OTO NARÓD WYBRANY I TEN DRUGI OBOK NIEGO

„Jeden naród powstaje, inny ginie,
ale Izrael jest wieczny”
(powiedzenie obiegowe)
Święta Księga zawiera365 zakazów i 268 nakazów codziennego życia.

            Z perspektywy moich wcześniejszych tekstów pojawia się pokusa wnioskowania, że oto judaizm i polskość są tak od siebie odmienne, że aż nierozerwalnie splecione, tyle, że w bardzo szczególny sposób. Pomimo tysiącletniej wspólnotowości życia w naszej części Europy, wciąż pozostają kulturami sobie głęboko obcymi. Reprezentują nie tylko inne, ale wręcz odwrotne logiki postrzegania świata. Jak pokazała historia, można żyć obok siebie pomimo prezentowania nieprzystających wartości, tyle, że jest to współistnienie szczególnego rodzaju. Strony mają wtedy, to prawda, świadomość życia obok siebie, ale jest to świadomość o tyle jałowa, że nie uczą się nawzajem niczego. Żydzi przez tysiąc lat nie widzieli potrzeby doskonalenia się w polszczyźnie, a nieżydowscy mieszkańcy Rzeczypospolitej uczenia się języka i kultury jidisz. Żyli obok siebie,  lecz całkiem osobno. To zresztą żaden zarzut. Historia czyni rozmaite psikusy, lecz skoro nic nie dzieje się w próżni, oznacza to także, że teren kulturowego przenikania zostaje trwale zablokowany i wypełniony czymś nowym, niekoniecznie lepszym. To narusza i zubaża stabilność społecznej struktury tyle, że koszty ponoszą obie strony. Tragedia Holokaustu, ktorego doznali europejscy Żydzi też jest w jakimś stopniu następstwem ich współistnienia z żywiołem germańskim, za co z kolei Polacy zapłacili swoją cenę w postaci głębokiego opóźnienia w swym dążeniu do europejskości. Ma to znaczenie i do tego długookresowe. Wyjaśnia niektóre przeciwności z jakimi spotyka się dzisiejsza Polska w pragnieniu uznania jej za trwałą część Europy.

W okresie I Rzeczypospolitej zdarzyła się rzecz niecodzienna i niespotykana w całej reszcie Europy. W dawnym społeczeństwie stanowym naturalne było istnienie przedziałów wynikających z przynależności do odrębnych warstw ludności – rządzącej i uprzywilejowanej szlachty, mieszczaństwa oraz wieśniaków. Naszemu krajowi przydarzyło się jednak coś niezwykłego. Pojawiła się napływowa i kulturowo obca grupa etniczno-zawodowa, która znalazła dla siebie trwałe miejsce w społecznej strukturze przyjmując rolę odrębnego stanu w miejsce europejskiego mieszczaństwa. Istota miejsca polskich Żydów w społeczeństwie Rzeczypospolitej polegała nawet nie tyle na ich odrębności etnicznej i religijnej, lecz na szczególności społecznej funkcji, którą pełnili. Żydzi byli inni nie tylko językiem i obyczajem. To dla grupy napływającej z zewnątrz rzecz zwyczajna. Niezwyczajne było to, że jako odrębna grupa etniczna en masse zajęli miejsce należące w innych krajach do mieszczaństwa. Wypełnili społeczną przestrzeń pomiędzy na wpół niewolnymi chłopami a szlachtą. To, że odrębność etniczna i religijna nałożyły się na ekspansję ekonomiczną, stało się kolejnym problemem strukturalnym, z którym wielonarodowościowa Rzeczpospolita nie potrafiła się uporać do końca swego istnienia. Ten rozdział zamknięty został bardzo późno, dopiero wyniku II wojny światowej. Dramatyczne zmiany granic państwowych, zaplanowana przez Niemców eksterminacja narodu żydowskiego i budowa pod sowieckim przymusem całkiem nowej struktury państwowej i społecznej regionu dopełniły swego. Patrząc na rzecz obiektywnie, dojść trzeba więc do wniosku, że dzisiejsza Polska jest wpod wieloma względami w znacznie większym stopniu dzieckiem PRL-u aniżeli wcześniejszych form Rzeczypospolitej, do których chętnie, aczkolwiek niesłusznie, odwołują się Polacy.

Bliskowschodnie podejście do otoczenia wyraża się przekonaniem, iż rzeczywistość, to realność zamknięta w „świętym Słowie” ustanowionym przez siłę wyższego rzędu („Słowo stało się ciałem”). Wszystko da się tedy ustalić w ramach dociekania przez mędrców prawdziwej istoty rzeczy i podjęcia współpracy z wyższymi siłami, niezależnie od tego jak się określi ich istotę i jak zakreśli się tej współpracy pole. Judaizm, jakby to nie zabrzmiało zaskakująco, praktycznie do tego się sprowadza. Istotą jego jest nie tyle bowiem sama głębia wiary – jak ma to miejsce w przestrzeni chrześcijaństwa – lecz procesy swoistej negocjacji z nie do końca zdefiowanymi siłami wyższymi, mające prowadzić do „wytargowania” ustępstw na swoją rzecz, czyli religijno-modlitewnej ziemskiej specyfiki. Tyle, że powstaje wtedy pytanie na czym polega świętość judaizmu, skoro głęboką transcendencję wiary można zastąpić religijnym kupiectwem.

Drugi rodzaj postrzegania świata jest w stosunku do bliskowschodniego odwrotny i zgodny z grecko-łacińskimi korzeniami Europy. Doszukuje się mianowicie prawdy obiektywnej w uznaniu, że zaistnienie zjawisk społecznych by można było je uznać za fakty musi zostać racjonalnie udowodnione i nie wystarczy, je wytargować (od kogo?) przez funkcjonariuszy religijnych. Tu leży też przyczyna nieporównanie słabszej roli zachodniego kapłaństwa w relacji do rabbich i imamów, ograniczonego do przestrzeni samej tylko wiary, podczas gdy w judaizmie religia obejmuje wszystkie bez wyjątku dziedziy życia, także i system prawa.

Zwracaliśmy uwagę, że oto historia Polski – ze względu na tysiącletnie współżycie z judaizmem przybywającym spoza europejskiego kręgu kulturowego, posiadającym jednak znaczny wpływ na umysły Europejczyków – jest dwoista, po trosze europejska, ale też nieco bliskowschodnia. Równoległe istnienie dwóch rodzajów logiki trwa jednak wystarczająco długo, by w praktyce zostać uznanym za zjawisko na swój sposób normalne. W istocie, wcale normalne nie jest i być takim nie może, prowadzi bowiem na koniec do niekontrolowanych następstw i zupełnie nieprzedwidzianych zderzeń. To fenomen na skalę światową, kiedy to w jednym państwie i w miarę jednolitym społeczeństwie koegzystowały – z pozoru bezkonfliktowo – dwa głęboko odmienne sposoby myślenia o świecie. Jest zresztą na dłuższą metę niemożliwe aby tego rodzaju sprzeczności dało się utrzymać pod kontrolą. Polsce się jednak to przydarzyło zadziwiająco długo. Trwało bez mała lat tysiąc, wywierając głęboki wpływ na jej losy. Tyle, że wciąż trudno to dostrzec, nawet z dłuższej perspektywy historycznej. Pokręcenie pojęć i zdarzeń zaszło bowiem tak daleko, że toczy się publiczna dyskusja w rodzaju „prowadził ślepy kulawego”.

Zarówno Pierwsza, jak i Druga Rzeczpospolita, a także czasy braku niepodległości państwowej, to zdarzenia, w których przestrzeni wciąż tkwimy na tyle głęboko, że trudno jest nam je obiektywnie ocenić. Dzisiaj, mało kto jest skłonny przywiązywać wagę do tego, że oba dominujące w naszej tradycji elementy – szlachecka polskość, wschodnia strojem, lecz mentalnie zwrócona ku rzymskiej tradycji religijnej oraz bliskowschodnia aprioryczność tak długo mieszkały pod wspólnym dachem. Nigdy nie miały szansy stworzenia nawet namiastki jakiegoś rodzaju syntezy. Egzystowały przedzielone nieprzekraczalnym murem jako „albo-albo”, nie zaś w ramach rzeczywistego współistnienia prowadzącego na koniec do jakiegoś rodzaju całości. Więcej, Polacy są bez wątpienia wschodnioeuropejskim przykładem atencji do łacińskiego sposobu postrzegania świata. Za to Żydzi przeciwnie. Zawsze byli mu wrodzy, będąc wyznawcami bliskowschodniego aprioryzmu, gdzie wstępne założenia są ważniejsze aniżeli rezultaty społecznego eksperymentu. Jak w praktyce pogodzić to, że Polacy zawsze czuli się zafascynowani łacińskością Rzymu, podczas gdy Żydzi wciąż urządzali przeciwko nim zbrojne powstania prowadzące do hekatomby ofiar. Nienawidzili Rzymu tak bardzo, że nie chcieli używać łaciny, już wtedy uniwersalnego języka powszechnego, zastępując ją prowincjonalną greką koine. Mało tego, głęboko w tej przestrzeni fałszywe spojrzenie na istotę europejskości stało się swego rodzaju ich historyczną „wspólnotą kłamstwa”. Trzeba to wziąć pod uwagę kiedy próbuje się zrozumieć wydarzenie jakim był Holokaust oraz ugruntowany obyczaj by pielęgnować poczucie obcości.

            Na niecodzienną trwałość fenomenu judaizmu zwraca uwagę wielki znawca zagadnienia – Feliks Koneczny. „Jakżeż silna musi być więź cywilizacji żydowskiej, skoro odrębność jej utrzymała się mimo otoczenia przez żywioły obce i w najrozmaitszych warunkach”. To tym bardziej zadziwiające, że „błędnym jest popularne mniemanie o odwiecznej czystości rasy żydowskiej”. Zmienność i elastyczność powinna wieść – jak w przypadku wielu narodów które uległy romanizacji – do asymilacji, tymczasem był to przypadek wzorcowo przeciwny. Podobne zdumienie budzi zadziwiająco trwałe, ale nieprawdziwie wrażenie powiązań azjatyckiego w swej istocie judaizmu z europejską i katolicką tożsamością Polski i Polaków.  Pierwsza Rzeczpospolita była pod względem kulturowym tworem szczególnym nie mającym w Europie naśladowcy. Była państwem na tyle jednak pogranicznym, że cechy europejskiego wschodu i zachodu rozkładały się dość równo. Z przyczyn nie do końca wyjaśnionych, Rzeczpospolita stała się też największym w świecie skupiskiem radykalnej odmiany judaizmu – chasydyzmu, który był ze swej istoty głęboko antyzachodni i antyeuropejski. Jednak w ramach społecznej struktury Rzeczypospolitej pojawiło się dla niego miejsce, ponieważ polska szlachta nie będąc zainteresowana szczegółami religijnego sporu interesowała się głównie możnością wykorzystania go do własnych celów. Ludność żydowska dokonała więc w Polsce czegoś, co nie zdarzyło się w żadnym innym kraju europejskim. Zastąpiła mianowicie w wielu funkcjach społecznych rodzime mieszczaństwo, które na zachodzie Europy nadawało rytm historii doprowadzając w następstwie rewolucji burżuazyjnej do przemian prowadzących do współczesności. Tyle, że zastąpienie (pytanie czy przypadkowe?) na terenach Rzeczypospolitej społeczności wolnych mieszczan głęboko odmienną napływową ludnością żydowską na długo zatrzymało tego rodzaju ewolucję pozwalając na coś, co nie zdarzyło się żadnej w innej części kontynentu. Wielkie masy chłopstwa zatrzymały się, a nawet cofnęły na drodze ku nowoczesności przekształcjąc się trwale w rodzaj stanu niewolniczego i na wpół zwierzęcego. Nadało to Rzeczypospolitej szczególną specyfikę, rzutującą na jej dalsze dzieje.

Rzecz w tym – a tego często nie dostrzegają historycy – że żadne społeczne zjawisko nie pojawia się bez przyczyny. Tutaj, przyczyną było odkrycie przez szlachtę możności zastąpienia (z jednostronną dla niej korzyścią) polskiego mieszczaństwa napływową ludnością żydowską. Ta, miała dla szlachty szczególną zaletę, oferowała bowiem szereg bezpieczników utrwalających monopol jej władzy na szkodę reszty społeczeństwa bez zagrożenia tożsamościowym konfliktem. Podobne zjawisko nie pojawiło się w żadnym innym kraju kontynentu. Oto jego elementy:

  • Świadomość masowości ale i obcości własnego pochodzenia plemiennego i geograficznych początków, prowadząca do swego rodzaju grupowej alienacji społecznej.
  • Poczucie rodzaju „wsobnej”, nie zaś ekstensywnej wspólnotowości, a więc głęboko odmiennej niż miało to miejsce w innych krajach w przebiegu ich przemiany ze społeczeństwa feudalnego w państwo narodowe, W Polsce, na przeszkodzie stanęła wzmacniająca się krajowa i międzynarodowa pozycja społeczności żydowskiej mająca dość siły by zablokować samodzielną ewolucję pozostałych warstw społecznych.
  • Wrodzona ruchliwość nie obciążona obowiązkami wiążącymi się z gospodarowaniem zakotwiczonym w rolnictwie. Żydzi nie bez powodu nigdy nie garnęli się do pracy na roli.
  • Silne poczucie wspólnotowości niezależnej od obiegowej definicji narodu i od barwy posiadanego paszportu, używanego na codzień języka, czy też konkretnego miejsca zamieszkania. Heinrich Heine, żydowsko-niemiecki poeta, który usiłował stać się pełnoprawnym Niemcem, uznał to nawet za rodzaj dogmatu, że oto narodowa specyfika polegała na tym, że nie można przestać być członkiem społeczności żydowskiej niezależnie od czynionych wysiłków. W oczach innych i tak pozostaje się Żydem bez względu na używany język i własną świadomość. W ramach każdego innego narodu, w ciągu trwania jednego pokolenia można przestać się identyfikować z poprzednią przynależnością narodową i stać się pełnoprawnym członkiem innego narodu . Tymczasem, „przestać być Żydem nie można nigdy”.
  • Szczególne, nieznane gdzieindziej, podejście do własności. Własność nie jest wyłącznie kategorią prywatną i indywidualną, ale dzierżoną w imieniu Jahwe. Oznacza to, że przeznaczona jest w swej istocie tylko dla „narodu wybranego” a nie dla inych nacji uważanych za w niczym niegodnych partnerstwa. Własność nieżydowska jest w tym ujęciu ze swej natury tylko tymczasowa, nie posiadając trwałej podstawy prawno-religijnej. Widać to doskonale na przykładzie współczesnego Izraela, gdzie nieruchomościami dysponować mogą praktycznie tylko obywatele uznawani za Żydów. W każdej chwili Izraelczyk innego pochodzenia może zostać tej własności pozbawiony bez odszkodowania i żadnego uzasadnienia.

Najbardziej trwała i widoczna w całej żydowskiej historii cecha kulturowa polega na doświadczaniu silnego uczucia wspólnotowści ze względu na jej pochodzenia wobec której wszystkie inne powiązania są tylko mało istotnym tłem. Ważniejsze od używanej mowy i tradycji rodzinnej okazuje się poczucie tysiąca lat wspólnoty dziejowej, która nakazuje traktować pobratymców wyjątkowo i preferencyjnie w relacji do innych. Amerykanie żydowskiego pochodzenia są w dziewięćdziesięciu pięciu procentach bezwyznaniowymi ateistami – nie chodzą do synagogi, nie uczą się hebrajskiego, nie modlą się do Jahwe i nie przestrzegaja koszerności. W przypadku każdej innej narodowości dawno utraciliby jej cechy i ulegli asymilacji. Tymczasem to, że wciąż uznawani się za Żydów ratuje nie tylko samo istnienie Izraela, który bez ich pomocy dawno już by nie istniał, lecz powoduje, że wzajemne wspieranie polityczne i wspomaganie w edukacji, podparte poczuciem wyjątkowości pochodzenia, daje wspólnocie wyraźną przewagę nad każdym innym uczestnikiem politycznej demokracji. Demokracja, to zarówno system rządów (reżim polityczny, ustrój polityczny) jak i forma sprawowania władzy, w ramach której źródłem władzy jest wola większości obywateli (sprawują rządy bezpośrednio lub przez swoich przedstawicieli). Żydzi są tu w sytuacji szczególnie uprzywilejowanej, ponieważ ich kultura posiada wszczepiony mechanim wspierania w pierwszym rzędzie „swoich równych”, nie zaś tych innych, też „równych”, ale nie „swoich”. Ten mechanizm wyjaśnia fenomen polegający na tym, że obywatele żydowskiego pochodzenia, to zaledwie 2 procent Amerykanów, lecz aż 70 procent wyższych urzędników w Waszyngtonie. Wyjaśnia też ich znacznie większą polityczną siłę w kraju, aniżeli jakiejkolwiek innej nacji.

W przypadku Pierwszej Rzeczypospolitej wyjątkowe cechy mieszkańców żydowskiego pochodzenia okazały się zaskakująco wygodne dla rządzącej warstwy szlacheckiej. Mogła bez szkody dla swoich interesów i bez konkurencyjnego zagrożenia zepchnąć resztę ludności na trwale niską pozycję, ponieważ w gospodarczym pośrednictwie z lepszym skutkiem wypełniali je Żydzi. Szlachta nie musiała już odwoływać się do chwiejnej lojalności innych warstw. Tyle, że uzależnienie od tego rodzaju „importowanej lojalności” dla samej Rzeczypospolitej okazało się kosztowne i brzemienne w skutki. Społeczność żydowska nie miała nigdy w swej tradycji dążności do gospodarowania ziemią, zadowalając się ekonomią ograniczoną do majątku ruchomego, miejskich kamienic, operacji finansowych, bankowych i handlowych. Nie była więc dla szlachty żadną konkurencją pod jakimkolwiek względem, będąc za to wygodnym i bezpiecznym narzędziem finansowego zasilania majątków rolnych stopniowo przekształcanych w szlachecki monopol. Okazało się to jednak zgubne zarówno dla szlachty jak i trwałości samej państwowości Rzeczypospolitej. Sfera pieniądza kontrolowana przez finansistów żydowskiego pochodzenia okazała się bardziej dynamiczna i dochodowa od szlacheckich dworków. W rezultacie, do przyszłościowej roli kapitalistów i handlowców to oni mogli bez przeszkód aspirować, pozostawiając szlachtę daleko za sobą w błogim, lecz zwodniczym poczuciu radości z sejmikowania, zadowolenia z pozorów politycznej władzy i szerokich przestrzeni pól uprawianych rękami zniewolonych chłopów. Okazało, się to na koniec zgubne dla państwa i samej szlachty. Skończyło się upadkiem jej pozycji w państwie, politycznym załamaniem, rozbiorami i zniknięciem kraju z mapy Europy. Echo tego wydarzenia widać w Polsce do dzisiaj w postaci specyficznej struktury wielkomiejskiej inteligencji. Znacznie więcej górnych warstw społecznych odziedziczyło cechy i preferencje po osiemnastowiecznej fali konwersji na chrześcijaństwo tak zwanych frankistów i powstawaniu tą drogą miejskiej burżuazji, niż po sienkiewiczowskiej szlachcie z wiejskich dworków. Znamienne, że po tej ostatniej nie pozostał już prawie ślad, za to tradycja inteligencka stała się w swej istocie symbolem polskości, tyle, że z akcentem miejsko-żydowskim.

            Karol Modzelewski, urodzony w żydowsko-rosyjskiej rodzinie komunistycznej, mijając kiedyś Kielce w podróży z Krakowa do Warszawy wyznał, że nie mógł opędzić się od myśli, że tak zwany pogrom kielecki z 1946 roku musiał wynikać z głębokiego nieporozumienia, „bo przecież Polacy i Żydzi, to dwa bratnie narody”. Zadziwia fakt powtarzania myśli o „dwóch bratnich narodach”, skoro wszystkie bez wyjątku argumenty i fakty mówią o dramatycznej odmienności społeczności opartych na rzymskim katolicyzmie od bliskowschodniego judaizmu. W przestrzeni codziennej obyczajowości, katoliccy Polacy i ortodoksyjni Żydzi, to głęboko odmienne społeczności. Oto przykłady tej odmienności w relacji sposobu spędzania dnia świętego – katolickiej niedzieli i żydowskiego sabatu.

Jak wiadomo, pobożny człowiek musi pamiętać o tym „by dzień święty święcić!”. Jakie ma tu obowiązki Polak-katolik, a jakie jego ortodoksyjny żydowski sąsiad? Polak ma uczestniczyć w uroczystej mszy świętej, powinien w dniu świątecznym więcej rozmyślać o Bogu, ubierać się bardzie strojnie, unikać grzechu i nie podejmować ciężkich czynności fizycznych. Tradycją jest też zasiadanie do niedzielnego stołu wraz z rodziną. I to właściwie wszystko.

Jakie obowiązki ma w okresie sabatu religijny Żyd? W przeciwieństwie do chrześcijanina ma ich całe setki. Wymieńmy za Konecznym tylko te najbardziej dla nas zadziwiające i jaskrawo sprzeczne z myślą o wspólnotowości „wielkich religii monoteistycznych”. Chrześcijaństwo będące podstawą cywilizacji zachodniej poszło w kierunku globalnego uniwersalizmu i rozwoju kultury dostępnej dla każdego bez żadnych warunków wstępnych. Judaizm podążył w stronę przeciwną. Powołajmy się znowu na znawcę problemu – Feliksa Konecznego i jego analizę dramatycznej odmienności ducha żydowskiego prawa w relacji do uniwersalnego systemu zachodniego. Chrześcijanin o swoim życiu codziennym decyduje sam. Prawowierny Żyd nie decyduje w tym względzie o niczym, nawet o kolejności najbardziej zwyczajnych czynności. Regulowane jest bowiem wszystko. Jak pisze Koneczny w trzytomowej Cywilizacji żydowskiej, wiedza pobożnego Żyda „zaczyna się od przepisów jak wstawać rano, jak się modlić i ubierać. Nie wolno wdziewać koszuli wspak, szwami na zewnątrz. Bucik wdziej najpierw na stopę, ale go nie zawiązuj; następnie wdziewaj bucik na lewą nogę, a potem zawiązuj bucik także na prawej nodze; przy rozzuwaniu trzeba zdjąć najpierw lewy bucik”. Przewidziane jest wszystko, nawet sposób mycia rąk. Chcąc uwolnić się od złych duchów (czy to nie rodzaj pogaństwa?), trzeba każdą rękę polać trzykrotnie. Nie wolno podejmować żadnych robót fizycznych, ani też nosić ciężarów. Nie wolno obcinać paznokci, strzyc włosów, ani sobie, ani innym. Nie wolno się też drapać (!). Jako że nie wolno pisać, nie można też rozłamać piernika, jeśli wypisane są na nim litery.

Prawowierny, po przebudzeniu, powie „Boże mój, czysta jest dusza którą mi dałeś”. Gdy usłyszy poranne pianie koguta powinien rzec: „pochwalony bądź który dałeś kogutowi rozum, by potrafił odróżniać dzień od nocy”. Podczas wdziewania ubrania, pobożny mówi: „pochwalony bądź, który odziewasz nagich (…) ślepych czynisz widzącymi, który zwalniasz związanych”. Kiedy powstaje z miejsca chwali: „który prostujesz pochylonych”. Wkładając kapelusz rzecze: „który uwieńczasz Izrael wspaniałością”, a przy myciu twarzy – „który zdejmujesz sen z oczy moich”. Każdy powinien odmówić codziennie przynajmniej setkę takich modlitewek. W czasie sabatu nie wolno wykonywać żadnych robót, ani też nosić cieżarów. Nie wolno mieć na sobie niczego, co nie jest częścią odzienia lub nie służy do ozdoby. Przepisy, co wolno, a czego nie wolno zakładać w sabat na zagrodowe bydło mieszczą się w 23 rozdzialach księgi Szulchan Aruch – kodeksu żydowskiego prawa. Składa się z księgi dotyczącej obowiązków pobożnego w dni powszednie, w sabat i święta oraz przepisów dotyczących zasad uboju rytualnego, koszeru, przestrzegania czystości, żałoby, konwersji na judaizm, prawa dotyczącego zawierania małżeństw i rozwodów. Ewen Haezer – to księga prawa dotyczącego małżeństw i rozwodów a Choszen Miszpat – prawa cywilnego i kryminalnego. W tej sytuacji, prawowiernemu pragnącemu żyć zgodnie zasadami jego religii świeckie prawo kraju w którym zamieszkuje nie jest do niczego potrzebne. Jak można więc mówić, że judaizm i chrześcijaństwo (to ostatnie nie podlega prawu religijnemu, lecz państwowemu i świeckiemu), są w czymkolwiek podobne?

„Prawowierny modli się bez ustanku. Skoro się z rana zbudzi, mówi ‘Boże mój, czysta jest dusza, którą mi dałeś’. Gdy słyszy pianie koguta mówi ‘pochwalony bądź, który dałeś kogutowi rozum, żeby odróżniał dzień od nocy”. W sabat ma prawo używać godziwych przyjemności, cieszyć się żoną, zażyć przyjemności z dziewicą narzeczoną; nie wolno jednak zbliżać się do poślubionej wdowy. Dlaczego? Któż to wie? Tak jest i tyle. W sabat „chodzić należy  wolno, nie godzi się robić kroków większych ponad łokieć. Przez wąski strumyk wolno przeskoczyć, ale przejść w bród nie, bo nie wolno ubioru wyżymać, kręcić, składać, suszyć”. Nie wolno też brodzić w pantoflach, a tylko w butach, „bo pantofle mogłyby opaść, szło by się po nie i miałoby się grzech. Żadnych robót nie wolno przedsiębrać, ani też nosić ciężarów. Nie wolno obcinać paznokci, ani strzyc włosów. Nie wolno się drapać, pukać kołatką w drzwi, nie wolno much łapać ani pcheł. Wolno zabić wesz z głowy, ale z reszty ciała nie, tylko ją wrzucić do wody. Jaj, które kura zniosła w sabat nie wolno nawet dotknąć. Można myć tylko twarz, ręce i nogi, nie można grać na jakimkolwiek instrumencie”.

Sabat kończy się specjalną modlitwą. „Przewodnik modłów trzyma w prawej ręce kubek z winem, w lewej puszkę z korzeniami, a przed nim ktoś ma skręconą woskową świecę. Wygina ręce ku światłu, ogląda paznokcie i mówi: bądź pochwalony, któryś z ognia wytworzył światło, któryś zrobił różnicę pomiędzy światłem a ciemnością, pomiędzy Izraelem a innymi ludami, pomiędzy dniem siódmym tygodnia a sześciu innymi!”. Po czym sięga po świecę, pochyla ją ku ziemi, skrapia winem tak, żeby zgasła, a z kubka podaje wszystkim (również dzieciom) wino do picia”. Dopiero wtedy kończy się sabat i można powrócić do czynności dnia powszedniego. Co to jednak ma wspólnego ze świętowaniem w rozumieniu chrześcijanina? Nie tylko nie ma nic, lecz dowodzi, że judaizm w swojej codzienności jest wciąż od niego daleko i znacznie bliżej pogaństwa niż religijnego uniwersalizmu. Skąd więc teza o jego wspólnotowości z chrześcijaństwem? Odpowiedź jest prosta: z potrzeby ideowej dawnej polskiej szlachty pragnącej mieć alibi dla odsunięcia znacznej części własnej ludności od współrządzenia krajem i dopuszczenia w to miejsce tych, którzy wydawali się być dobrymi pośrednikami w budowaniu jej poczucia zamożności i wygody w próżniactwie. A także z powszechnej niewiedzy ludzi Zachodu co do istoty judaizmu.   

            Istnieje opracowany przez uczonych rejestr tego, czego w dzień świąteczny nie wolno dotykać oraz wyliczone stosowne wyjątki. Czy jest w tym jakiekokolwiek podobieństwo do świętowania chrześcijańskiego, którego istotą jest myślenie o Bogu, jego wielkości i czynienie dobrych uczynków? Przeciwnie, wszystko jest odmienne, jak i odmienna jest cała filozofia życia. Inne są też definicje pojęć występujących w świecie łacińskim, nawet to, jak stać się przedstawicielem jednej lub drugiej religii. Do zostania chrześcijaninem konieczny jest chrzest. By zostać Żydem, to zbędne – nim się jest z urodzenia i tyle. Można przy tym bez przeszkód czuć się Żydem nie chodząc do synagogi, nie modląc się do Jahwe i będąc stuprocentowym ateistą. Takimi jest 95% Żydów amerykańskich. Jak więc rozpoznać, że są Żydami? Dlaczego przy tym wciąż Żydami pozostają, skoro bez ograniczeń mogą się przekształcić w pełnych Amerykanów? Bycie jednym i drugim staje się jednak w wielu przypadkach dwuznaczne. W praktyce bowiem, judaizm to nie religia sensu stricto, lecz bardzo szczególne poczucie wspólnotowości. Rezultatem jest to, że – inaczej niż chrześcijanin, który ma obowiązek traktowania każdego człowieka z jednakową miłością, Żydom wystarczy prosta identyfikacja na linii „swój-obcy”. Reszta jest nieistotna, tyle, że obowiązkiem każdego z nich jest stawiać pobratymcę zdecydowanie wyżej niż „zwykłego” człowieka – ”nie-Żyda”, czyli rodzaju „podczłowieka”. To zbudowało myśl o wyższości Żydów nad innymi ludźmi, dało im większą swobodę manewru w karierze zawodowej, ale stało się też jedną z przyczyn zrodzenia się idei Holokaustu.

            Historyczny przypadek sprawił, że judaizm i chrześcijaństwo były najbliżej siebie właśnie w dawnej Polsce. Trwały w szczególnej koegzystencji, która jednak – jak każde zjawisko społeczne – ma zawsze swój kres. Ten rodzaj współistnienia był w Rzeczypospolitej dla wszystkich tak naturalny, że Żydzi nie musieli nawet znać języka polskiego, by przydawać się polskiej szlachcie w roli opresantów ludności. Kiedyś, nawet sam papież Jan Paweł II mówił w tym kontekście o islamie, judaizmie i chrześcijaństwie jako o „bratnich cywilizacjach”. Nic bardziej nieprawdziwego, bo to cywilizacje głęboko ze sobą sprzeczne.

            Popatrzmy na problem z innej perspektywy. Polacy szczycą się tym, że mieszkając na pograniczu europejskiego wschodu i zachodu stali się forpocztą i obrońcą zachodniości. Dziejowy układ doprowadził jednak do pewnego paradoksu. Górne, inteligencko-miejskie warstwy społeczeństwa mają niewiele szlacheckich i tradycyjnych korzeni, ponieważ są następstwem syntezy stosunkowo świeżej daty, czyli ludności napływowej, która przeszła na chrześcijaństwo w okresie rozkładu I Rzeczypospolitej oraz późniejszej fali polonizujących się rosyjsko-żydowskich komunistów napływających ze Związku Sowieckiego po II wojnie światowej. Ich polonizacja, to rzecz nowa – pierwsze lub drugie pokolenie ludzi uważających się za Polaków. To Cimoszewicz, Michnik, czy Kwaśniewski. Jeszcze nowsza fala polskości pochodzi nie z zagranicy, ale z polskiej wsi, z niedawnych pozbawionych edukacji chłopów, dotąd tej „górnej Polsce” zdecydowanie niechętnych i nie poczuwających się do wspólnotowości. Rezultat jest taki, że Polska, szczycąca się tysiącem lat historycznej ciągłości znalazła się dopiero dzisiaj na początku drogi umożliwiającej zbudowanie jednolitego i nowoczesnego społeczeństwa typu zachodniego. Sukcesu w tej sprawie jednak nie będzie, jeśli nie pojawi się możliwość trwałej przewagi jej „zachodniości” nad elementami „bliskowschodniości”. Istnieją w tej przestrzeni dwie drogi. Jedna, to pokorne poddanie się przewadze Zachodu i oddanie mu wszystkich elementów samodzielności oraz aprobaty dla perspektywy pełnego wchłonięcia. To dotychczasowa Unia Europejska. Droga druga, to próba budowania własnej ścieżki na wzór narodów, które mają to już za sobą – Skandynawii czy krajów niemieckich. Wydaje się, że to, co w Polsce się dzisiaj dzieje świadczy raczej o wyborze tej drugiej drogi, nie zaś pierwszej.

            Rzecz przy tym nie idzie o zawsze występujące różnice wyznaniowe, narodowościowe, czy klasowo-warstwowe. Idzie o rzecz głębszą, czyli o to, że stapianie się dwóch nurtów w jedną tożsamość może ujawnić dodatkową i bardzo silną przeszkodę, wynikającą z zupełnie odmiennych tradycji religijnych i kulturowych, często wręcz uniemożliwiających wzajemne zrozumienie. Jak powiedzieliśmy tradycja łacińska, to myślenie aposterioryczne, poszukujące racji w logicznym rozumowaniu o charakterze wynikowym. Dopiero utrwalony rezultat stanowi o słuszności kierunku działania. Tradycja bliskowschodnia – islamska, żydowska, hinduistyczna przeciwnie, to aprioryzm doszukujący się rozwoju poprzez nieustanne debaty i wzajemne przekonywanie do odmiennych racji i to do pewnego stopnia w oderwaniu od realnej rzeczywistości. Pierwsze jest odwróceniem drugiego, a zrównoważone i współistniejące razem, mają raczej tendencję do wzajemnego blokowania i wyładowywnia energii na samoniszczeniu, aniżeli na korzystaniu z wspólnotowości. Dodajmy, że tradycja chłopska też ma niewiele wspólnego z samodzielnym myśleniem poszukującym dróg do utożsamienia się z Zachodem i jego sukcesami. W ujęciu historycznym jej polskość i europejskość jest też wyjątkowo świeżej daty. Dzisiejsza sytuacja jest tego odzwierciedleniem i prowadzi do czegoś w rodzaju dialogu głuchych.

Znajomi i rodzina zwracali mi uwagę, że częste powracanie do tematyki żydowskiej może prowadzić do podejrzenia o filo- lub antysemityzm, choć jestem ostatnim człowiekiem nauki, który chciałby się poddać jakimkolwiek w tym zakresie uprzedzeniom. A jednak sam łapię się na tym, że kolejne wątki rozumowania wciąż dotyczą jakoś fenomenu, który Feliks Koneczny nazwał „cywilizacją żydowską” i taki tytuł noszą trzy tomy jego książki pisanej w latach trzydziestych ubiegłego stulecia. Prawdopodobnie wynika to ze szczególnej definicji cywilizacji jaką przyjął w odniesieniu do judaizmu, chociaż w istocie nie ma on cech prawdziwej cywilizacji, jest tylko szczególnym rodzajem światopoglądu. Czytając Konecznego znalazłem jednak myśl, która wyjaśnia tę pozorną sprzeczność. Zarówno Polacy, którzy pragną jednocześnie czuć się Żydami jak i Żydzi chcący wtopić się w cywilizację zachodnią i zapomnieć o swym azjatyckim pochodzeniu napotykają na podobne przeszkody. Chcą być Polakami i Polakami by się nawet czuli, ale w opinii powszechnej i tak pozostają Żydami, bo gdzieś ktoś w rodzinie był takiego pochodzenia. Jak mawiał wspomniany wcześniej Heine, niemiecki poeta żydowskiego urodzenia, lecz luteranin z wyznania: „Żydem nie można przestać być”. Właściwie dlaczego tak jest, skoro znane są powszechnie wysiłki wielu, aby zerwać z bagażem, który czasem przekształca się w ciężar nie do uniesienia? Jak jest tego przyczyna?

            Znów, odpowiedzi na pytanie dostarcza Feliks Koneczny. „Cywilizacje są sakralne i niesakralne, według tego, czy metoda życia zbiorowego wynika z bezpośredniego nakazu religijnego, czy też rozwija się tylko równolegle do religii. Łacińska cywilizacja sakralna nie jest, albowiem żaden dział życia zbiorowego nie natrafia na przepisy religijne co do swej metody; są zaś sakralnymi cywilizacje bramińska i żydowska, w których cały kształt życia podlega przepisom religijnym”. Nie od razu pojąłem przenikliwość tego spojrzenia, lecz jeśli rzecz ujmiemy w kategoriach dzisiejszych, wtedy do cywilizacji religijnych trzeba doliczyć islam, lecz oddzielić chińską, japońską i buddyjską, w których pojęcie Boga Wszechmogącego nie występuje i których racje są znacznie łatwiejsze do pojęcia przez ludzi Zachodu aniżeli islam czy hinduizm.

            Od początku początku swego istnienia judaizm nie kryje wrogości do wszystkiego, co stanie się później Zachodem. Nieprzypadkowo, rzymski cesarz Klaudiusz już dwa tysiące lat temu określił go mianem „wszechświatowej choroby” zbudowanej na nienawiści do każdej inności. Uważał Żydów za ciało obce, pozostające mentalnie poza światem łacińsko-hellenistycznym, chociaż pozory bywały inne. Wszyscy przecież posługiwali się wspólnotową greką koine. Co to jednak ma wspólnego z łacińską tradycją, na której wyrósł dzisiejszy Zachód? Jakim sposobem można uznawać, że ten ostatni oraz współczesne żydostwo mają to samo pochodzenie? Wiemy już dzisiaj z całą pewnością, że to nieprawda i pełny nonsens.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *