„FIDES ET RATIO” W JEDNEJ CHODZĄ PARZE?

Zawstydził mnie czytelnik blogu podpisany „MM”. (Komentarz) Orzekł, że przejawiam „stronniczość na rzecz islamu, czy w ogóle szeroko pojętego wschodniego mistycyzmu”, a jednocześnie nie pochwalam nauczania kościoła rzymsko-katolickiego. Zawstydził, ale i zaniepokoił, albowiem argumentacja musiała być mało klarowna, skoro pozwoliła na tego rodzaju interpretację. W kwestii opinii o islamie odsyłam do mojej najnowszej książki „Islam jako system społeczno-gospodarczy” (2013) (Bibliofil, Empik, Księgarnia Akademicka), z której z całą pewnością nie wynika jego apologia. Przeciwnie, przez wzgląd na społeczno-religijną konstrukcję, uważam islam za największe zagrożenie dla światowego pokoju.
Jednak, z tym nazbyt pojemnym workiem „wschodniego mistycyzmu”, byłbym ostrożny, ponieważ uznanie za religie podobnie mistyczne, bo z zachodniego punktu widzenia orientalne – judaizmu i islamu oraz indyjskiego hinduizmu, ponadnarodowego w swej istocie buddyzmu, czy chińskiego taoizmu, jest nie tylko ryzykowne, ale nieprawdziwe. Jeśli przekonanie „MM” o tym, że „Fides et Ratio” mogą chodzić w parze miałoby być prawdziwe, to prędzej odnosi się to do kulturowej przestrzeni Indii i Chin, z trudem do judaizmu i w żadnym wypadku do islamu. Muzułmańskie „ratio” jest tak jednoznacznie tożsame z „fides”, że poza samą wiarą nic już tam więcej nie ma. Nie zmieściłby się, nawet gdyby istniał, odpowiednik społecznej nauki Kościoła, albowiem islam zaprzecza istnieniu prawa naturalnego, „z natury” wpisanego w osobę ludzką i którego poznanie jest w katolickiej doktrynie możliwe nawet bez udziału i pomocy Boga. Uwaga „MM” jest jednak na tyle krótka, że tego poglądu tylko się domyślam.
Słowo „racja” pochodzi od łacińskiego „ratio”, oznaczającego „rozsądek”, „rozsądny osąd”, ale również „rozum”. „MM” użył łacińskiego słowa w zestawieniu z „fides” („wiara”). Rzecz tymczasem nie jest wcale jednoznaczna, bo w antycznej łacinie, przez „fides”, rozumiano nie tyle bezgraniczną wiarę w Boską wszechmoc, lecz rzymską tradycję zaufania i wierności. Czczono ją nawet w postaci swego rodzaju bóstwa, a świątynia Fides znajdowała się na Kapitolu. Chrześcijaństwo zmieniło znaczenie pojęcia i dzisiaj ilustruje ono nie tyle zasadę zaufania i wierności (do kogoś, do czegoś), ile głębię wiary w jedyność i wyjątkowość Boga. To jednak zupełnie inne znaczenie od tego, co oznaczało w czasach starożytnych. Wtedy miało charakter świecki, dzisiaj jest przede wszystkim religijne. Dla religii katolickiej sprawa musi mieć istotne znaczenie, skoro „Fides et ratio”, to również tytuł encykliki Jana Pawła II z 1998 roku. Sprowadzała się do tezy o równorzędności i komplementarności wiary i rozumu. Jej kluczowe zdanie: “wiara i rozum są jak dwa skrzydła unoszące człowieka ku kontemplacji prawdy”, to zapewne bezpośrednie źródło kwestii podnoszonej przez „MM”. Problem w tym, że pojęcie „rozum” dawno już rozeszło się z dawnym znaczeniem słowa „racja”. „Rozum” jest narzędziem służącym rozumowaniu, ale „racja” już może istnieć jako byt samodzielny (każdy ma swoją rację) i jeżeli dla współczesnego chrześcijaństwa łączność wiary z rozumem wydaje się być kwestią kluczowa, to dla nauki nie jest. Wystarcza już sama racja, jeśli jest tylko wynikiem logicznego rozumowania popartego dowodami. Wiara nie ma tu nic do rzeczy. W tym sensie, relacje pomiędzy światem zachodniej nauki a religią są nierówne. Tylko jednej stronie – ludziom religii – zależy na tym, by wiara funkcjonowała obok racji i to na równoprawnej zasadzie. Nauka w ogóle do sprawy się nie odnosi, traktując wierzenia religijne jako zjawiska społeczne, nie zaś osobny fenomen, który polegać na tym, że jego przyczyną nie jest ani fizyka, ani biologia, lecz Boskie Objawienie. Ta ostatnia kategoria nie tylko nie jest dla nauki zrozumiała, ale pochodzi z zupełnie innej stajni pojęć, niemających z definicją nauki nic wspolnego. Ten dylemat jest jednostronny i ma związek z wewnętrznymi problemami samej wiary, nie nauki. Jego rozstrzygnięcie nie jest przedmiotem żadnego poważnego programu badawczego. To „fides” ma problem z „ratio”, nie zaś na odwrót.
Rozbieżności, które mają w sprawie znaczenie jest więcej. Łacińskim pojęciem „ratio” określano zarówno samą ‘rację’, jak i ‘rozum’, z czego miało wynikać, że rozsądek i rozsądny osąd są osadzone w rozumowaniu, czyli w jednostkowym intelekcie. „Ratio” opiera się na rozumie, a rozumność, to zdolność do operowania pojęciami abstrakcyjnymi i umiejętność analitycznego myślenia oraz wyciągania wniosków z posiadanych informacji. Inaczej mówiąc, to używanie doświadczenia do radzenia sobie w sytuacjach życiowych. Ludzki intelekt ma jednak to do siebie, że jest elastyczny i potrafi rozciągnąć znaczenie pojęć tak, by służyły jego własnej wizji świata. Człowiek tym się różni od zwierząt, że ma możliwość takie wizje tworzyć samodzielnie, bez pomocy nauki i z reguły to czyni, niezależnie od poziomu jego własnej wiedzy. Więc i wizje są odmienne. Trudno oczekiwać, by rozumienie tego, co go otacza było podobne, gdy tworzy ją astrofizyk w rodzaju Stephena Hawkinga z tym, co uważa za swoją wizję Kowalski, telefonujący do ”Szkła Kontaktowego”. Prawda jest taka, że rozum, racja i wiara chodzą rozmaicie: dla jednych parami, dla innych są całkiem samotne. Sprawa dotyka właściwie istoty człowieczeństwa, tyle, że nikt, żadna społeczność, i żadna religia nie udowodniła swojego prawa do posiadania tej jedynej „racji” złączonej z „wiarą” w jedno Objawienie. Do tej kwestii – na zachodni i racjonalny sposób – odniósł się św. Tomasz z Akwinu w postaci stanowczego stwierdzenia, które w Europie otworzyło wrota rozwojowi nauki: „Bóg nie miesza się w naturalny porządek tam, gdzie wystarczą drugorzędne przyczyny do wywołania zamierzonego efektu”. Można badać świat i eksperymentować, będąc zarazem człowiekiem głęboko wierzącym, nie naruszając śmiałością eksperymentu istoty Bożej Woli. Ale, jak głęboko i do jakiego stopnia? Czy próba poddania naukowej i świeckiej analizie samej istoty Boga, lub znaczenia jego pojmowania dla społecznej formuły cywilizacji, mieści się jeszcze w tej definicji, czy oznacza już wkroczenie w domenę „fides”, zakazującej przecież „używania imienia Pana Boga swego nadaremno” oraz traktowania „ratio”, jako narzędzia do badania samego Boga. Czy mieści się to jeszcze w granicach wiary? Teologowie tworzą przy tym swoiste pozory jedności wielkich religii i czynią to chyba w interesie ich własnego rozumienia Boga. Takim pozorem jest twierdzenie o pełnej wspólnotowości źródła pochodzenia idei Wszechmocnego dla trzech „wielkich religii monoteistycznych” – judaizmu, chrześcijaństwa oraz islamu. Formalnie, istotnie źródłem wszystkich trzech jest Stary Testament. To jednak podejście czysto teologiczne. Historyk, czy komparatysta zada natchmiast pytanie o przyczynę tego, że w odczuciu samych wiernych, Najwyższa Istota jednej religii potrafi dramatycznie się różnić od Boga sąsiadów: Jahwe jest plemienny, niechetny obcym i zainteresowany tylko losem narodu wybranego. Allach kocha swoich muzułmańskich niewolników, ale nie ma litości dla innowierców i pozwala ich sobie składać w postaci krwawej ofiary. Obydwaj są wszystkim jednocześnie – kosmosem i materią, więc nie mają wizerunku. Bóg chrześcijański natomiast jest miłosierny dla wszystkich ludzi i wszyscy jego wierni wiedzą z pobożnych ilustracji jak wygląda on sam, Syn Boży i jego Matka. Czy każdy z tych Trzech, to naprawdę ten sam Bóg? Każdy z Nich, w oczach wiernych jest przecież zupełnie kimś innym i żaden chrześcijanin nigdy nie nazwie swojego Boga Allachem, chociaż słowo „Allach” znaczy właśnie „Bóg”. Żaden muzułmanin nie uzna tak potwornego świętokradztwa, jak namalowanie przez Michała Anioła na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej Boga Wszechmogącego w otoczeniu świętych. Jest w ludzkiej postaci i wygląda jak zwykły mężczyzna w średnim wieku w całkiem pogodnym nastroju. Dla muzułmanina, to nie tylko świętokradztwo, to zaprzeczenie samej boskości Boga, który według niego nie ma żadnej postaci, jest wszędzie i wie o nas wszystko, bo jest „bliżej nas niż arteria szyi”. Prawda jest taka, że to zupełnie inni Bogowie, a ekumeniczny wysiłek teologów będzie jałowy dopóty, dopóki społeczeństwa będą się tak bardzo różnić od siebie. Tyle, że jeśli przyjmiemy tę tezę, to jesteśmy już na granicy herezji. Skoro Bóg musi swój obraz dostosować do swoich wiernych, znaczy to, że wcale nie jest wszechmogący, lecz w swej mocy przez nich właśnie ograniczany. Stop! Dalej, to już tylko czysta herezja…
Średniowieczny mistyk i filozof islamu – Al Ghazali, miał na sprawę pogląd zupełnie odmienny, niż ten zawarty w tytule encykliki „Fides et ratio”. Sformułował problem tak jednoznacznie, że „MM” głęboko zastanowiłby się nad rozumieniem tych – z pozoru jednoznacznych – pojęć. Al Ghazali ogłosił, że: „Nauka jest szkodliwa, jeśli podważa dzieło Boże. Należy zniszczyć Rozum, by odnaleźć Rację”. W tym ujęciu Racja i Rozum, to wzajemnie sprzeczne i wrogie kategorie. Racja, to Wiara, rozum, to jej wróg w postaci myślenia, grzesznego z samej istoty, bo pozbawionego kontroli. Egipski imam al Tahtawi, odwiedzający Francję w pierwszej połowie XIX wieku na zlecenie sułtana, był zaszokowany brakiem pobożności (w muzułmańskim znaczeniu słowa) wśród mieszkańców Europy: „Pogardy godna religia Paryżan polega na tym, że swych mędrców i fizyków umieszczają ponad prorokami, przeczą istnieniu Opatrzności i rzeczy ponadnaturalnych”.
Takiej tezy nie ośmielił się wygłosić żaden teolog chrześcijański. Nie dlatego, że mu to nigdy nie przyszło do głowy, lecz z tego powodu, że byłaby nieakceptowana przez jego własne społeczeństwo, a kościoły zaświeciłyby pustką. Religia, to nie tylko wiara w Boga, czy inne istoty pozaziemskie, to również (naukowcy powiedzą „przede wszystkim”) zjawisko społeczne. Badanie religii jako zjawiska społecznego, a nie Objawienia pozostającego poza ludzkim rozumem, prowadzi do refleksji, że jest ona jednak dziełem ludzkim, nie boskim. Tyle, że wtedy rozumowe „ratio” zdobywa monopol i spycha „fides” na margines. W świecie islamu jest na odwrót: naukowe badanie istoty zjawisk jest niemożliwe, zabronione i zagrożone najwyższą karą, ponieważ muzułmanie są przekonani, że istotą i przyczyną wszystkiego jest tylko Allach, a Boga badać nie wolno. W podziemiu znalazła się tam i nauka i rozum, dlatego też islam przegrywa. Historia wykazała, że mieszanie tych dwóch kategorii prowadzi do zastoju. Nauka zachodnia ominęła ten problem wymownym milczeniem i stara się „nie wtrącać” w wywody teologów i religioznawców, uznając ich prawo do swobody w tym zakresie. Tyle, że teologii nie uznaje za naukę, albowiem dostrzega zasadniczą sprzeczność między swoim rozumowym „ratio” a religijną „fides”. Pierwsze opiera się na materialnych dowodach i analitycznym rozumowaniu, drugie – tylko na rozumowaniu, ale podstawy dowodowe są z góry znane, nazywane z tej przyczyny dogmatami i muszą być przyjęte bez zastrzeżeń pod groźbą herezji. Nauka nie może akceptować takiego rozumowania z samej jej istoty, więc obie sfery żyją obok siebie w ramach swoistego zawieszenia broni. Zawieszenia broni, a nie pokoju wieczystego, o który zabiega współczesny Kościół. Taki pokój oznaczałby przyjęcie przez naukę wiary w Boga jako równoprawnej metody opisu rzeczywistości, a to oznaczałoby również ugięcie się przed argumentem islamu, w ramach którego tylko wiara jest nauką, innej nauki nie ma i nie może być ona niczym innym, jak tylko rodzajem wiary.
Współczesne chrześcijaństwo też znalazło się w kryzysie. W dobie nauki i uposzechniania wiedzy opartej na dowodzeniu, zrównanie religii z nauką, to obracanie się ku przeszłości, do czasów, kiedy ludzie nie mieli żadnej wiedzy o świecie, a wiara dawała im w tej niewiedzy oparcie. Oferowała moralność i zastępowała niedostępną informację, kryjąc przy tym wielki strach człowieka przed samym sobą. Odegrała w tym względzie trudną do przecenienia rolę. Jej historyczna rola jednak wygasa. Dzisiaj, obserwujemy proces odwrotny – wiedza w coraz wiekszym zakresie zastępuje wiarę, a brak równowagi pomiędzy „Ratio et Fides” staje się coraz bardziej widoczny. Przyszły świat będzie tej równowagi z całą pewnością pozbawiony. Zachód nie jest w żadnym zakresie spadkobiercą orientalnego mistycyzmu, lecz przeciwnie – rzymskiego racjonalizmu. Sądzę, że wysiłki teologów idą w kierunku wykazania jedności chrześcijaństwa z innymi Religiami Księgi z tej przyczyny, by ukryć grecko-rzymskie, nie zaś judaistyczne, korzenie cywilizacji zachodniej. „Prawnik rzymski” – zauważył J. Schacht – „dlatego pozyskiwał klientów, że dbał o ich interes. Prawnik muzułmański stara się pokazać jak i kiedy jego klient wykazuje swoją pobożność”. I tak jest do dzisiaj. Mieści się w tym ujęciu bardzo praktyczna ilustracja rozbieżności pomiędzy rozumieniem, czym jest wiara, a czym rozumowa racja. Ludzie Zachodu coraz lepiej rozumieją swoje interesy, pobożność pozostawiając na boku, gdy przyjdą złe czasy. Lecz jeśli nie przyjdą, tradycyjnie rozumiana wiara z pewnością utraci znaczenie.
Dzisiaj, w przestrzeni nauki, fenomen wierzeń religijnych jest rozumiany i doceniany jako ważny element konstytutywny wielkich kultur ludzi nazywanych cywilizacjami. Jest jednak tylko ich elementem, a nie treścią wypełnieniającą całość. To, co autor „Zderzenia cywilizacji” rozumiał jako relacje między „Bogiem” a „Cesarzem”, miało niewiele wspólnego z religoznawstwem i teologią. W ogóle nie chodziło o religię jako taką, lecz o sposób postrzegania przez ludzi świata przez pryzmat relacji między świeckością a rodzajem ich religijności. W huntingtonowiskim modelu – w ramach katolicyzmu i wyznań protestanckich problem jest ilustrowany istnieniem swoistej równowagi pomiędzy „Bogiem” a „Cesarzem”. W świecie zachodnim, w porównaniu z islamem, w którym istnieje tylko „Bóg”, lecz „Cesarza” nie ma wcale, sfera władzy świeckiej miałaby być równoważona władzą religijną Kościoła. Obydwa pojęcia dotyczą jednak zmiennego ze swej natury zakresu władzy ziemskiej, a nie istoty religijnej doktryny i roli samego Boga. „Bóg” u Huntingtona jest symbolem sfery religijnej, niczym (Nikim?) więcej. Jego rozumowanie było przełomowe dla myślenia o stosunkach społecznych, nie tylko z tej przyczyny, że porządkowało relacje między świeckością a religijnością, lecz (tutaj zapewne „MM” poczuje się dotknięty) ustawiało religię na właściwym miejscu, to jest w kategorii dających się zbadać zjawisk społecznych, a nie jako obiektywną i niepodważalną wiedzę objawioną, w niczym nie wymagającą dowodu, a jednak pretendującą do rangi nauki. W dotychczasowej debacie, obie strony – ta wierząca w objawienie i ta wierząca w potęgę rozumu, starały się poruszać po wzajemnie niekolizyjnych ścieżkach. Nauka nie wtrącała się w doktrynę religijną, a ta ostatnia markowała, że toleruje świeckość i odrębność nauki. Zresztą, w tej kwestii różnią się między sobą i sami chrześcijanie. Im bardziej formuła chrześcijaństwa jest „zachodnia”, tym bardziej jest ono racjonalne, otwarte i miłosierne, im bardziej wschodnie – tym mniej tolerancyjne, za to bardziej mistyczne. To z tej przyczyny Huntington uważał protestantyzm i katolicyzm za istotę cywilizacji zachodniej, a równie chrześcijańskie prawosławie za cywilizację zupełnie odrębną. Tymczasem doktrynalnie, to właśnie prawosławie jest najbliższe katolicyzmowi, a nie luteranizm, czy kalwinizm. Jak to możliwe, by te ostatnie, jako spadkobierczynie Reformacji, zaciekle walczącej kiedyś z Rzymem, dzisiaj razem z papieżem tworzyły cywilizację Zachodu? Odpowiedź leży w geografii oraz przestrzeni społecznej i historycznej, a nie w doktrynach religijnych. W tym sensie „fides” i „ratio” nie spotykają się na jednej płaszczyźnie, a kiedy się spotykają, dochodzi do piramidalnych nieporozumień, które jedni nazywają herezją, a inni poszukiwaniem logiki wewnątrz samej wiary.
Przykładem niech będzie nauczanie wczesnochrześcijańskiego biskupa Ariusza (256-336). Jego nauczanie dotyczyło wyjaśnienia najważniejszej w chrześcijaństwie relacji między Bogiem Ojcem i Synem Bożym. Logika nakazywała mu uznać, że skoro Syn miał Ojca, to pierwszy musiał być młodszy od drugiego, a będąc zrodzonym z kobiety, w sposób naturalny miał początek. Wczesny Kościół, zderzył się wtedy gwałtownie ze sprzecznością pomiędzy rozumowym „ratio” oraz religijnym „fides” i rozstrzygnął spór na korzyść wiary i na szkodę rozumu. To pogląd Ariusza był z punktu widzenia logiki racjonalny, kiedy wyjaśniał, że „jesteśmy prześladowani, ponieważ mówimy, że Syn ma początek, podczas gdy Bóg jest bez początku”. Rozumowaniu Ariusza trudno zarzucić brak logiki, a jednak to on został wykluczony ze społeczności chrześcijańskiej, a jego wyznawcy prześladowani tak, że w ciągu następnych trzystu lat arianizm zniknął z mapy religijnej regionu. Według historyków, uznanie Jezusa za Boga, który „nie miał początku”, nastąpiło faktycznie dopiero na Soborze Nicejskim w 325 roku. Uznanie tego faktu prowadziłoby jednak do wniosku, że boskość Syna Bożego była następstwem uchwały zebranych na soborze śmiertelników. Co to za boskość, której zakres leży w rękach zwykłych ludzi? Oznaczałoby to przecież przyznanie, że Ariusz miał rację, a nie jego przeciwnicy. A przecież to tylko oni, zgodnie z soborową uchwałą, „właściwie” zrozumieli Objawienie. Czemu zabrało im to aż trzy stulecia? Doktryna ratuje się stwierdzeniem, że nie wszyscy wiedzieli, że Syn był Bogiem od samego początku. Gwoli prawdzie dodajmy, że praktycznie nie wiedział nikt.
Ojciec Chuck May, na internetowej stronie (http://www.biblia-wnioski.pl), próbuje wyjaśnić tę sprzeczność przez tłumaczenie, że „Nicea tylko potwierdziła, że boska natura Chrystusa była taka sama (identyczna) z naturą Boga Ojca. Z kryształową czystością zebrani w Nicei oznajmili, że wierzą w Jezusa w PEŁNI jako Boga”. Jest w tym pewna logika, lecz dlaczego używa głośno krzyczącego „W PEŁNI”? Skoro natura jedna, to i wspólnoty substancji zakrzyczeć się nie da. Skoro substancja Boga jest wieczna, to i Syna Bożego też, tyle, że do rozstrzygnięcia pozostaje tylko odpowiedź na pytanie, czy wieczność może mieć początek? Jak powiada ojciec May, „przez zredagowanie i podpisanie Creda Nicejskiego, potępione zostało jako herezja nauczanie, że Chrystus nie był, w pełni Bogiem. Na 318 uczestnikow 316 podpisało to Credo, potwierdzając, że Jezus był w pełni Bogiem”. Niestety, tutaj już logiki zabrakło, bo nie ma odpowiedzi na dwa ważne pytania:
(i) Jeśli Syn był „od zawsze” w pełni Bogiem Wieczystym i nigdy nie miał początku oraz się nie narodził, to liczba podpisów pod tym stwierdzeniem nie miała ani sensu, ani znaczenia. Boska oczywistość broni się sama. A co z tymi dwoma, którzy Nicejskiego Credo nie podpisali? Historia o nich milczy.
(ii) Czy kiedykolwiek wyjaśniono wiernym, z jakiej w tej sytuacji przyczyny obchodzimy Boże Narodzenie, skoro Bóg istniał zawsze, nigdy się nie narodził i nigdy nie miał początku? Obchodzimy je przy tym w otoczeniu wszystkich atrybutów początku związanych z narodzinami nowego istnienia. To miał On początek, czy go nie miał? Jeśli nie miał, to do czego służy żłobek, Matka, stajenka i Trzej Królowie wędrujący za gwiazdą symbolizującą nowy początek? Jaki to początek, jeśli był wieczny i istniał zawsze?
Stanowisko zwolenników jedności Ratio i Fides sprowadza się w gruncie rzeczy do jednego stwierdzenia, że „Bóg jest Bogiem, ponieważ jest Bogiem”. Z punktu widzenia dogmatów wiary rzecz jest czysta i wewnętrznie spójna, albowiem podlega kryteriom jej własnej logiki. „Wierzę i już!” Jednak z punktu widzenia rozumowego, niespójność jest widoczna nawet nieuzbrojonym okiem. Tak więc przykro mi stwierdzić, że „MM” się jednak myli. Z punktu widzenia rozumu – „Ratio et Fides” nie chodzą parami. Mają zupełnie inny rytm kroków, chyba, że chrześcijanie przejdą na islamską interpretację obu pojęć. Wtedy, Ratio zostanie wchłonięte przez Fides i pójdą razem donikąd, to jest w kierunku, w jakim kroczą dzisiaj tak pewni swoich wierzeń muzułmanie.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *