ROZKOSZE MULTIKULTI (2), CZYLI MINI IMPERIUM AUSTRO-NIEMIEC

Multikulti2          Wydarzenia biegną w tak ogromnymm tempie, że trudno za nimi nadążyć. Tekst zamierzony jako jeden rozrósł się w dwa odrębne, ale i on nie wystarczy do omówienia całości zagadnienia i konieczny będzie trzeci. Proszę zatem czytelników o wykazanie cierpliwości.

            Tytułowe stwierdzenie jako o rodzącym się w Europie niemieckojęzycznym miniimperium jest następstwem nieznanego dotąd zjawiska. Pojawił się oto w Europie nowy podmiot etniczny, polityczny i mentalny, przed którym kontynent bronił się przez całe ubiegłe stulecie. Po upadku Austro-Węgier w wyniku I wojny światowej, zwycięskie mocarstwa zakazały łączenia się Austrii z Niemcami w jednolitą wspólnotę dwóch niemieckojęzycznych nacji. Austriakom, po utracie jej polskich, węgierskich, czeskich, słowackich i chorwackich prowincji odmówiono prawa do poczuwania się to tego samego rodzaju niemieckości co samym Niemcom i zmuszono do utworzenie osobnego, chociaż niewielkiego rozmiarami państwa, dalekiego przecież od  dawnej austro-węgierskiej mocarstwowości. Austriak, Adolf Hitler próbował tę wspólnotę odnowić przez Anschluss Austrii, ale i to zjednoczenie niemieckiego żywiołu  nie przetrwało II wojny światowej. We wtorek, 15 września 2015 roku, poczucie niemieckiej wspólnotowości wobec niżej rozwiniętych krajów Grupy Wyszehradzkiej odrodziło się jednak jak feniks z popiołów. Kanclerz Austrii w aroganckim wystąpieniu nawoływał do poparcia obu krajów dążących, według niego, do prawdziwego zjednoczenia Europy w obliczu inwazji muzułmanów, nota bene wywołanej przez niemieckie przekonanie o bezkarności załatwiania własnych interesów kosztem innych. O ile jednak kiedyś, żywioł niemiecki mógł jakoś pretendować do europejskiej mocarstwowości i przewodzenia całej Unii, to dzisiaj stał się zjawiskiem bardziej niepoważnym niż groźnym. Okazuje się, że tak, jak Polak opisany przez Kochanowskiego mógł być „i przed szkodą i po szkodzie głupi”, tak berliński rząd wydaje się dzisiaj jeszcze głupszy, niż był wtedy, gdy wielką operację o kryptonimie „imigracja roboczej siły z Bliskiego Wschodu” rozpoczynał. W imię czego rząd kanclerz Merkel tę operację zarządził i twardo podtrzymywał, że ma sens i znaczenie aż do momentu, gdy granice kolejnych państw pękły pod naporem muzułmanów chętnych do udziału w niemieckich beneficjach budżetowych? Na wtorkowej konferencji prasowej pani kanclerz wydawała się być zdetonowana i przybita, arogancję wykazywał za to jej austriacki kolega, lecz jego argumenty zabrzmiały dwuznacznie: „problemu – dowodził – nie udźwigną trzy kraje Unii, potrzebna jest wspólnotowa solidarność”. Tym trzecim krajem miała być Szwecja, jednak jej przedstawiciela na konferencji zabrakło. Dwuznaczność argumentów Austriaka polegała na tym, że jakiś czas temu Niemcy podjęły decyzje zachęcające muzułmanów do migracji z Bliskiego Wschodu do Europy. Uczyniły to na własną rękę i we własnym egoistycznym interesie, nie widząc przy tym potrzeby zapewnienia sobie niczyjego poparcia. Dopiero, gdy sytuacja wymknęła się spod kontroli, pojawił się argument etyczny o „europejskiej solidarności” w pohamowaniu sił, które sami uwolnili. Tyle, że Niemcy i tę zasadę złamali. Równolegle do ich zapewnień o konieczności solidarności w obliczu sprowokowanej przez nich samych inwazji muzułmańskiej ludności, pojawiła się informacja o podpisaniu przez niemieckie firmy kontraktu z Rosją w sprawie budowy drugiej nitki bałtyckiego Nord Stream’u, pomimo tego, że jest to jaskrawo sprzeczne z unijnymi ustaleniami o konieczności uwalniania się od rosyjskiej dominacji w imporcie ropy naftowej dla Europy. Kiedy więc Niemcy mówią prawdę, a kiedy próbują powrócić do swojej niegdysiejszej polityki dzielenia Europy na tę wartą poważania, czyli zachodnią oraz tę gorszego sortu – wschodnią, która powinna być wedle ich geopolityków strefą wpływów niemiecko-rosyjskich?

NordstreamNiedawne badania opinii publicznej wskazują, że ponad 60 procent Niemców jest przeciwna muzułmańskiej imigracji. Zatem w imię czego lub w czyim interesie demokratycznie wybrany rząd Niemiec podjął ryzyko importu siły roboczej z Bliskiego Wschodu, bo przecież nie w imię wolności jednostki, ani też demokratycznej większości? Odpowiedź na pytanie można znaleźć w powojennej historii Republiki Federalnej. Otóż, ponad pół wieku temu, kiedy w październiku 1961 roku rządy Turcji i RFN podpisały umowę o otwarciu niemieckiego rynku pracy dla muzułmańskich przybyszy z Anatolii, mieszkało w tym kraju niespełna siedem tysięcy osób pochodzenia tureckiego. W dwadzieścia lat później było ich dwieście (!) razy więcej, przekraczając liczbę półtora miliona. W roku 2000 było ich już dwa razy więcej, bo ponad 3 miliony osób, z których trzecia część stała się niemieckimi obywatelami. Dzisiejsze Niemcy też cierpią na deficyt młodej siły roboczej, więc może nie dziwić, że miejscowy biznes miał pokusę sięgania po wypróbowany już mechanizm i uzupełnić ją w podobny sposób. Tyle, że biznes, to biznes. Dla niego liczą się pieniądze, a nad kwestią kulturowych konsekwencji nikt tam nie ma zamiaru się zastanawiać. Kanclerz Merkel, pragnąc powtórzyć manewr sprzed pół wieku, nie dostrzegła jednak tego, że sytuacja pod każdym względem diametralnie się zmieniła. Po pierwsze, zniknęły wewnątrzunijne rozgraniczenia. Tureccy gastarbeiterzy z lat sześćdziesiątych, by dotrzeć do Niemiec, mieli do pokonania kilka granic narodowych – Grecji, Jugosławii, Austrii lub Włoch. Na każdej byli kontrolowani i segregowani przez pełnomocników z Bonn.Wszystko zachowywało zatem właściwy Ordnung. Teraz granic wewnętrznych nie ma, wystarczy więc przebić się tylko przez jedną, a potem – hulaj dusza! Po drugie, pół wieku temu tę drogę można było kontrolować i organizować transporty ludzi w odpowiednich odstępach czasu i w ramach porządku, który nie wchodził w kolizję z poczuciem stabilizacji u ludności krajów tranzytowych. Dzisiaj, wszystko jest na odwrót. Po trzecie wreszcie, Turków zastąpili muzułmanie innego rodzaju. Pięćdziesiąt lat temu Republika Turecka była już dzieckiem Kemala Paszy – Ojca Turków, który w miejsce muzułmańskiego państwa ottomańskiego zbudował całkowicie świecką republikę zorganizowaną wokół szwajcarskiego prawa cywilnego, w ramach której religia stała się – tak samo jak w całej reszcie Europy – kwestią prywatną każdego obywatela. Zlikwidował zarówno szariacki system prawny, jak i sam kalifat będący jego formą organizacyjną. Wydawało się nawet, że przekształcenie Turcji w standardowy kraj europejski, to tylko kwestia czasu. Na tym przekonaniu zbudowana została jej aplikacja do członkostwa w Unii Europejskiej. Od 1963 roku jest członkiem stowarzyszonym z Unią, a od niemal trzydziestu lat leży w Brukseli podanie o przyznanie jej pełnego członkostwa.

            Ostatnia inwazja muzułmanów na Europę rozpoczęła się wraz z niemieckim apelem do tureckiego rządu o umożliwienie wygnańcom z Syrii rejestrowanie się jako kandydaci do pracy w Niemczech. To spowodowało istne trzęsienie ziemi. Dzisiaj, największa potęga gospodarcza Europy rakiem wycofuje się z oferty, starając się pozostawić nadmiar przybyszów na Węgrzech i w Austrii oraz stworzyć i rozdysponować pozostałe „do zagospodarowania” pośród pozostałych krajów Unii. Rzecz w tym, że oni ani nie chcą tam pozostać, ani też kraje do których mają przybyć ich nie potrzebują. Polska boryka się z problemem własnego bezrobocia, tak wysokiego, że zmusza to młodych ludzi do zarobkowej emigracji. Potencjalne kraje osiedlenia ich nie potrzebują, a imigranci nie chcą się w nich osiedlić. Wszyscy pragną zamieszkać w Niemczech lub Szwecji. Zamieszkać, ale niekoniecznie pracować, ponieważ z punktu widzenia wielu z nich, wysokość wypłacanych w tych krajach zasiłków jest wystarczająca.

TurczynkiNiemcy starają się do sprawy dołączyć ideę uchodźstwa, argumentując, że skoro uchodźca to człowiek nieszczęśliwy nie z własnej woli, to należy mu się pomoc. Tym sposobem wpadli jednak we własne sidła. Sami migrujący mają w tej kwestii bardzo jasny i wręcz lapidarny pogląd. Jak wyraził się pewien wędrujący przez Bałkany Irakijczyk „idziemy do Niemiec, bo tam jest wszystko!” Inaczej mówiąc, imigrant usiłował zakomunikować poprawnym politycznie europejskim elitom, że oto  otworzył się nowy rozdział w przestrzeni globalizacji, tyle, że ma on dzisiaj wymiar znacznie bardziej jednostronny i masowy niż kiedykolwiek przedtem. Odmienne są również motywacje wędrujących. Kiedyś były to po zęby uzbrojone armie idące po to, by nowe obszary podbijać w celach rabunkowych, a potem eksploatować podbitą ludność. Teraz, rzesze najeźdźców przychodzą po to, żeby korzystać z dobrodziejstw europejskich systemów socjalnych, a skoro najwyższy poziom osiągnęły one w Niemczech i Szwecji, jest logiczne, że trasa nowej marszruty wiedzie właśnie w tym kierunku. Politycy i komentatorzy nie chcą przyjąć do wiadomości, że w tradycji muzułmańskiej życiowym celem człowieka nie jest jego osobista kariera oparta na wydajnej pracy. Ta bowiem wbrew przesłaniu Koranu prowadzi do zróżnicowania ludzi. Islam nierówności nie toleruje, a sam Allach kocha wiernych właśnie za to, że mają niewielkie potrzeby i są z zasady pozbawieni indywidualnych ambicji. Inaczej mówiąc, muzułmanie uważają, że każdemu z nich należy się minimum egzystencji i to ma załatwić mu społeczeństwo – umma, nie zaś jego indywidualny wysiłek, uznawany nie tylko za niecelowy, ale i grzeszny. Niemcy nie posiadają w tej kwestii doświadczenia, ponieważ mieli dotąd do czynienia tylko z Turkami, narodem w świecie islamu nietypowym i nie uznawanym za prawdziwie muzułmański przez jego resztę. Obecna inwazja imigrantów składa się z takich właśnie ludzi –  syryjskich sunnitów, Irakijczyków, Afgańczyków, Pakistańczyków i mieszkańców północnej Afryki, ale także Albańczyków i Kosowian. Niemcy postanowili być po szkodzie mądrzejsi i nagle zablokowali granice, czyniąc z wywołanego przez siebie exodusu prawdziwy imigracyjny kataklizm. Nie wiem, czy będzie jakimś pocieszeniem stwierdzenie, że to dopiero początek wydarzeń na skalę światową, z którym Europa wcale nie musi sobie poradzić. Co będzie wtedy? Grozi nam oto ideowo-religijny stan wyjątkowy, podobny do wojennego, tyle, że bez prawdziwej wojny, bez karabinowych wystrzałów i – jak na razie – krwawych walk. A w tej przestrzeni nie mamy żadnego doświadczenie.

Wegry-Serbia              Problem również jest w tym, że w odczuciu Europejczyka świat jest taki, na jaki wygląda, dla muzułmanina natomiast jest tylko takim, jakim go półtora tysiąca lat temu opisał Prorok. To przepastna różnica. Jeśli więc katolicka zakonnica i żona muzułmanina mają głowy zakryte w podobny sposób, Europejczykowi nasuwa się wniosek, że skoro ludzie wyglądają podobnie, to znaczy, że też i są podobni oraz że mają podobne motywacje. W konsekwencji, powszechne staje się przekonanie o wspólnotowości trzech „wielkich religii monoteistycznych” – chrześcijaństwa, islamu i judaizmu. Ten ostatni przestał się liczyć od kiedy po utracie ziemi obiecanej utracił uniwersalność ulegając rozproszeniu i stając się stosunkowo nieliczną religią tułaczą. Dla ludzi zamieszkujących ogromną część wschodniej półkuli ziemi pozostała zatem jedna realna alternatywa: islam, albo chrześcijaństwo. Nawet rzymski papież wyraża politycznie poprawne przekonanie o ich głębokiej wspólnotowości, a spory i walki między nimi mają być tylko przypadkowe, grzeszne i pozbawione podstaw religijnych, jako że obie religie „miłują pokój”. Papieski autorytet nie zmieni jednak tego, że podobieństwo jest nie tylko powierzchowne, ale przeciwnie – ich prawdziwa istota polega właśnie na odmienności, by nie powiedzieć – wzajemnej odwrotności.

Zwróćmy uwagę na sprawę zewnętrznego wyglądu ludzi w ramach obu cywilizacji. W świecie Zachodu wyrocznią ubiorów jest moda, dążąca do jak największego zróżnicowania ich zewnętrznego wyglądu. W świecie islamu jest odwrotnie i tradycyjny ubiór muzułmanina jest z zasady jednakowy dla wszystkich, odmienny – ale tylko w pewnym zakresie – tylko dla każdej z płci. Przedstawione na początku ilustracje pokazują twarze dwóch kobiet – osiemnastowiecznej czarnej zakonnicy i współczesnej muzułmanki. Uderzająca jest niewielka różnica w ich stroju, na pierwszy rzut oka potwierdzająca tylko wspólne korzenie religii i podobieństwa obyczajowe. Obie są zakryte od stóp do głów, odkryta pozostaje tylko sama twarz. Jaka jest jednak istota tego podobieństwa? Taka sama, jak zamieszczona obok ilustracja pokazująca przygotowanie do ścięcia głowy. Ścinanie głowy wygląda pod względem technicznym na całym świecie jednakowo, lecz dla chrześcijanina zabijanie innych ludzie jest z samej natury grzechem najcięższym, dla muzułmanina na odwrót – pobożne, czyli religijnie uzasadnione ścięcie głowy niewiernemu może być w okolicznościach określonych wersetami Koranu czynem godnym pochwały i otwierać mu drogę do Raju.

Źródło niemal identycznego wyglądu katolickiej zakonnicy i przeciętnej muzułmanki jest proste. Tak ubierały się kobiety w czasach Jezusowych. Jednak istota kulturowa strojów jest dzisiaj dramatycznie odmienna. O ile więc tradycyjnym strojem chrześcijańskich kapłanów jest kopia używanego w tamtych czasach uroczystego męskiego ubioru, tak i strój współczesnej zakonnicy jest niczym innym, jak ubiorem obowiązującym „od zawsze” kobiety zamieszkujące tereny Bliskiego Wschodu. Wtedy, było znamieniem jej podległości we wszystkim mężowi, podkreślając fakt, że jej ciało również należy wyłącznie do niego, a nie do kogoś innego, nikt więc prócz męża nie ma prawa go oglądać. Mam w pamięci egipską plażę, którą odwiedziła muzułmanska rodzina. On sam i jego synowe pławili się w kąpielówkach w ciepłym morzu. Ona natomiast, od stóp do głów zakutana w czarne zawoje, cierpiała godziny na palącym słońcu chroniona tylko przez plażowy parasol. Z jego punktu widzenia był to jednak konieczny dowód miłości i pełnego oddania.

Do kogo więc w tym kontekście należy ciało zakonnicy? Jej strój jest dalekim echem tej samej refleksji, tyle, że treść tej ostatniej została głęboko zmieniona w związku z zupełnie innym miejscem religii w obu społeczeństwach. Strój zakonnicy jest swoistym wyjątkiem, jako symbol podległości Bogu, a nie komuś innemu. Tak ubrana kobieta manifestuje, że nie może być przedmiotem męskiego pożądania, a strój jest dowodem na czystość raz poświęcenie wyłącznie sprawom religijnym.

Harmonia wartosciZupełnie przeciwnie jest w świecie islamu. Tam, kobiecy ubiór nie wskazuje na żadne, literalnie żadne (!) konotacje religijne, a jedynie na to, że do uprawiania z nią seksu uprawniony jest tylko mąż, a nie ktoś inny, nawet wtedy, kiedy on jest jeden, a ich cztery. Nie tylko nie ma to żadnego aspektu świętości, lecz ilustruje tylko bardzo świecki fakt, że kobieta jest zobowiązana do spełniania wszystkich jego erotycznych żądań, z wyjątkiem czasu, kiedy miesiączkuje. Tylko wtedy ma prawo odmówić. Inaczej mówiąc, strój zakonny dotyczy tylko niewielkiej liczby mieszkanek Europy i ma charakter wybitnie sakralny i antyseksualny, natomiast ubiór muzułmanki przeciwnie – jest tego seksu kwintesencją rozumianą na muzułmański sposób, ma przy tym charakter zwyczajny, powszechny i obowiązujący.

Nie idzie tutaj tylko o zwrócenie uwagi na głębokie różnice pomiędzy społeczeństwami Zachodu i ich muzułmańskimi odpowiednikami, ale również o to, by podkreślić wagę symboli, które są zupełnie inaczej odczytywane w przestrzeni odmiennych kodów kulturowych. Rzecz w tym, że zupełnie niesłuszne jest powszechne domniemanie, że te same symbole zawsze i wszędzie ilustrują to samo zagadnienie. To przekonanie bezzasadne i wręcz błędne, prowadzące do nieporozumień na globalną skalę.

Niedawna wielka akcja promocyjna na rzecz napływających do Europy mas muzułmanów musiała nabrać wody w usta w obliczu starć węgierskiej policji i wojska z agresywnymi przybyszami zatrzymywanymi przez zamkniętą węgiersko-serbską granicę. W ruch poszły kamienie, koktajle mołotowa i płonące opony. Wykazali dowodnie, że nie są żadnymi uchodźami, ale młodymi wyznawcami Allacha pragnącymi odnaleźć swoje miejsce na ziemi w zamożnej części Europy. Ich agresywność i sposób działania, to tylko mały przykład tego, co będzie się działo w krajach Unii niebawem, gdy nie poczują się wystarczająco zadowoleni z ofert. Wszystko to nie mogłoby się zdarzyć bez jakiegoś rachunku korzyści. Pytanie tylko, kto ten rachunek prowadzi i wedle jakich kryteriów?  Nic nie wskazuje na to, aby taki racjonalny rachunek kiedykolwiek przeprowadziła sama Unia.

Ostatni raz w historii Europy podobna inwazja muzułmanów miała miejsce pięćset lat temu, kiedy to tureckie wojska omal nie zajęły Malty, bastionu jej katolickich Kawalerów, a po zajęciu Półwyspu Bałkańskiego stanęły pod murami Wiednia wywołując popłoch na całym kontynencie. Dzisiaj, nieoficjalne dane mówią, że tylko w ciągu jednego roku przybyło do Europy osiemset tysięcy muzułmanów. Takiego tempa imigracji nie było jeszcze nigdy, nawet w czasach największego tureckiego zagrożenia. Islam nigdy nie był i nie jest elementem europejskiej kultury i nie ma między nimi żadnych elementów prawdziwego podobieństwa. Przeciwnie, nie bez racji uchodzi za nagroźniejszego przeciwnika Zachodu, zarówno pod względem treści prezentowanych idei, jak i rządzących nim mechanizmów społecznych. Z punktu widzenia cywilizacyjnych cech jest wręcz tego Zachodu odwrotnością. Zadziwia beztroska z jaką do problemu podchodzą europejskie elity, propagując przy okazji swą rzekomą otwartość, wielkoduszność i manifestując brak jakichkolwiek obaw. Miłość bliźniego przede wszystkim! A co z zamordowanymi w redakcji Charlie Hebdo? Byli niewinni, to pewne, a kto był winien? Tylko dwóch muzułmańskich oszołomów, czy też system, który ich wyprodukował i zakorzenił w europejskim środowisku?

Rzecz nie idzie tylko o nagły przypływ imigrantów, ale o to, że ich skład kulturowy jest jednoznaczny – to przede wszystkim młodzi muzułmańscy mężczyźni, którzy z racji wieku i stanu cywilnego będą poszukiwać w Europie partnerek. Dla przestrogi, za tydzień przypomnimy zasady, których nosicielem jest w tej kwestii islam i które w szczególności dotyczą odmienności, żeby nie powiedzieć – odwrotności jego podejścia do drugiej połowy ludzkości jaką są przedstawicielki gatunku nie bez przyczyny nazywanego w Europie „płcią piękną”. Omówimy również ukryte wewnątrz społeczeństw islamu i niedostrzegalne gołym okiem mechanizmy, które w sposób nieunikniony poprowadzą go do rychłego i frontalnego zderzenia z kulturą Zachodu.


2 thoughts on “ROZKOSZE MULTIKULTI (2), CZYLI MINI IMPERIUM AUSTRO-NIEMIEC

  1. “Wydarzenia biegną w tak ogromnym tempie, że trudno za nimi nadążyć.”

    Oj tam normalny człowiek jest w stanie nadążyć i zrozumieć, jedynie PE tego nie ogarnia niemoc

  2. Pisząc o Turkach, warto zwrócić uwagę na ich historię. Nie bez powodu odstają od “arabskiej reszty”, ich korzenie sięgają bowiem Wielkiego Stepu, nie zaś gorącego Półwyspu Arabskiego. Warto też przeanalizować ich stosunek do takich elementów kultury (a może cywilizacji?) jak pismo, które zmieniali wielokrotnie jak żaden inny naród.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *