ROSJA I UNIA EUROPEJSKA, CZYLI ROZGRYWAŁ ŚLEPY KULAWEGO

Putin Merkel Hollande„Każdy kraj, który nie uszanuje porozumień z Mińska mających na celu uregulowanie kryzysu na Ukrainie, stanie w obliczu sankcji” – oświadczył prezydent Francji, François Hollande na wspólnej z Angelą Merkel konferencji prasowej w Paryżu sprawiając wrażenie, że było to ustalenie na miarę epoki. Holland wygląda na doświadczonego polityka, a robienie dobrej miny do złej gry nie jest w tej branży niczym nowym. Rzecz w tym, że ukraiński konflikt, który wchodzi już w drugi rok istnienia dowiódł, że wszelkie porozumienia z Rosjanami są bez wartości. O co więc właściwie w tej grze chodzi? Komu Holland i dlaczego, zamierzał robić wodę z mózgu? Trudno to pojąć, skoro wszystko wskazuje na to, że strony – rosyjska i europejska czynią całkiem odmienne figury, lecz wcale nie jest wiadomo jakie jest tego sporu sedno, skoro z całą pewnością nie idzie o interesy Ukrainy? Czy istotnie pragną ze sobą się spierać w obronie imponderabiliów, czy to tylko tej walki markowanie, a porozumiewają się tajemne gdzieś pod konferencyjnym stołem?

Zarówno rosyjska, jak i zachodnia polityka w stosunku do wschodniej cześci Europy przypomina przysłowiowe podtrzymywanie ślepego przez kulawego. Żaden z partnerów nawet nie usiłuje wniknąć w istotę całości sprawy, żaden też nie potrafi i nawet nie zamierza wyraźnie sformułować tego, jakie są właściwie jego własne w tej grze cele oraz interesy. Obie strony wiedzą przy tym, że czują się bezpiecznie tylko wtedy, kiedy jedna w miarę zgodnie podtrzymuje drugą. Tyle, że zwykle interes dwóch kalek nie pokrywa się z oczekiwaniami pozostałej reszty. Cała ta polityka europejsko-rosyjska doszła już do punktu, w którym właściwie nikt już nie wie, kto jakiego końca oczekuje. Oczekiwania obu stron są zupełnie nieczytelne. Strona europejsko-zachodnia chciałaby najwyraźniej mieć święty spokój i zakończyć sprawę w jakikolwiek sposób, byle tylko wszystko wróciło do normy. Do normy? To znaczy do czego? A może inaczej: może idzie tylko o to, że skoro już ta gra się zaczęła i to na oczach światowej opinii publicznej, to trzeba tylko z niej jakoś wybrnąć nie robiąc sobie nawzajem zbyt wiele szkody? Jeśli tak, to stawiam orzechy przeciwko dolarom, że wbrew pozornie sprytnym zagrywkom z obu stron, w dalszej perspektywie i tak skończy się to rozpadem unijnej jedności oraz końcem samej Unii jako wspólnej tożsamości jej członków, jak też i pogrzebem Rosji, przynajmniej takiej, jaką sobie dzisiaj wyobraża Putin. Rzecz w tym, ze Rosja Putina również nie za bardzo wie o co jej w tej ukraińskiej awanturze już teraz chodzi? Okazuje się, że – prócz Krymu – nie idzie już o większe nabytki terytorialne (nie chce nawet Donbasu, trzeba go odbudować), ale o zupełnie karkołomną koncepcję pozostawienia wschodniej Ukrainy za fasadą niby-to-władzy-Kijowa, ale w rzeczywistości tak, by Putin rządził regionem sam, wprost z Kremla, tylko koszty miałaby ponosić Ukraina, zaciągając w nieskończoność zachodnie kredyty. Jakim sposobem mógł to wymyślić, skoro Zachód nie mógłby się na to zgodzić nawet wtedy, gdyby jego jednostronna miłość do Rosji sięgnęła zenitu? Nie idzie tylko o kompromitację w oczach opinii, bo na tę zachodnia Europa jest uodporniona, ale o to, że tego nie da się w żaden sposób zrobić bez faktycznego podporządkowania samej Europy Putinowi. Na to już miłująca pokój zachodnia część kontynentu zgodzić się nie może.

Bajka Ignacego Krasickiego o ślepym, który prowadził kulawego ,kończy się w końcu nieszczęśliwie dla obydwu: „Na koniec, przestrzeżony, gdy nie mijał dołu, i ślepy i kulawy zginęli pospołu. I ten winien, co kijem bezpieczeństwo mierzył, i ten, co bezpieczeństwo głupiemu powierzył”. Który z partnerów jest w tym przypadku kulawym, a który ślepym – Rosja, czy też europejska Unia, pozostawiam ocenie Czytelnika, wydaje się jednak, że tego starcia nie może wygrać ani jedna, ani druga strona. Jak to nie raz już bywało, rzecz zakończy się jakąś niespodzianką.

Obudzili się w tej podejrzanej grze również i mniejszej wagi zawodnicy. Oto premier Węgier, Viktor Orban nagle odkrył, że od losów Ukrainy znacznie ważniejsze są dla niego dostawy gazu z Rosji, które i tak przecież dotąd szły bez przeszkód. O co więc mu właściwie idzie? Podobnie tajemnicze stanowisko zajmuje Austria, znacząco milczą Czechy i Słowacja, Grecja odlatuje w europejski niebyt, Włochy z Hiszpanią i Portugalią nie zabierają głosu wcale, a Merkel z Hollandem odgrywają publicznie sztukę dbałości o los Ukrainy, chociaż coraz wyraźniej widać, że znaczenie dla nich mają przede wszystkim ich własne interesy z Rosją, a sama Ukraina jest sprawą wymuszoną niespodziewanymi wydarzeniami. Rzecz nie idzie nawet o nielojalność Europy wobec ukraińskiego sąsiada, który znalazł się w tarapatach, ale o to, że takie postępowanie obojga polityków jest świadectwem nieistnienia europejskiej integracji w kwestiach polityki pozaunijnej. Kto zapłaci cenę upadku autorytetu Unii? Jak wysoka będzie ta cena i dlaczego z takim mozołem budowana przez całe półwiecze unijna jedność, dzięki egoistycznej polityce swoich członków szybko zapewne odejdzie w niebyt? Czy „unijni wielcy” nie zdają sobie z sprawy z konsekwencji własnej bezradności?

Warto przypomnieć dotychczasowe doświadczenie Europy, że odpowiedź na ostatnie pytanie była w jej historii zawsze jednakowa: to nie ma nic do rzeczy! Tak zwani przywódcy w systemach demokratycznych są zmuszeni do markowania zgodności ich postępowania z oczekiwaniami wyborców i zasadami etyki, bo tak ukształtowana jest europejska opinia publiczna. Unijna polityka zewnętrzna, to przecież bardziej gra dla publiczności, niż fakty. Na usprawiedliwienie warto zauważyć, że wyborcy, szczególnie ci ze „starego Zachodu”, również mają na względzie przede wszystkim interesy własne i swojego najbliższego otoczenia, a to co się dzieje dalej, dzieje się w ich mniemaniu gdzieś na antypodach i nie jest warte uwagi, jeśli tylko ich samych bezpośrednio nie dotyczy. Zestrzelenie malezyjskiego samolotu pasażerskiego również przeszło bez echa, chociaż wydawało się, że to nie jest już możliwe. Kto dzisiaj pamięta o prawie trzystu ofiarach wydarzenia i kto się czuje czymkolwiek zobowiązany do ukarania bezmyślności? Czy tylko dlatego, że był to szczególny rodzaj bezmyślności, czy też z innego powodu – że była to bezmyślność rosyjska, a zachodnia Europa jest gotowa Rosji wiele wybaczyć, szczególnie, jeśli koszty tego wybaczenia ponosi ktoś inny. Dzisiaj, mogłoby sie wydawać, że ofiarami były jakieś bezimienne osoby, a sama historia nazbyt odległa, by rzutowała na obecne postępowanie polityków względem samej Rosji, do której stosuje się szczególne zasady, niestosowane do normalnego kraju. Szerokiej europejskiej publiczności wydaje się zresztą, że ci „wielcy” działają w jej własnym imieniu w ramach pozostawionej im przez wyborców swobody manewru. Maja prawo realizować swoje poglądy, ponieważ są ważnymi osobistościami, a te podobno mają poczucie sprawiedliwości. W rzeczywistości jednak, politycy, to społeczna grupa o najwyższym stopniu zepsucia i pozbawienia moralnych zasad, tkwiąca przy tym po uszy w bagienku rozmaitych interesów. Prędzej zrobią wszystko, by ich bankowe konta puchły, niż uczynią jakiś znaczący w skali międzynarodowej gest kosztujący ich choćby dolara.

Jagienka Wilczak w artykule  Dlaczego Putin gra w piegi? słusznie stawia sprawę, że Zachód ze swoimi groźbami jest nie tylko żenujący, ale i w gruncie rzeczy bezradny. Działanie na rzecz zatrzymania rosyjskiej inwazji nie ma w Europie społecznego poparcia, nie stoją za tym zachodnie czołgi, Zachód ma za to wśród wpływowych grup nacisku wielu „pacyfistów, rusofilów i większość obywateli, których interesuje wyłącznie to, żeby nie stracili pracy i zarobków”. Inaczej mówiąc, Zachód łącznie z Ameryką, chociaż jest gospodarczo dwadzieścia razy (!) silniejszy od Rosji, stoi z nią w obliczu przegranej i utraty wiarygodności. Taka słaba i nijaka Unia Europejska jest, być może, potrzebna jej mieszkańcom, by móc swobodnie się po kontynencie przemieszczać i przelewać bez trudu pieniądze, ale nie jest potrzebna już do niczego, co by wiązało się z jakimiś poważniejszymi zobowiązaniami wobec europejskiej reszty. Unia, skazując się na bezsilność, skazuje się też i na kompromitację. A to oznacza koniec Unii jaką w zamyśle budowali jej założyciele.

Wbrew pozorom, rozkład i upadek unijnego morale wcale nie działa na korzyść Rosji. Unia znalazła się z nią w konflikcie nie z własnej woli i sama nie widzi w tym żadnych korzyści. Przeciwnie, kocha handlować i zarabiać, a etykę w tej przestrzeni tylko markuje. Zjednoczona Europa, to twór intelektualny, a nie rzeczywisty. Nie jest potęgą militarną, ani wzorcem moralnym, ani też liczącą się siłą polityczną. Jest w gruncie rzeczy nie-wiadomo-czym, a taki twór z całą pewnością nie ma przed sobą przyszłości, ani też podstawy do tego, by stawiać się w pozycji wzorca. Pozostanie zapewne tylko luźnym związkiem państw patrzących na świat przez pryzmat własnego podwórka, a niegdysiejsze marzenia o światowej mocarstwowości musi ostatecznie porzucić. Może ją stać na to, by zawołać do Rosji: „podejdź no do płota!”, ale z pewnością na nic więcej. Śmieszność tego żądania z całą pewnością nie poprowadzi jej ani do sławy, ani do sukcesów.

Kompromitacja Europy wiąże się też i z tym, że Majdan był wynikiem wiary Ukraińców w możliwość ich partnerstwa z Zachodem. Żeby stać się czyimś partnerem, ten drugi musi jednak wykazać się partnerstwa wolą, nie zaś doskonaleniem umiejętności chowania głowy w piasek. Armia ukraińska, pozbawiona własnej tożsamości oraz dostaw z zewnątrz najwyraźniej słabnie. To zresztą bardziej bataliony ochotników, niż regularna armia. Proszą więc swego prezydenta o broń, a ten prosi o nią Europę. Separatyści przeciwnie: rosną w siłę dzięki rosyjskiemu wsparciu, ciężkiej broni, systemom rakietowym, transporterom i całej masie dostarczanego wojennego sprzętu. Po jednej stronie są ochotnicy, przeszkoleni na tygodniowym kursie czyszczenia karabinu, po drugiej – regularna rosyjska armia i doświadczeni w bojach najemnicy. To nie są równe siły. Czy los Ukrainy jest zatem przesądzony?

By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba pochylić się nad inną kwestią, mianowicie nad tym, skąd się zwykle bierze siła prowadząca naród do niepodległości i samostanowienia. Ta, nie tworzy się ani w europejskich salonach, ani też w przestrzeni tradycji euroazjatyckiej, której wytworem jest Rosja. Ukraina nie jest krajem rozwiniętym, ale nie jest też Azją i nie jest przypadkiem, że postanowiła zwrócić się ku Europie. Moskiewska gazeta „Dień” sformułowała myśl o rosyjskiej odmienności jednoznacznie: „jesteśmy Euroazjatami, a zachowanie związków Słowian z Turkami, muzułmanów z prawosławnymi, stanowi istotę euroazjatyckiej idei”. Rosyjski historyk Gieorgijj Władimirowicz Wiernadski sformułował ją jeszcze bardziej jednoznacznie: „cała historia Eurazji, to kolejne próby utworzenia państwa euroazjatyckiego” (1927), a „zwycięstwo Czerwonej Międzynarodówki, to historyczny fakt powstania państwa euroazjatyckiego” (1941). Nie ma wątpliwości co do tego, że Władimir Władimirowicz Putin podpisałby się pod tymi stwierdzeniami obydwiema rękami.

Historia samego Wiernadskiego jest z tego punktu widzenia interesująca sama w sobie, ponieważ wskazuje na istotną odmienność rosyjskiej mentalności od europejskiej. W czasie długich 85 lat życia, którego większość spędził na Zachodzie (wyemigrował z Rosji w 1920 roku) i korzystał z jego wolności, nigdy nie pozbył się mentalności właściwej Rosjanom. Osiedlił się najpierw w Pradze, ale od roku 1927 był już profesorem historii w Uniwersytecie Yale i na tym stanowisku po trzydziestu latach naukowej działalności dopracował się amerykańskiej emerytury. Zmarł jako amerykański obywatel w New Haven siedemnaście lat później, tyle, że raczej jako rosyjski imperialista niż amerykański demokrata. Niemal dwie trzecie życia mieszkał i pracował na Zachodzie, jednak zawsze pozostawał  Eurazjatą, w której to koncepcji mieści się wrodzona Rosji wrogość do Zachodu.

Koncepcja Eurazji jest warta rozpatrzenia również i z tej przyczyny, że jest rosyjską próbą odpowiedzi na pytanie, czym jest właściwie sama Rosja, skoro z całą pewnością nie jest Europą, ale jest też zupełnie niepodobna do azjatyckich Chin, Indii, czy świata islamu. Nie jest więc też Azją. No to, czym właściwie jest, skoro tak bardzo różni się zarówno od tej ostatniej, jak też i nie posiada żadnej atencji do wartości zachodniej kultury. Pod tym względem, z całą pewnością nie jest ani szeroko pojętą Azją, ani tymbardziej – Europą. Eurazjaci przekonują, że jest czymś zupełnie odrębnym – całkiem osobną i oryginalną cywilizacją.  Do tego intelektualnego galimatiasu dodajmy, że przed trzystu laty, a w szczególności w okresie panowania rodowitej Niemki – Katarzyny II, czyli w kluczowym okresie powstawania „rosyjskiej euroazjatyckości”, górne warstwy rosyjskiego wcale społeczeństwa nie czuły się i nie były etnicznymi Rosjanami, lecz inflanckimi Niemcami, tak jak i sama Katarzyna była szczecińską Niemką. Prawda, że było też modą rusyfikowanie nazwisk i zacieranie zagranicznego pochodzenia, ale nie zmienia to faktu, że istniały wtedy dwie Rosje – jedna ludowa, słowiańska i prowincjonalna z brodatymi popami nie umiejącymi czytać i pisać oraz druga – mówiąca po francusku i ogładzona Rosja europejska – kraj wyższych sfer rządzących za pośrednictwem ludzi zupełnie obcego i niesłowiańskiego pochodzenia. Warto przy tym pamiętać, że ta niemieckość zastąpiła dosyć krótkotrwałe wpływy polskie (na dworze regentki Elżbiety ubierano się w kontusze), ale mody na przawdziwą rosyjskość nie było wtedy żadnej i kraj musiał jeszcze długo czekać, by taka się narodziła. W rezultacie tej swoistej niemiecko-słowiańsko-azjatyckiej krzyżówki, stało się naturalne, że istoty rosyjskości zaczęto się doszukiwać właśnie w jej cywilizacyjnej nijakości połączonej z wojowniczą agresywnością i wrodzoną pogranicznością. Na tym wyrosło przekonanie XX-wiecznych Rosjan o oryginalności i odrębności ich własnej formuły istnienia uznanej za kwintesencję euroazjatyzmu. Nie jesteśmy Azjatam zdają się mówić Eurazjaci, bo to rasa niższa, ale nie jesteśmy też Europejczykami, bo to rasa głupsza. Jest w tym wszystkim jednak łatwa dostrzegalna pułapka. W rosyjskiej definicji Eurazji, nigdy jej częścią nie były Chiny, Japonia, czy też Indie, ale wyłącznie tereny podporządkowane Moskwie i Petersburgowi, czyli sama tylko leśno-stepowa Azja rosyjska, znacznie różniąca się od Japonii, Azji chińskiej, buddyjskiej czy hinduskiej. Warto więc zadać pytanie, z jakiej to przyczyny „Azja rosyjska” miałaby pozyskać miano odrębnej cywilizacji, skoro sama cywilizacja azjatycka nigdy nie powstała i nie zaistniała jako twór jednolity? Na jej obszarze znajduje się kilka zupełnie odrębnych o od siebie i niezależnych wielkich kultur. Czym miałaby się więc wyróżniać azjatyckość Rosjan od „nieazjatyckości” Chińczyków, czy Persów?

Samo geograficzne określenie „Eurazja” powstało późno, bo dopiero w 1915 roku. Czym Rosja była wcześniej? W pięć lat po tym wydarzeniu utrwaliło się rozumienie pojęcia Eurazji juz tylko w kategoriach geopolitycznych, a nie geograficznych, czy kulturowych, bedąc już nieodmiennie kojarzone tylko z Rosją, a nie z Azją (Russkaja Ewrazja). Koncepcja zakładała, że rosyjskość jest odrębną i samodzielną jakością w postaci swoistej syntezy cech Azji i Europy. Więcej, rewolucja bolszewicka miałaby w tym kontekście być niczym innym, jak reakcją na konieczność modernizacji zacofanej pod każdym względem struktury społeczno-gospodarczej regionu. Nasuwa się jednak pytanie o to, z jakiej przyczyny ta „euroazjatycka rewolucja” trwa już bez mała sto lat, ale jej społeczno-ekonomiczna struktura jak była, tak i pozostaje anachroniczna w stosunku do wiekszości krajów świata? Jeden z ostatnich zdeklarowanych Eurazjatów, zmarły w 1992 roku rosyjski historyk Lew Gumiłow, wyraził opinię, że Moskwa nigdy i w żadnym zakresie nie kontynuowała tradycji Rusi Kijowskiej, jak czynił to na swój sposób Nowogród Wielki. „Przeciwnie, zlikwidowała tradycje swobody wiecowej i książęcych waśni, zastępując je innymi normami zachowań, często zapożyczonymi od Mongołów – systemem surowej dyscypliny, tolerancji etnicznej i głębokiej religijności”. Losy Gumiłowa są w tym kontekście zastanawiające same w sobie w zestawieniu z jego przekonaniem o oryginalności i wyższości Rosji nad Europą. W latach 1933 – 1938 był trzykrotnie aresztowany i więziony w Gułagu, gdzie przebywał do wybuchu wojny z Niemcami w 1941 roku. Wyzwoliła go sama wojna i powołanie do Armii Czerwonej, z którą dotarł aż do Berlina. Po powrocie, jednak natychmiast osadzony w łagrze na całe 10 lat i zwolniony dopiero na mocy amnestii ogłoszonej po śmierci Stalina przez Chruszczowa w 1956 roku. Jednak, tak jak w przypadku Wiernadskiego wcale nie zmniejszyło to jego uwielbienia dla rosyjskiej brutalności i prostactwa, tak i pobyt w łagrach i Gułagu nie zmieniły tego uczucia u Gumiłowa. Dalej przestrzegał rodaków przed uleganiem Zachodowi, ponieważ „ceną integracji Rosji z Europą Zachodnią będzie w każdym przypadku całkowite odejście od rodzimych tradycji i następująca za tym asymilacja”. A to według niego, tradycje niegodne naśladowania. Jak zresztą mogliby Rosjanie zgodzić się na asymilację z Zachodem, skoro jedną z cech rosyjskości stawianych zawsze na pierwszym miejscu była jej antyzachodniość? Wynikało to z przekonania, że Rosja jest tworem specjalnym i nie mającym nic wspólnego ani z Zachodem, ani nawet z Europą, ale także z Chinami i Indiami. To miał być „cud sam w sobie”, który zbiegiem okoliczności wziął udział w jednoczeniu kontynentu Eurazji. Jednak, co innego sądzą o tym nawet sami rosyjscy historycy. „Najpierw – pisał Gumiłow – zjednoczyli go Turcy, tworząc kaganat, który obejmował obszary od Morza Żółtego do Czarnego. Potem Turków zastąpili przybyli z Syberii Mongołowie. Następnie, po okresie całkowitego rozpadu i dezintegracji, inicjatywę przejęła Rosja, a nowe mocarstwo stało się więc spadkobiercą kaganatu tureckiego i ułusu mongolskiego”. Gumiłow utrzymuje przy tym, że najbliższe Rosjanom wcale nie są inne narody słowiańskie, ale Tatarzy, Kazachowie i narody tureckie, a na Dalekim Wschodzie – Mongołowie i Buriaci. Nie jest przypadkiem, że jedyny pomnik zmarłego przez kilkunastu laty Lwa Gumiłowa stoi w centrum tatarskiego Kazania, a nie w zachodniej części Rosji. W tej sytuacji, jakim to sposobem Angela Merkel i Francois Holland mogli uznać, że Rosja może stać się częścią europejskiego porządku kulturowego i społecznego oraz poddda się jego regułom? To tylko naiwność i niewiedza, czy też oszukiwanie własnych społeczeństw w imię posiadanych w Rosji przez wielkie koncerny równie wielkich interesów?

 Eurazja w oczach Eurazjatów
Eurasia_and_eurasianism

Załączona mapka została stworzona przez rosyjskich Eurazjatów i ma jednostronnie rosyjski koloryt. Jest przy tym pełna sprzeczności. Może nie dziwić to, że w obszar eurazjatyckiej strefy wpływów włączono prawosławne kraje bałkańskie. To jest przynajmniej zgodne z teorią Huntingtona, który uznawał Rosję za wiodący kraj „cywilizacji prawosławnej”, ale niezgodne z rzeczywistym stanem rzeczy i niezgodne z inną teorią, opracowaną przez Feliksa Konecznego. Ten ostatni słusznie utrzymywał, że potraktowanie jako jeden region kulturowy bałkańsko-śródziemnomorskich krajów oliwy i wina z innym, to prawda, że prawosławnym, ale jednak zimnym regionem smalcu i wódki, jest niewybaczalnym uproszczeniem. Nie ulega wątpliwości, że tę właśnie, euroazjatycką teorię pochodzenia Rosji wyznaje dzisiaj sam Putin i dlatego nie liczy się z tymi wartościami, które sami Europejczycy uznają za nienaruszalne. Rzecz w tym, że „rosyjska cywilizacja Eurazji” nie jest pojęciem rzeczywistym, ale całkowicie wymyślonym z rozpaczy wynikajacej z braku przystosowania do reszty świata. Świadczy też o tym przypadek Ukrainy. Na mapie „Eurazji”, jest ona niekwestionowaną jej cześcią. W ramach tego rozumowania – Ukraińcy nie istnieją jako odrębny naród, a na zachodnich obrzeżach Rosji istnieje tylko nieco odmienny rodzaj euroazjatyckich Rosjan. I to wszystko. Skąd więc wzięła się już rok trwająca wojna i ponawiające się ukraińskie wnioski o włączenie ich kraju w struktury zachodniej Europy? Tego Putin wyjśnić nie potrafi, wskazując jako winnych galicyjskich faszytów. A przecież to śmieszne, jeśli niewielka grupka ekstremistów z samego skraju tej „Eurazji” potrafiłaby powstrzymać wielkie procesy cywilizacyjne całego imperium. Jeśli Ukraina jest rzeczywiście częścią Eurazji, to w jakiej właściwie sprawie giną jej obywatela?

Rosja, na własne niejako życzenie stała się głównym aktorem w tym swoistym teatrze kukiełek o nazwie „euroazjatyzm” oraz tej gry niewolnikiem. „Eurazjatyzm” wcale nie jest tworem rzeczywistym na podobieństwo islamu, hinduizmu czy buddyzmu, ale czymś wymyślonym, powołanym do życia i zdefiniowanym przez grupkę „eurazjatyckich entuzjastów”,  którzy nie potrafią zdefiniować prawdziwej tożsamości ich kraju w obawie, że zostanie zaliczona do istnień przypadkowych, nie posiadających dalszego ciągu. A każda efemeryda jest tworem nie tylko niepełnym, ale i przejściowym. Wielkie cywilizacje świata były tworzone przez ludzi w zgodzie z ich naturalnym otoczeniem. Islam narodził się na pustyni, chrześcijaństwo w otoczeniu obficie rodzącego rolnictwa, cywilizacja Chin, to bogata kultura ryżu. Leśno-stepowa Rosja, jako następca tureckich i mongolskich koczowników nigdy pełną kulturą nie była, zawsze niedożywiona, a jako tako samowystarczalna pod względem produkcji żywności stała się dopiero przed I wojną światową, czyli w pięćset lat po narodzinach. To typowy twór przejściowy, hybryda pozbawiona kompletności własnych członków.

Każdą prawdziwą cywilizację odróżnia od niepełnych tworów to, że posiada własny i oryginalny system prawny. Co w tym względzie posiada Rosja? Jest oto krajem bezprawia, a ściśle mówiąc kontynuacją mongolskiego prawa silniejszego, opartego na zasadach ustanowionych jeszcze przez Czyngis-chana, twórcę imperium mongolskiego. Istotą tego tworu, tak jak później i Rosji, było podbijanie innych narodów. Do realizacji takiego zadania nie jest potrzebne ani prawo cywilne, ani rodzinne, lecz tylko prawo wojny, a nie subtelne rozwiązania mecenasów. Podstawowy dokument prawny Imperium Mongołów, na którego dziedzictwo powołują się rosyjscy Eurazjaci, to Tajna historia Mongołów. Było ewenementem w skali światowej, że oto podstawowe źródło prawa i podstawa rządzenia olbrzymim terytorium było dokumentem naprawdę tajnym i pilnie strzeżonym przed okiem poddanych. Tajny tekst jasno precyzuje ich obowiązki: „Będziemy na czele armii wyruszać w pochód przeciw licznym wrogom, będziemy zdobywać piękne młode kobiety i bogate jurty, będziemy przyprowadzać ci w darze wspaniałe konie”. Jeśli poddani uchylą się od tych obowiązków czekają ich kary: „Jeżeli w dniu bitwy nie posłuchamy twojej komendy, pozbaw nas naszego mienia i naszych żon! Rzuć nasze czarne głowy na ziemię! Jeżeli w dniu pokoju naruszymy porozumienie, pozbaw nas naszych ludzi, żon i dzieci! Porzuć nas w bezpańskiej ziemi!”

Czy coś istotnego zmieniło się w prawnym systemie Rosji od czasów Czyngis-chana? Czy Ukraina nie została zaatakowana po to, by „zdobywać [dla ciebie Putinie] piękne młode kobiety i bogate jurty i będziemy przyprowadzać ci w darze wspaniałe konie”? Tego rodzaju nieprzewidywalny zbieg okoliczności w przypadku Rosji trwa już pięćset lat. W kategoriach historycznych, to jednak „zaledwie pięćset lat”. Rzecz w tym, że szczęśliwy zbieg wydarzeń dla kultury obarczonej wrodzoną ułomnością, nie trwa wiecznie i ma to do siebie, że zawsze się kończy. W ostatnim postępowaniu Rosji można dostrzec tak wiele nonsensów i nielogiczności, że wydać się może, iż obserwujemy właśnie początek końca, jakąkolwiek formę to miałoby przybrać. Szczęśliwie, ten akurat proces nie jest uzależniony ani od woli Angeli Merkel, ani też François Hollande’a, wciąż tkwiących w poetyce konieczności oswajania rosyjskiego niedźwiedzia. Zachód, w procesie oswajania Rosji dostarczył jej zbyt wiele technologii, by pogodzić się z utratą korzyści w następstwie ukraińskiej irredenty. Umieścił też w Rosji zbyt wiele fabryk i firm, by je bez żalu porzucić. Nie czynił tego z przyczyn dobroczynnych. Tam był i nadal jeszcze jest ogromny rynek, chłonny i spragniony. Tam, jak uważa się na Zachodzie, są też wielkie interesy, pieniądze i tania siła robocza. Wycofanie się z rosyjskiego rynku kosztować by więc miało zbyt wiele zachodnie gospodarki, mogłoby nasilić bezrobocie i stać się wsparciem dla europejskiej skrajnej prawicy. Putin też o tym doskonale wie. Berlin i Paryż markują, że chcą go chwycić za gardło, ale on również wie, że nie jest bezbronny. Pytanie, kto straciłby więcej, pozostaje otwarte, ale strona zachodnia okazuje się w tej grze bardziej tchórzliwa. Więc Putin sobie z niej pokpiwa. Zna słabości przeciwnika i własne atuty. Ma w ręku propagandę i poparcie narodu. Tyle, że ta kalkulacja była identyczna, kiedy sto lat temu wybuchła w Rosji rewolucja. Te wszystkie interesy, niezależnie od zachodnich meandrów politycznych i tak przepadły i trzeba było wszystko zaczynać od nowa. Dlaczego ten, tak doświadczony Zachód nie dopuszcza myśli, że rzecz może się powtórzyći pozostaje w niezbyt poważnej nadziei, że tylko zgrabność jego tańca może zapobiec nieuniknionemu? Tylko dla kogo ten taniec? Dla euroazjatyckiej cywilizacji, której etyka i moralność sprowadza się do instrukcji carycy Katarzyny II sporządzonej dla Nikity Panina, urodzonego w Gdańsku jej ministra spraw zagranicznych w sprawie metod zniewalania Polski? “Istnieją różne narody, a raczej różne narody mają różnego ducha. Jedne można podbić i przesiedlić w celu zagarnięcia ich ziem, a świat nie podniesie wrzasku – to małe narody, plemiona. Z innych można uczynić małym wysiłkiem niewolników i będą chętnie lizali rękę Pana – to narody o podłej duszy, od kolebki niegodne samostanowienia, w wielkich obszarach Azji roztopią się bez śladu. Z trzecimi wreszcie nie można zrobić ani tego, ani tego, przynajmniej nie od razu – to Polacy. Nie można zaanektować ich państwa, bo trzeba byłoby się dzielić z Prusami, Austrią, Turcją i Bóg wie jeszcze z kim; narzuca to europejska równowaga sił. Po drugie nie można tego zrobić od ręki, gdyż są to znakomici żołnierze, a cały naród gdy otwarcie zagrożony, przypomina wściekłego wilka w nagonce. Zbyt dużo by to kosztowało, należy więc zdemoralizować ich do szpiku kości. Trzeba rozłożyć ten naród od wewnątrz, zabić jego moralność”. Dokładnie to samo czynił Putin w stosunku do Ukrainy Janukowycza. Zamordowanie Polski zakończyło się sukcesem, ale nie dało się powstrzymać procesu jej odrodzenia. Ukraina też się odradza, ale twór jaki się z tego wyłoni będzie zapewne odstawał zarówno od oczekiwań Putina, jak i samych Ukraińców. Jak potoczą się ich losy pokaże czas. Jedno jest jednak pewne, jest również czas na stanowcze odrzucenie przez cywilizowane narody samej Rosji oraz jej metod działania. Inaczej, ten rak będzie toczył świat bez końca i może kosztować go jeszcze wiele niewinnychy istnień. Czas postawić tamę sztucznemu tworowi rzekomej Eurazji nawet, jeśli miałaby się obudzić ze słodkiego letargu.  


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *