GRZESZNE ŻYCIE OSŁA O IMIENIU NAPOLEON, CZYLI KTÓRA WERSJA BIBLII JEST PRAWDZIWA?

Donkeys
Wielkie kultury rożnią się od siebie tym, że w ramach każdej z nich ludzkie myśli biegną innymi ścieżkami, nawet wtedy, gdy powinny łączyć je wspólne wartości. W obliczu tzw. kryzysu ukraińskiego, który jest niczym innym, jak wspartymi zbrojnie rosyjskimi pretensjami do uznawania wszystkich Rusów za odnogę jednej moskiewskiej rodziny, a nie za odrębny naród, warto jest ocenić źródła odmiennego widzenia tych samych zjawisk. Tkwią one nie tylko w samej tradycji kulturowej i odrębności historii, ale też i we wspólnej wszystkim ludziom dwoistości myślenia – w kategoriach realnych zjawisk, ale też i w przestrzeni wiary niewymagającej żadnych dowodów na istnienie bytów na codzień niedostrzeganych. Posłużymy się nieco frywolnym przykładem.

            Oto w poznańskim starym ZOO miała miejsce afera seksualna. Na oczach bogobojnych rodzin odwiedzających zwierzyniec, osioł o imieniu Napoleon usiłował posiąść oślicę. Zastanawia w tym wydarzeniu kilka wzajemnie sprzecznych elementów. Jeśli na całe wydarzenie spojrzy się z punktu widzenia odmiennego postrzegania relacji miedzy płciami, sprzeczności dostrzeże się jeszcze więcej. Strażnicy przyzwoitości podnieśli oto alarm z powodu obrazy moralności przez akt publicznej kopulacji dwojga osłów. Feministki i genederyści mają jednak prawo poczuć się urażeni tym, że imię osła „Napoleon” jest powtarzane i powszechnie znane, ale za to imię jego partnerki okazało się na tyle mało ważne, że zostało zepchnięte gdzieś w tło. Kto wie, jak ma na imię partnerka Napoleona? Rzecz w tym, że nawet media podniecone całym wydarzeniem, okazały się oślą damą niezbyt zainteresowane. Czyni ją to nie tylko bezosobowym przedmiotem kopulacji, ale potwierdza domniemanie, że płeć żeńska jest i w kulturze dnia codziennego jedynie tłem dla męskich, więc bardziej „autorskich” hormonów. Zwraca też uwagę fakt, że w wyniku interwencji pobożnej radnej PiS, to on – Napoleon „został odseparowany” od niej, a nie ona od niego. Potraktowano go jak jedyny podmiot pożałowania godnych wydarzeń, a ona sama skromnie pozostała gdzieś w tle, jako ni to ofiara, ni to osobistość dla zdarzenia mało ważna. Przy tym, w opinii najpobożniejszych, w procesie dochodzenia do stanu grzeszności, prym wiedzie najwidoczniej płeć męska, a żeńska popada w nią tylko wtedy, gdy nie jest wystarczająco ochraniana. W tej sytuacji, chusty, czarczafy i powłóczyste szaty, ukrywające damskie wdzięki, nabierają wartości uniwersalnych, chociaż dla oślej bohaterki są akurat najmniej przydatne. Media, w obliczu dramatyzmu wydarzenia, nie zdołały się już dowiedzieć, czy ta obraza moralności była przynajmniej prokreacyjnie skuteczna, czy też zupełnie chybiona, koncentrując się tylko na poglądach tych, którzy uznają, że publiczna kopulacja zwierząt jest nie tylko obrazą moralności, lecz również i lekcją rozpusty dla niewinnych, ale już człekokształtnych małoletnich. Wiadomo przecież, że ze strony tych ostatnich musi paść pytanie: „mamo, a co one właściwie robią?”. Tymczasem, nie powinno ono padać w nieobecności katechetki. Wiadomo również, że tylko osoby wybitnie odważne zdobędą się na to, by dzieciom wyjaśnić, że ludzie czynią dokładnie to samo, z tą tylko różnicą, że nie robią tego w ZOO. Z czego się więc bierze oburzenie tak święte i nagłe, że doprowadziło do – na szczęście krótkiej – fizycznej separacji Napoleona i jego partnerki? Nasza odpowiedź jest prosta: ludzie oto, w swej masie, nie nabierają wiedzy i poglądów poprzez aktywne drążenie rzeczywistości, ale przyjmują dominujące w ich środowisku towarzyskie matryce, jako wiedzę nie tylko obiektywną, ale i z samej definicji słuszną, więc prawdziwą i bogobojną, niewymagającą sprawdzenia.

Rodzi się jednak pytanie wręcz egzystencjalne. Zarówno Jahwe, czyli żydowski Bezimienny – „Jam, Który Jest”, jak i Allach muzułmanów, a także i Wszechmogący Bóg chrześcijański, to byty ponadziemskie, ale są też bez wątpienia rodzaju męskiego, tyle, że w swej męskości szczególne, bo nie tylko w niczym niepotrzebujące kobiecości, ale wręcz uznające ją za szkodliwą, zbędną w swej grzeszności oraz za przeciwieństwo pobożności. Mahomet był w swej opinii tak bezwzględny, że potwierdził świętymi słowy taką oto prawdę, że spośród 99 kobiet, zaledwie jedna ma szanse wejścia do Raju. Reszta może tam służyć pobożnym mężczyznom tylko w roli poddanych ich woli hurys. Skoro jednak Bóg stworzył człowieka na własne podobieństwo, czego właściwie nie kwestionuje żaden monoteizm, to istotnie boskie podobieństwo kobiet staje się dwuznaczne, skoro wiemy, że Pan Bóg miał gęstą brodę, a one zarostu z natury nie posiadają? Może istotnie, dążenie do równouprawnienia kobiet, jest tylko dążeniem do stanu nienaturalnego? Ważne jest w tym też odpowiedź na pytanie, czy częścią jego istnienia (nie ciała, bo go nie posiada), jest jakiś podobny element, do tego, eksponowanego przez Napoleona z poznańskiego ZOO? Jeśli nie jest, to jego podobieństwo z człowiekiem jest ułomne, a jeśli jest przeciwnie i właśnie ten element jest też jego częścią, znaczy to, że jest on również instrumentem bożej posługi, stając się nie tyle instrumentem grzechu, ile przedmiotem równie ważnym, jak i cała reszta ludzkiego ciała. Wtedy jednak, musielibyśmy dojść do wniosku, że mając w sobie jakiś aspekt pobożności, sam akt kopulacji posiada pewne cechy pobożności, nawet wtedy, jeśli jest związany z odczuwaniem grzesznej rozkoszy. Inaczej, Stwórca nie tworzyłby ludzkich organów, tak jak one wyglądają, lecz rozwiązał sprawę zapłodnienia bezgrzesznie, na przykład, poprzez akt wielkanocnej święconki. Sprawa byłaby wtedy prosta: przyszli rodzice przybywają do świątyni ze święconka, a po jej poświęceniu, ona (kobieta, nie święconka) staje się brzemienna. Czysto i pięknie, nie ma żadnych świństw, a dziecko rodzi się niepokalane.

Rysuje sie tu jednak inna teologiczna przeszkoda – Bóg jest jeden, ale nawet wtedy, kiedy występuje w Trzech Osobach, nigdy nie pojawia się jego żeński odpowiednik, w związku z tym rzecz nie da się wszechstronnie przedyskutować i ocenić z punktu widzenia obu płci. Rzymsko-chrześcijańska idea Matki Bożej, jest czymś logicznie niezwykle skomplikowanym, ale i teologicznie bezpodstawnym, nieznanym islamowi i judaizmowi. Jest elementem pozornego monoteizmu ograniczonego zresztą tylko do grecko-łacińskiego chrześcijaństwa i do tego historycznie spoźnionym (nie ma na temat jej Boskości ani słowa w tekstach źródłowych), ale też i jakoś „doczepionym” do reszty tylko po to, by wyjść naprzeciw powszechnemu przekonaniu ludzi, że oto rodzina jest podstawową komórką społeczną, a dzieci z całą pewnością nie rodzą się ze święconki. Rodzina nie może istnieć bez Kobiety – Matki, niezależnie od domniemanej wszeteczności jej kobiecości. Sprawa pozostaje nadal dwuznaczna, ale trudno nie zwrócić uwagi na utrwaloną od tysiącleci matrycę przewagi męskości nad kobiecością, skoro w kopulacyjnym skandalu poznańskiego ZOO, tylko on – Napoleon, czyli ośli mężczyzna, uzyskał prawo do tożsamości wyraźanej posiadaniem imienia i pełnego obywatelstwa skandalu. Jego partnerka tego zaszczytu już nie dostąpiła. Była, jak na prawdziwą kobietę przystało, tylko skromnym, mało istotnym tłem dla swego rycerza…

W ramach żartobliwej tonacji, prowadzimy jednak do poważniejszych wniosków. Po pierwsze, niezależnie od regionu świata i wyznania religijnego, ludzie przyswajają sobie wiedzę o własnym otoczeniu, o sobie samych i o tym, co czynić wypada, a co nie wypada, dwiema drogami: poprzez racjonalną analizę rzeczywistości, albo też przez akt wiary, który wcale nie sprowadza się do religijności, lecz do przyjęcia dominującej społecznie informacji bez odczuwania potrzeby jej weryfikacji, jeśli tylko autorytet źródła jest wystarczająco silny. Po drugie, że decydujące jest nie to, że taka dwoistość w ogóle istnieje, ale to, jaka jest ilościowa (statystyczna) proporcja pomiędzy nimi. Kultura Zachodu, od samych swoich początków różniła się od innych tym, że cechą jej społeczeństw było swoiste „pół-na-pół”. Nie byłoby prawdziwe twierdzenie, że w zachodniej starożytności nie istniało myślenie kategoriami wiary i objawienia, w całości zastąpione racjonalną analizą. Przeciwnie, myślenie religijne było jej immanentną częścią, ale prawdziwą istotą był znacznie większy niż gdzieindziej społeczny zasięg racjonalizmu i – co się z tym wiąże – skłonność do akceptacji autorytetów świeckich, a nie tylko religijnych. Znamienne, że wiemy dużo o wielkich filozofach starożytności, ale nie wiemy wiele o kapłanach jej religii. Granica pomiędzy tymi dwoma rodzajami wiedzy – empirycznej i racjonalnej oraz wiary w świat nadprzyrodzony, może przebiegać w postaci ostrego przedziału, czyli zasady „albo-albo”, ale też może ujawniać się jako dwoistośc rozumowania tych samych osób. Kiedy myślą o własnym życiu i swoim własnym miejscu w społeczeństwie, dokonują racjonalnych wyborów z pomocą świeckich autorytetów i własnego rozumu, co nie wyklucza istnienia rodzaju wiedzy przyjmowanej przez nich w inny sposób. Ta „gruba kreska” znajduje się wewnątrz samego ludzkiego umysłu. Taka jest też i podstawowa cecha Zachodu, to go różni od szeroko rozumianego Wschodu i to właśnie było przyczyną pojawienia się koncepcji, że oto świeckie, a nie religijne prawo ma rozwiązywać realne problemy społeczeństw. Tych nie da się rozwiązać, jeśli nie określi się ich miejsca w relacji do zasad codziennej racjonalności, decydującej o postrzeganiu przez nich własnych interesów. Tam, a tak kiedyś było w całej reszcie świata, gdzie społeczeństwa przyjęły inną definicję, tę mianowicie, że racjonalne jest tylko to, co wypełnia oczekiwania Bóstwa – o kształcie prawa i jego treści decydują urzędnicy tego ostatniego, kapłani, imamowie i mandaryni. Ci, kształtują je tak, jak wyobrażają sobie swój interes ich Mocodawcy – Jahwe, Allach, czy chiński cesarz. To również rodzaj racjonalności, tyle, że nie bierze ona pod uwagę interesów całości społeczeństwa, a jedynie pogląd jego elit, znajdujących się wyżej w społecznej stratyfikacji, więc zapewne i bliżej nieba.

Nawiązując do przygody osła o imieniu Napoleon, dobrze widać całą względność problemu. Jego obyczaje były uznawane za gatunkowo normalne dopóty, dopóki z drugiej strony ogrodzenia nie pojawiło się tło światopoglądowe. Lokalna działaczka partyjna przejęła się protestami ludzi, uważających, że oto publiczna kopulacja nieparzystokopytnych rani ich chrześcijańskie sumienie i demoralizuje dzieci, którym wiedza o prokreacji nie jest do niczego potrzebna. To jednak o tyle nieracjonalne, nawet w kategoriach religii, że osiołek jest również zwierzęciem wymienianym w świętych tekstach, kiedy to na swoim grzbiecie niósł Świętą Rodzinę do betlejemskiej stajenki. Jako taki, z całą pewnością używał sobie z koleżankami, kiedy tylko była po temu okazja. Trzeba też wiedzieć, że sama idea stajenki i żłobka jest również częścią fałszywej informacji przyjmowanej „na wiarę”, ponieważ w starożytnej Palestynie, krainie suchej i prawie bezdeszczowej, nie budowano stajni dla zwierząt, lecz tylko niezadaszone zagrody. Okazji do kopulacji osiołków było tam wiele, lecz stare teksty nie wspominają o przypadkach świętego zgorszenia. Poza tym, zbyt dosłowne przejęcie się zwierzęcą kopulacją, to rezultat swoistej wrażliwości mieszczuchów, zamkniętych na codzień w czterech ścianach blokowych mieszkań. Nie mają świadomości tego, że w wiejskim obejściu, żaby nie tylko chadzają parami, ale często się zdarza, że gdy jedna stara się posuwać do przodu, ta druga – najwyraźniej jest to żabi facet – usiłuje dosiąść ją z tyłu. Domyślam się, że ma na względzie rzeczy nieobyczajne i zastanawiam się, czy powinienem dopuszczać do tak jawnej rozpusty, skoro czasem odwiedzają mnie wnuki płci rozmaitej? A kury, które nie bronią się przed kogutem i grzecznie kucają, podnoszac przy tym wdzięcznie skrzydełka? Czy ich zachowanie nie jest niebezpieczne dla moralności odwiedzających prowincję miastowych dzieci?

 Ludzie dziwią się, że tak często nie rozumieją się wzajemnie – w polityce, w towarzystwie, w małżeństwie. Podstawą ich wiecznego zdumienia jest trudne do zdefiniowania samo pojęcie rozumu, od którego pochodzi słowo „zrozumienie”. Narzuca się myśl, że skoro „rozumienie” opiera się ma „rozumowaniu”, czyli logicznym myśleniu, to droga do zrozumienia świata i jego mieszkańców stoi przed nami otworem, jeśli tylko pozwolimy sobie na wysiłek obserwacji i logicznego myślenia oraz uznamy, że jego brak może być tylko wynikiem złej woli lub braku pracy nad sobą. Wiemy jednak skądinąd, czyli z całego doświadczenia ludzkości, że tak nie jest i że różnimy się od siebie nie tylko sposobem rozumowania, ale i jego psychologią, doświadczeniem, kulturowym bagażem, ale również samą strukturą umysłu. Psychologowie badali kiedyś promieniowanie mózgu buddyjskich mnichów z Tybetu. Okazoło się, że logiczne rozumowanie oraz emocjonalne przeżywanie wiary zajmuje inne jego półkule. Odczuwanie transcendnecji, to również inna praca zwojów. Oznacza to, że rozumując i wierząc, uruchamiamy odmienne struktury naszego umysłu. Żadna z tych czynności nie dyskwalifikuje pozostałych, jeśli tylko procesy myślowe odbywają się osobno. Tymczasem Europa, inaczej niż świat buddyzmu, nie potrafi tych obydwu sfer rozdzielić, lecz chaotycznie miesza je ze sobą tak, jak pobożna działaczka samorządowa pomieszała zoologiczną kopulację osłów z moralnością wyższego rzędu.To z tej przyczyny sąsiedzi i przyjaciele potrafią widzieć te same zjawiska w zupełnie odmiennym świetle. Prowadzi to do wniosku – dość oczywistego dla ludzi wykształconych – że upatrywanie w greckim racjonalizmie odległych, ale prawdziwych źródeł Zachodu i zachodniego sposobu postrzegania zjawisk, jest jednak prawdą niepełną i pewnym uproszczeniem. Myśl przyszła mi do głowy w reakcji na wpis do poprzedniego tekstu, dokonany przez czytelnika podpisanego „MTR”. „Ukraińskość wydała z siebie kościół grecko-katolicki” – cytuje zamieszczone tam moje stwierdzenie i komentuje – „to jakiś żart czy prowokacja? Unia brzeska była starannie odgórnie zaplanowaną operacją ‘divide&conquer’ – najpierw praca u podstaw, czyli wpływ na wybór biskupów prawosławnych (proszę poczytać, w jaki sposób się to odbywało) – a potem transakcja, czyli podpisanie papieru do podpisu”. W mniemaniu autora komentarza, czegoś takiego, jak Ukraina po prostu nie ma, wszędzie jest Rosja, tylko inaczej określana. Ukraina, to w jego ujęciu, nie zwyczajny fakt realny, ale podły polski spisek budowany przeciwko prawowiernemu prawosławiu, zastanemu przez Rzeczpospolitą na ziemiach ruskich. To zamach czarnych sutann na popie ornaty. Pogląd zupełnie ahistoryczny, jeśli weźmie się pod uwagę to, że rosyjskie prawosławie było nie tylko w kolejności ostatnie – po bizantyjskim, greckim, starosłowiańskim i ruskim, ale dodatkowo skażone azjatycką mongolszczyzną. To Rosja jest inna od reszty świata, a nie reszta świata od niej. W jaki sposób, „MTR” wytłumaczyłby to, że dla moskiewskiej cerkwi i samych Moskwian, aż do czasów Iwana Groźnego prawdziwym i jedynym „carem-cesarzem” był mongolski chan rezydujący przecież nie w Rzymie czy Konstantynopolu, ale w tatarskim Saraju?

Zadzwonił do mnie znajomy z opowieścią o przygodzie w czasie zwiedzania prawosławnych skrawków wschodniej Polski, zdziwiony tym, że mnich, z którym rozmawiał, oburzył się na stwierdzenie, że katolicyzm i prawosławie są teologicznie tak bardzo bliskie. „Nieprawda – miał zakrzyknąć do głębi wzburzony mnich – przecież wy wierzycie w inne pochodzenie Jezusa, niż my”. A przecież, wbrew oburzeniu prawosławnego mnicha, to jego rozmówca, a nie on, miał rację. Spośród wszystkich odmian monoteizmu, katolicyzm i prawosławie są niemal bliźniacze pod wieloma względami – definicji Boga, stosunku do celebracji świąt i świętych obrazów, są też bardzo sobie bliskie pod każdym innym względem, z wyjątkiem liturgicznego języka. Katolicyzm pozostaje pod wpływem martwej już łaciny, prawosławie – równie martwego od półtora tysiąca lat języka starocerkiewnonosłowiańskiego, czyli – nie wahajmy się tego powiedzieć – prymitywnego słowiańskiego narzecza Macedończyków z bałkańskiego pogranicza z Bizancjum, w okresie, kiedy to Słowiańszczyzna, jako podmiot międzynarodowy jeszcze nie istniała. Jednak różnica jest istotna. Łacina, to język wielkiej cywilizacji tysiącletniego Rzymu, starocerkiewnosłowiański został użyty przez bizantyńskich mnichów Cyryla i Metodego, z tej przyczyny, że uznali, iż prymitywne słowiańskie ludy Bałkanów nie są w stanie nauczyć się ani greki, ani łaciny. Ten fakt, pewnej kulturowej – w porównaniu z Zachodem – prowincjonalności, ciąży na prawosławiu do dzisiaj. Znacznie dalszy od katolicymu i prawosławia jest zachodni protestantyzm, chociaż nie przeszkadza to temu, że obydwie religie tworzą wspólnie cywilizację Zachodu, a prawosławie (i to tylko bałkańskie) jest w jej przestrzeni gościem bardzo świeżej daty. Tłem dramatycznego rozejścia się jeszcze w średniowieczu Konstantynopola z Rzymem nie była tak naprawdę teologia, ale polityka i poważne różnice kulturowe. Ówcześni ludzie znacznie różnili się od siebie i uznali, że mają nad sobą innego Boga, więc zdefiniowali go na własny sposób.

Cytowany prawosławny mnich, podobnie, jak równie oburzony „MTR”, najwyraźniej przedkładają wiarę ponad wiedzę. A to zupełnie odmienne przestrzenie ćwiczenia umysłu. Znamienne przy tym, że „MTR” użył na określenie tej „zaplanowanej odgórnie operacji Unii brzeskiej” dziwacznego sformułowania „operacja divide&conquer”. To zbitka dwóch słów – łacińskiego divide, oznaczającego „dzielenie” i angielskiego conquer – „zdobywanie, panowanie”. To echo łacińskiego oryginału „divide et impera” – „dziel i rządź”, do którego nie może sięgać osoba prawosławna, która łacinę ma za nic, jako mowę wszetecznych „łacinników”. Prawosławna kultura ma łacinę i „łacinników” za urodzonych wrogów, a największe, ale i najmłodsze oraz najbardziej prymitywne kulturowo prawosławne państwo – Rosję, za teren najabardziej prawdziwej wiary. Może to brzmieć jak żart, ale największym prawosławnym świętym dla świata prawosławnych chrześcijan, jest dzisiaj Władimir Putin – kiedyś oddany komunista, dzisiaj – car i patriarcha Wszechrusi.

Dla głęboko wierzących prawosławnych – i o tym myślał zapewne mnich mojego znajomego – jedynym godnym zaufania źródłem ich wiary, jest Septuaginta – Biblia Grecka, a nie może nią być łacińska Vulgata. Napotykamy tu na podstawową przeszkodę dla porozumienia się chrześcijan zachodnich ze wschodnimi.To zupełnie odmienna tradycja językowa oraz kulturowa. Zachód, jest dzieckiem Europy uformowanej – po podziale Imperium Rzymskiego w 395 r.n.e. – z jego zachodniej i łacińskiej połowy. Septuaginta, to biblia jej wschodniej, greckojęzycznej części. Ktoś może powiedzieć, że to w gruncie rzeczy różnica niewielka, bo i greka i łacina, to języki starożytności, wywodzące się z tego samego indoeuropejskiego pnia, inaczej niż języki biblijnego oryginału – hebrajski i aramejski, które należą do semickiej grupy językowej. Jeśli więc pojawiały się jakieś problemy z tłumaczeniem słów semickich na indoeuropejskie, to w jednakim stopniu powinny dotyczyć zarówno indoeuropejskiej greki i łaciny. Rzecz jednak okazuje się bardziej skomplikowana. Greka, która po wojnach Aleksandra Macedońskiego i jego następców opanowała ówczesny Bliski Wschód nie była już językiem Platona i Arystotelesa, ale orientalną, wschodnią jego odmianą, pełniąc funkcję łącznika pomiędzy jego ludami podbitymi przez wielkiego Greka. Zastąpiła aramejski – język, którego używał Jezus, jako że mowa biblijnego oryginału – sam hebrajski, była już martwa od dwustu z górą lat. Była to, tak zwana greka koinė, powszechnie używana przez większość ludności wschodniej części rzymskiego imperium, nazywana tak ze względu na pełnienie przez nią szczególnej funkcji języka łączącego w całość ludy regionu, dla którego sama Grecja była już tylko odległą prowincją. Tyle, że ta „nowa greka” zdążyła wchłonąć wiele elementów Orientu, co nie zdarzyło się łacinie, która od samego początku była mową ludzi Zachodu i taką pozostała.

Tak więc grecka Biblia, z punktu widzenia późniejszego przekładu łacińskiego, miała dla ludów wschodniej części Imperium dwie zalety. Nie tylko nabrała wielu cech orientalnych, ułatwiając rozumienie tekstów hebrajskich i aramejskich, ale też jej tłumaczenia dokonało w greckojęzycznej wtedy Aleksandrii ponad siedemdziesięciu (stąd nazwa – Septuaginta) specjalnie dobranych żydowskich uczonych, biegłych zarówno w tych trzech językach, jak i w samej biblijnej materii. Grecka Septuaginta wcale nie była Biblią Greków, lecz tłumaczeniem hebrajskiego oryginału dla greckojęzycznych Żydów, gęsto zamieszkujących ówczesną Aleksandrię. Tłumaczenie miało być dostosowaniem tego oryginału dla ludzi mówiących coprawda po grecku, lecz wyznających judaizm i na codzień żyjących w ramach żydowskiej diaspory. Łacińska Vulgata, to Biblia przeznaczona dla chrześcijan, nie znających tej tradycji i wychowanych w otoczeniu rzymskiej racjonalności zachodniego typu. Następstwem było to, że w zachodnim chrześcijaństwie, waga Starego Testamentu, aczkolwiek formalnie przez teologów uznawana za podstawowe przesłanie wiary, dla łacińskiego chrześcijaństwa nie była tak ważna, jak Ewangelia, czyli Nowy Testament, powstały w trzysta lat poźniej po Biblii Greckiej. To czytanie Ewangelii stało się podstawowym elementem mszy świętej i kościelnych nabożeństw. Codzienne czytanie Biblii Starego Testamentu, pojawiło się w Europie dopiero wraz z inwencją protestantów, hołdujących w większym stopniu hebrajskim tradycjom biblijnym, niż łacińskim i rzymskim. Istotne jest jednak, że dotyczy to tylko świętych tekstów, a nie logiki życia codziennego. Ta, jest całkowicie spadkiem łacińskiego Rzymu i germańskich nowinek.

W oczach prawosławnych, korzystających z tekstu Septuaginty w codziennej liturgii, ta ostatnia posiada jednak walor wiarygodności, której nie ma dla nich Biblia Łacińska, sporządzona kilkaset lat później i już na podstawie greckich tłumaczeń, a nie tekstów oryginalnych. Prawosławni zarzucają łacińskiej Wulgacie pospieszność, a także liczne błędy i przeinaczenia. Ta ostatnia miała jednak inną przewagę nad Septuagintą. Septuaginta, trzy setki lat starsza od Jezusa, nie mogła mieć walorów nośnika prawd Nowego Testamentu, tekstu dla wielu chrześcijan ważniejszego niż sam Stary Testament. Poza tym, ludność zachodniej części imperium Rzymu posługiwała się na codzień łaciną, nie znając ani greki ani aramejskiego. Można było do niej dotrzeć ze świętym przesłaniem wiary tylko używając łaciny. Już w III wieku, rzymska liturgia odeszła całkowicie od greki na rzecz łaciny, a z tej pierwszej, w łacińskim nabożeństwie pozostało tylko Kyrie Eleison – Panie, zmiłuj się (nad nami). Tak, czy owak, różnice pomiędzy łacińskim tłumaczeniem Biblii, używanym w chrześcijaństwie zachodnim, a wcześniejszym, greckim, miały prawo być tak znaczne, że prawosławny mnich pouczający mojego znajomego nie był całkiem bez racji. Tyle tylko, że to nie sama teologia i dokładność tłumaczenia świętych ksiąg decyduje o istocie wiary, jej głębi, społecznej treści i przekonania o jej prawdziwości. Znaczenie podstawowe ma społeczny kontekst, czyli otoczenie kulturowe pozwalające na takie, a nie inne rozumienie Boga, co doskonale może mieć miejsce nawet bez czytania świętych ksiąg w oryginale. Kto zresztą z pośród dwóch miliardów chrześcijan czytał Biblię, albo Listy Apostolskie w oryginale. To nie święte teksty są dla ludzi żródłem ich wiedzy i wiary, ale społeczne otoczenie i dziedziczone metody odróżniania złego od dobrego.  Pod tym względem, ludzie i społeczeństwa różnią się od siebie znacznie, czego dowiódł swoim paradygmatem Samuel Huntington, budując model dziewięciu różnych cywilizacji współczesnego świata. Tyle, że Huntington zdążył zaledwie zarysować problem, zgłębić i wyjaśnić się go do końca nie udało do dzisiaj. Autor teorii odróżnił, jako osobne i całkiem odrębne, dwie wielkie kultury chrześcijaństwa – zachodnią i prawosławną, które pomimo tego, że mają to samo źródło w postaci historii życia i śmierci Chrystusa oraz tej samej Świętej Biblii, to jednak tworzą dwa odmienne systemy kulturowe. Jak jednak ustosunkować się do długiego „prawosławnego pasa” Unii Europejskiej, ciągnącego się od estońskiej Narwy do rumuńskiego ujścia Prutu i Dunaju do Morza Czarnego? Czy mieszkający tam prawosławni, to jeszcze część cywilizacji Zachodu, czy już rosyjskiego prawosławia i czy to ma jeszcze znaczenie?

            Człowiek Zachodu najwyraźniej posiada dwie natury: jedną, uznającą cud własnego istnienia za dowód jego uczestnictwa w porządku wyższego rzędu. Posiada też i naturę drugą – wywodzącą się z nienasyconej ciekawości, której nie zaspokaja sama tylko wiara w świat nadprzyrodzony i która oczekuje intelektualnej odpowiedzi wyjaśniającej wszystko, co go otacza. Najkrótszym podsumowaniem tego oczekiwania jest ambitne zdanie użyte przez amerykańskiego fizyka S. Hawkinsa: „Naszym celem jest kompletny opis świata, w którym żyjemy, nic skromniejszego nas nie zadowoli”. Człowiek Zachodu ma w swoje bytowanie wszczepione obydwie poznawcze natury i tym właśnie różni się od świata prawosławia oraz „całej reszty”, które cechuje dominacja jednej z nich, czyli wiary, nad drugą – wiedzą i racją. Wcale to jednak nie oznacza, że kwestia relacji pomiędzy tymi dwiema sferami została ostatecznie rozstrzygnięta. Obie posiadają skrajnie odmienne logiki, które na codzień zdają się zgodnie współżyć w ramach swoistego zawieszenia broni, jest to jednak współistnienie w ramach „zbrojnego pokoju” i nieraz zdarzają się sytuacje, kiedy jedna, próbuje zawładnąć drugą. Z reguły prowadzi to do nieoczekiwanego wybuchu religijnej lub antyreligijnej krucjaty. Nawet antyczny wzorzec demokracji i równowagi pomiędzy światem religii a świeckością, za którą uznaje się świat starożytnych greckich miast-państw, nie był od nich wolny. Jeden z największych, obok Platona, umysłów greckiej starożytności, który odcisnął najsilniejsze piętno na umysłach Europejczyków – wielki filozof Arystoteles, musiał uciekać z Aten w obliczu zgrożenia wyrokiem śmierci z oskarżenia o bezbożność. W porewolucyjnej Francji wahadło wychyliło się w przeciwną stronę, żądając od obywateli odrzucenia chrześcijańskiej moralności, a księża byli zmuszani do porzucenia sutann i wypowiedzenia posłuszeństwa papieżowi, a samo pojęcie Wszechmocnego Boga zostało zastąpione państwowym kultem Rozumu. Temat, jest tak szeroki, że nawet trudno jest określić jego granice. Jego swoistą ilustracją jest wsponiana wyżej przygoda osła o imieniu Napoleon z zupełnie przecież przypadkową towarzyszką życia. Okazuje się, że oceniamy jego historię nie w zależności od poziomu racjonalności przynależnej gatunkowi homo sapiens, ale od tego, jaki mamy światopogląd, przy czym to ostatnie pojęcie nabiera w tym kontekście bardziej znaczenia towarzyskiego, niż prawdziwie religijnego i filozoficznego.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *