ŚMIERĆ W „CHARLIE HEBDO”, CZYLI MUZUŁMANIE KONTRA HOMO SAPIENS

Charlie HebdoPrzykładowe ilustracje z czasopisma „Charlie Hebdo”. Ta, po lewej kpi z medialnej niedotykalności Żydów i Arabów, ta z prawej ze świętych wersetów Mahometa.

Rodzaj satyry w jakiej specjalizuje się paryskie czasopismo „Charlie Hebdo”, został właśnie poddany fizycznej masakrze ze strony dwójki arabskich terrorystów. Karykaturalny sposób oddawania rzeczywistości zawsze wzbudza kontrowersje. Rysunek po lewej stronie, który był jedną z przyczyn ataku, miał być protestem wobec swoistej „medialnej niedotykalności” ortodoksyjnego żydostwa i fundamentalnego islamu. Ich wspólnotowość polegała na tym, że zawsze i w każdych okolicznościach media starały się uznawać opinię odmienną niż rabinacka, czy też sprzeczną  z mądrością muzułamńskich imamów za pozbawione podstaw wzywanie dla Boskiej tolerancji i sprawiedliwości z samej tylko istoty jej odmienności. Innymi słowy, w ramach chrześcijańskiej, żydowskiej i muzułmańskiej ortodoksji, samodzielne myślenie jest systemowo tępione i zawsze należało do najczęściej karanych grzechów, uważanych przy tym za jaskrawy dowód pychy i odstępstwa od prawowierności oraz pobożnemu poddaniu się formalnościom prowadzącym do zbawienia. Prowadziło to zawsze do domniemania, że Żydzi i muzułmanie są immunizowani na krytykę ze strony mieszkańców kraju, w którym z tych przywilejów się cieszą. Rysunek po prawej stronie, aczkolwiek do pewnego stopnia obsceniczny, miał być wyrazem protestu nie tylko wobec muzułmańskiego przekonania o istniejącym zakazie jakiejkolwiek krytyki Proroka Mahometa, ale również wobec powszechnie aprobowanej w świecie islamu zasady, że każdy rodzaj krytyki i samodzielności myślenia ma być nieodwołalnie karany śmiercią. Na rysunku, Prorok pokazany w takiej właście obscenicznej pozie zasłania się wersetem z Koranu. Nie ma wątpliwości co do tego, że wierny judaizmu czy islamu miał prawo czuć się dotkniętym tego rodzaju humorem. Czy była to jednak wystarczająca podstawa do popełnienia w imię wiary w Allacha wielokrotnego morderstwa? Niezależnie od stopnia obsceniczności publikowanych, nie tylko przez Charlie Hebdo rysunków, mieszczą się one w ramach fundamentalnego pytania o granice wolności mediów oraz o to, jaki to rodzaj tej wolności jest istotą zachodniej cywilizacji różniącej ją od reszty świata. Odpowiedzią islamu jest  brutalna walka zbrojna, wypowiedziana podstawowym wartościom Zachodu i Zachodowi jako takiemu, a nie tylko nieodpowiedzialnym czynom jego mieszkańców. Czy dotyczy to tylko samej kwestii obesceniczności wizerunku Mahometa, czy też jest zapowiedzią pojawienia się w świecie islamu nowego rodzaju rozumowania,  uzasadniającego bezkarność mordowania ludzi za sam tylko grzech swobody myślenia i korzystania z wolności słowa? Wbrew pozorom, rzecz nie sprowadza się do stopnia obsceniczności rysunków, lecz dotyczy samych fundamentów Zachodu. Stoimy w obliczu bardzo poważnego egzaminu, którego rezultat wcale nie jest pewny.

Nie ma wątpliwości co do tego, że rozpoczęła się właśnie światowa wojna z najbardziej agresywnym obliczem islamu. Nie jest żadnym pocieszeniem to, że – jak dotąd – biorą w niej udział tylko tak zwani ekstremiści, a nie cała reszta półtora miliarda wiernych Proroka. To jednak tylko kwestia czasu. Wojna ma to do siebie, że wymusza opowiedzenie się po którejś z wojujących stron. Trudno wyobrazić sobie mahometanina, który opowie się po stronie tzw. wartości zachodnich. Natychmiast zostałby uznany za renegata i zdrajcę świętej sprawy Proroka. Dziwić może tylko to, że europejscy fachowcy nie są w stanie zdefiniować problemu. Ten, ma wymiar światowy, a nie lokalny. Muzułmanie stanęli przed koniecznością znalezienia dla siebie miejsce w procesie globalizacji, polegającym na ujednolicaniu świata na sposób zachodni. A to ostatnia rzecz, którą byliby gotowi przyjąć, bo też i islam uznaje siebie za system na tyle wyjątkowy, że nie poddający się żadnej syntezie. Otworzyła się więc naturalna luka, która pozostawiła swobodę działania i społeczne wsparcie dla ruchów fałszywie nazywanych na Zachodzie fundamentalistycznymi. Są one w rzeczywistości niczym innym, jak wskazaniem kierunku ucieczki od wymogów globalizacji, ucieczki do świetnej przeszłości sprzed półtora tysiąca lat. Jest  dowodem niezrozumienia problemu oczekiwanie na wewnętrzną i samodzielną rekonstrukcję świata muzułmanów. Islam otwarty, tolerancyjny i humanistyczny w zachodnim rozumieniu pojęć nigdy nie istniał. To tylko rezultat niezrozumienia go przez eurpejskich podróżników. Islam jest i zawsze był tylko jeden. Dzisiaj czeka go albo powrót do jego niegdysiejszej formy, czyli takiej, w jakiej istniał w czasach pierwszych następców Proroka, albo pozostawienie go zepsutego zachodnimi wartościami, które nie  satysfakcjonują już nikogo poza skorumpowanymi elitami władzy. Powrót do fundamentów oznacza jednak wojnę z całym światem, który od czasów Mahometa zmienił się niepomiernie. Jej wynik jest poza dyskusją i z góry wiadomy. Wygra cywilizacja silniejsza i dojrzalsza, czyli Zachód. Nie można tylko jeszcze oszacować wielkości strat, jakie tak wojna przyniesie. Pewne jest tylko jedno. Czas pokoju się skończył. Nadchodzi czas alertu i podwyższonej gotowości do obrony własnych wartości,  .

Media doniosły, że w irackim Mosulu, dwumilionowym mieście zajętym przez islamistów z Kalifatu Syrii i Iraku, dokonano właśnie publicznej egzekucji ulicznego magika, którego sztuczki zostały przez bojowników patrolujących miasto uznane za sprzeczne z islamem. Jeśli ktoś zechciałby zarzucić sądowi, że wydał wyrok pochopny albo zbyt surowy,  ujawni tym nieznajomość funkcjonowania systemu, który nie bez przyczyny jest dzisiaj uważany za największego wroga cywilizowanego świata. Rzecz w tym, że w świecie pobożnych muzułmanów sąd przysługuje tylko wiernemu, któremu z tej racji przysługują również pewne prawa. Jeśli czyni coś, co jest niezgode z wolą Allacha, przestaje być uważany za muzułmanina i przestaje mu tym samym przysługiwać droga sądowa, otwierając przestrzeń dla natychmiastowej egzekucji, a kobiecie – do ukamienowania. Istotą codzienności obszarów, które uznały się za najbliższe tradycji Proroka, nie jest wymiar sprawiedliwości w rozumieniu europejskim, ale swoiście pojmowana sprawiedliwość samosądu. Egzekucja ulicznego prestidigitatora była następstwem utrwalonego w świecie islamu zwyczaju: najpierw ocena ze strony oddziału bojowników o czystość wiary oraz stwierdzenie, że miała miejsce obraza Proroka Mahometa, potem śmierć obwinionego w miejscu popełnienia przestępstwa. Istotą islamu jest bowiem to, że siłę posiada opinia tych, którzy mają władzę, a w szczególności tych spośród wiernych, którzy dzierżą Kałasznikowa. Argumenty tak zwanych liberalnych muzułmanów nie mają większego znaczenia, ponieważ islam z samej jego istoty nie jest ani liberalny, ani tolerancyjny. Znamienne, że przy okazji wielkich zbrodni dokonywanych przez islamistów, włącznie z zamordowaniem kilku tysięcy pracowników World Trade Center w Nowym Jorku, ci rzekomi liberałowie nie byli w stanie zorganizować ani jednej poważnej demonstracji przeciwko zbrodni dokonanej przez garstkę ekstremistów ich religii. Jeśli gdzieś istnieje ekstrema, to z natury tego pojęcia odnosi się do niewielkiego obrzeża głównego nurtu zjawiska. Gdzie podział się ten główny nurt islamu, że nie potrafił w żadnym z przypadków zorganizować masowej akcji protestacyjnej lub tym zabójstwom zapobiec? A może tak rozumianego, głównego nurtu w świecie islamu w ogóle nie ma, a wszystko jest tylko tym, co w oczach człowieka Zachodu może być uważane za ekstremizm? Należy przyjąć do wiadomości, że to sam islam taki właśnie jest, a nie jego ekstremalne obrzeża: jest z całą pewnością niehumanitarny i pozbawiony wielu pozytywnych emocji oraz szacunku, czy nawet tylko tolerancji dla inności. Z globalnego punktu widzenia, to cały islam, czyli prawie jedna czwarta jego populacji, mieści się w ramach pojęcia nietolerancji wobec inności i wrodzonej pogardy dla wszystkiego, co islamskie nie jest.

Mają rację ci, którzy ogłosili XXI stulecie wiekiem globalizacji, czyli początkiem przekształcania się naszego świata, podzielonego dotąd na narodowe państwa i odmienne kultury, w jedną przestrzeń o globalnym zasięgu. W ostatniej dekadzie XX wieku, Francis Fukuyama wylansował nadzwyczaj optymistyczny pogląd orzekając, że oto nadchodzi właśnie koniec historii i narody pogrążą się teraz we wzajemnej i bezkonfliktowej sympatii. Z drugiej strony – jego akademicki kolega, Samuel Huntington, ogłosił opinię temu przeciwną, wieszcząc powszechne „zderzenie cywilizacji”, a więc walkę wszystkich ze wszystkimi. Kończy się właśnie pierwsze ćwierćwiecze od zaczęcia tej debaty i – pomimo oznak nasilającego się pewnych oznak „zderzenia” – prawda okazuje się znacząco inna. Nie zanosi się na globalne zderzenie wszystkich ze wszystkimi, ani na globalną przyjaźń między wielkimi kulturami. Nie wszystkie z nich okazują się przy tym wystarczająco przygotowane do tego, by bezkolizyjnie włączyć się w proces „kończenia się historii”, natomiast niektóre muszą się po prostu „zderzać” z innymi z tej przyczyny, że inaczej się ze światem kontaktować nie potrafią. Są chorobliwie zazdrosne i przekonane o własnej nieomylności, nie posiadają przy tym instrumentów adaptacji do zmian. Wyróżniają się pod tym względem dwa regiony: Rosja oraz świat islamu. Pierwsza, nie potrafi się adaptować do dziejących się wokół niej wydarzeń, ponieważ jej mieszkańcy nie wyszli jeszcze z fazy imperialnego prostactwa i z tej przyczyny nie dysponują bardziej wyrafinowanymi narzędziami wymaganymi w procesie wtapiania się w świat globalny. Nie posiada ona tych koniecznych instrumentów również i z tej przyczyny, że jej rozwój miał zawsze  jednostronny, a kulturowo wręcz marginalny wymiar. Rosja, do światowej cywilizacji ludzi nie wniosła właściwie niczego prócz sztuki zorganizowanej przemocy, a jej atutem nigdy nie były  społeczne wartości, lecz tylko naga siła. Państwu zrodzonemu na europejsko-syberyjskich obrzeżach cywilizowanego świata, mogła się przydarzyć krótkotrwała imperialna przygoda oparta na równie krótkotrwałej koniunkturze na tego rodzaju prowincjonalizm. Pogłębiająca się globalność świata spowodowała, że dotąd samodzielne jego obrzeża nie mogą już istnieć jako odrębne podmioty, lecz muszą dokonać wyboru, do której z większych całości się przyłączą. Rosja oraz jej społeczeństwo są do takiej decyzji nieprzygotowane pod każdym względem i to jest też prawdziwym źródłem powrotu jej agresywności. Niemożność i nieumiejętność podjęcia tak ważnej decyzji, rodzi atmosferę osaczenia przez świat zewnętrzny oraz reakcję w postaci stanu wrogiego alertu. To historyczne poczucie wyjątkowości i związanego z tym  początkowym sukcesem oraz świadomością siły wynikającej z ogromu obszaru, liczby ludności, a także jedynej na skalę światową umiejętności, czyli produkcji wyposażenia wojskowego. Ale Rosja, to zaledwie dwa procent ludności świata, natomiast półtora miliarda, niemal jedna czwarta mieszkańców całego świata, to muzułmanie. Agresywność dziesięć razy mniejszej liczebnie społeczności Rosjan, sfrustrowanych, bo niepotrafiących z siebie wykrzesać potrzebnej koncepcji funkcjonowania jest z tej perspektywy mniej groźna i wydaje się być krótkotrwała.

Świat islamu jest pod wieloma względami przeciwnością Rosji, co też powoduje, że jego wrogość wobec inności ma charakter całościowy oraz głęboko systemowy, osadzony przy tym w przekonaniu o posiadaniu niepodważalnej prawdy, a nie jak w Rosji, gdzie wynika ona głównie z poczucia kompleksu niższości wobec reszty świata. Islam, to system mający za sobą półtora tysiąca lat ewolucji i co więcej, to system kompletny, zwarty i nie odczuwający ani kompleksów wobec innych, ani też potrzeby żadnych zmian, który odciska trwałe piętno na jego uczestnikach. O ile więc Rosja pragnęłaby świat podbić, o tyle islam chciałby, żeby świat zewnętrzny nie zwracał nań uwagi i pozostawił, jak dawniej, w świętym spokoju. Rzecz w tym, że to jest również niemożliwe i niezgodne z mechanizmem globalizacji, prącym ku jednolitości świata i nie tolerującym tak ogromnych „czarnych dziur”.

Wbrew demonstrowanemu zadowoleniu z własnych osiągnięć, świat zachodni uczy się swojego otoczenia powoli, ponieważ jego demokratyczne wartości wymagają najpierw procesu społecznego zrozumienia tego, co się wokół niego dzieje. A to zabiera dużo czasu, czyniąc z tego przykład pozornej nieefektywności. Przyczyną tej sytuacji jest też swoisty egoizm Zachodu i zapatrzenie się we własne wartości, uznawane  nie tylko za prawdziwie efektywne i przy tym uniwersalne, lecz również nie wymagające ani specjalnej opieki, ani wyjaśniania, ani nawet odrębnej analizy. Dobre – zdaje sie orzekać Zachód – nie wymaga obrony, ponieważ broni się samo. Na zachodnich uniwersytetach i w instytucjach naukowych znajdziemy wydziały, katedry i instytuty specjalizujące się w analizowaniu treści rozmaitych kultur współczesnego świata, ale badania nad sobą samym mają niewielki zakres. Nie wiemy więc z całą pewnością, na czym polega słabość zachodnich społeczeństw, szczycących się tolerancją dla inności i jednocześnie, jak pokazuje praktyka, zupełnie bezbronnych wobec brutalnych i krwawych ataków, podobnych do tego, który miał właśnie miejsce w Paryżu. Trudno więc jest zrozumieć to, że instytucje powołane do badania otaczającej nas rzeczywistości, kiedy przychodzi do analizy narastającej agresywności islamu, po prostu chowają głowę w piasek i nie widzą w tym postępowaniu sprzeczności z ich rzekomo badawczo-naukową misją. Byłoby jakimś wyjaśnieniem, gdyby się na przykład okazało, że specjaliści od świata mahometan mają ortodoksyjnych muzułmanów za małżonków, w związku z czym muszą i w nauce ograniczyć się do rygorów rodzinnych powinności lub też w głębi serca sami są muzułmanami. Spotkałem się kiedyś na uniwersyteckich zajęciach z przedmiotu „cywilizacja islamu” z zaskakującą reakcją muzułmańskiej słuchaczki na zawarte w nim treści. Pierwszy wykład przetrwała z wytrzeszczonymi z oburzenia oczami, po czym złożyła do władz uczelni doniesienie, że zajęcia nie są prowadzone wedle kanonów obowiązujących w jej religii, co obraża jej uczucia oraz jest próbą podważenia wyznawanych przez nią wartości. Szczęśliwie, uczelnia nie zgodziła się, by jej prawa zastosować do warunków świeckiego państwa w słusznym skądinąd przekonaniu, że byłoby to sprzeczne z najlepszą tradycją uniwersyteckiej tolerancji wobec ludzi o różnych poglądach. Studentka, nie mogąc w jej mniemaniu uczestniczyć w dalszych zajęciach, które inaczej niż ona interpretują rolę jej religii, zrezygnowała z udziału, który uznała za grzeszny. Po zakończeniu zajęć powstał jednak problem zaliczenia przedmiotu w jej indeksie. Jest oczywiste, że jako ortodoksyjna muzułmanka znała doskonale zasady stworzone przez Mahometa i oburzała ją tylko ich świecka interpretacja, więc z punktu widzenia jej wiedzy o przedmiocie zaliczenie się należało. Zasadą uniwersyteckich zajęć jest to, że – chociaż interpretacja ich treści należy do słuchacza – to jednak nie posiada on prawa do narzucania jej innym, a w szczególności do decydowania o programie studiów. Zajęcia uniwersyteckie zachodniego typu, inaczej niż ma to miejsce w świecie islamu, nie polegają na krzewieniu jednostronnego przesłania panującej religii, ani też innych naukowo nie udokumentowanych treści. Wpis do indeksu zatem otrzymała, pomimo świadomości prowadzącego wykład, że w jej kraju, student europejski nie spotkałby się z taką tolerancją. Co było jednak w tej historii najbardziej zaskakujące, to fakt, że ta przepisowo zakwefiona kobieta okazała się nie być imigrantką z Bliskiego Wschodu, lecz rodowitą Polką, a muzułmanką została dopiero w następstwie małżeństwa. Wniosek, jaki się z tego nasuwa jest jeden: islam, to nie religia, ale krańcowo nietolerancyjny, ekspansywny i agresywny system, poddający ludzki umysł swego rodzaju „praniu mózgu”, uniemożliwiając pojawianie się odmiennych od obowiązującego kanonu poglądów. Jest więc również – w europejskim znaczeniu pojęć – nienaukowy, niehumanitarny i dla samych społeczeństw zachodnich krańcowo szkodliwy. To system wsobny, głęboko egoistyczny, niezainteresowany obiektywnością wiedzy oraz trwale wrogi prawu jednostki do samodzielnego myślenia.

Użyliśmy celowo słów „mahometanizm” i „mahometanie” w miejsce obowiązującego w mediach określenia „islam” oraz „muzułmanie”. Kwestia używanej w zachodnim świecie nazwy cywilizacji wywodzącej się od proroka Mahometa, jest również doskonałą ilustracją problemu jednostronnej uległości wobec islamskiej nietolerancyjności, bez której ta religia mogłaby już zanikać, zastępowana przez inne. Postrzeganie świata islamu w ramach zachodniej „poprawności politycznej” oparte jest jednak na jej własnym rozumieniu tolerancyjności, w pełni zrozumiałej w świecie Zachodu. Tyle, że w tej sytuacji, prawdziwe „międzycywilizacyjne porozumienie” staje się zupełnie nierealne w obliczu nie tylko niekompatybilności wyznawanych wartości, ale wręcz ich odwrotności. Człowiekowi tolerancyjnemu i otwartemu na odmienności jest bardzo trudno zrozumieć pozbawionego tej otwartości na inność dogmatyka, który swój pogląd na świat opiera nie na samodzielnie wyrobionej opinii, ale uznawanej za jedyną interpretacji społeczno-religijnej jego gminy wyznaniowej.

1. Dwa oblicza monoteistycznego Boga.
Bezpostaciowa symbolika Alacha     Bóg chrześcijański na fresku Michała Anioła
Allach - Michael Angelo fresco

Poszukiwanie w Wikipedii hasła „mahometanizm” przekazuje czytelnika w objęcia pojęcia uznawanego za poprawne, które wyjaśnia, że właściwe w to miejsce jest użycie słowa islam, co w języku arabskim oznacza poddanie się. Wedle tej definicji, ma on posiadać również wspólne korzenie z judaizmem i chrześcijaństwem, ponieważ zgodnie z nauką Mahometa, objawienie przekazane Żydom i chrześcijanom przez Abrahama, Mojżesza i Jezusa powinno zostać ponowione i uzupełnione. Dokonało się to według tego przekazu dopiero za sprawą Koranu, nie zaś Tory, czy Nowego Testamentu. Muzułmanie wierzą, że jego wersety zostały stopniowo objawione Mahometowi za pośrednictwem Archanioła Gabriela pomiędzy  610 rokiem n.e., a dniem jego śmierci w dwadzieścia dwa lata później. Pojęcia „mahometanizm” używa jeszcze tylko Wikisłownik, definiując go jako „inne określenie islamu wywodzące się od imienia proroka Mahometa”, nie informuje jednak, że na skutek stanowczej interwencji środowisk muzułmańskich, nieformalnej, ale skutecznej, zostało ono w świecie zachodnim usunięte z obiegu medialnego i zastąpione pojęciami według muzułmanów poprawnymi – „islam” oraz „religia muzułmańska”. Świat zachodni potulnie przyjął islamską interpretację  i pogodził się z tym, że pojęcie tolerancji ma jednokierunkowy wymiar i nie dotyczy krańcowej pogardy muzułmanów dla innych systemów religijnych. Rzecz idzie o to, że słowo „mahometanizm” miałoby sugerować wiarę w Mahometa, ten tymczasem, wedle wyznawców islamu, nie jest przedmiotem kultu, będąc „tylko” prorokiem i człowiekiem, a nigdy nie został uznany – w przeciwieństwie do Chrystusa w chrześcijaństwie –  za Boga. To jednak pokrętne i nieprawdziwe wyjaśnienie, ponieważ muzułmański Bóg jest w praktyce kimś całkowicie uzależnionym od Proroka oraz od interpretacji słów tego ostatniego, albowiem sam Allach nie wypowiedział się osobiście w żadnej sprawie. Wszystkie dogmaty wiary, jeśli nie przeszły przez usta Mahometa, są uznawane za nieprawdę i herezję. To jedyny przypadek, kiedy to sama Boska Osoba posiada mniej uprawnień do ustanawiania i strzeżenia ziemskiego porządku, niż jej ludzki Wysłannik. Zachodnie media, dla świętego spokoju, grzecznie i ulegle przyjęły tę interpretację i wydały odpowiednie zalecenia. Przedmiotem uwielbienia ze strony muzułmanów ma odtąd być uznawany nie Prorok Mahomet, lecz bezpostaciowy Bóg-Allach, który jest – wedle Koranu – niepodobny do niczego. Jest czymś w rodzaju „światła w świele”, znajdującego się w „lampie, która jest w niszy, która jest w skale”. Dla chrześcijanina to zupełnie niepojęte, ponieważ jego własny Bóg Wszechmogący jest człowiekowi bliski i jakoś do niego podobny, skoro Michał Anioł mógł go przedstawić w rzymskiej Kaplicy Sykstyńskiej jako mężczyznę w sile wieku stwarzającego właśnie Adama, pierwszego człowieka. Fresk daje wrażenie bliskości Boga i ludzi. Muzułmański Allach tego wrażenia nie sprawia, ponieważ istotą jego istnienia nie jest bycie ludziom bliskim, ale przeciwnie – pozostawania nieznanym, surowym i nieprzebaczalnym i nie unikającym okrucieństwa. W tym kontekście zastanawia, co mógł mieć na myśli papież Franciszek, kiedy przyjmując w zeszłym roku na oficjalnej audiencji prezydentów Izraela i Autonomii Palestyńskiej przekonywał, że Bóg chrześcijański jest dokładnie tą samą osobą, co Jahwe i Allach. Trudno zgadnąć, dlaczego chciał przedstawić rzecz w takim świetle, skoro ci ostatni nie są tam uważani za Boską Osobę, ale za rodzaj wszechogarniającego Bytu znajdującego się wszędzie równocześnie, tyle że nieodmiennie brzydzącego się małością człowieka. Znamienne, że rozmówcy papieża tę akurat uwagę przemilczeli.

Nie idzie nam tu o teologiczne interpretacje, lecz o to, że Allach, który nigdy nie przybiera postaci osobowej, nie zamierza też – inaczej niż Bóg chrześcijański – być dla w Niego wierzących jakiegokolwiek rodzaju partnerem. Allach może karać wszystkich za wszystko, nie podlega żadnym hamulcom, ocenom, modlitwom i ograniczeniom, a jedynie w niczym nie dyskutowanej wierze. Sam Mahomet, działający formalnie tylko w jego imieniu, jest uważany za człowieka wybranego i tym wyborem uświęconego, zawsze czystego i nie popełniającego najmniejszego grzechu nawet wtedy, gdy czynił coś powszechnie uznawanego za zbrodnię. Prorok, Bogiem formalnie więc nigdy nie był, ale miał jego wszystkie przymioty w postaci nadludzkości czynów i niemożności oceniania jego postepowania. Dopóki ludzie Zachodu tej różnicy nie pojmą, dotąd będą płacić za swoją niewiedzę krwią Bogu ducha winnych pobratymców.

W rzeczywistości, muzułmański Allach, to nie Bóg podobny do chrześcijańskiego, ale jedynie boski symbol nieograniczonej kosmicznej władzy, której z niejasno wyrażonych przyczyn, udzielono jednemu tylko człowiekowi w osobie Mahometa, by potem podzielili się nią muzułmańscy kalifowie oraz uczeni imamowie. Tego rodzaju symbole są jednak tylko ideą, która sama z siebie nie rządzi, natomiast jest doskonałym narzędziem do panowania jednych ludzi nad innymi. To Mahomet stworzył tego rodzaju narzędzia władzy i pozostawił do użytku swoim następcom. Narzędzia tym groźniejsze, że ich używanie powoduje jednocześnie wyłączenie kontroli racjonalności postępowania. W tym miejscu doskonale widoczna jest fałszywość twierdzenia muzułmanów, że oto Allah jest Bogiem, a „Mahomet tylko jego Prorokiem”. Zamach w Paryżu skierowany był jednak przeciwko karykaturom Mahometa, a nie Allacha. Jest oczywiste i logiczne, że nie można skarykaturować bytu nie posiadającego postaci, więc Allach jest na tego typu obrazę immunizowany. Jego bezpostaciowe istnienie jest przy tym nie tylko ukrytym mechanizmem napędzającym świat islamu, lecz również i powodującym głębokie frustracje jego mieszkańców. Jeśli Allach jest wszechobejmującym bytem, nie posiadającym odrębnej postaci i znajdującym się wszędzie i we wszystkim, w jaki sposób można spełnić jego oczekiwania oraz wymagania i jak dowiedzieć się o trafności czynionych w tym celu uczynków? W jaki sposób można zweryfikować słuszność postępowania i wykluczyć jego grzeszność lub zbrodniczość, skoro oceniający je Byt nie ma postaci, a jego Prorok nie żyje już od półtora tysiąca lat? Skoro nie można oczekiwać od Mocodawcy żadnej odpowiedzi na żadne pytanie, to na czym się oprzeć? Tylko na własnym sposobie widzenia świata? W religii muzułmanów nie istnieje ani konfesjonał, w którym możnaby wyznać i skonfrontować uczynki wątpliwe, ani żadna inna możliwość uzyskania rozgrzeszenia. Czy znaczy to, że skoro te uczynki miały jednak miejsce, to są z samej definicji słuszne i begrzeszne? A co zrobić z postępkami, co do których słuszności sami mamy wątpliwości? Odpowiedź jest prosta. Nic. Takich możliwości w tej religii nie ma i z ewentualnością popełnienia grzechu wierni pozostają na ziemi sami w obliczu… no właśnie, czego? Sumienia? Społecznej oceny? Kary w życiu przyszłym? W mahometańskiej ideologii, nawet pośmiertna kara rodzi niejasności co do rozliczenia z życia ziemskiego, albowiem wierzący w Allacha muzułmanin płci męskiej i tak ma trafić do raju pełnego cielesnych rozkoszy. Co ciekawe, ani sam Allach, ani nawet Prorok Mahomet, tam go nie odwiedzą, być może z tej przyczyny, by nie zakłócać mu rajskich radości. Wierny żyje więc w raju wiecznie i tylko dla siebie samego oraz dla rozkoszy miejsca, w którym ma zawsze trzydzieści pięć lat, siedemdziesiąt dwie kobiety i cokolwiek uczyni, czyni słusznie.

Mentalnym problemem muzułmanina staje się uczucie nazywane arabskim słowem huzun. Jak wyjaśnia turecki laureat literackiej Nagrody Nobla – Orhan Pamuk, „huzun, to duchowe cierpienie, jakie odczuwamy z powodu oddalenia od Boga, dlatego że nie potrafimy wystarczająco dużo dla niego zrobić”. Pamuk wspomina w tym kontekście Stambuł czasów jego młodości i trafia w sedno problemu odmienności islamu od reszty świata. Huzun – w przeciwieństwie do melancholii Europejczyka, mającej wymiar osobisty i indywidualny – w świecie muzułmanów przeistacza się w odczucie smutku milionów ludzi, doznawane w sposób szczególny: indywidualnie, ale i wspólnotowo. Jeden muzułmanin opanowany przez huzun – to również „huzun całego świata islamu”. Huzun – to melancholia muzułmanina, niskie poczucie wartości w obliczu Boga, wspólnotowy wybuch gniewu wobec dowodów jego niełaski widocznej w sukcesach innych narodów, napad ślepego szału w reakcji na tłumiony erotyzm i strach muzułmańskich mężczyzn przed zrównaniem w prawach ich kobiet. Huzun, to psychiczna konstytucja islamu, to jego mentalna struktura, znajdująca się w permanentnym konflikcie z resztą świata, pogłębiającym sam huzun oraz w totalnym z nią konflikcie bez wyraźnej przyczyny oraz bez możliwości ich rozwiązania, z założenia przegrywanego przez jego nosicieli. Przegrywanego, bo kończącego się zawsze jednakowo: odsunięciem się od spraw ludzkich na rzecz bezcelowego oczekiwania na z góry założone męczeństwo, czy też inny rodzaj poświęcenia, mający źródło w melancholii nie posiadającej, ni to początku, ni to celu. Z pozoru, na powierzchni tłumionych emocji, rodzi się wtedy spokój. Salam, arabskie słowo pokrewne słowu islam, oznacza spokój i pokój jednocześnie, ale w świecie muzułmanów spokój może z nagła przerodzić się w gwałtowny wybuch gniewu. To smutne i groźne zarazem. Smutne, bo przybiera postać poświęcania siebie dla zaspokojenia oczekiwań Czegoś/Kogoś tak odległego i chłodnego w uczuciach dla swojego ludu, że aż wywołującego melancholię. Groźne, bo nieprawdziwe. Najwyższym rodzajem poświęcenia siebie samego w imię Boga jako „efektu huzun”, jest niezrozumiały dla społeczeństw Zachodu pęd do męczeństwa przy okazji mordowania ludzi innych wyznań. W tym świecie, męczeństwo niezrozumiałe jest bardziej uduchowione, niż racjonalne. Posiada też wymiar wyższego rodzaju świętości, niż męczeństwo zwykłe i jakoś zrozumiałe. Męczeństwo posiadające rozumną przyczynę traci w mniemaniu wyznawców Proroka ofiarną czystość. Męczeństwo bez wyraźnej przyczyny staje się po stokroć święte, jest czymś bliskim ideału, a jako ofiara z własnego życia pozbawiona przy tym możliwości zrozumienia jej sensu, może stać się uniwersalnym wzorcem i dodatkowym źródłem głębokiej pobożności.

Życie bez wyraźnie sprecyzowanego celu, a taką jest muzułmański rodzaj egzystencji prowadzi – w otoczeniu zachodniego dobrobytu i atmosfery racjonalności – do wyobcowania i kończyć się może bezmyślnym w gruncie rzeczy męczeństwem pociągającym za sobą przypadkowo wybrane ofiary. To dosyć prosty mechanizm mieszczący się w ramach ludzkich odruchów i emocji. Problem w tym, że pobożność wymagana od muzułmanina, to w gruncie rzeczy cel tylko z pozoru określony. Jak bowiem osiągnąć coś, co ma być pełnym zaspokojeniem oczekiwań Allacha, skoro mieszkaniec świata islamu nie tylko nie wie, czego On od niego oczekuje, ale też i nie ma szans się tego dowiedzieć. To nie tylko źródło huzun, to również oznaka nie spotykanej w innych cywilizacjach świata społecznej schizofrenii na masową skalę. Arabscy i euopejscy myśliciele -Awicenna i Al-Kindi, Hippokrates i Burton – wszyscy byli zgodni, że melancholia – jeśli nie jest leczona muzyką, tańcem, zabawą, spełnioną miłością, czy życiowym przymusem odpowiedzialnego działania – kończy się katastrofą osobowości. W tradycyjnym islamie niedozwolona jest muzyka (z wyjątkiem religijno-melancholijnej), niedozwolona jest też zabawa, prowadząc wiernych wprost do losu mosulskiego magika. Za niepomiernie grzeszny i niezgodny z wolą Allacha uważa się taniec dwojga osób, niedozwolone jest radosne spełnianie się w miłości, niedozwolone jest każde działanie – niezależnie od jego „ziemskiej wartości” – jeśli tylko pozostaje w konflikcie z pobożnością, rozumianą jako oddanie całego siebie „światłu niebios i ziemi”. Dozwolona jest tylko taka pobożność, która jest świadomym i dobrowolnym odmówieniem sobie osobowości, czyli wszystkiego, co pobożnością nie jest. Dozwolone jest życie w postaci trwania, lecz życie z nakreślonymi wyraźnie celami i dążeniem do jednostkowego sukcesu – dozwolone nie jest. Świat został skazany na konfrontację z melancholią muzułmanów, do czasu, aż może kiedyś dostrzegą jego barwność i radosność i pozwolą zniknąć drążącym ich społeczeństwa odczuciem huzun. Szczęśliwie, w dzisiejszym świecie czas biegnie szybko, ale nie wiemy, ile to jeszcze pociągnie to za sobą Bogu ducha winnych ofiar.

2. Kierunki migracji ludności świata od 1500 r.
Migracje

Islam jest w świecie osamotniony nie tylko dlatego, że jest przeciwny jakiejkolwiek inności. To po prostu system z własnej woli zamknięty i nie tylko nie potrzebujący sojuszników, ale uznający innych ludzi, czyli praktycznie cały gatunek homo sapiens, jeśli nie jest to homo religiosus na islamski sposób, za podłych intruzów zasługujących na śmierć bez sądu. Niepodobny jest w tym do mechanizmu ostatniego wybuchu agresywności Rosji, będącego następstwem jej zagubienia i bezradności. Rosja nie ma nic przeciwko zachodnim sojusznikom, najlepiej przy tym niemieckim, chociaż węgierskim Orbanem też nie pogardzi. Islam w swym amoku posiadania jedynej prawdy pragnie tylko nawracać, a sojuszami z niewiernymi się serdecznie brzydzi. Niemuzułmanin, to nie człowiek, lecz istota, która nie potrafi pojąć prawdy. Islam był zawsze w swej historii najbardziej osamotnioną cywilizacją świata, pozbawioną wewnętrznego mechanizmu rozwoju. Był przy tym od początku cywilizacją zła, nienawiści i pogardy dla innych, pomieszanej z brakiem wiedzy, trącącym nieuctwem napędzanym nienawiścią do każdego rodzaju odmienności.

Mapa (2) ilustrująca drogi migracji ludności świata w przestrzeni ostatniej połowy ostatniego tysiąclecia, dowodnie wskazuje na to, że na ruchliwym globie tylko w przestrzeni islamu panował zawsze bezruch. Od marokańskiego wybrzeża Atlantyku po pakistański dzisiaj Indus, muzułmanie nie byli zainteresowani w żadnym zakresie resztą świata. Światu islamu nigdy nie imponował świat zewnętrzny i zajmował się on zawsze tylko sam sobą, jako jedyną sprawą godną uwagi. Dzień paryskiego zamachu na redakcję Charlie Hebdo zapisze się zapewne w historii Europy jako data, w której mieszkańcy mogli uświadomić sobie wreszcie bezsilność wobec skutków własnej wspaniałomyślności okazanej kiedyś w nadziei na sukcesywną asymiliację muzułmanów do zachodniego społeczeństwa. Kiedy oglądam i słucham medialnych wystąpień komentatorów paryskiej tragedii, nie mogę wyjść z podziwu nad ich niefrasobliwością. Jeśli rzeczywiście są znawcami islamu i jego społecznej konstrukcji, to istota terroryzmu tkwiąca w nim jako takim, powinna być im doskonale znana i rozumiana. Tymczasem, słyszy się raczej usprawiedliwienia mające prowadzić do przekonania, że przesłanie muzułmanów jest równie humanitarne i bogobojne, jak to ma miejsce w przestrzeni chrześcijaństwa, czy buddyzmu. Ot, religia, jak inne i tylko wypadek przy głoszeniu miłosiernego i otwartego przesłania. Zastanawiam się wtedy, co tych ludzi motywuje, że nie pragną lub nie potrafią dostrzec istoty rzeczy? Czy może sami są kryptomuzułmanami? A może tak, jak wspomniana wcześniej studentka, są z islamem związani jakimiś niewidzialnymi więzami? A może, po prostu, obawiają się, że powiedzenie prawdy popsuje konktakty, wyjazdy i naukowe stypendia, skaże na polską prowincjonalność i stanie w poprzek przyziemnym ambicjom? (Zainteresowanym tematem polecam książkę mojego autorstwa pt. „Islam jako system społeczno gospodarczy”, Warszawa 2012). Tylko, czy to jeszcze nauka zobowiązana do poszukiwania prawdy, czy już tylko propaganda? Bo przecież, wbrew liberałom i pięknoduchom, nie dysponujemy sposobem na neutralizację agresywnych zamierzeń świata muzułmanów, a ich samych nie da się ucywilizować na zachodnią modłę w dostrzegalnej perspektywie czasowej. Pozostaje więc tylko jakiś inny, byle skuteczny, rodzaj neutralizacji ich wrodzonej nieprzyjaźni do inaczej myślących tak, by w Europie nie stanowili już liczącej się i groźnej w skutkach mniejszości. Inaczej, tego problemu  świat Zachodu się nie pozbędzie, a sprawy będą ulegać pogorszeniu. Jak powiada starożytna sentencja: „chcesz pokoju, więc gotuj się na wojnę”.


One thought on “ŚMIERĆ W „CHARLIE HEBDO”, CZYLI MUZUŁMANIE KONTRA HOMO SAPIENS

  1. ” a ich samych nie da się ucywilizować na zachodnią modłę w dostrzegalnej perspektywie czasowej. Pozostaje więc tylko jakiś inny, byle skuteczny, rodzaj neutralizacji ich wrodzonej nieprzyjaźni do inaczej myślących tak, by w Europie nie stanowili już liczącej się i groźnej w skutkach mniejszości. ”
    Czyli właściwie co pan proponuje ? 🙂
    Aż strach pomyśleć …
    I gdzie znaleźć Męża Stanu który weźmie na siebie to brzemię ?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *