POLAK – SZLACHCIC, TO BRATANKI? A GDZIE RESZTA?

Minęło kolejne święto mające upamiętniać wydarzenia sprzed ćwierci tysiąclecia, jeszcze sprzed Konstytucji Trzeciego Maja z 1791 roku uznawanej u nas za wydarzenie dorównujące w historycznej wagi Rewolucji Francuskiej i powstania Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Francuską uchwalono cztery  miesiące po polskiej, zaś amerykańską tylko cztery lata wcześniej. Uważa się więc, że polska spóźniła się – i to niewiele – w stosunku do tej ostatniej,  wyprzedziła jednak zarówno francuską, jak też i inne wielkie akty prawne Europy. Mamy więc być z czego dumni…

Wedle powszechnie panującego poglądu, jako najważniejsze źródła demokracji liczą się trzy wydarzenia prawne: Konstutucja Stanów Zjednoczonych (1787), polska Konstucja Trzeciego Maja (1791) i Konstytucja Francuska uchwalona we wrześniu tego samego roku. Mamy więc z czego być dumni. W procesie demokratyzacji byliśmy przecież tuż za Amerykanami, ale za to przed Francuzami z ich rewolucyjnym hasłem „wolność, równość, braterstwo”. Tyle, że narodowa duma nie zastępuje historycznej prawdy. Konstytucja Trzeciego Maja nie niosła z sobą radykalnego hasła społecznego, a tylko sankcjonowała słabą monarchię w miejsce istniejącego wcześniej systemu władzy szlachty opartej na rokoszach i obyczaju liberum veto. Hasło z pozoru podobnie jak francuskie trzyczęściowe – „wolność, całość, niepodległość”, pojawiło się dopiero później i znacznie zmienionych  innych okolicznościach pewnego radykalizmu powstania kościuszkowskiego. W polskim, z francuskiej triady, wspólna pozostawała tylko „wolność”. Dwa pozostałe – „równość” i „braterstwo” uznano jednak za zbyt radykalne i za daleko idące. Polska była przecież krajem „narodu wybranego”, czyli szlachty (8-10 procent ludności), nie zaś państwem równości szans dla wszystkich.  Dlaczego istnieje więc w tej kwestii odczucie graniczące z dumą, a w szkolnych podręcznikach podkreśla się zarówno mającej być podobną do francuskiej przełomowości Konstytucji Trzeciego Maja, jak i jej społeczny radykalizm. Niestety, to tylko jeden z wielu narodowych mitów.

Poziom demokratyzmu trzech wymienionych konstytucji był podobny tylko formalnie. Umożliwiać miał swobodną działalność polityczną, ale w praktyce był bardzo ograniczony i obejmował tylko niewielki odsetek społeczeństwa. Ważniejsze, że też i perspektywa dla  ewolucji rozumienia ich treści była inna i – co warto wiedzieć – w polskiej miała najbardziej zachowawczy charakter. Konstytucje – amerykańska i francuska zastosowały do działalności politycznej tak zwany cenzus majątkowy w przekonaniu, że pełnoprawnym obywatelem jest ten, czyja niezależność oparta jest na samodzielnym zarobkowaniu. Urodzenie nie miało nic do rzeczy. W szlacheckiej Rzeczypospolitej stosowana była inna zasada, pozbawiona ekonomicznej efektywności. Kryterium pełnoprawności wynikało nie z umiejętności jednostki w przestrzeni gospodarowania, lecz z samego tylko faktu urodzenia, czyli posiadania szlacheckiego herbu i przynależności do „herbowych”. Więcej, tę czysto ekonomiczną cechę, polska szlachta miała raczej w pogardzie, a swego rodzaju przekleństwem społecznym była szlachta zwana „gołotą” (od tego pochodzi słowo hołota). Była herbowa, więc miała polityczne prawa. Jednak jako ludzie bez majątków i stałych dochodów byli też wyjątkowo łatwi dla politycznej manipulacji przez bezkarnych magnatów.

W porewolucyjnej Francji prawo wyborcze było ograniczone. Posiadał je tylko  „obywatel czynny”, czyli mężczyzna spełniający cenzus wieku (ukończone 25 lat) oraz cenzus majątkowy (opłacanie podatku bezpośredniego przynajmniej w wysokości 3 dni pracy). Podobnie skonstruowane było prawo wyborcze Stanów Zjednoczonych, które jednak stało się wzorem dla wielu innych konstytucji powstających na całym świecie oraz prawdziwą podstawą ich potęgi. Polska ustawa zasadnicza nie odegrała większej roli, właśnie ze względu na jej zakotwiczenie w feudalnej tradycji rodowo-szlacheckiej, nie zaś w już nowoczesnej – kapitalistycznej i przemysłowej. Ta z 1787 roku, po wprowadzeniu 27 poprawek, do dzisiaj służy ponad 300 milionom Amerykanów w 50 stanach. Inaczej ma się rzecz z Konstytucją Trzeciego Maja. Dla Polaków, to już tylko historyczne wspomnienie i muzealny zabytek, bez praktycznego odniesienia do czasów późniejszych. Dając wyraz swemu z zamiłowaniu do zasad życia obywatelskiego Amerykanie połączyli prawa polityczne z wysokością płacenia podatków, wprowadzając ważny cenzus majątkowy, by eliminować z procesu wyborczego element anarchizujący. Oprócz tego funkcjonowały jeszcze trzy inne cenzusy – rasowy, płciowy i wiekowy. W efekcie tych zasad, pełnymi prawami wyborczymi dysponował jedynie dorosły biały mężczyzna o względnie wysokich dochodach. Osób takich w Stanach nie było wiele – ta grupa, to tylko kilka procent ogółu obywateli. W ten sposób ukształtowały się podstawy kulturowe i ustrojowe Stanów Zjednoczonych Ameryki. Polskie ograniczenia sprowadzały się tylko do osób „herbowych” z urodzenia, których pozycja była zbudowana w taki sposób, że eliminowała z życia publicznego całe pozostałe 90 procent społeczeństwa, nie pozostawiając miejsca na większe fluktuacje i zasilanie warstw wyższych uzdolnionymi jednostkami spoza szlachty. Droga awansu dla „ludu” ograniczona była do kariery kościelnej, a dla dużej mniejszości żydowskiej do w miarę swobodnego gromadzenia kapitału.

Polska przeszłość historyczna powoduje, że jest ona dla wielu wciąż nieustającą zagadką, budzącą przy tym bardziej zdziwienie niż podziw i uznanie. Jeszcze niedawno, wkrótce po wstąpieniu do Unii Europejskiej, kraj był powszechnie podziwiany za zdecydowanie we wdrażaniu obowiązujących Wspólnotę norm, stając się coraz bardziej liczącym się jej członkiem. Była nawet uznawana za ucznia nie tylko wzorowego, ale nawet za tego, który może zastąpić w Europie odrywającą się od niej Wielką Brytanię. I oto nagle, po ostatnich wyborach parlamentarnych, stała się przedmiotem komentarzy wskazujących nie tylko na zupełne zagubienie obserwatorów, za nic nie potrafiących złożyć w całość tej kiedyś wzorowej uczennicy z dzisiejszym głęboko krnąbrnym, nieco prostackim i niezdolnym do współpracy partnerem. Więcej, w oczach tradycyjnego Zachodu stała się swego rodzaju przybłędą niewartą wysiłku, by starać się ją nawet zrozumieć. A więc która z nich jest pradziwa? A może prawdziwe są obydwie, ale jaka jest wtedy istota tej podwójności? Co to za kraj i jacy zamieszkują go ludzie skoro tak trudno jest znaleźć z nimi nie tylko płaszczyznę współdziałania, lecz nawet pole dla zrozumienia samej istoty problemu? Podobna dyskusja trwa również w samej Polsce. Czy to oznacza, że i Polacy nie rozumieją samych siebie i są też swoistą autozagadką?

Historia polskiej państwowości opowiadana jako ciąg wydarzeń wcale nie wyjaśnia zagadnienia. Współczesna nam Rzeczpospolita nosi numer Trzeci, a jej żywot wedle tego rachunku rozpoczął się w 1989 roku wraz z ostatecznym upadkiem komunizmu. Poprzedzona była jednak nie przez Drugą, lecz przez twór określany jako PRL – Polską Rzeczpospolitą Ludową, czyli przestrzeń sowiecko-komunistyczną, istniejącą jednak przez bez mała pół wieku (1945-1989). Była więc jedyną ojczyzną kilkudziesięciu milionów Polaków w niej wychowanych i nie znających innego systemu – ani Drugiej Rzeczypospolitej (1918-1939), ani tym bardziej tej Trzeciej. Tej ostatniej nie tylko się nie spodziewali, ale do dzisiaj nie są w stanie uzgodnić pomiędzy sobą tego, czym właściwie ona jest, a żyją w jej objęciach już ponad ćwierć stulecia. A jeśli nie znają odpowiedzi na pytanie o własną tożsamość, to również nie są w stanie odpowiedzieć na pytanie kim sami są i jaka jest ich prawdziwa „narodowa rodzicielka”. Skąd się wzięła i co właściwie zrobić z długimi przerwami jej istnienia (PRL 45 lat, czyli dwa pokolenia, okres rozbiorowy 123 lata, razem pięć pokoleń)? Pamiętać należy, że również i w ramach tego ostatniego okresu pojawiały się różniące się od siebie surogaty państwowości – w postaci napoleońskiego Księstwa Warszawskiego (1807 -1815), rosyjskiego Królestwa Kongresowego (1815-1931), pruskiego Wielkiego Księstwa Poznańskiego (1815-1848), czy mikroskopijnej austriackiej Rzeczypospolitej Krakowskiej (1815-1846). Wcześniej, przez niemal ćwierć tysiąclecia (1569-1795) istniała Rzeczpospolita, której historiografia nadała numer Pierwszy, ale do której nie dodawano określenia „Polska”, ponieważ to nie „polskość” była wyróżniającą cechą jej przestrzeni. Inaczej mówiąc, w znaczeniu państwa nazwanego II i III Rzecząpospolitą, było ona nie tyle „Polska” ile „Druga” lub „Trzecia” tak, jakby istotą problemu była numeracja, nie zaś wewnętrzna formuła polityczno-społeczna. To wystarczający galimatias, by starać się go rozwikłać, ponieważ to on stworzył sytuację, w które dzisiejsi Polacy mogą się definiować dość dowolnie, a nawet wzajemnie sprzecznie. Inaczej mówiąc „Polak” w mniemaniu jednych, to wróg i „anty-Polak” w rozumieniu drugich. Wszyscy czują się przy tym w porządku. Ot, logiczno-intelektualny rebusik…


Istnienie I Rzeczypospolitej, to to niemal ćwierć tysiąclecia (1569-1795). Historia regionu, od jej rozbiorów do powstania II Rzeczypospolitej, trwała dalej przez kolejne ponad sto lat, a potem z przerwami jeszcze kilka dziesięcioleci. Jest więc naturalne, że pozostawiła po sobie rozmaite ślady zarówno w mentalności mieszkańców regionu, jak też i sąsiadów. Problem jednak w tym, że po rozbiorach pomiędzy trzy znacznie różniące się potęgi, utraciła ona pełną jednolitość kulturową i na jej „postszlacheckość” nałożyły się społeczne i polityczne cechy poszczególnych zaborców. W rezultacie, odczuwanie związków z przeszłością jest dalekie od monolitu, tym bardziej, że najbardziej trwałą cechą polskości wyniesioną z pierwszego i najważniejszego okresu jest rodzaj powierzchownego wzorowania się na zwyczajach szlacheckich, które były wtedy jednoznaczną dominantą. Szacuje się, że w mniejszym czy większym stopniu, ulega temu dziewięćdziesią procent dzisiejszych mieszkańców kraju. Obserwatorzy zewnętrzni zauważyli znamienny szczegół. Norman Davies w swoim „Sercu Europy”, książce skierowanej do angielskiego czytelnika, zwraca uwagę, że oto „dawna szlachta stała się pionierami nowej inteligencji; dawny „naród szlachecki” uległ zmianie, jego granice poszerzono tak, żeby objęły wszystkie warstwy społeczne nowego, powszechnego narodu polskiego; kultura szlachecka, z jej ideałami wyłączności, równości, jednomyślności, oporu i indywidualizmu nadal nadawała kierunek myśli społecznej i politycznej. W dawnych czasach tylko szlachta mogła się do siebie zwracać per „pan” i „pani”. Dziś jest to standardowa forma zwracania się do wszystkich. Dwieście lat po zniesieniu stanu szlacheckiego większość mieszkańców Polski z sataysfakcją uważa się za honorowych szlachciców”. Szlachta – dodaje – była przekonana o tym, że reprezentuje rasę odrębną od reszty ludzkości. Jak zauważył inny Anglik – Daniel Defoe – „w Polsce próżność płynąca ze szlachetnego urodzenia doprowadzona jest do przeogromnej ekstrawagancji”, a szlachcic – dodaje Norman Davies – „był sobie panem, jednostką o nieskończonej wartości, w sposób naturalny dostrzegającej te same zasługi u wszystkich ludzi należących do szlachty”. W stwierdzeniu tym można właściwie odnaleźć wszystkie współczesne problemy Polaków i prawdziwe przyczyny coraz bardziej bezładnej walki politycznej. To nie jest żadna walka klasowa, ani też realizacja odmiennych interesów ekonomicznych. To raczej kwestia odmiennego rozumienia zakresu własnego poczucia godności, szczególnie przez tych, którym w praktyce politycznej „inteligenckich” formacji politycznych „dostępu do szlacheckości” odmówiono lub uznano za parweniuszowski.

Jeśli teza jest słuszna, to zaciekłość politycznej walki w Polsce staje się następstwem chorobliwie ukształtowanej stratyfikacji społecznej i silnego echa dawnego ustroju stanowego. Stan, to zbiorowość ludzi wyróżniających się pozycją ekonomiczną, społeczną i prawną, wyrażaną za pomocą wyraźnie wyodrębnionych praw i obowiązków. W takim ustroju każdy z nich spełnia odmienne funkcje społeczne i gospodarcze, jest też adresatem zróżnicowanego prawa. Stany kształtowane były hierarchicznie, dzieląc się na uprzywilejowane i nieuprzywilejowane, które cieszą się różnym prestiżem społecznym. Przykładem może być przedrewolucyjna Francja, gdzie istniały wyraźnie wyodrębnione stany uprzywilejowane i pozostałe, przywilejów pozbawione. Te pierwsze, to feudalne możnowładztwo oraz dawne rycerstwo, które przekształciło się w szlachtę, a także duchowieństwo. „Nieuprzywilejowane”, to zbiorcza nazwa dla całej reszty: mieszczaństwa, chłopów i Żydów. W Polsce, ci ostatni posiadali status odrębnego stanu, podobnie jak kresowi Kozacy. Ogromną większość ludności (prawie 75 procent) stanowili jednak chłopi nie posiadający żadnych praw i będący w praktyce własnością majętnej szlachty.

Zadziwiająca jest trwałość dawnego układu społecznego pozbawionego jakiejkolwiek podstawy prawnej, a jednak głeboko tkwiącego w obyczajach i poglądach społecznych. Warto zauważyć, że w języku polskim „ktoś inteligentny”, to nie tyle ktoś, kto ma określone walory umysłu, lecz taki który stanowi część społecznej warstwy uznawanej za najbardziej obytą. W zachodnio-europejską kulturę słowa pojęcie wprowadził Edward Thorndike w 1920 roku, określając tym mianem coś bardzo konkretnego, czyli zdolność rozumienia innych i kierowania ludźmi, a także rozumnego własnego działania. Polega na stosownym doborze zachowania i sposobu komunikowania się z otoczeniem. Idzie nie tylko o osiągnięcie celu, dla którego wzajemna  komunikacja jest tylko środkiem, ale przede wszystkim o stopień dokładności, w jakim odbiorca otrzymuje tę informację. Inteligencja interpersonalna jest także umiejętnością radzenia sobie z problemami oraz współdziałania z innymi. Oznacza też zdolność do samokontroli i rozumienia własnych emocji. Inteligencja w tym ujęciu, to cecha charakteru i rozbudowane umiejętności samodzielnego myślenia, nie zaś społeczna warstwa odgraniczona od innych umownym statusem.

Polacy po rozbiorach utrzymali kulturowe wiano po Pierwszej Rzeczypospolitej wraz ze społecznym podziałem na trzy grupy – chłopów, mieszczaństwo oraz pozostałości dawnej szlachty. Inteligencja, jako warstwa społeczna, stała się swego rodzaju nową mieszanką pojęciową, jako warstwa społeczna żyjącą z pracy umysłowej. Ostatecznie, wykształciła się w ciągu XIX wieku z warstw zubożałej szlachty, ale również z mieszczaństwa, a także z bogatszych chłopów z jednej strony i podupadłej arystokracji – z drugiej. Objęła  nauczycieli, lekarzy, artystów, inżynierów, czasem również urzędników. Dzisiaj, by zostać uznanym za inteligenta trzeba mieć wyższe wykształcenie – lepiej przy tym humanistyczne (ułatwia gry towarzyskie), aniżeli techniczno-zawodowe. Kraj na swój sposób „przeskoczył” etap industrializacji zachodniego typu, promującej głównie zamożnych przedsiębiorców. U nas, w przestrzeni inteligenckich zasobów społecznych, przedsiębiorców zabrakło. Swego rodzaju „produktem zastępczym” dla powstawania nowych elit stała się za to osoba powierzchownie wykształcona, ale niekoniecznie zamożna i przedsiębiorcza. Swoją rolę odegrały też silne tradycje postszlacheckie.

Wyróżnikiem struktury polskiego społeczeństwa stało się więc swoiste „równanie w górę”, w czym – co paradoksalne – dużą rolę odegrał komunizm poprzez wprowadzenie bezpłatnej edukacji. Po 2000 roku tę rolę przejęło szkolnictwo prywatne, pomnażające liczbę osób wykształconych wielokrotnie, co jednak uczyniło z wykształcenia powszechny standard, nie zaś uszlachetniający dodatek. W ten sposób, polskie rozumienie inteligencji mogło objąć wielokrotnie większą niż przedtem grupę osób. Doprowadziło to do paradoksu: bycie inteligentem przestało być wyróżnikiem, stając się zjawiskiem na tyle masowym, że odbierającym mu walor wywyższenia. Skoro – w narodowym rozumieniu pojęcia –  inteligencją jest aż dziewięćdziesiąt procent narodu (do „nie-inteligenckiego” pochodzenia prawie nikt się nie przyznaje, to politycy, aby się nawzajem różnić, musieli tę prestiżową grupę jakoś podzielić – na „lepszą” i „gorszą”, na tradycyjną (czyli prawowitą i zakorzenioną) i nuworyszowską (czyli podejrzanego autoramentu). Pierwsza jest uprawniona do rządzenia krajem, druga natomiast to nieuprawnione do niczego przybłędy i przebierańcy. Wiele wskazuje na to, że prawdziwy „narodowy konflikt” na tym głównie polega, sprowadzając się do ambicji, a nie do prawdziwej treści i w gruncie rzeczy jest niezwykle powierzchowny, tak jak przysłowiowa pyskówka w miejsce poważnej debaty. Idzie w niej bowiem o to, kto jest „bardziej inteligentnym patriotą”, a nie o prawdziwie polityczne rozważania. Wiele wskazuje na to, że będziemy się musieli z tym pogodzić. Przynajmniej na jakiś czas. Tak więc, rewolucji w kraju nie będzie. Ta musi mieć znamiona realności. Polskie konflikty są w większości wydumane i na dłuższą metę bez znaczenia.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *