość” i tylko za lokalny rodzaj folkloru. Obecna Ukraina stanęła przed poważnym dylematem: pozostać w tych samych, co dzisiaj, formalnych granicach i odłożyć formowanie się nowego etnosu na nieokreśloną przyszłość, czy też ograniczyć go tylko do tego regionu, który jest już uformowany i tożsamy z jej zachodnią częścią oraz historią przedrozbiorowej Rzeczypospolitej, resztę zaś pozostawić przyszłości.

Rozpoczęliśmy rozważania od pojęcia „etnosu”, odbijającego narodową treść każdego społeczeństwa. Powszechny jest pogląd, że decydujący jest w tym używany język, czyli instrument porozumiewania się ludzi i narzędzie wspólnotowej wiedzy. Samo pojęcie „etnosu” pochodzi od greckiego określenia mowy i narodowości, ale i językowej oraz obyczajowej obcości w stosunku do otaczającej wtedy starożytną Grecję reszty. „Etniczny”, w dzisiejszym znaczeniu, to już określenie społecznej i narodowej tożsamości, co nie zawsze jest toższame z używanym językiem. Serbochorwackiego używają cztery społeczeństwa, uznające się za odmienne narody – Serbowie, Chorwaci, Bośniacy i Czarnogórcy. Podobnie i współczesne pojęcie – „Ukrainiec”, wcale nie musi oznaczać osoby posługującej się ukraińskim językiem, a jedynie taką, która poczuwa się do ukraińskiej narodowości. Dlatego też, w dzisiejszym dyskursie, nadrzędność zdobywa określenie „cywilizacja”, które nie wiąże poczucia wspólnotowości bezpośrednio z rodzajem używanego języka, ale z odrębnością tradycji kulturowej. Tyle, że jest ono dla społeczeństw znacznie trudniejsze do zrozumienia.

Można wskazać na krańcowo odmienne zasady budowania społecznej tożsamości. Jeden, to Indie, a drugi – właśnie Ukraina. Mieszkańcy Indii używają kilkudziesięciu samodzielnych języków, niekiedy tak bardzo się od siebie różniących, że wzajemnie niezrozumiałych. Język hindi z okolic Delhi, należy do gałęzi indoeuropejskiej i z tego punktu widzenia jest bliższy językowi urdu, używanemu we wrogim Indiom Pakistanie, czy nawet do polszczyzny. Jest przy tym bardzo odległy w słownictwie i budowie gramatycznej od używanych na południu kraju języków drawidyjskich, istniejących tam jeszcze przed kolonizacją Indii przez indoeuropejskich Ariów sprzed trzech tysięcy lat. Wzajemne niezrozumienie języków, nie przeszkadza jednak tworzyć jednej hinduistycznej kultury opartej na wspólnocie religii i obyczajów oraz uznawać pakistańskich muzułmanów, używających tej samej mowy, za obcych. Tyle, że – w europejskim znaczeniu słowa – „narodu indyjskiego” nie ma, bo też nie istnieje indyjska wspólnota etniczna. Tym też różni się Europa od Azji, a szerzej – Wschód od Zachodu. Etniczność, czyli przywiązywanie wagi na narodowości, to wyłączny wynalazek Europejczyków. Pojawia się tylko pytanie, jakie są tej Europy granice? Jest ono dzisiaj szczególnie aktualne w jej wschodniej części, czyli w przestrzeni mieszczącej się pomiędzy dokonaną już europejską integracją, a Rosją i rosyjskością.

Przypadek Ukrainy jest przy tym nie tylko szczególny, ale pozwala na obserwację, niejako „na żywo”, tworzenia się lub rozdzielania się etnosu. Mieszkańcy dzisiejszej Ukrainy, nawet ci, uważający się za Ukraińców, nie używają tego samego języka. Jest on z całą pewnością w użyciu w dawnej Galicji i jej pograniczu, a rosyjski – na Krymie. Posługuje się nim również znaczna część ludności najbardziej na wschód wysuniętych obwodów kraju – Ługańska i Doniecka. Reszta, używa lokalnych odmian i ukraińsko-rosyjskich mieszanek, a nawet samego tylko rosyjskiego (Odessa), nie poczuwając się przy tym do rosyjskości. To z tego powodu sytuacja rządu w Kijowie jest tak trudna, gdy – zgodnie ze standardami europejskimi – pragnie postępować wedle „woli ludności”. Rzecz w tym, że ta „wola” jest niemożliwa do zdefiniowania, nawet dla samych zainteresowanych, skoro pewność „ukraińskości”, w europejskim znaczeniu, wykazują tylko mieszkańcy zachodniej części kraju. W jaki sposób stworzyć z tego wspólny i jednolity ethnos, czyli silne poczucie wspólnotowości, skoro różni Ukraińców nie tylko używany język, lecz również i kultura dnia codziennego, sympatie geopolityczne, a także historia i tej kultury tradycja? Ci, którzy w nacjonalistycznym zapędzie oburzają się na Poroszenkę, zarzucając mu „oddanie” Rosji wschodnich obwodów kraju, nie rozumieją, że nacjonalizm prowadzący do poświęcenia zdrowia i życia dla obrony wspólnoty, wymaga również jednolitego narodowościowego zaplecza, a tego właśnie Ukrainie brakuje najbardziej. Bez tego, rząd w Kijowie nie posiada wystarczających narzędzi dla zapewnienia integralności kraju. Tyle, że i samej Rosji brakuje dokładnie tego samego, czyli silnej narodowej tożsamości. Ta rodzi się dopiero teraz.

Pod względem tożsamości kulturowej i państwowej, Ukraina była prawdziwą jednością krótko, bo tylko do końca panowania Mścisława Wielkiego (1125-1132), syna Włodzimierza Monomacha (1113-1125). Potem, znać dały o sobie rozmaite opcje kulturowe i polityczne. W 1135 roku od Rusi oddzielił się Nowogród Wielki i wszedł w orbitę niemieckiego Związku Hanzeatyckiego. W latach czterdziestych dwunastego stulecia, oderwała się od niej, położona daleko na wschód, ziemia suzdalsko-rostowska, a na początku XIII wieku, cała Ruś podzieliła się na kilka zupełnie niezależnych i odrębnych państw. Ostatecznie, trwale oddzieliły się od siebie ziemie północno-wschodnie (Moskwa) od południowo-zachodnich (Kijowszczyzna i Halicz, czyli późniejsza Galicja). Te ostatnie zresztą, coraz silniej wchodziły w orbitę wpływów zachodnich, reprezentowanych tam przez Polskę i Węgry. Poprzez chrzest w obrządku rzymsko-katolickim weszła w tę orbitę również Litwa, która wchłonęła przedtem ruskie księstwa północno-zachodnie (dzisiejsza Białoruś), co ostatecznie przypieczętowało podział dawnej Rusi na część zachodnią w składzie państwa polsko-litewskiego oraz wschodnią, jako część azjatyckiej kultury Mongołów. Takie jest prawdziwe źródło dzisiejszych podziałów w regionie i nie zagłuszą tego żadne ideologie ani teorie. Z punktu widzenia biegu dziejów, silne zróżnicowanie Ukrainy jest faktem przesądzonym, chociaż trudno jest przewidzieć formę, jaką to przybierze w przyszłości. Na tym też polega działanie braudelowskiego „prawa długiego trwania”, dla którego bieżące decyzje polityczne, a także lokalne powiązania gospodarcze, mają znaczenie drugorzędne. Pierwszorzędne, ma pewien rodzaj trwałej wspólnoty żródeł kulturowych, czego też często nie uświadamiają sobie nawet i uczestnicy wydarzeń, sądząc, że wszystkie ich opcje i decyzje mają charakter indywidualny, a wyboru dokonują sami i w pełni świadomości przyczyn oraz następstw.

Może pojawić się pytanie o to, dlaczego to „prawo długiego trwania”, znane w literaturze przedmiotu od z górą półwiecza, nie jest używane dla ilustracji tła tych wydarzeń? Najogólniej rzecz ujmując, przyczyną jest to, że zarówno media, jak i osoby zawodowo zajmujące się zagadnieniem, nie są zainteresowane w głoszeniu pełnej prawdy, jeśli nie jest ona zgodna z ich interesem zawodowym. A zwykle, nie jest.  Równoległym do Ukrainy przykładem działania tej zasady mogą być wydarzenia w Iraku i pojawienie się tam nagłej fali islamskiego fundamentalizmu. Uniwersytecka arabistka nazwała je w telewizyjnym programmie „niezrozumiałymi”, dowodząc tym, że nie potrafi wyjaśnić ich istoty, ani pomóc widzom w jej zrozumieniu. Zjawiska, które owocują tak nagłym powstaniem lokalnej potęgi, zdolnej do postawienia w stan alertu największych potęg Zachodu, a które jawią się specjalistom jako niezrozumiałe, póki takimi pozostaną, będą wróżyć Zachodowi klęskę. Aby z kulturowej konfrontacji, gotowej przekształcić się w zbrojne starcie, wyjść jakoś obronną ręką, konieczne jest najpierw zrozumieć jej istotę. Argument o „niezrozumiałości” zjawiska, świadczy nie tylko bezradności analityków, ale również samych zachodnich potęg, działających w znacznym stopniu na oślep.

Uczestnicy medialnej debaty o przyszłości Ukrainy, czy też Bliskiego Wschodu, są w niewygodnej sytuacji, ponieważ – prawdę mówiąc – dochodzenie do istoty rzeczy jest często równoznaczne z zagrożeniem dla ich zawodowych interesów. Teza może brzmieć nieprawdopodobnie, ale im dłużej zajmuję się przestrzenią światowych stosunków pomiędzy kulturami i wielkimi narodami, tym bardziej przekonuje mnie konieczność przyjęcia globalnego punktu widzenia na to zjawisko. Globalnego, to znaczy, świadomej rezygnacji z nacisku wiedzy własnego otoczenia. Interesy poszczególnych krajów i regionów dają się zdefiniować i być podstawą istnienia lobby lokalnych interesów niezainteresowanych w „zadrażnianiu” sprawy. Świat nie jest w stanie takiego lobby utworzyć dopóty, dopóki nie pojawi się jakaś pozaziemska konkurencja, a tylko ocena wydarzeń z globalnego punktu widzenia, jest ze swej istoty wolna od regionalnego i zawodowego partykularyzmu.

Trudno dziwić się mediom, że niechętnie schodzą poniżej pewnego poziomu powierzchowności, pozwalającej im podtrzymywać poziom oglądalności i wpływów z reklam. Wskazanie na prawdziwe źródła wydarzeń oraz obiektywne prawa, które nimi kierują, byłoby z ich punktu widzenia, ale także z punktu widzenia publiczności, zbyt jednostronne i za mało sensacyjne. A i o reklamy byłoby trudniej. Problem też w tym, że na przykład, arabiście czy orientaliście, trudno jest przemóc się na tyle, by uznać, że przedmiot jego wiedzy – społeczeństwo arabskie, czy też islam, rozumiany jako system polityczny i społeczno-gospodarczy, a nie tylko język i religia, są tak bardzo zapóźnione w stosunku do reszty świata. Każdy krok ku współczesności, jest tam odczuwany jako naruszenie stanu, do którego nie tylko przywyknięto, lecz który też został uznany za wystarczająco wygodny, by niczego w nim nie zmieniać. Nie potrzebuje żadnej zmiany system, określony w Muzułmańskiej Deklaracji Praw Człowieka, jako ten, który „ujmuje całościowo życie i jego problemy. Jest zupełnym i doskonałym kodeksem życia, nie znosi częściowych reform lub kompromisów”. Przekonaniu o wrodzonej doskonałości islamu wtóruje przesłanie duchowego przywódcy potężnego Bractwa Muzułmańskiego, straconego przez władze egipskie z oskarżenia o próbę zamachu stanu. Zapewniał, że„islam nie jest po prostu wierzeniem, jest zapowiedzią uwolnienia człowieka od zniewolenia przez innych ludzi”. W tym świetle, to bojownicy „dżihadu” są tymi, którzy niosą pochodnię rewolucji i uwolnienia człowieka z pętów niewolnictwa, nawet takiego, które mieni się prawdziwą demokracją. Wedle tego poglądu, to właśnie reszta świata, nie islam, uległa błędom i w tych błędach skostniała. Teraz, przyszedł oto czas, aby ludzi wyzwolić od nich samych. Bez ryzyka błędu, można przypuścić, że arabista, który orzekłby anachroniczność islamu jako systemu społecznego, czy też jego szkodliwość dla reszty świata, nie zostałby już nigdy zaproszony na wykłady do żadnego arabskiego kraju. A dla przedstawiciela tego rodzaju wiedzy, to naukowy wyrok śmierci, nie mówiąc o uszczerbku w dochodach. Światu naukowemu pozostaje mówić o islamie albo dobrze, albo nie mówić o nim wcale.

Podobnie jawi się dla polityków – zarówno ukraińskich, jak i zachodnich – problem przyszłości Ukrainy. Poroszenko, w jego próbach rozejmu w Ługańsku i Doniecku, jest w Kijowie obwiniany o „miękkość”, a w podtekście czuje się nawet zarzut zdrady narodowej. Również i politycy zachodni nie ośmielają się głośno powiedzieć tego, że Krym jest w rzeczywistości dla Ukrainy bezpowrotnie stracony, a przyszłość wielu regionów bliskich sercu Putina niepewna. W zamian, mówi się tylko o rosyjskim imperializmie, który zagraża pokojowi światowemu. Wszyscy wielcy uczestnicy tego spektaklu doskonale wiedzą, że to akurat światu nie zagraża, ponieważ Rosja jest na to za słaba, a jej próba wywołania światowego konfliktu skończyłaby się z całą pewnością katastrofą dla niej samej. A Putin potrzebuje sukcesów, a nie katastrofy. Dlatego logiczne jest, że pójdzie tylko tak daleko, na ile pozwoli mu sytuacja i miękkość zachodnich mocarstw.

Interesujące są w tym względzie poglądy cytowanego już rosyjskiego historyka – Lwa Gumiłowa, ułatwiające zrozumienie tego, co dzisiaj dzieje się z Rosją. Celowo używam określenia „z Rosją” a nie „w Rosji”, w przekonaniu, że mechanizm „prawa długiego trwania” uczyni niezadługo zachowania Putina i jego ekipy przebrzmiałymi i jałowymi. Istotne w tym jest nie to, co Putin czyni i co jeszcze uczynić zamierza, lecz to, dlaczego to robi. Jak powiada Gumiłow, „etnos zaczyna żyć ‘siłą inercji’ dzięki zdobytym wartościom”, a nowy cykl jego rozwoju „może być wywołany tylko kolejnym impulsem pasjonarnym, przy którym pojawia się nowa pasjonarna populacja. Ta jednak bynajmniej nie rekonstruuje starego etnosu, lecz stwarza nowy, dając początek kolejnej gałęzi etnogenezy”. Autor pisał te słowa przed ćwierćwieczem pod wrażeniem nagłego upadku etnosu sowieckiego. Jest logiczne, że w tak wielkim państwie, jakim jest Rosja, kilkanaście lat później pojawia się zapotrzebowania na wypełnienie jej nowym etnosem o dostosowanej do sytuacji treści. Inaczej, miałaby miejsce nigdy niekończąca się „smuta”. W dawnym Związku Radzieckim marzono o utworzeniu modelowego wzorca „człowieka sowieckiego”, który byłby kimś ponad małostkowością nacjonalizmu i kimś zupełnie odpornym na jego pokusy. W dzisiejszej Rosji rodzi się odwrotność owego homo sovieticus, w postaci Rosjanina-nacjonalisty w tradycyjnej XX-wiecznej formule, sprzecznej też i z rozumieniem rosyjskości z czasów carskich. Jakie są argumenty, by uznać, że dzisiejsza Rosja jest tylko przedłużeniem imperializmu radzieckiego państwa, skoro to ostatnie było otwarcie wrogie jakimkolwiek odmianom nacjonalizmu? Jak to pogodzić z faktem, że ten nowy, rosyjski nacjonalizm stał się uderzająco wyraźną cechą dopiero teraz? To przecież zupełnie nieznana sytuacja, z którą Europa nie stykała się od czasów Iwana Groźnego, czyli od okresu, kiedy to moskiewską ruskość ostatecznie zdominowała mongolska azjatyckość. Oznacza to również, że mamy nie tylko do czynienia z krajem o nowej treści, czyli „Rosją dla Rosjan”, ale też i z rodzącym się nowym zjawiskiem rosyjskiego nacjonalizmu, niosącym dla reszty świata zupełnie nowe następstwa.

Sprawa ma dwa oblicza. Pierwszy, to pytanie o to, co się takiego stało, że kraj, który jest pod względem obszaru nieco tylko okrojonym dawnym Związkiem Radzieckim, zerwał z ponadnarodową definicją obywatela, pomimo tego, że znaczna część jego mieszkańców otwarcie uważa siebie samych za przedstawicieli innego narodu, niż rosyjski? Wedle oficjalnych danych, w Rosji – „nie-Rosjan” jest aż ponad dwadzieścia procent mieszkańców, a największe z grup etnicznych, to Tatarzy, Ukraińcy i Baszkirzy. Analizujący zjawisko narodowości i nacjonalizmu, jako elementu współczesnego świata, zwracają uwagę na to, że nacjonalizm oparty na wyraźnie wyodrębnionej narodowości etnicznej, jest wyłączną cechą Zachodu. Jego dzisiejsze centrum, czyli sama zachodnia Europa, ma ustaloną zasadę, że prawo do państwowości przysługuje w zamian za silne poczucie narodowej odrębności. Jest na naszym kontynencie tylko kilka narodów, które nie posiadają odrębnego państwa – Katalonia, Kraj Basków, Szkocja, ale w tym względzie wszystko jeszcze może się zdarzyć. Idea została wyeksportowana poza Europę wraz z odkryciami geograficznymi i europejską kolonizacją świata, tyle, że pojawiła się wtedy nowa zasada, będąca w jakimś sensie odwrotnością poprzednio wymienionej. Nowo tworzone państwa stały się punktem wyjścia dla tworzenia nowych narodowości – Kanadyjczyków utworzyła Kanada, Amerykanów – Stany Zjednoczone Ameryki, a Boliwijczyków – Republika Boliwii. Trzysta lat temu takie narody nie istniały wcale. Kiedy powstanie Rosja, jako kraj tylko dla Rosjan?

Druga strona zagadnienia, to siła i ekspansywność nowego zjawiska. Jest ono dostrzegalne także i na samej Ukrainie, tyle, że nie wiemy jeszcze, czy formalne granice ukraińskiej państwowości będą kiedykolwiek – na wzór niegdysiejszych europejskich kolonii zamorskich – uznane za tożsame z granicami zasiedlenia przez ludzi o jednoznacznie ukraińskiej tożsamości, czy też ta ostatnia utrwali się i uzyska wyraźne granice na wzór „europejski”, czyli dopiero w ramach przyszłego, „bardziej ukraińskiego” państwa, pomniejszonego o rosyjskie nabytki. Jeśli obecne wydarzenia, tak mocno przykuwają uwagę świata, to ma to źródło również i w procesie europeizacji samej Rosji, czyli akceptacji przez Rosjan definicji nacjonalizmu, rozumianego na europejski sposób. Niezależnie od obecnej archaiczności jego objawów, nie jest on tak groźny dla samego świata, jak dla jej sąsiadów, w szczególności dla tych, którym przydarzyło się nieszczęście posiadania znaczniejszych populacji rosyjskiej mniejszości. Siła oporu reszty świata w stosunku do tak rozumianej ekspansji nowego, nieznanego przedtem rosyjskiego nacjonalizmu, zdecyduje również o ostatecznej definicji zasięgu „rosyjskości”, czyli tego, jak wielka liczba etnicznych Rosjan musi zamieszkiwać region, by reszta świata uznała to za podstawę do zgłaszania terytorialnych roszczeń? To zdecyduje również o ostatecznych granicach rosyjskiego państwa oraz jej najbliższych sąsiadów.

Wniosek, jaki wyłania się z przedstawionego rozumowania może być zaskakujący. Rosja, po raz pierwszy definiująca swoją etniczność w zgodzie z zakresem używania rosyjskiego języka, z definicją narodowości i społecznej oraz etnicznej wspólnoty, otwiera sobie drogę do bycia uznanym kiedyś przez Europę za twór podobny do każdego innego państwa europejskiego. To dla samej Europy dobra wróżba, albowiem przykład Unii Europejskiej wykazał, że pokojowe współżycie tak zdefiniowanych państw, okazuje się zasadą, której już nikt nie podważa. Gorsza jest, zawarta w tym wiadomość dla samej Rosji, ponieważ w dalszej perspektywie oznacza jej terytorialne zmniejszenia do takich rozmiarów, by obszar państwa był dopasowny do struktury zamieszkującej go narodowości. Oznaczałoby to utratę Syberii, lub też konieczność uznania prawa Tatarów z Kazania i innych narodowości europejskiej części kraju do samostanowienia i powołania własnej państwowości. Dzisiaj wydaje się to niewyobrażalne, ale wynika to raczej z niedostatku naszej wyobraźni, aniżeli z podważania żelaznej logiki procesów „długiego trwania”.


One thought on “ETNOS, CZYLI COŚ, CO RZĄDZI I O ZDANIE NIE PYTA.

  1. Generalnie wpis ciekawy, ale…

    “ukraińskość wydała z siebie kościół grekokatolicki” – to jakiś żart czy prowokacja?
    Unia brzeska to była starannie odgórnie zaplanowana operacja divide&conquer:
    – najpierw praca u podstaw, czyli wpływ na wybór biskupów prawosławnych (proszę poczytać, w jaki sposób to się odbywało i kogo powoływano)
    – a potem transakcja, czyli podpisanie papieru do podpisu

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *