MIĘDZYMORZE, CZYLI „RACJA JEST JAK DUPA, KAŻDY MA SWOJĄ”

ktoredyJak zauważa Grzegorz Talar „koncepcja Międzymorza spotyka się z bardzo gorącym odbiorem czytelników. Począwszy od reakcji skrajnie pozytywnych, skończywszy na wyzwiskach i komentarzach o całkowitym braku realizmu, właściwie wszyscy wypowiadający się w temacie mają przeświadczenie o swojej racji. Nic tylko zacytować Józefa Piłsudskiego – “Racja jest jak dupa, każdy ma swoją”. Podobnie rzecz się ma z Międzymorzem”. Przyczyną takiej reakcji jest to, że Międzymorze, to pojęcie najzupełniej umowne, lecz wyśmiewane nie z powodu jego umowności. Powstało z potrzeby nadania geograficznemu regionowi nowego, bardziej przyjaznego miana, które nie niosłoby skojarzeń z niemieckim określeniem Mitteleuropa. Ta ostatnia nazwa – z pozoru tylko geograficzna (Europa Środkowa) – faktycznie wyrażała jednak imperialne zamiary, tyle, że postrzegane z niemieckiego punktu widzenia. W swoim zakresie, oddawała nie tylko podejście polityków niemieckich, ale i rosyjskich, że oto sam region nie ma wystarczających znamion samodzielności, by pozwolić mu na istnienie wedle własnego uznania. Warto pamiętać, że określenie w tym znaczeniu, nabrało negatywnego posmaku wraz z odrodzeniem się w regionie lokalnych państwowości. Miejsce późniejszego Międzymorza zajmowała granica rosyjsko-pruska i rosyjsko-austriacka. Nie było dla niego przestrzeni przez całe stulecie, chociaż ona sama wcale nie była pogardzana nawet wtedy, gdy w środku Europy wciąż istniały dwa pokaźnych rozmiarów państwa w postaci Rzeczypospolitej Obojga Narodów oraz Królestwa Wegier.

Pojęcie Mitteleuropa jest w historii Niemiec tworem epoki wilhelmińskiej, kiedy to po raz pierwszy od czasów Ottonów Niemcy wyłoniły się jako jednolita europejska potęga. Wcześniej były tylko liczną rzeszą średnich, małych i zupełnie niewielkich państewek, co też – i trzeba to jasno sformułować – dawało przestrzeń oraz czas na pojawienie się Europy Środkowej i uformowanie się tam niezależnych od sąsiednich potęg tworów politycznych. Nowe oblicze Niemiec mogło ustalić się dopiero po utracie przez Polskę i Węgry własnych państwowości i pojawieniu się globalnych europejskich imperiów zamorskich.

Niemcy spóźniły się na podział świata i w końcu XIX wieku dla Berlina pozostało już niewiele miejsca, więc nowa europejska potęga miała prawo nie czuć się historią wystarczająco usatysfakcjonowana. Kraj musiał kontentować się posiadłościami ubogimi, takimi jak Afryka Południowo-Zachodnia, Tanganika, czy Kamerun, albo niewielkimi skrawkami tropików (część Nowej Gwinei oraz kilka wysp Pacyfiku). Zrodziło się więc poczucie krzywdy, którą historia miałaby wyrządzić wielkiemu narodowi (Niemcy, to najliczniejsza społeczność etniczna Europy) oraz przekonanie, że przestrzenią dla rekompensaty tej historycznej niestosowności pozostaje już tylko ta jej część, która rozłożyła się pomiędzy żywiołem niemieckim a niezmierzoną Rosją. To poczucie mogło być dodatkowo wzmacniane niemal tysiącletnią przypadłością dziejową, kiedy to rozczłonkowana na kilkaset państw Rzesza nie była w stanie sprostać środkowoeuropejskiej potędze jaką była wtedy I Rzeczpospolita, a liczne niemieckie państewka pełniły wobec niej rolę podrzędną. Jest przy tym faktem wyjątkowa stabilność granic regionu i pokusa by uznać wschodnią granica żywiołu niemieckiego za naturalną, skoro prawie nie drgnęła przez ponad trzy stulecia – od czasu zakończenia wojny trzynastoletniej (1466), po pierwszy rozbiór Polski (1772). Na mapie Europy oglądanej oczami kogoś żyjącego w XVI i XVII wieku Rzeczpospolita Obojga Narodów mogła uzyskiwać bardziej wyrazisty kształt, aniżeli głęboko rozdrobniona przestrzeń sąsadującej z nią niemieckości.

niemiecki-zywiol-etnicznyObraz Europy widziany ze współczesnego Berlina, to jednak nie zamazane przeszłością odbicie średniowiecznego tworu rozbitego na kilkaset mniejszych, lecz echo spojrzenia na kontynent z pozycji zjednoczonych w całość Niemiec cesarskich, czyli przełomu XIX i XX stulecia. Tak jak wtedy, w wyobraźni historycznej Niemców, południowa granica Europy Środkowej jest uważana za tożsamą z dawnym pograniczem Austro-Węgier i Półwyspu Bałkańskiego, czyli najdalszymi śladami niemieckiego osadnictwa. W tym rozumieniu należy do niej również dawna Galicja, rumuńska dzisiaj, ale austriacka kiedyś Bukowina, niegdysiejsza Transylwania oraz równie austriacki wtedy włoski Tyrol. W podobnej sytuacji jest Słowenia, która przez tysiąc lat była traktowana jako fragment Austrii, a także Chorwacja – autonomiczna niegdyś część dawnego Królestwa Węgier, lecz uznawana za swego rodzaju pogranicze między żywiołem niemieckim i węgierskim. Mapka oddaje tego rodzaju tło przeszłości środkowej części Europy skorygowane tylko odmiennością granic współczesnych państw regionu w relacji do dawnych a także nieco naciągniętym  uznaniem Litwy za bliższej niegdysiejszym Inflantom, niż – nie tak, jak było to w przeszłości – Polsce. Ten punkt widzenia tylko formalnie konsumuje nową rzeczywistość Europy i pojawienie się Unii Europejskiej wraz z jej wschodnioeuropejskimi państwami członkowskim, ale nie wyjaśnia odmienności losów tej ostatniej jej części, ani też całego pogranicza. To czysta konsekwencja dziejów regionu związanych najpierw z ekspansją, a później z klęską żywiołu niemieckojęzycznego, związanego z regionem również za pośrednictwem dawnej monarchii austro-węgierskiej. Można dojść do wniosku, że jedyną rzeczą, która jest na współczesnej mapie wpływów nowa, to uznanie pomniejszenia się możliwości Rosji, ale nie jakaś istotna zmiana podstawowego układu kulturowych sił. Zwraca jednak uwagę, że dwie największe części Europy – to nadal jej przestrzeń środkowa, czyli Mitteleuropa z wyraźną dominantą w postaci Niemiec oraz wschodnia (Osteuropa), gdzie tę rolę wciąż pełni Rosja.

Podobną obserwację daje się uczynić, jeśli weźmie się pod uwagę punkt widzenia współczesnej Rosji, wciąż nie potrafiącej znaleźć dla siebie miejsca w przestrzeni Eurazji. Ta, również czuje się pokrzywdzona przez historię, tyle, że te emocję ujawnia z większą agresywnością, aniżeli pozwalałoby na to poczucie wyższości emanującego od strony Niemiec. Rzecz da się wyjaśnić pozycją tych ostatnich w Unii Europejskiej, która do pewnego stopnia zapewnia ich mieszkańcom świadomość sukcesu bez konieczności wspomagania się pamięcią o czasach imperialnych, czy też roli odegranej w dwóch  światowych wojnach.

mitteleuropaW przypadku Rosji, rzecz jednak wygląda inaczej. W mniemaniu współczesnych nacjonalistów, Ukraina jest pustą nazwą bez wewnętrznej treści, a dzisiejsze jej państwo, to nic innego, jak zlepek moskiewskich darowizn. Nie wszystko w tym twierdzeniu jest czczym wymysłem, ale wnioski idą zbyt daleko. Według tego poglądu, istnienie państwa ukraińskiego, to zaledwie kilka lat kozaczyzny Chmielnickiego, wszystko inne, to zdobycze Rosji przekazane w podarunku bratniemu narodowi, w gruncie rzeczy tożsamemu z rosyjskim. I tak, całą południowo-wschodnią część kraju – od Odessy po Donieck, podarować miałby Ukrainie Lenin kierując się losami regionu zdobytego w końcu XVIII wieku na Turkach przez Katarzynę II. Z kolei, dawną Galicję, Ukraina otrzymać by miała od Stalina wraz z rosyjską wiktorią w II wojnie światowej i przepchnięciem granic Polski ku zachodowi. Krym dostała w przypływie dobrego humoru Chruszczowa, który będąc samemu ukraińskiego pochodzenia zapragnął zadbać o dobre samopoczucie mieszkańców tej sowieckiej republiki.

 dary-rosjiInaczej mówiąc, istnienie Ukrainy jako niepodległego państwa mającego przy tym europejskie ambicje, nie ma w kontekście tego rozumowania żadnych podstaw. To po prostu twór z gruntu przypadkowy, nie mający prawa do trwałości, a pojęcie Międzymorza, to zwykła „językowa tandeta”. W myśl tego poglądu suwerennościowe ambicje innych krajów regionu też nie mają większych podstaw. W jakimś sensie, całkiem odwrotne stanowisko prezentuje niemiecka tradycja historyczna, która od czasów Bismarcka uznawała istnienie geograficznej przestrzeni Mitteleuropy za obiektywny fakt, lecz odmawiała jej podstaw do samodzielności sugerując, że jest tylko strefą przejściową pomiędzy Europą i Azją i bez niemieckiej pomocy nie ma prawa przetrwać. Istnieją przesłanki, by sądzić, że zadziwiająco szybkie przyjęcie krajów regionu do Unii Europejskiej oraz gotowość tej ostatniej na otwarcie w tym kierunku motywowane były taką samą lub podobną argumentacją. Żądanie znacznej suwerenności wobec Brukseli postawione przez Węgry Orbana, a potem przez Polskę, tylko dolały oliwy do ognia i utwierdziły zachodnich partnerów w przekonaniu, że regionowi brak jest geopolitycznej odpowiedzialności. To w jakimś sensie również echo zachodnich zamiarów z czasów I wojny światowej, kiedy to cały obszar zajęty został przez niemieckie wojska aż po linię Dniepru, a wpływem objęta była też i rosyjska Pribałtyka powiększona o rosyjską dotąd Finlandię. Ta sytuacja trwała krótka, ale niemiecka przegrana w wojnie i wybuch rewolucji dała regionowi kilkunastoletnią chwilę oddechu. Jednak, wraz z wybuchem II wojny  światowej sytuacja niejako wróciła do normy, a cały region ponownie utracił suwerenność.

            Sowieckie zwycięstwo w II wojnie światowej spowodowało przegięcie w drugą stronę i granice nie tylko przesunięto daleko na zachód, aż po Łabę, to dodatkowo, nad samą rzeką stanęła „żelazna kurtyna” oddzielająca tworzący się świat zachodni od strefy niepodzielnie rządzonej przez Rosjan. Z perspektywy tej sytuacji, nawet trudno się dziwić, że dla przeciętnego Rosjanina cała wschodnia część Unii Europejskiej, powinna być strefą wpływów jego kraju, nie zaś tworzyć jakiś zestaw niepodległych państw.

zelzna-kurtynaMożna zaryzykować tezę, że powyższy obraz Europy jest odwrotnością niemieckiej wizji kontynentu i swoistą karą za jej nadmierne ambicje, które miały być realizowane kosztem Rosji. Pamięć historyczna Niemiec wciąż jednak sięga czasów, kiedy to w zasięgu bezpośrednich wpływów ich państwa znajdowała się nie tylko środkowa część Europy aż po Białoruś, ale i cała Ukraina po Don. Pamięć rosyjska przeciwnie, ma w obecnej sytuacji regionu świadomość silnej granicy kulturowej przebiegającej nieco podobnie jak wschodnia linia wpływów niemieckich. Rzecz staje się ważna podwójnie, skoro Rosjanie, w związku z rozwijającym się w nieprzewidzianym konfliktem z Ukrainą (miało to być przecież „pokojowe zjednoczenie”), przeprowadzają dzisiaj swoisty rachunek sumienia, a ich imperialne ambicje sprowadzają się do utożsamienia całego żywiołu o staroruskim pochodzeniu z rosyjskością.

            Unia Europejska przeżywa dzisiaj kryzys własnej tożsamości, największy od czasu jej powstania w 1957 roku. Składa się (wciąż jeszcze) z 28 odrębnych państw narodowych, których świadomość wspólnoty tożsamości jest jednak daleko niejednakowa. Ilustracja tego zjawiska, to sam moment wstąpienia do wspólnoty. Nie jest przypadkiem, że sześćdziesiąt lat temu członkami Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej było zaledwie sześć krajów, co do których nie było żadnych wątpliwości, że mają „zachodni” charakter. To było jądro tego, co powszechnie uznawano za prawdziwą Europę. Dzisiaj, tych członków jest wielokrotnie więcej, lecz stało sie to za cenę głębokiej niejednolitości Unii, dzielącej się dzisiaj na różne części – kraje romańskie, skandynawskie, środkowo-europejskie i germańskie. Dodajmy do tego kwestię Brexitu, zauważając jednak, że to zjawisko szczególne, ponieważ jego przyczyny są jeszcze inne i wiążą się z istnieniem anglojęzycznej światowej wspólnoty transatlantyckiej. Reszta Europy, takiej alternatywy nie ma, natomiast angielska tradycja europejskości nie jest nowością, lecz ma tysiąc lat samodzielnej historii.

Wschodnia część kontynentu ma zupełnie innego rodzaju kłopoty z tożsamością oraz stosunkiem do Unii. Jest jednak częścią europejskiej tradycji jako dawna Sarmatia Europea. To tylko Rosja, swą europejskość markuje, lecz w swej istocie wcale europejska nie jest, co do pewnego stopnia wpływa też na swoistą niedojrzałość reszty prawosławnych krajów członkowskich. Warto też przypomnieć, że bezpośrednią przyczyną wpadnięcia Konstantynopola w ręce Turcji było popularne u schyłku Bizancjum hasło lepszy turban niż tiara!, co symbolizowało powszechne tam przekonanie o znacznej obcości łacińskiego zachodu w stosunku do greckiego wschodu. Prawda, że ta opinia się zmienia, ale zmienia się powoli. Polska, wbrew przekonaniu niektórych polityków o jej „tysiącletniej łacińskości”, również nie wytrzymuje rygorów europejskości, podobnie zresztą, jak i współczesna Grecja, która jest bardzo odległa od wzorców ich starożytnych przodków, będących skądinąd jednym z istotnych źródeł europejskiej tożsamości. Nasz kraj i jego mieszkańcy zostali uformowani znacznie później, dopiero w XVI wieku i to wskutek wzorca, który pojawił się w następstwie niecodziennego wydarzenia politycznego, jakim było powstanie ponadkulturowego państwa w postaci unii polsko-litewskiej. Warto przy tym zauważyć, że wszystko było w ramach tych wzajemnych relacji umowne: za Polaków uważała się sama tylko szlachta i to niekoniecznie używająca polszczyzny. Znaczna część społeczeństwa zamieszkującego przestrzeń Wielkiego Księstwa Litewskiego miała się za Litwinów, nie zaś Polaków, chociaż język litewski nie tylko nie był im nieznany, ale w większości kraju nawet nie było szansy go usłyszeć. Prawdziwi Litwini, z kolei, nie chcą dzisiaj uznać swej dawnej wspólnoty historycznej z Polakami i przedstawiają się niezgodnie z faktami jako część bałtyckiej wspólnoty narodów (razem z Finami). Inni Bałtowie (Łotysze i Estończycy) nie chcą z kolei pamiętać o tym, że przez ogromną większość swej historii byli dominowani przez bałtyckich Niemców, a ich własna „bałtyckość”, to dopiero okres po I wojnie światowej. Słowacy, mają kompleks w stosunku do Węgrów, z którymi przez tysiąc lat zamieszkiwali jedno państwo, natomiast Czesi utracili wyższe warstwy społeczne na rzecz żywiołu niemieckiego jeszcze w XVI stuleciu. Jak z tego rodzaju galimatiasu kulturowej pamięci zbudować międzynarodową wspólnotę w postaci Międzymorza?

            Wniosek, jaki się rodzi z naszego rozumowania jest taki oto, że utrzymanie jedności społeczno-politycznej krajów, które do Unii przystąpiły po roku 2004, można uznać za rodzaj cudowanego wydarzenia, a nie rezultat świadomej pracy nad własną tożsamością. Utrzymanie jedności w ramach tego rodzaju różnorodności i do tego posiadanie sąsiada zawsze chętnego mieć inne zdanie w zasadniczych sprawach, będzie graniczyło z cudem. Obecne polskie rządy, to tylko jedno i do tego niewielkie ogniwo z łańcucha wydarzeń potwierdzających tę regułę. Jednak, chociaż nie wiemy, jaki ostateczny kształt przyjmie europejska wspólnota w przyszłości, to jedno jest pewne. Na dłuższą metę udawanie jednorodności przez kilkadziesiąt zupełnie niejednorodnych podmiotów jest rzeczą niemożliwą. Czy więc czeka nas znowu szarpanie regionu zarówno od wschodu, jak i od zachodu i tylko koordynacja jego strzępów? Należy sądzić, że jak zwykle, historia potoczy się inaczej niż wszyscy się tego spodziewają i być może Europa przybierze na koniec zupełnie nowy kształt taki jak na rys. 1.5? Jeśli dożyjemy, to zobaczymy!

2022


One thought on “MIĘDZYMORZE, CZYLI „RACJA JEST JAK DUPA, KAŻDY MA SWOJĄ”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *