WOJNA O UKRAINĘ, CZYLI PUTINA ZEW KRWI

Kot i Putin

            Władimirem Putinem, dzisiejszym władcą Rosji, nie rządzi rozum, lecz tylko głęboko zakorzenione kulturowe atawizmy. W przypadku jego kraju, mają one o tyle bardziej destrukcyjny charakter, że obejmują wraz z nim całą jedną piątą powierzchni globu, co jednak nie powoduje, że mieszczą się choćby w calu logiki przemian współczesnego świata. Uważni analitycy postępowania Rosji nie zadają już więc sobie pytania o to, czy wojna Rosji o Ukrainę na pełną skalę wybuchnie, lecz starają się tylko odgadnąć datę tej operacji. Wszyscy mają przy tym  świadomość jej irracjonalności. Używam przy tym sformułowania „wojna o Ukrainę”, a nie „wojna z Ukrainą”, albowiem strona rosyjska nie uważa tej ostatniej w ogóle za podmiot i godnego siebie przeciwnika, lecz tylko za przedmiot ewentualnego podziału z sąsiadami, przy czym największa jej część miałaby przypaść zwycięskiej Rosji. Z oceny obserwatorów wydarzeń wynika jednak, że Putin i rządząca z nim dzisiaj elita znalazła się właściwie w pułapce bez wyjścia, z której uratować ją może tylko ucieczka do przodu, niezależnie od przyszłych tego kosztów. Kierunek tej ucieczki może być dwojaki: pełna i niczym już nie kamuflowana inwazja na wschodnią i południową Ukrainę dla ukazania olśniewającego triumfu imperialnego oręża Rosji, albo też wywołanie – co znacznie mniej prawdopodobne, bo trzeba też ją skutecznie wygrać – wewnętrznej „totalnej wojny z korupcją”, aby wkrótce potem ogłosić jako jako kolejny epokowy triumf rosyjskości. Tak przynajmniej twierdzi emigracyjny białoruski analityk  – Paweł Szeremet, na którego opinię powołuje się Paul Goble z amerykańskiego periodyku The Interpreter. Cytuje na tę okoliczność znane kiedyś powiedzenie Oswalda Spenglera, wypowiedziane w 1914 roku w przededniu wybuchu Wielkiej Wojny, że „w dzisiejszych czasach optymizm, to tylko tchórzostwo”. Autor nawołuje do odwagi spojrzenia prawdzie w oczy i do przygotowania się na najgorsze, czyli wybuchu wojny o trudnych do przewidzenia konsekwencjach.

W tym również kontekście należy rozumieć nagłą ofertę amerykańskiej pomocy wojskowej dla Ukrainy, którą w Kijowie ogłosił sekretarz stanu USA. Nie wiemy tylko, czy to jeszcze skutek optymizmu, czy też już tylko rezultat tchórzostwa, albowiem – jeśli rosyjska inwazja nastąpi – żadna pomoc nie będzie w stanie utrzymać Ukrainy w jej obecnych granicach. To zapewne swoisty wyraz gry, której celem jest podwyższenie rosyjskich kosztów ewentualnej wojny. Teoretycznie mogłoby się to stać ważnym argumentem w podejmowaniu przez Moskwę decyzji co do zakresu przygotowywanych agresywnych działań, gdyby nie to, że wedle Szeremeta, decyzja została podjęta, a znaki zapytania sprowadzają się już tylko do terminu i głębokości operacji. W obecnej sytuacji Rosji, decyzje samego Putina i jego otoczenia wcale nie muszą mieć przy tym żadnego związku z logiką, jaką posługuje się reszta świata.

Putin, dawny wzorcowy komunista, a dzisiaj przywódca „wielikoj Rossiji”, znalazł się w pułapce jej własnych dziejów.  Rosja nie dorobiła się nigdy pozycji kraju istniejącego w krajobrazie świata jako elementu osobnej i wyróżniającej się cywilizacji. Co więcej, nigdy sama nie dopracowała się pozycji samodzielnej kultury. Zawsze była zjawiskiem groźnym, ale – widzianym z dłuższej perspektywy – jakoś nierealnym i przejściowym, a dla całej reszty świata zupełnie niezrozumiałym. Takim też pozostała do dzisiaj.

Teoretycznie, Rosja pojawiła się w Eurazji jako wytwór dawnej Rusi Kijowskiej. Tyle, że taki obraz jej źródeł wymaga w znacznie większym stopniu wiary, niż prawdziwej historycznej wiedzy. Lew Gumiłow, głęboko ideowy historyk dziejów Rosji, sam nie potrafił wydostać się z pułapki, którą jego kraj zastawił. Jego narracja o dziejach rosyjskiego imperium zawiera sprzeczności widoczne już w samej konstrukcji tej opowieści. Przedstawia się jako Rosjanin-Eurazjata, czyli człowiek uważający, że jego kraj nie jest ani częścią Europy, a on sam nie jest ani Europejczykiem, ani też częścia muzułmańsko-chińsko-hinduskiej Azji. Rosja jest w jego mniemaniu zupełnie osobnym fenomenem, żądającym z tej przyczyny szczególnego szacunku i specjalnego traktowania. Sam więc, jako Rosjanin, nie uważał się za Azjatę, ale też nie czuł się w żadnym calu Europejczykiem. Rosjanin, wedle tej koncepcji, jest ze swej istoty czymś zupełnie innym, tworem szczególnym, wymagającym również szczególnej troski i bycia przedmiotem światowego podziwu. Tymczasem, sam świat nie wykazał dotąd tą szczególną misją Rosji specjalnego zainteresowania. Gumiłow w swoich wywodach tak się przy tym zapętlił, że wpadł w zastawione przez siebie samego sidła. Jego opowieść zatytułowana “Od Rusi do Rosjii” (Warszawa 2004) jest tego dowodem sama w sobie.

            Sama konstrukcja książki budzi zdziwienie. Składa się z trzech, w gruncie rzeczy całkiem odrębnych części. Pierwsza, „Państwo kijowskie”, to opowieść o normańskich początkach Rusi oraz jej ewolucji ku przekształceniu się w państwo w gruncie rzeczy podobne do innych krajow ówczesnej Europy – piastowskiej Polski, chrześcijańskich Węgier, czy też pobliskiej Skandynawii, połączonej przy tym z ruskim Nowogrodem Wielkim wieloma szczególnymi więzami. Gumiłow opisuje ją jako najbardziej na wschód wysuniętą część średniowiecznej Europy, poza którą pozostawało już tylko azjatyckie barbarzyństwo. Ta europejska Ruś skończyła się jednak wraz z katastrofą, jaka przyszła z chwilą najazdu mongolskiego w 1240 roku. Druga część imperialnej epopei „Od Rusi do Rosji”, nie dotyczy jednak już ani jednej, ani drugiej, lecz otrzymuje tytuł „W sojuszu z Ordą”, a jej pierwszy rozdział, to „Narodziny imperium mongolskiego”, po którym kolejne – „Wielki step”, „Młodość Czyngisa”, czy też „Następcy Czyngisa”, nie mają już związku ani z wcześniej opowiadaną historią Rusi, ani też z wyjaśnieniem przyczyn powstania późniejszego tworu w postaci imperialnej Rosji. To opowieść o historii powstawania imperium mongolskiego, które o istnieniu samej Rusi dowiedziało sie dopiero wtedy, gdy ją podbiło. Rozdział czwarty, zatytułowany „Dojrzewanie” i dotyczący kształtowania się poczatków państwa rosyjskiego zaczyna się od dwóch rozdziałów, z których pierwszy, też brzmi z obca i kieruje czytelnika ku mongolskim źródłom Rosji. Najpierw opowiada o stepowych chanach – Tochtamyszu i Timurze, potem o Edygeju. Gdy rozszyfrujemy imiona bohaterów tych rosyjskich początków, okaże się, że Tochtamysz, to chan tatarskiej Złotej Ordy (1380-1395), który w sierpniu 1382 roku zdobył po trzydniowym oblężeniu Moskwę, po czym ją doszczętnie spalił. Spalił też przy okazji Włodzimierz, Perejasław, Możajsk i Kołomnę oraz zmusił książęta wschodniej Rusi do uznania swojego zwierchnictwa i do płacenia regularnej daniny. Z kolei Timur, znany też historii jako Tamerlan, to tatarski zdobywca większości Azji Środkowej, Iranu, Iraku i Zakaukazia. Co miał wspólnego z historią Rosji? Otóż z Rosją, jako następcą kijowskiej Rusi nie miał nic wspólnego, ale za to z Rosją, jako efektem mongolskiej dominacji w regionie miał wspólnego wiele. Z kolei, Edygej, (1352-1419), to emir Mangytów, szczepu jednego z najbardziej prominentnych rodów Mongolii, współrządzących przedten Chinami, który stał się również faktycznym władcą tatarskiej Złotej Ordy w latach 1400-1412. Co więcej, przejście autora „Od Rusi do Rosji” od opowieści o imperium Mongołów do powstania samej Rosji również wiąże się z koniecznością wyjaśnienia spraw związanych z Mongolią, a wcale nie z dawną Rusią. W postmongolskiej historii regionu, w książce Gumiłowa Rusi praktycznie nie ma, jest za to coraz potężniejsza i coraz bardziej imperialna Rosja, konsekwentnie wchłaniająca pozostałości dawnego państwa Czyngis-chana. Temu też służy rozdział zatytułowany „Powstanie Rosji”, w którym dominują, dwa podrozdziały: „Sprawy ordyńskie” oraz „Sina Orda”. W rezultacie tej opowieści, dla jej czytelnika, Rosja pojawia się wlaściwie znikąd, jak deus ex machina, w momencie rozpoczecia jej wojny z niemieckimi wtedy Inflantami. Z niezrozumiałych przy tym powodów, od razu jest pokazana jako pełnoprawny gracz europejski.

            Z oficjalnej historii Rosji nie dowiemy się wiele o jej rodowych, politycznych i kulturowych powiązaniach z Mongołami, za to od czasów Iwana Groźnego, czyli od połowy XVI wieku kwitnie tam przekonanie, że jest ona po prostu jedynym i ostatnim spadkobiercą wschodniego Cesarstwa Rzymskiego, upadłego ostatecznie 1453 roku pod ciosami muzułmańskich Osmanów. A skoro Wschodni Rzym, znany w historii regionu pod nazwą Bizancjum, jest spadkobiercą łacińskiego Imperium Romanum i starożytnej rzymskiej republiki, to i Rosja została przez jej własnych historyków uznana za prostą i „legalną” kontynuację obu Rzymów. Tyle, że w tych wyobrażeniach o rzekomo uzsadnionej i ugruntowanej od czasów antycznych rzekomej uniwersalności Rosji, nie ma nawet źdźbła prawdy. Przeciwnie, w kategoriach międzynarodowej socjologii jest ona wzorowym przykładem kultury niedojrzałej, ale za to ekskluzywne, bo niepodobnej do żadnej innej, stając się tym samym zupełną przeciwnością uniwersalnej formy cywilizacji zdolnej do promieniowania i wchłaniania innych. Rzecz w tym, że zasady panujące w Rosji od czterystu lat nie dadzą się zastosować nigdzie poza nią samą, ani też w żadnym innym regionie świata. Jaki to zatem uniwersalizm i jaka rzymskość, skoro zawsze, to co łacińskie było tam uważane nie tylko za obce, ale również za głęboko wrogie? Jak wtedy wyjaśnić wrodzoną Rosji nienawiść do Zachodu jako takiego, skoro jednocześnie uznaje się, że jest on współczesnym ucieleśnieniem rzymskich, a więc i bizantyńskich źródeł, podczas gdy moskiewskie prawosławie powołuje się na „jedynie słuszne” źródła bizantyńskie, a łacińskie uznaje za wzór wszelakiego zła. Historyczna propaganda kryje w sobie elementarny błąd logiczny: skoro Bizancjum było efektem podziału jednego Rzymu na dwa, to i Trzeci Rzym – Rosja, powinna być spowinowacona z obydwoma. Tymczasem sama przyznaje się tylko do kuzynostwa z Rzymem wschodnim, a Rzym zachodni – łaciński ma za największego wroga. Nawiasem mówiąc, to właśnie polska wierność rzymskiemu chrześcijaństwu spowodowała, że sama Rzeczpospolita, niezależnie od formy państwowości, stała się dla Rosji na zawsze symbolem znienawidzonego łaciństwa i zdrady zasad przyświecających bizantyńskiemu prawosławiu.

Rzecz w tym, że rosyjskie pretensje do bycia następcą grecko-bizantyńskiej i prawdziwie prawosławnej kultury wschodniego Imperium Rzymu ze stolicą w Konstantynopolu, mieście Konstantyna Wielkiego, również nie mają żadnej podstawy faktycznej. Są przy tym całkowicie i to w oczywisty sposób nie poparte niczym poza czczą propagandą. Tradycja grecko-bizantyńska, z gruntu przecież śródziemnomorska, ilekroć pojawiała się jako licząca się, choćby na krótko, siła w zimnym lasostepie Rosji, była szybko i brutalnie unicestwiana i bezceremonialnie dostosowywana do zasad mongolsko-rosyjskich. W tym rozumieniu procesów kulturowych, Rosja nigdy nie uzyskała najmniejszej szansy na europeizacją, ani na zastąpienie wzorców azjatyckich zachodnimi. Koronnym dowodem może być historia życia Maksyma, prawdziwego Greka, urodzonego w 1475 roku, który poświęcił życie próbie ucywilizowania moskiewskiego prawosławia. Stał się w związku z tym dla jego tradycji postacią tak kontrowersyjną, że na jego kanonizację cerkiewne władze wydały zgodę w z górą pięćset (!) lat po śmierci, bo dopiero w 1988 roku. Maksym Grek naprawdę nazywał się „Michał Triwolis”, kształcił się w Wenecji, Florencji i Ferrarze, poświęcając się badaniom filozoficznym w zakresie myśli Ojców prawosławnej cerkwi oraz greckojęzycznej wersji Pisma Świętego. Wstąpił do Monastyru Watopedi na Górze Atos nad Morzem Egejskim, złożył tam śluby zakonne, otrzymując mnisie imię Maksyma. W 1516 roku, wielki książę moskiewski – Wasyl III, ojciec Iwana IV nazwanego później Groźnym, zapragnął uporządkowania kremlowskiego księgozbioru. Maksym podjął się zadania poświęcając się na lata pracy bibliotecznej oraz czynieniu poprawek w przekładach cerkiewnych ksiąg, tak by doprowadzić je do zgodności z kanonem bizantyńskiego wzorca. Naraził się tym jednak prawosławnemu establishmentowi, z gruntu przeciwnemu nowinkom i zmuszaniu ich do odchodzenia od lokalnej, odległej od tych wzorców i na wpół pogańskiej  tradycji. Zrażał także intelektualną niezależnością jak i tym, że jego zdaniem, monastyry nie powinny być ośrodkami produkcji rolnej i wielkiej własności ziemi oraz pańszczyźnianych chłopów. Przeciwnicy okazali się jednak znacznie potężniejsi od uczonego mnicha i dopięli tego aby został uznany za heretyka. Wielki książę wtrącił go więc do więzienia, w którym Maksym spędził czternaście lat. Zdjęto z niego infamię i zakaz przystępowania do sakramentów dopiero w 1541 roku, czyli w osiem lat po śmierci Wasyla III, już za panowania młodocianego Iwana IV. Nigdy jednak nie dostał zgody na wyjazd z Rosji, w której też zmarł w piętnaście lat później. Dzisiaj, z prośbą o wstawiennictwo w niebie modlą się do niego biedne wdowy i sieroty, których został patronem. Tak skończyła się jedyna w historii Rosji próba jej „ucywilizowania” na wzór europejski i jedyna prowadząca do tego, by stała się krajem podobnym do europejskiego, czy choćby nawet wschodnioeuropejskiego – śródziemnomorsko-bizantyńskiego. Pozostała na zawsze w rozkroku – ni to w Europie, ni to w Azji. W tej sytuacji, rosyjskie starania o przyłączenie przez Petersburg Konstantynopola, by utworzyć w mieście dawnych rzymskich cesarzy prawosławne centrum „prawdziwej wiary”, były konsekwentnie torpedowane przez mocarstwa zachodnie. Dzisiaj, pomimo pozornie odżywających imperialnych ambicji, jest Rosji Putina do Bosforu znacznie dalej, niż kiedykolwiek przedtem.

            Europa zachodnia jest dzieckiem świata łacińskiego. Nie tylko „poczęła się” w tym samym miejscu, w którym istniało zachodnie imperium Rzymu, ale też i tam tkwią źródła jej cywilizacji.  Łacińska jest Biblia Kościoła Katolickiego, której pierwsze egzemplarze datuje się na II wiek n.e., a pełne wydanie na przełom IV i V stulecia. Tymczasem, znienawidzona przez Rosjan łacina przetrwała jako europejskie medium z górą tysiąc lat po upadku Rzymu. Literatura w językach romańskich, będących wtedy jej bliskimi krewnymi zaczęła tworzyć się dopiero w XI wieku i rzymska łacina pozostawała nadal zarówno językiem literatury, jak i międzynarodowych porozumień aż po czasy Odrodzenia. Pierwszy wielki słownik łacińsko-polski – Lexicon Latino Polonicum Ex Optimis Latinae Linguae Scriptoribus Concinnatum ukazał się w 1564 roku i zawierał dwadzieścia tysięcy haseł. Łacina pozostała też drugim językiem urzędowym I Rzeczypospolitej i to aż do ostatniego rozbioru.

            Zupełnie inne są językowe źródła rosyjskiego prawosławia. Vulgata – Biblia łacińska powstała jako pełny dokument z inicjatywy jej tłumacza i interpretatora – św. Hieronima w latach 382-406, a więc nie tylko „w późnej łacinie”, ale w czterysta lat po powstaniu Nowego Testamentu i tworzona była w odniesieniu do niego samego oraz z wiedzą o jego epokowym znaczeniu. Biblia prawosławnych – Septuaginta, to tekst znacznie wcześniejszy. Była greckim tłumaczeniem Starego Testamentu z hebrajskiego i aramejskiego, powstałym ponad pięćset lat wcześniej, nie tylko bez świadomości pojawienia się na ziemi Chrystusa, ale też w zupełnie innym celu. Vulgata, to dokument przeznaczony dla społeczności rzymskich chrześcijan, znających już losy Mesjasza, natomiast Septuaginta została przełumaczona przez uczonych Żydów jerozolimskich na użytek ich aleksandryjskich współbraci używających już na codzień greki, a nie języków semickich. Była to więc Biblia Żydów przez Żydów stworzona i dla nich przeznaczona. Stało się to też i przyczyną wielu innych rozbieżności, tak poważnych, że prawosławni uczeni do dzisiaj uważają łacińską Biblię za dokument głęboko spaczony i niewart uwagi. Inaczej mówiąc, chrześcijaństwo zachodnie utkwiło w starożytnej tradycji łacińskiej, greckie prawosławie – w greckiej transformacji tradycji starożytnego Izraela.

To zresztą nie koniec problemów z Rosją. Jej moskiewska tradycja, z samych tylko względów językowych i kulturowych nie mogła w żadnym przypadku pozwolić na uznanie się za przedłużenia łacińskiego Rzymu, a jej greko-bizantyńskie koneksje okazały się w praktyce niemal równie słabe. Wystarczy rzut oka na dwie mapy regionu, by odnaleźć oczywiste tego dowody.

 1. Imperium rzymskie w 395 roku n.e.
Ces. Rzymskie

Kiedy w 395 roku cesarz Teodozjusz podzielił rzymskie państwo na dwa niezależne twory – wschodni i zachodni, Rosji długo jeszcze nie było wcale. Ukształtowała się jako imperialne cesarstwo dopiero za Piotra I, czyli w niemal półtora tysiąca (!) lat później. Miejsce, w którym później Rosja powstała, było do każdego z tych Rzymów równie niepodobne – ani zachodniego, ani wschodniego. Nie tylko nie używano w Rosji łaciny ani greki, ale sama liturgia zastąpiła je językiem słowiańskim, czyli najbardziej od łaciny i greki odległym, nie posiadającym przy tym żadnej wcześniejszej literackiej tradycji, ani też poważnego piśmiennictwa. Był to język starocerkiewnosłowiański, powstały na bazie prymitywnego prasłowiańskiego lokalnego dialektu z okolic dzisiejszych Salonik, nie mającego przy tym literalnie żadnych osiągnięć intelektualnych. Opracowany przy tym przez greckiego mnicha Cyryla całkiem odrębny – ani łaciński, ani grecki – system pisma (cyrylica) spowodował, że jego użytkownicy nie nabrali umiejętności czytania tekstów w żadnym z tych dwóch języków, dysponujących olbrzymią literaturą i musieli ograniczyć się tylko do tego, co sami mogli stworzyć.  Nastapiło więc coś w rodzaju zerwania więzi słowiańskiego prawosławia z jakąkolwiek kulturą starożytności. Większość mieszkańców Rosji (nawet mnisi) pozostała niepiśmienna jeszcze przez kolejne stulecia. Klimat kraju był przy tym nazbyt surowy, zupełnie niepodobny do śródziemnomorskiego. Ten ostatni stworzył ze starożytnego Rzymu kulturę wina i oliwy, Rosja, nie znając ani jednego, ani drugiego, stała się jego swoistą odwrotnością – krainą wódki i słoniny.

Rzut oka na mapę regionu z 1430 roku nie pozostawia wątpliwości co do tego, że Moskwa była wtedy oddalona od źródeł śródziemnomorskiej cywilizacji tak daleko, jak tylko pozwalał na to kształt ówczesnej Europy. Podróż z bosporańskiego Konstantynopola do Rosji, była jak wyjazd na antypody i nie tylko ze względu na konieczność pokonania dystansu kilku tysięcy kilometrów, ale też jak i podróż przez cztery klimaty – od ciepłego, przyjaznego ludziom morza do zimnego lasostepu. To więc, że w Rosji pojawiła się myśl, że jest ona oto jedynym legalnym potomkiem obu rzymskich imperiów – zachodniego, upadłego w 476 roku  i wschodniego, które zakończyło żywot w tysiąc lat później, to nie tylko megalomania, lecz czysta fantazja. Tyle, że ta fantazja stała się motorem całej rosyjskiej polityki i pozostała nim do dzisiaj.

2. Europa i kraje śródziemnomorskie w 1430 roku.Europa podczas 100letniej wojny

            W tej sytuacji, Rosji – nawet przy największym dla niej stopniu sympatii i przychylności, nie da się nazwać kulturową hybrydą, czyli tworem, który możnaby uznać za skrzyżowanie, czy też oryginalne wymieszanie cech zarówno wschodu, jak i zachodu. Nie tylko nie jest ani jednym ani drugim i nie odpowiada rygorom definicji samodzielnego tworu kulturowego, ale też nie da się pod tym względem  zdefiniować jako zjawisko – w kategoriach historycznych –  trwałe. Co może stać się w przyszłości z tworem wielkim, największym na świecie, który nie jest w stanie zbudować wyraźnej wewnętrznej tożsamości? Doświadczenie, jakim służy historia jest jednoznaczne. Taki twór jest ze swej istoty nietrwały, a dni jego istnienia są z samej natury zjawiska policzone. Nie oznacza to, że nie potrafi kąsać, a ugryzienia nie pozostawią śladów. Przeciwnie, losy Ukrainy mogą zostać w tym procesie znacznie zmienione, ale los samej Rosji jest przesądzony, a zupełnie nieracjonalne działania jej prezydenta zdają się być tylko tego potwierdzeniem.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *