GAZPROM I NORTH STREAM. NOWY PAKT RIBBENTROP – MOŁOTOW, CZY TYLKO GRA W CHIŃCZYKA?

Chiny vs RosjaAmerykański komentator „Forbes”, całkowicie pewny swoich racji, przekonuje, że Putin okazuje się w praktyce wybitnie słabym szachistą. Tekst ukazał się pod tytułem „Dlaczego musimy wygrać na Ukrainie, a Putin musi przegrać”? Mnie jednak przychodzi do głowy zupełnie karkołomna myśl, że obie strony w tym starciu mogą mieć wrażenie, że przegrywają, po czym może się okazać, że obie ugrały dla siebie coś ważnego. Jak to możliwe? Wydarzenia, powiada amerykański komentator, zdają się temu zupełnie przeczyć, a niewątpliwe następstwo w postaci znacznych strat gospodarczych samej Rosji, zaszkodzą jej z całą pewnością. Przed tym politycznym kryzysem, twierdzi, Ukraina tylko powoli zbliżała się do Europy, dzisiaj szybko oddala się od Rosji. Autor uwag zarzuca Putinowi, że nie tylko jest słabym szachistą, lecz jeszcze gorszym pokerzystą, stale i nadmiernie podnoszącym stawkę, pomimo tego, że przewidywane korzyści są coraz mizerniejsze. Jeśli kiedykolwiek jego wpływy powrócą na Ukrainę, to zapewne nie w większym stopniu, jak miało to miejsce w czasie przed wydarzeniami. Wydaje się jednak, że przypisywanie dramatowi zarówno Ukrainy, jak i samej Rosji ją właśnie tracącej, jedynej przyczyny w postaci niezrównoważenia rosyjskiego przywódcy i jego nieumiejętności oceny rzeczywistości, muszą być nietrafne. Przywódcy nigdy nie działają w próżni, są produktem własnego społeczeństwa i jego mentalnej historii, a owo nieracjonalne postępowanie Putina cieszy się niemal 90-procentowym poparciem Rosjan. Czy oni też są niespełna rozumu?

            Przypomnijmy, że szaleństwem i „nowym paktem Ribbentrop-Mołotow” nazwał kiedyś Radosław Sikorski, podpisaną przez niemieckiego kanclerza Gerhardta Schrödera umowę z Putinem, o budowie po dnie Bałtyku gazociągu North Stream, prowadzącego z okolic Petersburga do Rostocku i omijającego Polskę. Stwierdzenie uznano na Zachodzie Europy za międzynarodowe „faux-pas”, jako że ani Niemcy, ani Rosja nie wykazywały wtedy w stosunku do Polski żadnych wrogich zamiarów. Irytacja Sikorskiego wynikała jednak ze znajomości geografii i historii. Bardzo drogi gazociąg był ekonomicznie nieuzasadniony i ewidentnie zabezpieczał ukryty cel Rosji w postaci bezpośrednich dostaw surowca do Niemiec, pozwalając na ich ograniczenie dla krajów Europy Środkowej nawet z przyczyn politycznych, lecz bez zakłóceń dla „niemieckich przyjaciół”. Zachodnie media argumentowały wtedy, że Rosja jest po prostu krajem coraz bardziej europejskim i snuto nawet plany budowy wielkiego, jednolitego obszaru wolnego handlu, rozciągającego się od portugalskiej Lizbony po Władywostok. Największe zachodnie koncerny zatopiły się w marzeniach o ekonomicznym panowaniu nad najbogatszą w surowce i największą pod względem obszaru częścią świata. W rezultacie przyjętej tak przyjaznej i obiecującej krociowe zyski umowy, pojawił się zamiar budowy kolejnego gazociągu – South Stream, omijającego tym razem Europę Środkową od południa i z entuzjazmem przyjęty przez jego unijnych beneficjentów – Bułgarię, Węgry i Austrię. Zamiary Rosji stawały się coraz bardziej czytelne, tyle, że Zachód tak bardzo uwierzył w siłę żądzy pieniądza, że zarzucił wiarę w jakąkolwiek możliwość rosyjskich pretensji terytorialnych i nawrotu jej imperialnych marzeń. Marzeń, dodajmy, skrojonych nie na dawną, lecz tylko ich dzisiejszą miarę. Wydawało się to nie tylko nierealne, ale – biorąc to na logikę współczesnych stosunków międzynarodowych – wręcz bezsensowne. Rosja, dać miała w historii świata już tyle razy dowody racjonalnego, chociaż imperialistycznego postępowania, że – jak sądzono – nawet pozbawiona imperium pozostanie wciąż racjonalna. Zachód, a w szczególności zachodni Europejczycy, właściwie bez większych zastrzeżeń uwierzyli tak bardzo w szczerość rosyjskich zamierzeń jej integrowania się z Zachodem, że wszelkie wątpliwości podnoszone przez doświadczonych Europejczyków ze wschodniej części kontynentu zbywali lekceważeniem, uznając je za zwykłą nadwrażliwość. Spotkała ich bolesna niespodzianka. Okazało się, że to ci Europejczycy ze wschodniej Europy zdołali lepiej poznać rosyjską mentalność, którą można sprowadzić do zasady, że racjonalność ich kraju występuje tylko wespół z imperializmem. Gdy zabraknie tego ostatniego, racjonalność w europejskim znaczeniu słowa znika jak mydlana bańka, a w jego miejsce pojawia się irracjonalna czkawka, będąca dowodem tego, że Rosja bez imperium istnieć nie potrafi. Jakie są tego konsekwencje dla współczesnego świata, skoro z samej natury takiej sytuacji wszelkie rozumowanie oparte na zdrowym rozsądku i ekonomicznej kalkulacji spotyka się z czymś na kształt pseudoimperialnego nonsensu? Zastanawiam się jednak, czy tego rodzaju oceny trafiają w sedno sprawy? Może sytuacja Rosji jest dzisiaj zmieniona tak dogłębnie, a Putin i jego koledzy zdają sobie z tego sprawę na tyle, że musieli i oni przystosować do niej również i klasyczną definicję racjonalności?

            Postępowanie Putina i jego towarzyszy zaskoczyło Zachód w kilku obszarach:

  • Ekonomicznym, ponieważ Rosja ewidentnie straci wielkie pieniądze i to nieporównalnie większe, aniżeli koszt, jaki będzie musiał ponieść Zachód.
  • Wizerunkowym, polegającym na tym, że kraj, którego większość wpływów dewizowych pochodzi z eksportu surowców, przestaje być wiarygodnym partnerem handlowym, jeśli świadomie i otwarcie nie wywiązuje się z podpisanych umów uznając się przy tym bezzasadnie za wyjątek, którego te zasady mają nie obowiązywać wcale.
  • Geopolitycznym, z racji tego, że działanie putinowskiej Rosji wydaje się być odwrotnością jej prawdziwych interesów globalnych, jeśli je zdefiniować wedle zachodnich norm, to jest w ramach szerokiej i racjonalnej współpracy z Zachodem. Putin zachowuje się tak, jakby pozycja Rosji pozwalała jej na dowolne wybieranie sobie nieprzyjaciół i dowolne szeregowanie priorytetów, niezależnie od otaczającej ją rzeczywistości i reakcji reszty świata.

Tak naprawdę, Zachód, w sensie politycznym i gospodarczym Rosji nie zagrażał nigdy. Nawet dla wojsk Napoleona, czy Hitlera, kończyła się ona w okolicach Moskwy, odległej o tysiące mil od wschodnich krańców państwa. Natomiast świat islamu i Chiny były zawsze jej otwartym i upartym przeciwnikiem. Dawniej, Rosjanie mogli problem bagatelizować w obliczu własnej mocarstwowej potęgi, słabości świata islamu, jak i całkowitego rozkładu cesarskich Chin. Dzisiaj jednak, sytuacja zmienia się dramatycznie i to na niekorzyść Rosji. Islam rośnie w siłę swą fundamentalną determinacją. Chiny rozwijają się w tak bezprecedensowym tempie, że specjaliści nie spierają się już o to, czy wyprzedzą one pod względem gospodarczym Stany Zjednoczone, lecz tylko o to, kiedy to nastąpi. Najczęściej wymienianą datą jest rok 2024, czyli perspektywa najbliższej dekady. W tym roku, PKB Chin ma liczyć ponad 28 bilionów dolarów, a USA – tylko 27 bilionów. Kluczem do tak szybkiego wzrostu gospodarczego Państwa Środka mają być konsumenci oraz nowa klasa średnia. Konsumpcja w Chinach ma wzrosnąć czterokrotnie, z dzisiejszych trzech do jedenastu bilionów dolarów. Nastąpi to wtedy, gdy oszczędni dotąd obywatele zaczną wydawać swoje dochody. Dzisiaj tego jeszcze nie robią, odkładając na szkołę dla dzieci, zdrowie i własną starość. Ale kraj się bogaci, dochody ludności rosną, a Pekin rozpoczął pracę nad ambitnymi programami ubezpieczeń społecznych i sponsoruje wzrost płac w przemyśle. Dzisiejsza gospodarka Chin, to jeszcze tylko 12 procent gospodarki światowej, ale w 2024 roku ma to być już całe 20 procent, czyli jej aż piąta część. To zresztą nie pierwsza tego rodzaju prognoza. Analitycy od dawna zgadzają się, że Chiny prześcigną USA pod względem wielkości PKB, spierają się tylko o datę. Niektórzy uważają, że dokonuje się to nawet już dzisiaj. W kwietniu tego roku, statystycy pracujący pod egidą Banku Światowego i ONZ ogłosili, że w przeliczeniu na wskaźnik siły nabywczej (PPP) Chiny wyprzedzą USA wcześniej, niż sądzono. Niewykluczone, że nastąpi to nawet w przyszłym roku.

Obecne postępowania Moskwy może być postrzegane w zupełnie innym świetle, jeśli spojrzymy na nie w tym kontekście. Pseudo-imperialistyczna aktywność współczesnej Rosji koncentruje się na mozolnym, kosztownym i niszczycielskim dla lokalnej infrastruktury zdobywaniu terytoriów nadczarnomorskich, a więc obszarów leżących nad morzem praktycznie odciętym od innych mórz i oceanów, złączonych z nimi jedynie łatwymi do zablokowania cieśninami Bosforu i Dardaneli. Panowanie nad Morzem Czarnym i jego północnym wybrzeżem, z punktu widzenia geopolitycznego, daje Rosji w gruncie rzeczy niewiele więcej, niż kiedyś porty Bałtyku i nadal pozostaje krajem zamkniętym na lądzie. Kiedyś, jej ambicje wydawały się nie mieć granic. Na przełomie XIX i XX wieku, obszar cesarskiej Rosji był niemal dwa razy większy niż obecnie, panowała w pełni nie tylko nad Mandżurią (dzisiejsze północne Chiny) z Harbinem, jej największym miastem, ale też wybiła sobie okno na wielki ocean w postaci odebranego Chinom niezamarzającego Portu Artura, położonego u nasady Półwyspu Koreańskiego. Granica rosyjskich wpływów opierała się wtedy o Chiński Mur, z którego przy dobrej pogodzie widać pagody Pekinu. W 1904 roku, rosyjską kuratelą objęte zostały kolejne wielkie prowincje Chin – Sinkiang i Tybet. Posiadłości Rosji graniczyły tam już tylko z Indiami Brytyjskimi, a po Petersburgu błąkały się marzenia o kozakach pławiących konie w Oceanie Indyjskim. Ambicja graniczenia z Indiami, to dzisiaj już tylko śmieszna mrzonka, bo też i kraj ten jest od samej Rosji dziesięciokrotnie ludniejszy i przekształcił się w samodzielną potęgą gospodarczą. W tej sytuacji, myśl o ponownym dotarciu do Himalajów, jest zupełnie pozbawiona podstaw. Nowe otwarcie na Pacyfik i dalekie ciepłe morza, niegdyś wymarzony kierunek ekspansji rosyjskich carów, może być brane pod uwagę już tylko w kategoriach sennych marzeń. Tymczasem, to właśnie z tamtej strony, od Chin i muzułmańskiej Azji, czyha na Rosję największe niebezpieczeństwo, a nie od strony Europy zauroczonej rosyjską tradycją literacką oraz imponującą jej ogromem obszaru w porównaniu z małymi narodowymi państwami starego kontynentu. Ze strony Zachodu, Rosji grozi tylko, skądinąd pożyteczna i twórcza, westernizacja kulturowa, natomiast ze strony Chin – przyjdzie dominacja pod każdym względem. Ten kraj zresztą, wcale nie kryje swoich zamiarów wobec Rosji, tyle, że w Państwie Środka w cenie jest cierpliwość, a czas płynie tam znacznie wolniej niż w Moskwie. Dlaczego więc Putin skierował całe siły swojego państwa przeciwko europejskiej Ukrainie, a nie w innym kierunku?

Russia_1533-1896

Wiele wskazuje na to, że Kreml zdecydował się na działania zbrojne na Ukrainie z przyczyn czysto wewnętrznych, chociaż nie był wcale do tego przygotowany i cała akcja okazała się nadzwyczaj ryzykowna. Dlaczego wybrał ten właśnie moment, gdy nie jest do nich wystarczająco przygotowany, a koszty całej operacji będą bez wątpienia bardzo wysokie? Kiedy w polityce górują ambicje i żądza krótkotrwałych sukcesów, z całą pewnością sukcesów w dłuższej perspektywie nie będzie. O co więc idzie dzisiaj? A może w tej rozgrywce idzie o coś zupełnie innego, niż to, nad czym zastanawiają się światowe media? Jaka jest prawdziwa motywacja Rosji w jej ukraińskiej awanturze? Warto też pamiętać, że Rosjanie mają przygotowaną wobec Ukrainy broń gazową, która uczynić może dla jej mieszkańców nadchodzącą zimę czasem trudnym do zniesienia. Może więc Rosja gra o całą Ukrainę, a nie tylko o jej południową, nadczarnomorską część? Jeśli tak, to, jaka jest tego kalkulacja, skoro nie ma wątpliwości, że koszty jej podporządkowania byłyby horrendalnie wysokie, tak wysokie, że z trudem tylko można by je uznać za opłacalne w jakichkolwiek kategoriach? Dla naświetlenia sprawy, musimy raz jeszcze powrócić do czasów wielkiej ekspansji Rosji z obrzeży wschodniej Europy w kierunku Pacyfiku i okoliczności tych wydarzeń, a także ich dzisiejszych konsekwencji.

            Rosyjska ekspansja w kierunku Syberii i Kamczatki była w kategoriach historycznych więcej niż błyskawiczna. W 1533 roku, kiedy znajdowała się jeszcze w punkcie wyjścia, wielkość obszaru Rosji mogła swobodnie być porównywana z sąsiednim terytorium Polski i Litwy, lecz będąc terenem znacznie słabiej zaludnionym i gorzej zagospodarowanym, nie stanowiła dla nich poważnej konkurencji. W 1881 roku, dwieście pięćdziesiąt lat później, Rosja była już potęgą na globalną skalę, Polska i Litwa nie istniały całkowicie przez nią wchłonięte, jej wschodnią granicą był wielki ocean, a południową – szeroka rzeka Amur oddzielająca nowe zdobycze od chińskiej Mandżurii. W dwadzieścia lat później, czego załączona mapa już nie ukazuje, by nie drażnić potężnego dzisiaj sąsiada, Mongolia i sama Mandżuria była już pod rosyjską kontrolą, razem z wybrzeżem ciepłego Morza Żółtego. Pojawiła się wtedy idea euroazjanizmu, której przewodnią myślą było przekonanie, że oto Rosjanie wcale nie są Europejczykami, ani też Azjatami, lecz zupełnie oryginalnym tworem – są mianowicie nową rasą – Euroazjatami z zupełnie nieznaną przedtem narodową i kulturową osobowością. Wielki rosyjski historyk i entuzjasta euroazjanizmu – Lew Gumiłow tak o tym pisał: „Właśnie nowy system zachowań, wytworzony na starych ideologicznych podstawach – prawosławiu, pozwolił Rosji powiedzieć własne słowo w historii Eurazji. Najpierw zjednoczyli ją Turcy, tworząc kaganat, który obejmował obszary od Morza Żółtego do Czarnego. Turków zastąpili przybyli z Syberii Mongołowie. Następnie, inicjatywę przejęła Rosja. Nowe mocarstwo stało się więc „spadkobiercą” kaganatu tureckiego i ułusu mongolskiego”.

Wedle Gumiłowa, ten nowy twór miał trzech wielkich przeciwników. Na zachodzie, była nim katolicka Europa, na Dalekim Wschodzie – Chiny, na południu – świat islamu. Autor myśli martwił się jednak tym, że w XX wieku „odeszliśmy od tradycyjnej dla Rosji polityki i zaczęliśmy się kierować zasadami europejskimi, aby sprawić, by wszyscy stali się jednakowi”. Rosjanom zaczęli imponować Europejczycy z Zachodu z ich rozwiniętą techniką, stabilizacją społeczną i porządkiem prawnym. Rosja mogłaby według niego jakoś „wejść w krąg cywilizowanych narodów, to znaczy w inny superetnos. Ale, niestety, nic za darmo. Ceną integracji Rosji z Europą Zachodnią będzie całkowite odejście od rodzimych tradycji i następująca za tym asymilacja”. Gumiłow pisał te słowa tuż przed śmiercią, w 1992 roku, czyli zaraz po rozpadzie ZSRR. Wtedy, wydawało się, że europeizacja Rosji, to tylko kwestia czasu, a Francis Fukuyama nazwał to zjawisko „końcem historii”. Dzisiaj, w ćwierć wieku później, niektórzy sądzą, że scenariusz wydaje się spełniać, chociaż trudno w nim rozpoznać jego pierwotne ramy. Spójrzmy na zagadnienie szerzej, a nie tylko z punktu widzenia europejskiej Ukrainy, która miała kiedyś być na zawsze i po wsze czasy częścią rosyjskiej Eurazji.

 Rosyjska idea euroazjanizmu
Eurasia_and_eurasianism

Chiny nie kryją swoich pretensji terytorialnych wobec Rosji, tyle, że nie wyrażają ich tak obcesowo, jak czyni to sama Rosja w stosunku do Kijowa. Ich źródłem, są tak jak i gdziendziej, wcześniejsze dzieje regionu. Chiny, zwane były Państwem Środka z tej przyczyny, że geografia tej części Azji dawała naturalną izolację ich żyznych nizin, otoczonych od północy zimną pustynią, od zachodu bezwodnymi wyżynami, od południa tropikalnymi lasami, a od wschodu – bezkresnym oceanem. Kraj, przez stulecia przyzwyczaił się do tego, że zagrażają mu tylko nieliczni i łatwi do asymilacji nomadzi.

Rosjanie w chińskiej świadomości pojawili się późno – na północnej granicy Mongolii dopiero w końcu XVII wieku, a prawdziwie wrogie zwarcie nastąpiło dopiero wraz z rosyjską aneksją północnej części chińskiej Mandżurii. Miało to miejsce w latach 1855 – 1881. Wtedy, założony został też port i miasto Władywostok. To, w chińskiej świadomości historycznej, stosunkowo świeża rana. Dochodzą do niej pretensje Pekinu do spadku po syberyjskich chanatach mongolskich, czyli do rejonu położonego wokół jeziora Bajkał oraz pamięć o upokorzeniach doznanych przy okazji zajmowania przez Rosjan – chociaż ostatecznie przez Chiny odzyskanych po II wojnie światowej – Mandżurii, Sinkiangu i Tybetu.

Nie tak dawno, bo w 2009 roku, dalekowschodnia prasa donosiła o rosyjskich trudnościach administrowania i utrzymywania najdalej od Moskwy położonych terenów nad Pacyfikiem. Centrum regionu i stolicą całego Kraju Nadmorskiego jest Władywostok, leżący na samym końcu kolei transsyberyjskiej. To duży port i miasto liczące ponad pół miliona mieszkańców. Jego położenie sprawia jednak, że mieszkańcy na większe zakupy udają się albo do Chin, albo też promem do pobliskiej Japonii. Nigdy do odległych o dziesięć tysięcy kilometrów Moskwy, czy Petersburga. Liczba ludności całego obszaru rozłożonego między Uralem a Pacyfikiem, to około 15 milionów ludzi, czyli zaledwie 1 procent (!) wszystkich mieszkańców sąsiednich Chin, porównywalnych z rosyjską Azją pod względem wielkości terytorium. W zamiarze pokonania tych trudności, mających źródło nie tylko w jego geografii i demografi oraz podtrzymania żywotności regionu, rozpoczęto wtedy pracę nad planem rozwoju Kraju Nadmorskiego, przy założeniu koniecznej kooperacji z Chinami i zgody na zwiększenie liczby imigrantów chińskiego pochodzenia. Plan, określany chińską nazwą pewnego morskiego szkarłupnia, jako „Han Shen Wei”, zakładał wydzierżawienie wielkiemu sąsiadowi połowy miasta Władywostok na okres 75 lat. Chińczycy posiadaliby tam prawo do własnej administracji, będącej częścią władz niedalekiego wielkiego miasta Harbin. Chiny miałyby za dzierżawę zapłacić 150 mld rubli, czyli około 3 miliardy euro. Ta suma, to wielokrotność rocznego budżetu całego Kraju Nadmorskiego. Byłaby przeznaczona na utrzymanie rosyjskiej floty Pacyfiku i wojsk stacjonujących we Władywostoku oraz na wzrost wynagrodzeń lokalnych urzędników. Później, w całej sprawie zapadła cisza, a dalsze losy przygotowywanej umowy nie są publicznie znane. Nie jest wykluczone, że plan był omawiany przy okazji wizyty Putina w Pekinie i podpisania innej umowy – o budowie gazociągu transazjatyckiego. Rzecz dokonuje się w atmosferze głębokiej poufności i może mieć bezpośredni związek z pozornie irracjonalnym postępowaniem Rosji w Europie. Rodzi się przecież całkiem zasadne pytanie o to, w jaki sposób Putin miałby na dłuższą metę utrzymać społeczne poparcie w obliczu postępującej utraty łączności z rosyjskim dotąd DalekimWschodem, powszechnie uznawanym za imperialną dumę kraju? Czy nie staje się wtedy racjonalne wywołanie wojennej awantury w Europie, by skupić uwagę Rosjan na nacjonalistycznych sukcesach w pobliżu Moskwy tak, aby o postępującej utracie Dalekiego Wschodu nie myśleli i sądzili, że nadal są imperialnym narodem?

Tereny uważane przez Chiny za bezprawnie rosyjskie
china_russia

            Dochodzą do tego oznaki słuszności kryjące się w przywołanym wcześniej rozumowaniu Gumiłowa. Moskwa nie twierdzi już więcej, że Rosjanie są Eurazjatami, czyli nowym rodzajem społeczeństwa z pogranicza Azji i Europy, a jedynie Rosjanami, członkami narodu z krwi i kości, wyrosłego z Rusi Kijowskiej. To zupełnie odmienne twierdzenie, niż rosyjskich carów, czy też sowieckich komunistów, usiłujących mieszkańców ZSRR przerobić z Rosjan, Ukraińcow i Białorusinów na „ludzi radzieckich”. Euforia wywołana zdobyciem Krymu podsyciła czysto rosyjski, a nie euroazjatycki nacjonalizm. W opinii rosyjskiego historyka, nacjonalizm nie jest jednak ani tworem azjatyckim, ani też euroazjatyckim, lecz czysto europejskim. Tylko w Europie istnieje niepisana, lecz w zasadzie powszechnie przestrzegana zasada, że to naród ma prawo do państwa, nigdy na odwrót. Na tej podstawie można nawet dojść do wniosku, który dzisiaj pobrzmiewa fantazją, że Moskwa być może jest mentalnie coraz bardziej gotowa do rezygnacji ze swej azjatyckości na rzecz „rosyjskości”, co wiąże się jednak z poszukiwaniem, również i kosztem Ukrainy, swojej nowej tożsamości i „narodowego Lebensraum” w Europie, a nie w Eurazji. Tak, czy owak, prowadzi to do konieczności zrezygnowania w przyszłości z rosyjskiego dzisiaj Dalekiego Wschodu na rzecz ludnych i z całą pewności „azjatyckich” Chin. Zwraca przy tym uwagę niezwykle polubowna tonacja polityki Moskwy względem Pekinu, ale przede wszystkim jej pozycja nie tylko „młodszego”, ale i słabszego partera Państwa Środka. To może być dowodem powolnej rezygnacji z wielkomocarstwowych ambicji Rosji w tej części Azji. Jeśli dodamy do tego wzrastającą presję ze strony islamu, obraz robi się klarowny. Unia Eurazjatycka, to przy tym tylko Rosja, Białoruś i Kazachstan. Jeśli zapomnimy na chwilę o rosyjskim Dalekim Wschodzie, to warto podkreślić, że wszystkie te trzy kraje są uznawane geograficznie za europejskie, a nie azjatyckie. Uderza przy tym, że nie weszła do tej Unii ani czysto azjatyckie – Mongolia, Uzbekistan, Kirgistan, czy Turkmenia. Konflikty, jakie Rosja ma w regionie, dotyczą również tylko krajów geograficznie europejskich – Gruzji, Ukrainy, Łotwy oraz Estonii, znajdujących się kiedyś w jej strefie wpływów. Czy nie warto pokusić się o tezę, że współczesna Rosja ze swoim rozbuchanym nacjonalizmem twardo prze w kierunku uznania jej za kraj i naród europejski, godząc się nawet na utratę swej azjatyckości wraz ze znaczną częścią terytorium? Co jej zresztą z tego terytorium, skoro nie potrafi go zaludnić, ani zagospodarować? Może więc Putin od dawna już wie, że nie stać go dłużej grać na Dalekim Wschodzie w rosyjską ruletkę i pozostała mu tylko gra w chińczyka? A do tego, by – w jego mniemaniu – stać się poważnym europejskim graczem, potrzebna jest mu Ukraina i to cała Ukraina z Kijowem, jako rzekomą prawdziwą „kolebką rosyjskości”, a nie tylko jej południowe obrzeża. Z naszego punktu widzenia, rzecz jednak w tym, że aby Polska stała się w Unii i w Europie pełnoprawnym graczem, jej też jest potrzebna zaprzyjaźniona i europejska Ukraina i też z Kijowem, ale bez kłopotliwego Donbasu, Krymu i czarnomorskiego wybrzeża. Paradoksalne, ale interesy obu krajów – Polski i Rosji – stają się nagle zbieżne w dążeniu do zmniejszenia nazbyt rozdętych kiedyś granic Ukrainy. A wtedy, Ukraino, „Welcome in Europe!”. Rosja, bez Kijowa, ale i bez Syberii, również w tej Europie się kiedyś zmieści, tyle, że jeszcze długo na to poczeka. Czy to tylko optymistyczny scenariusz, czy też może prawdziwa szansa dla Europy i samego świata Zachodu? Jeśli przyjąć stawianą tezę, to właściwie pomiędzy putinowską Rosją, a Europejską Unią nie ma na dłuższa metę zasadniczych sprzeczności i wszystko kiedyś da się jakoś ułożyć. Powrócimy jeszcze do tego zagadnienia w przyszłości, bo dzisiaj zbyt daleko idące w przyszłość dywagację mogą być mylące i dla całego procesu szkodliwe. Pamiętajmy tylko, że i tak za nas samych działają omawiane tu kiedyś dwa prawa: „zasada długiego trwania” oraz „reguła odwróconego optimum”. W tej zupełnie nowej sytuacji Europy, powrócimy do nich ponownie już niebawem.


5 thoughts on “GAZPROM I NORTH STREAM. NOWY PAKT RIBBENTROP – MOŁOTOW, CZY TYLKO GRA W CHIŃCZYKA?

  1. Ciekawy komentarz, ale ma on jedną wadę. Autor nie dostrzega faktu, że zachód od początku Majdanu rozpoczął nieprzyjazne kroki wobec Rosji. To nie Rosja rozpoczęła tę grę. Nielegalne obalenie demokratycznie wybranych władz w Kijowie spowodowało euforię ukraińskich nacjonalistów, którzy przeforsowali anulowanie ustawy językowej i to był o jeden krok za daleko. W efekcie Krym oddzielił się od Ukrainy i wrócił do Rosji, a wschodnie regiony kontestowały władze powołane w wyniku zmachu stanu w Kijowie. Kijów, zamiast ropocząć rozmowy z ludnością tych regionów, wysłał tam wojska pacyfiakcyjne i tak oto rozpoczęła się wojna domowa na Ukrainie. To nie Rosja wysłała tam wojska, lecz kijowska junta poduszczona przez Amerykanów. OBWE obserwuje granicę ukraińsko-rosyjską i nie stwierdza przekraczania jej przez wojska lub pojazdy wojskowe. Zachód twierdzi, że Rosja wysyła swoje wojska i technikę i pod tym pretekstem nakłada kolejne sankcje na Rosję. Czy to Rosja rozpoczęła wojnę na sankcje? Co do układu Chiny – Rosja: jest oczywiste, że dla Rosji głównym zagrożeniem są Chiny, ale Obama skonfliktował USA z Chinami i w efekcie Chiny i Rosja zawarły szereg porozumień, które umożliwiają obu krajom zwrócenie swojej uwagi na kierunki istotne dla nich. Dla Chin jest to region morza Płd.-Chińskiego, a dla Rosji – Europa. Zadziałała stara zasada: wróg mojego wroga jest moim przyjacielem.

  2. To jeden pogląd. Przeciwny powiada, że każdy kraj ma prawo do ustalania własnych interesów, jesli nie szkodza innym. Popieram ten ostatni pogląd.

  3. Kolega Jazmig nie dostrzega faktu, że poza Zachodem i Kremlem jest jeszcze Ukraina i Ukraińcy. Siedząc na kanapie w Polsce łatwo wpaść w pułapkę “myślenia geopolitycznego”, sprowadzając procesy społeczne do gry w szachy. Za Majdanem stał przede wszystkim ogromny konflikt społeczny w Ukrainie, a gra służb rosyjskich czy amerykańskich była do niego drobnym dodatkiem. Żadne pieniądze, ani dolary ani ruble, nie były w stanie zmusić kilku tysięcy ludzi do biwakowania tam przez całą zimę. Ukraińcy mają świeżą pamięć okresu rządów rosyjskiej kultury administracji – Janukowycz był rosyjskim pomazańcem i zapewniał “kryszę” dla rosyjskich interesów na Ukrainie. Moich znajomych z Kijowa na przykład ostatecznie popchnął na Majdan przypadek Iriny Kraszkowej, którą zgwałciło i próbowało zamordować dwóch milicjantów. Bezkarność zapewniał im nie kto inny jak Witalij Zacharczenko, kierujący później szturmami na Majdan…

  4. Chyba nie sądzi Pan , Panie profesorze, że kilkuset Ukraińców przebywało na Majdanie za darmo, a co ze sprawcami zabójstw uczestników Majdanu i milicjantów?? ( nawet nikt ich nie szuka ) te pytania można mnożyć . A najmniej w tym wszystkim , troski i pochylenia się nad codziennymi problemami zwykłych Ukraińców. Strasznej biedy, dziećmi żebrzącymi na dworcach kolejowych o kromkę chleba od podróżnych , niesamowitemu alkoholizmowi.. itd.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *