BOLEK O PSEUDONIMIE „WAŁĘSA”. CZY INTELIGENCJA MA PRAWO BYĆ INTELIGENTNA?

Inteligencja„Nasz naród ma lepszą inteligencję, niż na to zasłużył”z wrodzonym sobie taktem i poczuciem wyższości wobec reszty ocenił Polaków Adam Michnik. Wynika z tego, że on sam, jako przywódca inteligencji i sumienie narodu jest w porządku, tylko naród jest z inteligencją na bakier. Od pół wieku nie mogę nadziwić się michnikowej pewności co do jego niewzruszoności w roli narodowego guru. Rzecz jednak w tym, że mało jest bardziej ocennych i dających się „uplastyczniić” pojęć niż określenia: „inteligent” i „inteligencja”. Nie istnieją żadne zasady rządzące przynależnością do tej społecznej grupy i można nawet odnieść wrażenie, że tym prawdziwszym jest się inteligentem im głośniej i bez wstydu wskazuje na siebie jako prawdziwego członka warstwy, której istotą jest zarówno nieokreśloność granic jak i poziomu rzeczywistej inteligencji umysłu.

Zajmowaliśmy się już kwestią społeczno-politycznej pozycji inteligencji, ale gorącość polskiej polityki każe ponownie poświęcić jej uwagę. Wtedy, naszą tezą było przekonanie, że inflacja wyższego wykształcenia jaka miała miejsce w kraju w ostatnim ćwierćwieczu spowodowała również początek procesu rozpływania się inteligencji jako szczególnej grupy w coraz lepiej wyedukowanym społeczeństwie. Jako dowód uznaliśmy ostatnie wybory parlamentarne i przegraną bez wątpienia przecież inteligenckiej Platformy Obywatelskiej w politycznej rywalizacji z Prawem i Sprawiedliwością, którego inteligenckość nie jest klarowna. A jeśli PiS nie reprezentuje inteligencji, to właściwie kogo? Chłopów? Klasę robotniczą? Rolników indywidualnych? Kupców? Właściwie kogo?

Ostatnio wyszła na na jaw naprawdę zdumiewająca definicja tajności związana ze sposobem oglądu świata zewnętrznego przez dawne służby. Okazuje się oto, że poufność pseudonimu ich współpracownika miała odwrotne znaczenie, niż to, które każdemu nasuwa się jako oczywiste. W sprzeczności z elementarną logiką, każącej uważać pseudonim za przykrywkę dla prawdziwej tożsamości nosiciela, służby miałyby reprezentować zasadę odwrotną i nadawać swoim współpracownikom pseudonim jako jawny, nie zaś tajny dodatek do ich imienia i nazwiska. Wdowa po zmarłym generale przedstawiła dokumenty, które ujawniają PRL-owskie rozumienie pseudonimu w całej jego krasie. Zdaje się przy tym ogłaszać nową prawdę o poziomie tajności samej instytucji agenturalności, której istotą była tego odwrotność, czyli jawność i pełna czytelność tożsamości, tajnych skądinąd, agentów. „Oto ja” – zdaje się ogłaszać ujawniony dokument – „głęboko tajny agent Bolek jestem tak naprawdę Lechem Wałęsą, którego to nazwiska używam jako pseudonimu operacyjnego, a nie przypisanego mi „Bolek”, który jest tylko nieistonym dodatkiem do nazwiska, czyniąc mnie współpracownikiem jawnym i powszechnie znanym, pozbawionym tajności”. Widziałem niejedne tajne dokumenty IPN-u i głównym problemem, który się w nich zawsze pojawiał, była możliwość rozszyfrowania prawdziwej tożsamości ludzi używających rozmaitych i bardzo fantazyjnych pseudonimów. A oto tutaj, wszystko jest proste „oto ja, agent Bolek, czyli Lech Wałęsa”. Czy łatwo o większy nonsens? Anglojęzyczna Wikipedia naiwnie podaje przy tym zupełnie inną definicję agenturalności: „pseudonyms are most usually adopted to hide an individual’s real identity”, czyli że “pseudonim jest najczęściej używany po to, by ukryć prawdziwą tożsamość”. Co mamy natomiast w omawianym przypadku? Tego odwrotność! Pseudonim staje się częścią, dodatkiem do prawdziwego nazwiska nosiciela! Inaczej mówią, ma służyć temu, żeby eksponować nazwisko i wiązać z nim tajny pseudonim jak z rodziną, nie zaś je ukrywać. Trudno o większy nonsens logiczny przekształcający się przy okazji w prawdziwy hit politycznego sezonu. Powstaje wątpliwość, czy samo pojęcie „inteligencja” ma w tym przypadku jakikolwiek związek z inteligencją jako funkcją umysłu jej nosiciela?

Rzecz jest o tyle trudna, że wiąże się z odpowiedzią na inne pytanie: czy oto wiodąca dla opinii publicznej rola inteligencji ma się już dzisiaj ku końcowi, czy też to tylko jej chwilowa zapaść lub zmiana zewnętrznej formuły, bez istotnej zmiany treści samej inteligenckości? Można to też związać ze wspomnianymi atakami na Lecha Wałęsę – skądinąd ikonę polskich przemian. Jak wiadomo, sam inteligentem nie jest, uważając się raczej za rasowego robotnika, ale prawdę mówiąc wymyka się on kategoryzacji, ponieważ bez politycznego wsparcia ze strony inteligencji nigdy by nie uzyskał pozycji jaką posiadł, stając się w jakims sensie jej produktem. Dzisiaj, pojawia się jednak pytanie o to, czy Wałęsa, niezależnie od tego czy miał w życiu jakąś konfidencką wpadkę, czy też jej nie miał, to jest przedmiotem oceny w świetle tego, czy mógł ze swoim robotniczym wykształceniem reprezentować cały naród, skoro inteligencka część tego ostaniego, to wtedy zaledwie kilka procent społeczeństwa, a jego większość to szeroko pojęta „klasa pracownicza”. Określenie dodaje zresztą pikanterii omawianemu zagadnieniu, ponieważ wyraźnie wskazuje, że istotą polskiej inteligencji nigdy nie był obowiązek wytwarzania konkretnych dóbr intelektualnych, lecz tylko działanie propagandowe prowadzące do udziału w kształtowaniu opinii nieinteligenckiej reszty. Rosjanie nazywali takich ludzi „białoruczkimi”, bez tej roli maskowania koniecznością posiadania jakichkolwiek walorów umysłu.

Wbrew pozorom, zdefiniować pojęcie inteligencji wcale nie jest łatwo. Interesujące stanowisko zaprezentował w ostatniej Polityce socjolog, profesor Tomasz Zarzycki twierdzeniem, że to jednak wciąż inteligencja ma decydujący wpływ na to co się w kraju dzieje. Można mieć do tego stanowiska rozmaity stosunek, lecz nie ulega wątpliwości, że w Polsce rozstrzygnięcie tej kwestii może zdecydować o zamknięciu jednej epoki i otwarciu zupełnie nowej. Sprawa jest ważna również i z tej przyczyny, że odpowiedź na pytanie określi również kierunek w jakim podąży polska przyszłość i jak zarysuje jej miejsce w Europie.

We wschodniej części naszego konetynentu używane są dwa rozumienia słowa inteligencja. Pierwsze, najbliższe polskiemu sercu, oznacza tę społeczną warstwę, która w związku ze swą misyjną naturą najlepiej wie jak jest, najlepiej rozumie prawdziwą treść wydarzeń i wie co trzeba zrobić, żeby w przyszłości było jeszcze lepiej niż jest dzisiaj. Drugie, wiąże się ze zdolnością wykształconych ludzi do logicznego myślenia. To umiejętność rozumowania oraz wyliczania efektów wydarzeń najlepiej rozwinięta u ekonomistów, naukowców, inżynierów, prawników i księgowych. Z tym jest jednak w kraju gorzej, bo zamiast samego tylko podkreślania społecznej pozycji wymaga od kandydata na inteligenta posiadania prawdziwych i do tego użytecznych umiejętności, a nie tylko ogólnej wiedzy książkowej.

            Określenie użyte w tytule rozważań oznacza też tę jej cechę, że oto polska inteligencja jest też i problemem dla niej samej, którego nikomu przy tym nie udało się dotąd precyzyjnie sformułować. Wiadomo, że problem jest, ale jego racjonalna i publiczna analiza okazuje się być wielkim nietaktem. To bardzo szczególne zjawisko społeczne, którego definicja jest dosyć nieuchwytna. Cytowane sformułowanie Adama Michnika o tym, że rzekomo „nasz naród ma lepszą inteligencję, niż zasłużył” powinno wyjaśnić trudność przeciętnego Polaka w jednoznacznej identyfikacji tej warstwy i swojego do niej stosunku,  ale w praktyce powoduje też, że jest słabo czytelne. Wynika z niego tylko tyle, że „naród”, to po prostu wszyscy mówiący po polsku, a jego inteligencka część, to ta, która z istoty swego istnienia jest stworzona do rządzenia umysłami tych, którzy się w tej roli nie mieszczą. Więcej, samowywyższenie inteligencji ponad wszystkie inne warstwy społeczne staje się wtedy jej naturą i racjonalną podstawą megalomanii przywódców. Nie wyjaśnia jednak tego, czym jest ta pozostała reszta i gdzie doszukiwać się granicy pomiędzy warstwą zasługującą na wywyższenie, a gdzie – pomimo formalnej umiejętności inteligentnego myślenia – jej inteligencka przynależność jest wątpliwa? Michnik z pewnością nie grzeszy skromnością, a próba streszczenia skomplikowanego zagadnienia w jednym zdaniu wymaga wyjątkowo dobrego zdania o sobie samym, lecz wcale to nie ułatwia określenia miejsca inteligencji w ewolucji polskiego społeczeństwa i jego państwowości. Sprawa dominuje w kraju od czasów rozbiorowych, nabierając dzisiaj znowu kluczowego znaczenia, kiedy to owa inteligencja – ze swej natury mając być lepsza od samego narodu – wydaje się jednak w praktyce ustępować mniej wyrafinowanym warstwom społeczeństwa. Uznawszy siebie samego za reprezentanta „prawdziwej inteligencji”, Michnik uznał się także za prawdziwego reprezentanta istoty polskości, ktora jest kluczem do zrozumienia mentalności polskiego społeczeństwa, jego poczucia tożsamości i poczucia perspektywy przyszłości. Wiadomo przy tym, że historia Polski, to właściwie historia jej najlepszej części – bohaterskich czynów szlachty w obronie narodowej tożsamości, ale i późniejszej walki postszlacheckiej inteligencji przeciwko rusyfikacji i germanizacji. O tym, że dziewięćdziesiąt procent ludności do szlachty się jednak z całą pewnością nigdy nie zaliczało, na wszelki wypadek się nie mówi, a i niespieszno idzie wyjaśnić fenomen narodu, którego historia miałaby się sprowadzać do dziejów tylko jej dziesiątej części przy uznaniu nieistotności całej reszty. Słowo „inteligencja” brzmi w tym kontekście trochę perwersyjnie. Kiedyś, towarzyszyło mu dodatkowe określenie: “inteligencja pracująca”. Taką formułę wstawiali w odpowiednią rubrykę w ankietach osobnicy, którzy nie mogli się pochwalić przynależnością do rzekomo rządzących w państwie klas – robotniczej i chłopskiej. Rubryka “pochodzenie społeczne” miała przy tym charakter swoiście dziedziczny. Inteligenckie pochodzenie stygmatyzowało narodzone dzieciaki pozbawiając na zawsze istniejących przywilejów klasowych. Mimo to, inteligenci nie kryli swej klasowej przynależności wetując sobie polityczny dyskomfort społecznym autorytetem. Panowało bowiem powszechne przekonanie, że to oni, polska inteligencja, są solą tej ziemi i że to oni, a nie rzekomo zwycięski proletariat ludzi pracy są depozytariuszami prawdziwej tkanki narodu. Tyle, że tego rodzaju odczucia nie wyjaśniają istoty rozbieżności pomiędzy rzeczywistą strukturą społeczną narodu a jej powszechnym wyobrażeniem.  Zresztą, w tak sformułowanej ocenie kryje się również teza o głębokiej niekompletności polskiej tradycji społecznej. Jeśli bowiem inteligencja odgrywała kluczową i wiodącą rolę, to czyniła tak ze względu na swe wyjątkowe zalety, czy też tylko wypełniała lukę wynikającą z braku warstw społecznych dysponujących nie tylko inteligencją umysłu, ale też i własnym kapitałem? Czy zresztą ekonomiczna bezsilność jest w jakiejkolwiek konfiguracji w stanie zastąpić siłę kapitału? To z tej przyczyny w bogatych krajach zachodniego kapitalizmu wyznacznikiem społecznej pozycji jest jego wielkość, nie zaś liczba sformułowanych inteligentnych wersetów.

Wrodzone cechyDwoistość rozumienia omawianego pojęcia powoduje, że istnieją dwie odrębne jego definicje. Pierwsza odnosi się do warstwy społecznej żyjącej włącznie z pracy umysłowej i uzważającej się za nośnik narodowej kultury. Druga, to rodzaj szczególnej sprawności intelektualnej. Polska tradycja kładzie nacisk na tę pierwszą, reszta  świata – na drugą. W innych językach, jeśli znajdziemy podobn brzmienie słowa (inteligentsia – educated and intelectual elite), to zawsze jest pisana jako transkrypcja z języka rosyjskiego lub polskiego i oznacza coś zupełnie innego niż „zwyczajna”, czy też wrodzona inteligence. Jest pojęciem importowanym i w językach zachodnich nie za bardzo zrozumiałym. Owszem, Anglosasi i Francuzi mają swoich intelektualistów, ale to zarazem dużo więcej i nieporównanie mniej niż inteligencja, której – jak wiadomo – Polska zawdzięcza narodowe przetrwanie, nie zaś prawdziwy poziom umysłów i pozycję intelektualną w świecie.

Gdy nastała wreszcie w kraju polityczna wolność, triumfalnie odtrąbiono powrót do normalności, a z nią przekształcenia inteligencji w klasę trwale wiodącą. Etos inteligencji zaczął się jednak załamywać i przybrał ostatnio tak dwuznaczny wyraz, że można to uznać zarówno za koniec jej szczególnej roli w Polsce, jak i wręcz przeciwnie – jej umocnienie, tyle że w zupełnie nowej formie. W gruncie rzeczy, dyskusja ma charakter definicyjny i zależy od tego, jak jest określana ta społeczna warstwa. Złośliwi mówią, że oto władzę przejęli chlubiący się swym pochodzeniem inteligenci z Żoliborza. Inni, że w kontrze do inteligentów nowego sortu, inteligencja dawnego typu, głównie akademicka, zaczęła znów podpisywać różne odezwy i listy protestacyjne, zaś etos walki o wolność i demokrację zastąpiła wojną jednego rodzaju wykształciuchów z drugim, różniącymi się tylko stopniem zakompleksienia wobec reszty świata.

W tej sytuacji nie wytrzymał w swej megalomanii Adam Michnik i w Mowie pogrzebowej nad grobem IV Rzeczypospolitej sformułował cytowane wcześniej zdanie, że oto „każdy naród ma taką inteligencję, na jaką zasłużył, choć ja sądzę, że nasz naród ma lepszą inteligencję, niż zasłużył”. A zatem nie tylko złożył hołd dawnemu rozumieniu inteligenta, który skupia w sobie wszystkie najlepsze cechy Polaka, ale zasugerował, że inteligencja wciąż jest warstwą wiodącą i nadal nią będzie. Druga jej odnoga, zwana dzisiaj „inteligencją żoliborską”, również nie myśli oddawać dopiero co zdobytego politycznego pierwszeństwa, starając się propagandowo zohydzić pierwszą i samej wystawić pierś po medale. Rzecz w tym, że tak zarysowany problem jest w gruncie rzeczy od niego ucieczką i analiza dokonana w Polityce przez Tomasza Zaryckiego lepiej trafia w sedno sprawy, tyle, że nie wyjaśnia powodów, dla których anachroniczny podział społeczeństwa na tych z definicji „lepszych” i „gorszych” ma wciąż trwać w sąsiedztwie szybko globalizującego się świata?

Inteligencki zakon            Socjolog trafia w sedno sprawy stwierdzając, że „inteligencja tworzy elitę, która ma decydujący wpływ na to, co się dzieje w kraju. Kapitalistyczna transformacja umocniła historyczną dominację inteligencji w Polsce i jest całkowicie zgodna  z historycznym wzorcem, jaki ukształtował się w naszym kraju”. Trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić, ale nie można też nie zauważyć, że istota całej debaty zależy od przyjętej definicji. Sam autor analizy ma z tym pewien problem przyjmując za istotą samego pojęcia pewną tautologię, czyli wyjaśnienia tego samego przez to samo. „Inteligent – tłumaczy – to człowiek, którego inteligencja uznaje za inteligenta”. Tautologie są niebezpieczne, bo też i mogą z nich powstawać pojęcia nie mające w gruncie rzeczy żadnej treści. Ta akurat prowadzi w swej logice do błędnego koła: oto inteligent, by nim zostać musi być uznanym, że jest takim przez sobie podobnych. Tylko, gdzie tu jest początek, a gdzie koniec? Czy ten osobnik również decyduje o inteligenckości innych, sobie podobnych, czy też najpierw muszą pojawić się ci inni, żeby móc go uznać za swego? A skąd się „ci inni” biorą, jeśli mianują ich do tej roli inni „oni” im całkowicie podobni i z nimi zaprzyjaźnieni? To rodzaj błędnego koła, chrakteryzującego się tylko szczególnym fenomenem, że coś ulotnego i materialnie nieistniejącego można uznać za twór istniejący, żywy i oddziałujący na innych. Dość skomplikowane, żeby nie powiedzieć – przewrotne, bo oddające inicjatywę tym, ktorym udało się w tym procesie być pierwszymi. Czy to jednak nie za daleko idące uproszczenie? „By stać się częścią inteligencji – czytamy dalsze wyjaśnienie – trzeba zdobyć jej uznanie, a proces kooptacji nie jest jasno skodyfikowany. Inteligent, to przynależność do określonego, choć często bardzo nieformalnego środowiska i styl życia, snobizm kulturowy, którego istotna część polega na przekonaniu jednocześnie o wyjątkowości i uniwersalności inteligenckiej misji dającej prawo do mówienia w imieniu całego społeczeństwa, ale też edukowania tego społeczeństwa zgodnie z pewnymi, zdefiniowanymi przez inteligencję kanonem. Dlatego czczeni bohaterowie narodowi pochodzą z inteligenckiego, a nie na przykład chłopskiego repertuaru”.

            W tego rodzaju definicji kryje się jednak nie tyle nawet pułapka, ile nadmierna dowolność w uznawaniu tego, co słuszne i pożyteczne od tego, co społecznie szkodliwe. Jest ryzykowne, by powierzać losy całości społeczeństwa warstwom o nieostrych kryteriach wartości i trudnych do zdefiniowania strukturach interesu. Historia kraju wykazała, że może to prowadzić nie tylko do wielkich pomyłek, lecz również do niepraktycznego, a nawet nieprawdziwego oglądu świata zewnętrznego i niemądrych czynów. Jak uzasadnić nieprzerwane istnienie w kraju inteligencji jako wiodącej klasy społecznej, wobec faktu nie istnienia tego rodzaju podziałów w krajach Zachodu? Istotą demokracji zachodniego typu jest dążenie do równowagi pomiędzy odmiennymi interesami różnych grup społecznych. Jeśli jednak uznamy, tak jak chcą tego zwolennicy misyjnej roli polskiej inteligencji, że jej racje nie idą w kierunku realizacji tylko własnych interesów grupowych, lecz są wyrazem jednolitego i uniwersalnego interesu wspólnotowego, to znajdziemy się w pobliżu utopijnej fikcji. Historia dowiodła, że taki jednolity i niepodważalny interes wspólnotowy pojawia się tylko w okresach wojny lub innego zagrożenia o substancjalnym charakterze. Na czym miałaby zatem polegać jej rola w okresach „normalnego” ścierania się interesów grupowych oraz jej uniwersalna funkcja skoro sama graniczy raczej z mitologią niż realnymi faktami? Na to pytanie nie tylko nikt dotąd nie potrafił odpowiedzieć, ale nawet nikt nie zadał takiego pytania publicznie. Tymczasem prawda jest taka, że prawdziwa rola inteligencji we wschodniej części Europy sprowadza się do swoistego surogatu wynikającego z nieistnienia silnej warstwy przedsiębiorców, którzy w świecie tradycyjnego Zachodu dyktują tempo i kierunek rozwoju za pośrednictwem w pełni racjonalnej dbałości o swoje własne interesy. Te można wyspecyfikować, nazwać i ocenić. Inteligencka wizja świata zawsze pozostaje w sferze domysłów i spekulacji, nie dając się w żaden sposób zweryfikować liczbami. Jak zauważył kiedyś Józef Chałasiński „inteligent polski stawał się rezydentem obcego kapitalizmu w Polsce, tak jak przedtem był rezydentem folwarku-dworku pańszczyźnianego”. Prowadzi to do wniosku, że w chwili powstania w kraju silnego, ale własnego i rodzimego kapitalizmu, ta funkcja inteligencji odejdzie bezpowrotnie w przeszłość. Ale kiedy to może nastąpić, skoro dzisiaj mamy do czynienia jedynie ze zmniejszaniem się roli inteligencji dawnego typu, lecz tylko po to, by ją zastąpić nową odmianą? W Polsce, powiada Zarycki, wciąż nie ma sporu między ludem a elitą, tylko jest spór wewnątrz elity o to, jak zbawić społeczeństwo – forsując bardziej wartości europejskie, czy narodowe? Czy kiedyś nadejdzie moment w którym społeczeństwo postanowi zbawić się samo?

            Cytowana analiza dokonana przez Zaryckiego prowadzi raczej do pesymistycznego wniosku o nieuniknionym kostnieniu wciąż niepraktycznej struktury społecznej, ale da się też uzasadnić ewolucją polskiej edukacji po 1989 roku, którą potwierdzić może każdy pracownik akademicki w Polsce. „Umasowienie spowodowało inflację dyplomów i ich dewaluację. W PRL-u dyplom uniwersytetu ze względu na elitarny charakter ułatwiał kooptację do inteligencji. Dziś taką moc stracił. Taka sytuacja nie osłabia, lecz przeciwnie – wzmacnia inteligencką hegemonię”. Wzmacnianie czegoś przez inflację i oslabienie wartości, to ciekawa, ale też i mało perspektywiczna procedura. Jestem skłonny zgodzić się więc z diagnozą, że czas inteligencji w Polsce się kończy, tyle, że może to jeszcze trochę potrwać.

 


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *