BOGOBOJNA CZYSTOŚĆ. CZY JESTEŚMY MNIEJ WARCI NIŻ NASZA ZYGOTA?

invitro            Szykuje się w Polsce seksualna kontrewolucja. Będziemy oto świadkami uchwalania prawa, które tę naturalną cechę ludzi podda karaniu i to w bardzo szczególny sposób. Nie tyle nawet więzieniem (chociaż i to nie jest wykluczone), ile koniecznością posiadania przez kobiety niechcianych dzieci. Jakie jest źródło tego rodzaju zamiarów, skoro wiemy ponad wszelką wątpliwość, że prowadzą do krzywdzenia ludzi i to zarówno dorosłych, jak i same dzieci? Co tkwi w mrocznej wyobraźni prawodawców pragnących przekształcić kobietę w bezosobowy inkubator rozrodczości, przy czym zamiar nie jest poparty żadną argumentacją naukową, lecz tylko ideologicznym lub religijnym przekonaniem bogobojnych prawodawców? W rezultacie, w możliwym w tej sytuacji trójkącie: gwałciciel-kobieta-zygota, najsilniejszą pozycję będzie teraz mieć ta ostatnia, najsłabszą zaś ofiara, czyli kobieta. To dziwne pojmowanie Bożej Sprawiedliwości, nawet wtedy, jeśli głosiciele tego rodzaju idei sądzą, że wzorują się na innych religiach nie podlegających tak silnym wpływom świeckości jak zachodnie chrześcijaństwo. Niektórym imponuje, że oto wzorują się na „męskiej sile” muzułmanów w stosunku do ich kobiet, gdzie w obliczu prawa, mężczyzna ma pozycję wielokrotnie od nich silniejszą. Ale w omawianej przestrzeni, nawet to porównanie nie wytrzymuje krytyki, skoro rodzimi prawodawcy najwidoczniej nie wiedzą o tym, że kobieta w świecie islamu ma pod wieloma względami zabezpieczone podstawowe prawa, na przykład samodzielność decyzji o aborcji i nie potrzeba do tego ani sądów, ani nawet specjalnego ustawodawstwa. Przerywanie ciąży nie jest tam zalecane, ale dopuszcza się tak szeroko wyjątki, że dla polskich prawodawców są one zapewne niepojęte.

            Powszechne jest przekonanie o zacofaniu i prymitywizmie świata islamu i jednocześnie światłości naszych własnych racji, warto więc wiedzieć, że wśród muzułmanów przerywanie ciąży nie jest zabronione prawem, a w niektórych sytuacjach wręcz zalecane. Z punktu widzenia islamu, samej ludzkiej zygocie prawo do traktowania na równi z płodem nie przysługuje, więc rzecz sprowadza się do momentu uznania, kiedy przechodzi ona z pierwotnej formy istnienia w płód, stając się tym samym jednostką ludzką.  Różnice zdań są niewielkie. Najczęściej wskazywany termin, to sto dwadzieścia dni od poczęcia, czyli pełne cztery miesiące po zapłodnieniu. Bardziej restrykcyjne szkoły ograniczają czas możliwości przerywania ciąży do okresu pomiędzy czterdziestym a osiemdziesiątym dniem życia płodu. Jednak, jeśli kolejna następuje wcześniej niż w dwa lata po poprzedniej, przerwanie ciąży jest wręcz zalecane ze względu na troskę o zdrowie matki. I co wy na to panowie antyaborcjonaliści? Pogrzebcie w swoich mrocznych sumieniach a odnajdziecie prawdziwą przyczynę tej przedziwnej atencji do zygoty z całą pewności nie będącej człowiekiem i nie mającej nawet znamion płci. Jesteście w tej kwestii nieporównanie bardziej radykalni aniżeli najbardziej konserwatywni islamscy mułłowie. Warto zastanowić się nad przyczyną tego zjawiska, skoro polskie rozumienie wiary w Boga staje się w świecie zachodnim skrajnym wyjątkiem uwłaczającym istocie jego człowieczeństwa jaką jest prawo do wolności decyzji w sprawach osobistych. A może po prostu w kobiecie tego człowieczeństwa nie dostrzegacie wcale? Pozwólcie więc rozpoznać, co może być przyczyną tak jaskrawej sprzeczności waszego stanowiska z całą logiką ewolucji cywilizacji Zachodu? A może, podobnie jak to wyznał poseł Jurek, demokracja i wolność jednostki na zachodni wzór jest tylko chwilowym złem koniecznym, z którym rozprawicie się przy pierwszej nadarzającej się okazji? A może tego przyczyną jest wasz strach przed własną seksualnością i ucieczka w zaciemniający sprawę mroczny radykalizm? Bo przecież nie chrześcijańska tradycja jako taka, która ma też i drugą twarz – kobiet uznanych za godne i równe mężczyznom.

 Rozrodczość, to dla każdego bez wyjątku gatunku kluczowy mechanizm strategii przetrwania i uzyskania odpowiedniej pozycji. Szczególna w tym względzie agresywność jest cechą niektórych organizmów (na przykład bakterii) rozmnażających się – w rozumieniu antyaborcyjnych radykałów – bezgrzesznie, bo w sposób bezpłciowy. Czyżby więc bakterie były bliższe stanu świętości, niż ludzie? Może z przyczyny tej ich bezpłciowości ludzie gorącej wiary w zło związane z seksem nie mają do bakterii pretensji o to, że rozmnażają się jak oszalałe, kiedy tylko chcą i do tego kosztem ludzkich chorób? Dlaczego mniej lub bardziej agresywna niechęć do seksualności dominuje pośród ludzi, a nigdy wśród zwierząt i czemu przybiera zwykle drastyczną formę równie agresywnych, co i kłamliwych ideologii?

Odpowiedź, jaka nasuwa się na tak zadane pytanie sprowadza się do zjawiska z grecka zwanego hipokryzją. Hipokryzja (hypokrisis – udawanie), to fałszywość, dwulicowość, obłuda. Prowadzi do zachowań lub sposobów myślenia oraz działania, których cechą jest niespójność stosowanych zasad moralnych, czyli do udawania porządności dla ukrycia drugiego i bardzo mrocznego dna, które nie jest społecznie akceptowane. Markuje się więc serdeczność, szlachetność i religijność po to, by wprowadzić w błąd otoczenie co do rzeczywistych intencji i czerpać z tego przyjemności wtedy, gdy nikt nie widzi. Hipokryzja może się przejawiać na kilka sposobów.

  • To oficjalne głoszenie konieczności przestrzegania określonych zasad moralnych, kiedy samemu się je prywatnie łamie. Celują w tym politycy głoszący na przykład walkę z korupcją i biorący po cichu łapówki, czy też głośno ganiący rozpustę i skrzętnie ukrywający swoje wizyty w burdelu.
  • Stosowanie różnych, wzajemnie sprzecznych zasad moralnych w zależności od sytuacji, jak choćby wymaganie od żony wierności i jednoczesne jej zdradzanie.
  • Tworzenie obszarów, o których się nigdy nie mówi publicznie. Zazwyczaj są to sprawy, które w świadomości wielu ludzi są uważane za niemoralne, ale za to powszechnie praktykowane.

Hipokryzja jest twałą cechą ludzkich społeczeństw, co różni je od społeczności zwierząt. Te kłamać nie potrafią. Z jednej strony, jej źródłem jest konflikt pomiędzy indywidualnym interesem poszczególnych osób a normami moralnymi narzucanymi społeczeństwu przez struktury polityczne i religijne. Z drugiej, jest też następstwem głęboko skrywanych pragnień wykraczających poza powszechnie akceptowane normy. Następstwem jest rodzaj systemowej dwulicowości. Rzecz w pierwszym rzędzie dotyczy sfery ludzkiej seksualności. Utajone pragnienia, społecznie nieakceptowane lub też nietolerowane przez partnera, prowadzą do powstanie stref, czy to w wyobraźni, czy w rzeczywistości, do których nie można się przyznać, ale które istnieją i bezustannie wciągają. W związku z tym, pojawia się mechanizm zasłony ze słów i czynów mający dowodzić o naszej nieskazitelności, będąc jednak tylko przykrywką dla bardziej mrocznej prawdy. Na tej sytuacji żerują moraliści i kaznodzieje, co niekiedy prowadzi do poważnych schorzeń społecznych.

            Argumentem hipokrytów jest jednak społeczna rzeczywistość, która pozbawiona ograniczeń mogłaby prowadzić do rozpusty uznawanej przez wszystkie religie świata za zagrożenie dla trwałości rodziny. Warto jednak pamiętać, że tak jak istnieją odmienne definicje rodziny, tak różne jest społeczne rozumienie tego, co uznaje się za rozpustę. Standardowo, ma być ona następstwem nieprzestrzegania zasad moralnych w sprawach związanych z seksem, które łatwo przekształcić się mogą w rozwiązłość i wyuzdanie podważające społeczny spokój i porządek. Tyle, że wszystko to nie ma waloru prawdy obiektywnej, będąc tylko rezultatem społecznej umowy. A społeczeństwa umawiają się ze sobą na różne sposoby i znacznie się od siebie pod tym względem różnią. Wszystkie nakładają na swoich członków pewne hamulce. Wszędzie są one jednak inne, zarówno pod względem ich zakresu, jak i też stopnia obłudy starającej się powszechnie występujący popęd uznać nie tylko za nienaturalny, ale nawet traktować jako najwyższej rangi przestępstwo. Okazuje się przy tym, że znacznie więcej zakazów w przestrzeni popędu płciowego znajdziemy w tradycji chrześcijańskiej niż w jakiejkolwiek innej religii, co prowadzi też i do większej nienaturalności wzajemnego współżycia mężczyzny z kobietą. Rozwiązłość jest w tradycji judeo-chrześcijańskiej definiowana jako „cudzołożenie i rozwiązłe życie”. Tyle, że to sformułowanie nadzwyczaj ogólne, skrywające znaczne różnice interpretacyjne. Zarówno w ujęciu żydowskim jak i muzułmańskim oznacza tylko tyle, że erotyczne fantazje partnerów nie są ograniczane, pod warunkiem, że dzieją się w domowym zaciszu. To z tej przyczyny domy muzułmanów starają się nie mieć okien wychodzących na ulicę. Więcej, w obydwu tradycjach w pełni dozwolone jest wielożeństwo a nawet formalny konkubinat, co powoduje, że ostrość zakazów jest równoważona „rozpustą wewnątrzdomową”. Chrześcijaństwo jest w tym względzie dramatycznie inne, nie dopuszczające żadnych fantazji. Cudzołóstwo jest w praktyce utożsamiane z każdym rodzajem seksualności, która służy rozkoszy cielesnej odwracającej uwagę od miłowania Boga, a ona sama jest niechętnie usprawiedliwiana nawet okolicznością związaną z chęcią spłodzenia potomstwa. Sam akt wciąż uważany jest nie tylko za brudny, ale na tyle niegodny człowieczeństwa, że powinien być głęboko skrywany, jako że ma źródło w grzesznej słabości. Człowiek silny wiarą i osobowością idzie do zakonu, lub jak święty Franciszek do innego rodzaju samotni, wyrzekając się nawet myśli na temat płci przeciwnej z samej jej istoty uważanej za niegodną człowieczeństwa, potępianą przez Boga i Wszystkich Świętych oraz stojącej na drodze do nieba. Niebo chrześcijańskie, w przeciwieństwie do nieba muzułmanów pełnego erotycznej rozkoszy i wyuzdanych kobiet, jest całkowicie wolne od innych uczuć z wyjątkiem miłości do Boga i radości z jego bliskości. Aż dziw bierze, że w otoczeniu tego rodzaju myślenia chrześcijańskie społeczeństwa jakimś niewytłumaczalnym sposobem należą do najliczniejszych. W jaki to mogło stać się sposób, skoro akty płciowe prowadzące do licznego potomstwa są jednocześnie uznawane za najbrudniejsze z możliwych czynów, a pojęcie cudzołóstwa stało się synonimem wszelkiego zła kryjącego się w duszy człowieka. Religijne matki zawsze upominały swoich synów, aby „nigdy brzydko nie bawili się pod kołdrą, bo to najprostsza droga do piekła”. Chrześcijanin wyrasta w świadomości swojej grzeszności i przylepionego doń brudu, który towarzyszy mu do samej śmierci.

Rzecz jednak w tym, że choć seksualność jest często uznawana za źródło jednego z najcięższych przewienień wobec Boga, to z drugiej strony jest również wrodzoną i zupełnie naturalną funkcją organizmu ludzkiego oraz jednym z najważniejszych elementów więzi i kontaktów interpersonalnych, mających wymiar nie tylko biologiczny i psychiczny, ale i społeczno-kulturowy. Seksualny potencjał człowieka jest w ciągu życia różny i kształtuje się w zależności od wieku i zdobywanego w tej materii doświadczenia. Dorosły człowiek jest w pełni świadom swej seksualności, kształtując ją w relacji do wielu czynników. Zależy ona od jego wieku, etapu życia, stopnia kontroli własnej osobowości, indywidualnego doświadczenia życiowego, naturalnych cech oraz – rzecz jasna – wyznawanego światopoglądu. Sprawa w tym, że w wielu religiach jest on wprost związany z ich stosunkiem do seksualności. W chrześcijaństwie sytuacja jest wyjątkowa na światową skalę, ponieważ im napawa ona wiernego większym obrzydzeniem, tym bardziej przybliża go do stanu świętości. W praktyce, kobieta staje się najpotężniejszą dla wiernego przeszkodą dla wejścia w stan świętości.

Wszystkie religie uznają kontrolę omawianej sfery życia za podstawowy obowiązek i z reguły mają sprawę za pierwszorzędną. Jej umiejscowienie pośród innych decyduje również o stopniu narzucanego ludziom stopnia hipokryzji w ujawnianiu popędów, motywacji i preferencji. Jest w tym również wiele pozbawionych logiki sprzeczności. Jeśli, na przykład uznać, że to jednak sam Bóg stworzył homoseksualistów na podobieństwo innych ludzi, to powinno oznaczać, że powierzył im też jakąś rolę społeczną i religijną. Jeśli natomiast homoseksualizm uzna się za karygodne odstępstwo od normy, czyli za wstrętny grzech i obrzydliwe przestępstwo, kwestionuje się również wszechmocność Jego Mądrości. Nie powinien przecież tworzyć przestrzeni, którą sam uznaje za zło i grzeszność z samej tylko definicji. W rezultacie, regulacje  prawne i obyczajowe w odniesieniu do seksualności ludzi są następstwem poziomu napięcia erotycznego ich twórców i proroków, nie zaś funkcją religijnego natchnienia. To ostatnie jest raczej tej seksualności następstwem, niż przyczyną.

seksualnosc Ciekawa jest inna uwaga znawców problemu, twierdzących, że wpływ na treść ludzkiej seksualności ma głębokość samej wiary w Boga, ale też i całokształt przemian społecznych, przede wszystkim w przestrzeni laicyzacji i liberalizacji społeczeństw oraz wciąż zmieniającego się rozumienia wartości z nimi związanych (istota płci, sukcesu i sensu życia). Tyle, że ta uwaga jest prawdziwa w relacji do cywilizacji zachodniej postulując społeczną akceptację względnej autonomii zjawiska i niepoddawanie go wartościowaniu etycznemu mającemu źródła religijne. Według M. Trawińskiej, autorki Socjologii seksu, podstawy na których opiera się ludzka seksualność nie mają nic wspólnego z religią i są od samego człowieka niezależne, ponieważ wynikają z jego konstrukcji zarówno w sferze cech mu wrodzonych, jak i nabytych. Oto najważniejsze źródła seksualności oraz osobniczego napięcia psychicznego:

  • witalne, którą określają relacje zdrowotne i wrodzony popęd uzależniony od wewnętrznego napięcia energetycznego;
  • kulturowe, kształtowane przez tradycję historyczną i otaczającą obyczajowość;
  • moralne, definiowane przez obowiązujące systemy etyczne oraz oddziaływanie prawa i obiegu informacji;
  • osobiste, zależne od samowiedzy, doświadczenia i form indywidualnej aktywności erotycznej.

Tylko ostatnie z wymienionych może być w jakiś sposob poddawane autoanalizie i samodzielnej kontoli jednostki, inne są od jej woli niezależne. Seksualny związek pomiędzy partnerami, którego formy i głębia zależą od ich osobowości ma także wpływ zwrotny zarówno na nich samych, jak i w jakimś stopniu na samo społeczeństwo. Seksualność jest istotnym elementem międzyludzkiej komunikacji wyrażanej za pomocą szczególnego rodzaju sygnałów. Akt seksualny ma też ogólniejsze odniesienia stając się wyrazem uniwersalnych potrzeb ludzkich, takich jak przywiązanie, wzajemne zaufanie, akceptacja, zaangażowanie, zadowolenie z życia i poczucie bezpieczeństwa. Wbrew przekonaniom religijnym nie jest złem samym w sobie, lecz posiada ogromne przestrzenie dla miłości i niewymuszonego dogmatami altruizmu.

Z punktu widzenia wiedzy o ludzkiej seksualności, to co dzisiaj dzieje się w tej przestrzeni w Polsce, nie za bardzo daje się zaklasyfikować i ocenić wedle naukowych zasad. Na pierwszy rzut oka, przygotowania do uchwalenia nowych ustaw dążących do ograniczenia przerywania przez kobiety ciąży do poziomu zerowego, na pozór nie mają związku z samą seksualnością oprócz samej tylko logicznej zasady, że skutek musi mieć przyczynę. Wydaje się, że to naprawdę tylko pozór, ponieważ w tych dążeniach nie widać żadnej myśli systemowej, ani też porządkującej społeczne stosunki, ale wychyla się za to coś w rodzaju dewiacji – skrzywionej i poturbowanej, ale głęboko skrywanej erotycznej wyobraźni najaktywniejszych antyaborcjonistów. Ich działanie ma mieć charakter czysto prawniczy, ale warto wiedzieć, że napięcie erotyczne połączone z brzydotą lub innymi czynnikami utrudniającymi jego uwolnienie jest najczęstszą przyczyną przestępstw na tle seksualnym. Pocieszające jest, że na dłuższą metę rzecz musi wrócić do normy dającej się jakoś akceptować przez większość, a przy okazji będzie można poznać prawdziwą siłę erotycznych marzeń bogobojnych parlamentarzystów.

 Dowodem na pozanormalną obsesyjność ludzi wspierających restrykcyjną ustawę aborcyjną niech będzie fakt, że nawet w przestrzeni najbardziej uczulonych na seks systemów społecznych restrykcje mają jakieś znamiona racjonalności. W świecie islamu mają zapewnić mężczyźnie systemowy dostęp do kobiet i dać mu pewność szansy spłodzenia potomstwa. Czemu i komu mają służyć w Polsce, skoro nie zastąpią obsesji i nocnych polucji, nie utrudnią też nikomu drogi do miłosnych igraszek. Czy tym piewcom czystości nie jest wstyd, że w sferze seksualności ludzi nawet islam jest bardziej tolerancyjny od rzekomo cywilizowanej wizji „marków jurków”. Jeśli więc używamy w tej przestrzeni pojęcia „tradycja chrześcijańska”, to musimy pamiętać, że obyczaje w tej przestrzeni się zmieniają i wraz z biegiem czasu restrykcje słabną, ulegając rozmiękczeniu poprzez ewolucję codziennej obyczajowości, a także ze względu na czynniki tkwiące – w równoległej do chrześcijańskiej – tradycji grecko-rzymskiego antyku. Inaczej mówiąc, w europejskiej seksualności to raczej Rzym zwycięża Ziemię Obiecaną, a same społeczeństwa coraz szerzej otwierają się na głęboko kiedyś skrywane emocje.

Polska jest krajem wschodnioeuropejskim, który bardzo późno zetknął się z antyczną tradycją grecko-rzymską, w czasie, gdy wartości antyku były już w odwrocie. Jest krajem w całej swej tysiącletniej tradycji katolickim i pozbawionym schedy po śródziemnomorskiej starożytności. Rzecz jednak w tym, że brak tradycji prowadzi do uproszczenia zasad rządzących tym, co rozumie się przez europejską kulturę. Dominuje więc w Polsce pogląd, że najważniejszym drogowskazem dla życia jednostki nie jest wcale myśl Platona, Arystotelesa, czy też tradycja starożytnego Rzymu, ale starohebrajski i orientalny w swej istocie Dekalog i to nie tylko jako Boży Nakaz, ale również jako kodeks wartości etycznych, choć jest on z gruntu sprzeczny z nie mniej ważną tradycją Europy w postaci śródziemnomorskiej pogańskości. Zresztą, o ile chrześcijanie potrafią stosować się do większości Bożych Przykazań, to jednak dokładne wypełnianie szóstego z nich stanowi nie lada problem, ponieważ ich interpretacja pojęcia „cudzołóstwo” jest wyjątkowo restrykcyjna. Mają być nim wszelkie przejawy miłości cielesnej pomiędzy mężczyzną i kobietą, a definicja właściwego pożycia małżeńskiego graniczy z zakonną świętością, będąc w sprzeczności ze starohebrajską i muzułmańską tradycją wielożeństwa. Jak zaznacza komentator Świętego Dekalogu „szóste przykazanie zmierza do tego, aby chronić przed zniszczeniem przez egoizm wspólnotę mężczyzny i kobiety, miłość małżeńską, które winny być odbiciem wierności wobec Boga”. Chrześcijanie jednak doskonale wiedzą, że skoro stosunek płciowy jest Bogu niemiły i to w każdej postaci, to nie ma też dla tego faktu żadnego wyjątku. Sprzeczność polega na tym, że tego rodzaju ciężki grzech okazuje się być jednocześnie czynem koniecznym w obliczu równie religijnego obowiązku posiadania potomstwa, a niezgodność tego bogobojnego zamiaru z obrzydliwością samej czynności jest przecież widoczna. Zresztą, całe to podejście do rozrodczości grzeszy wzorcowym brakiem logiki, skoro jedynym sposobem na doczekanie się potomstwa bez konieczności cielesnego grzeszenia jest technika in vitro. W tym rozumieniu ma ona znamiona  świętości, ponieważ stosunek fizyczny rodziców jest w tym procesie zbędny. Posiada zatem wszystkie elementy czystości pozbawione jakiegokolwiek atrybutu cudzołóstwa. Zamiast więc uznać go za szczególnie udany i wzorowy sposób powstawania pokoleń ludzi spłodzonych bez grzechu i nieskalanych seksualnością własnego początku Kościół uznał to za grzech najpodlejszego rodzaju, ponieważ giną przy okazji dodatkowe zygoty. To rodzaj absurdu absolutnego – logicznego i religijnego. Wcale nie przeszkadza to przekonaniu kościelnych ideologów, że posiadają oto dostęp do ostatecznej i jedynej mądrości.

Czy można więc płodzić dzieci nie ocierając się o grzech? W myśl omawianego wyżej podejścia, nie można. Z tego rozumowania wynika jeden sposób na utrzymanie pozorów pobożności, czyli dokonywanie koniecznych czynności prowadzących do narodzin nowego człowieka z niechęcią i nieskrywanym obrzydzeniem i to tylko w przypadku zapewnionego skutku w postaci prokreakcji. Znawcy problemu wiedzą, że w starożytności, tego rodzaju restrykcyjność była przestrzegana przez pewną palestyńską sektę znad Morza Martwego, która miała być początkiem chrześcijaństwa. Cechą, odróżniająca ją od wszelkich innych był absolutny zakaz uprawiania seksu, a świętość mężczyzn była złączona z ich wstrętem do kobiet i kobiecości jako takiej. Święty Józef, żeby mieć za syna chłopca mającego być Boskim Dziecięciem musiał przejść przez wiele wyjątkowych procedur i wedle niektórych i tak nie uchroniło go to przed skalaniem. We wczesnym okresie rozwoju, za sprawą misji świętego Pawła z Tarsu, nowa religia natrafiła na nieprzezwycieżalną sprzeczność w postaci konieczności płodzenia dzieci, ale i wykonywania przy tym czynności budzących religijny wstręt.Trudno inaczej wyjaśnić głęboką odrazę do seksualności ludzi przenikającą chrześcijaństwo od samego początku. To zresztą rodzaj wstrętu zupełnie przeciwnego odczuciom samych ludzi, uznających powszechnie tę „obrzydliwą czynność” za tożsamą z rozkoszą. Okazuje się jednak, że we współczesnej Polsce, powrót do zasad współżycia kobiet i mężczyzn stosowanych przez starożytną sektę zdaje się być najważniejszym celem polityków, lansowanym ku nieskrywanemu zdumieniu całej reszty nieustannie laicyzującej się Europy.

            Pozostało nam odpowiedzieć na jeszcze jedno pytanie. W jaki sposób te wszystkie radykalne restrykcje i ograniczenia w przestrzeni religijnego rozumienia seksualności wpływają na rzeczywiste zachowania ludzi? Konkluzję podpowiadają zestawienia Raportu Kinseya, amerykańskiego biologa, który zasłynął nim w pierwszej połowie ubiegłego stulecia. On i jego współpracownicy przeprowadzili ponad dziesięc tysięcy wywiadów z dorosłymi mężczyznami i kobietami, pytając o ich praktyki seksualne. Zgromadzili dane na temat stosunków seksualnych przedmałżeńskich oraz w samym małżeństwie, w przestrzeni homoseksualizmu, masturbacji i innych form aktywności seksualnej oraz wzorców zachowań erotycznych w zależności od płci, wykształcenia, wyznania oraz innych czynników socjologicznych. Raport Kinseya zawierał ponad pięćset pytań, a z odpowiedzi wynikało, że blisko dziewięćdziesiąt procent dorosłych ludzi żyje w sprzeczności z formalnie wyznawanym kodeksem obyczajowym. Oto niektóre konkluzje Raportu:

  • Seks oralny akceptowało 60% badanych osób.
  • Doswiadczenie conajmniej jednego stosunku analnego w małżeństwie zadeklarowało 11% mężczyzn.
  • Stosunki przedmałżeńskie uprawiało 67-98% mężczyzn zależnie od klasy społecznej oraz średnio 50% kobiet.
  • Doświadczenia homoseksualne miało za sobą 37% mężczyzn i 13% kobiet.
  • Do seksu pozamałżeńskiego przyznała się połowa badanych mężczyzn i 26% kobiet.
  • Z usług prostytutek korzystało aż 69% mężczyzn.
  • Masturbacja okazała się zjawiskiem powszechnym. Uprawiało ją 92% mężczyzn i 62% kobiet.

Jak w tej sytuacji odpowiedzieć na pytanie głęboko wierzącej młodej chrześcijanki pragnącej być w zgodzie z własnymi emocjami i wyznawaną wiarą? Co robić – pyta ona sama i jej koleżanki – „jeśli jednocześnie kochamy Boga i naszego chłopaka”? Oto odpowiedź katolickiego duchownego uczonego w religijnym prawie: Niestety, każdy duchowny powie nam, że seks przedmałżeński jest surowo zabroniony – to jeden z grzechów cięższych przeciwko Kościołowi. Nieważne, jak wielki gniew może wzbudzać w tobie świadomość, że wielu księży jest posądzanych o seksualne molestowanie nieletnich. Nawet, gdy złości cię to, że nie wolno ci współżyć z narzeczonym, podczas gdy powszechnie wiadomo, iż wielu kapłanów ma kochanki, jeśli chcesz pozostać w zgodzie ze swoimi przekonaniami religijnymi, nie powinnaś iść do łóżka przed ślubem. Oczywiście, jest to trudne. Zawsze jest przecież jeszcze spowiedź święta, w czasie której należy wyznać swoje grzechy. Jeżeli jesteś w stanie obiecać poprawę i przemyślenie swojego pożycia, nie powinnaś się obawiać”. Tymczasem nauka ma w sprawie seksualności ludzi pełną jasność. Jej istotą nie są złe nawyki, czy też przekraczanie właściwych norm i zasad, lecz jest czymś ludziom wrodzonym i do pewnego stopnia istotą ich człowieczeństwa. Jest naturalną funkcją organizmu i jednym z zasadniczych czynników motywujących do podejmowania więzi i kontaktów interpersonalnych o wymiarze biologicznym, psychicznym oraz społeczno-kulturowym. Jest normą, że seksualny potencjał fizjologiczny człowieka ulega kształtowaniu przez doświadczenia życiowe. Jeśli jest on świadomy własnej seksualności, to jego hierarchia ważności zmienia się w zależności od etapu życia, stopnia rozwoju osobowości, sumy doświadczeń życiowych, bogactwa życia wewnętrznego, zmian światopoglądowych, cech osobowości, temperamentu oraz siły potrzeb seksualnych. Cywilizacja zachodnia znalazła rozwiązanie jego sprzeczności z wymogami religijnymi postulując akceptację względnej autonomii jednostki oraz niepoddawanie wartościowaniu jej erotycznych wyborów i niewiązanie ich z wartościami religijnymi.

W kontekście restrykcyjnych zamiarów polskich parlamentarzystów nasuwa się jeden wniosek: albo większość wyborców nie mieści się w definicji Zachodu będąc elementem Wschodu niegodnym kultury europejskiej, albo też ze względu na ładunek hipokryzji nie mieści się w ramach wyznawanej religii. Gdzie się zatem mieści? Jak zauważył znawca problemu, „popęd obopólny dwojga płci jest podstawą nie tylko ciągłego trwania, ale i rozwoju ludzkiego. Stosownie do swego wybitnego celu i przeznaczenia, jest ze wszystkich najtęższy a więc też najpotężniejszy. Popęd ten, wystąpiwszy prawidłowo dopiero wówczas, gdy mózg się rozwinął, uwydatnia się u obojga płci przez dalszy ciąg żywota naszego całą mocą myśli i czynów, przenikającą i opanowującą nasze jestestwo, duchowe i cielesne”. Czy dla niejasnej nadziei na niebo i niepewności co do istoty tamtejszego „życia po życiu” mamy powody by odrzucać „nasze jestestwo, duchowe i cielesne”? Odpowiedź na tak zadane pytania wydaje się być oczywista, ale to temat na osobne rozważania.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *