PRECZ Z TUSKIEM? A CO PO TUSKU?

Opozycja parlamentarna różni się między sobą wszystkim, niektóra nawet jest zgoła odwrotna w relacji do drugiej, ale w jednym są wszystkie zgodne: główną przeszkodą dla upowszechniania ich własnej prawdy są rządy Tuska, który w ogóle nie wiadomo skąd się wziął. Nie jest więc winien sposób rządzenia uprawiany przez rządzące partie – Platformę Obywatelską i Polskie Stronnictwo Ludowe, ale „rządy Tuska” i koniec! Trzeba zatem przyłożyć Tuskowi! Za co? Za wszystko, co popadnie! Podejrzewam, że kryje się w tym rodzaj uwielbienia dla teorii niejakiego Geobbelsa z jego przekonaniem, że nawet największa bzdura powtarzana publicznie i wielokrotnie staje się koniec końców powszechnie akceptowaną prawdą. Mam wrażenie, że teza „precz z Tuskiem!” skrywa nie tyle osobistą do niego niechęć, ile coś znacznie poważniejszego – zupełną bezradność i niewiarę jego konkurentów w elementarną inteligencję wyborców. Pogarda dla wyborców, to w wielu krajach „nowych demokracji” rzecz zwyczajna, ale odkąd Polska stała się częścią Unii Europejskiej, „zachodnie standardy” powinny przynajmniej skłaniać polityków do nie ujawniania wzgardy dla tych, od których w ostatecznym rozrachunku zależy trwałość ich zbiorowej inteligencji. To raczej z rozumkiem panów posłów jest coś nie tak…
Osobiście jest mi Donalda Tuska żal. Jest jednym z niewielu polityków dwudziestolecia, który na ogół mówi do rzeczy, nie czyni oczywistych głupstw i którego zapewne w innym kraju uznano by za rasowego męża stanu, czyli za osobę wiążącą swoje postępowanie z tym, co określa się mianem narodowej racji. W porównaniu z Tuskiem, pod względem sposobu reagowania na ciążącą na polityku odpowiedzialność – Palikot, Miller i Kwaśniewski – wydają się osobnikami zupełnie mało poważnymi i wręcz groteskowymi, a Kaczyński politycznym perwertem, czyniącym z reguły więcej zła niż dobrego. Tusk jest ich zaprzeczeniem – jako mąż stanu i człowiek słusznie uważany za wybitnego polityka oraz człowieka uznawanego za autorytet dzięki temu, że skutecznie i z korzyścią dla obywateli (chociaż raczej wbrew nim) sprawuje powierzoną mu funkcję (chciałem użyć słowa „władzę”, ale przeciez polski premier, to żadna władza). Taki fenomen zdarzył się w III Rzeczpospolitej po raz pierwszy. Nie ułatwia mu to ani życia codziennego, ani w też nie gwarantuje politycznej przyszłości. Nie w tym zresztą rzecz, że są ludzie, którzy z politycznej zawiści nie spojrzą nawet w jego kierunku i obrócą się na pięcie z okrzykiem „a kysz!”, bo tacy znajdą sie zawsze i w każdych okolicznościach, szczególnie w Polsce, gdzie liczba okolicznościowych Cezarów i Napoleonów jest wyjątkowo wysoka. Przedwojenne ankiety socjologów pokazywały, że aż 40 procent dorosłych Polaków uważało się za pomazańców bożych gotowych z dnia na dzień do poświęcenia się rządzeniu. Najlepiej jednoosobowemu. Dzisiaj, ta liczba skurczyła się o połowę – do PiS-owskich dwudziestu procent, ale to i tak imponująco wiele w porównaniu z innymi, bardziej zrównoważonymi psychicznie społeczeństwami Europy.
Ze wstydem więc przyznam, że jestem pełen podziwu dla sposobu, w jaki Donald Tusk pełni swoją funkcję, jak i dla stylu, w jakim politycznie gaśnie. Że gaśnie, to widać gołym okiem, bo i też coraz mniej mu się chce. Tyle, że na jego miejscu gasłby chyba każdy, więc nie jest to jakaś szczególna cecha osobowa Tuska. Warto się natomiast zastanowić nad przyczynami gaśnięcia premiera w roli męża stanu i zadać sobie pytanie, czy nie gaśniemy jakoś razem z nim i czy sprawa dotyczy tylko i wyłącznie jego osoby jako polityka i premiera rządu, czy też rzecz ma się gorzej i to cała Polska wokół nas powoli gaśnie, nie zdając sobie sprawy z własnej bezbronności wobec Nadchodzącego Nieznanego. A przed tym z całą pewnością nie obroni nas ani Palikot, ani Miller, ani Kwaśniewski, o Kaczyńskim nie wspominając.
Rację stanu (raison d’État) definiuje się jako nadrzędny interes państwowy, czy też interes narodowy, określający wyższość celów państwa i narodu nad innymi interesami i normami. Po raz pierwszy pojęcie sformułował Makiawelli, nadając mu przy okazji cechę bezwzględności i cynicznej amoralności. Encyklopedyczna definicja męża stanu prowadzi do określenia, że jest nim polityk, który realizuje ten nadrzędny interes niezależnie od okoliczności tyle, że czasem może znaleźć się niepokojąco blisko Stalina czy Hitlera – też przecież „wybitnych mężów stanu”. Tusk nie jest ani wystarczająco bezwzględny, ani do głębi amoralny, jest politykiem „ludzkim” i jako taki da się nawet darzyć sympatią. Politycy dzielą się przecież na dwa gatunki: tych, pragnących władzy dla niej samej i tych, którzy zamierzają pozostawić po sobie dobrą pamięć. Tusk z całą pewnością należy do drugiej kategorii.
Pytanie tylko, czy Polska da się rządzić przez męża stanu, którego można darzyć sympatią oraz czy Polacy taki stan dobrze znoszą i czy taki mąż, zanim dobrze zapadnie w historyczną pamięć i stanie się narodową ikoną, musi najpierw sromotnie upaść? Inaczej pytając: czy aby napewno Polska dorosła do Tuska? Mam poważne wątpliwości. O niekonsekwencji poglądów wyborców świadczą sondaże wskazujące, że Polacy, chociaż powszechnie narzekają na rząd, nie bardzo widzą możliwość głosowania inaczej. Platforma Obywatelska z Tuskiem może nadal liczyć na wyborcze zwycięstwo pomimo tego, że świat jej rządzenia zapada się powoli, lecz konsekwentnie. Jaki jest więc klucz do zrozumienia tego fenomenu i co ma w tej sytuacji do roboty prawdziwy mąż stanu?
Nasz kraj nie żyje w izolacji i musi ulegać światowym trendom. Te zaś są niepokojące. Krzysztof Pawiński, człowiek interesu, który z sukcesem przebranżowił się z naukowca w przedsiębiorcę, twierdzi, że musimy przygotować się na czasy, kiedy to praca będzie przywilejem, a nie obowiązkiem. Wynikać to ma z totalnego upadku ekonomii. Ta ostatnia teza, potwierdza się z regularnością godną lepszej sprawy. Myśl o upadaniu ekonomii jako nauki i podstawy zarządzania gospodarką okazała się szczególnie wyrazista, gdy w telewizyjnej debacie sam minister finansów oraz owiany znamieniem geniuszu najsławniejszy ekonomista świata nie potrafili wyjaśnić zdumionym widzom, o czym mówią i o co im właściwie chodzi w kwestii likwidacji funduszy emerytalnych zwanej „reformą systemu”. Nikt do dzisiaj nie rozumie, o co prominentom ekonomii właściwie poszło. Wygląda na to, że nie rozumieją tego nie tylko ekonomiści, ale i rządzący gospodarką ministrowie. „Dzisiejsza ekonomia” – stwierdza Pawiński we wczorajszej Gazecie Wyborczej – „nie tłumaczy nam żadnych związków przyczynowo-skutkowych. (…) Ekonomia jest teraz na tym etapie, na jakim fizyka przed Galileuszem, a już na pewno Newtonem. Efekt jest taki, że niezwykle ważna, codziennie dotykająca nas sfera rzeczywistości oddana jest politykom, a nie poważnemu dyskursowi opartemu na faktach. Jestem przekonany, że stoimy przed wielkim wybuchem twardej, matematycznej wręcz wiedzy o makroekonomii”. Prowadzi to wprost do tezy o bezradności ekonomistów, którzy właściwie nie potrafią dać poważnej odpowiedzi na żadne pytanie dotyczące przyczyn dzisiejszego stanu rzeczy i obnaża bezwstydne manifestowanie nieodpowiedzialności przez polityków, którzy wiedzą, że i tak nie będą z przyrzeczeń rozliczeni, bo nikt nie dysponuje miarą słuszności ich postępków.
Tusk ekonomistą nie jest, ale gdyby nawet był, też by mu to w niczym nie pomogło. Jako polityk, który stara się w sytuacji coraz gęstszej magmy jaka go oplata robić jak najmniej, staje się tym samym jedynym sprawiedliwym i mężem stanu na miarę czasów. Robić coś, to znaczy narażać się wielu, nic nie robić – znaczy nie narażać się nikomu. Ta „zasada rządzenia” tłumaczy wysokie notowania prezydenta i niskie ministra od infrastruktury. Pierwszy, może robić niewiele, ale za to godnie, drugi, robić musi i to wiele i pochylać się niewygodnie nad kolejowymi torami lub autostradowymi niedoróbkami. Jak więc ten ostatni może być popularny, skoro robienie czegokolwiek rodzi sprzeciw i bunt i jest czynnością samobójczą? Nicnierobienie staje się mądrością, a czasy nie są porywające, bo jak mają porwać za sobą ludzi politycy nie mający pojęcia ani o prawdziwych problemach kraju, ani o jego przyszłości, ani też o międzynarodowym otoczeniu. Sytuacja wygląda na wcale nieśmieszny teatr kukiełek, w którym Tusk pozostaje jedynym aktorem i jedynym punktem odniesienia. Dlatego trzeba „walić w Tuska”, bo walenie w inną stronę grzęźnie w próżni i nie zwraca uwagi wyborców. Tymczasem,w tym „waleniu” nie idzie o jakąś ważną sprawę, ale o chwilowe przykucie uwagi – nie do Tuska i jego brzydkich czynów, lecz do odnotowania nazwiska walącego, by mógł znaleźć się w przyszłości znowu na sejmowej (czyli naszej) liście płac. A Polska? Niech radzi sobie sama, z Tuskiem czy bez Tuska! No, bo przecież najważniejsze, by było „nic o Nas bez Nas!”, a kraj i tak musi sobie radzić jakoś sam…
Znajomi pytają zdumieni: „Coś sobie upatrzył tego Tuska? Ani on dla ciebie brat, ani swat?”. A ja po prostu i po ludzku głęboko mu współczuję. Nigdzie nie widać dla niego nie tylko politycznego partnera, ale i poważnego przeciwnika. Każdy coś tam gada, coś wykrzykuje, ale rozumności w tym żadnej, a w narodowej perspektywie nie widać nic. Sama mgła. Co w tej sytuacji zrobić z następnymi przewidywaniam biznesmena? „W drugiej połowie XIX wieku w otoczeniu Bismarcka pojawiła się idea, jak finansować system emerytalny i system opieki zdrowotnej. Dostrzeżono coś fenomenalnego – długookresowy rosnący trend – i tak opodatkowano pracę. (…) Uwolniono chłopów od pańszczyzny, co spowodowało napływ pracowników do miast. Na rynek pracy z sukcesem weszły kobiety. Ten trend się teraz odwraca. Nasze fabryki będą w przyszłości produkowały wiecej, potrzebując mniej pracy. Kiedyś praca była obowiązkiem, teraz jest prawem, a w przyszłości będzie przywilejem”. Trudno się z opinią nie zgodzić tyle, że rodzi się natychmiast inna refleksja. Co to oznacza dla naszej przyszłości i czy ktokolwiek uprawiający dzisiaj politykę jest w stanie zrozumieć ogrom wyzwania i czy gdy Tuska zabraknie i zastąpi go geniusz Kępy albo Błaszczaka, poprowadzą nas wespół w trudne czasy? A jeśli nie poprowadzą – a powagi sytuacji nie rozumie dzisiaj prawie nikt – staniemy przed wyzwaniem, którego politycy nie rozumieją wcale. Nie rozumieją ani jego głębokości, ani też konsekwencji, które za sobą niesie. Co ważniejsze, dla jego rozwiązania trzeba nam będzie zupełnie innej kategorii polityków niż Brudzińscy czy Palikotowie, ale też innej niż sam Tusk, pomimo mojego podziwu dla siły jego spokoju. Wtedy, Tuska wreszcie nie będzie, ale z całą pewnością dzisiejsi sejmowi bohaterowie skryją się głęboko w mysich dziurach.


2 thoughts on “PRECZ Z TUSKIEM? A CO PO TUSKU?

  1. P.S. W sobotnio-niedzielnej Gazecie Wyborczej pojawił się wywiad z Donaldem Tuskiem. Zwykle rozmowy z politykami są nudne i prowadzone na koturnach. Wywiad jest bardzo dobry i tylko powierdza moja tezę, że mamy w Polsce męża stanu.
    Rafał Krawczyk

  2. Sorry..
    sadzę, iż tzw ktoś, znający Pana pracę pt. WIELKA PRZEMIANA – w osłupieniu przeciera oczy.
    Co ma tamta trzezwa, w i e l k a prognoza i recepta dla nowej, wolnej Polski – co ma wspólnego z powyzszym tekstem?
    W 99% NIC. ZERO wspólnej myśli.
    ps
    dla Wlk Ruskich: DFranciszekTusk, eto “nasz czełowiek v Bap..abe”
    Pogratulować Panu głębi oceny startegicznego interesu obywateli zajefajnej POpolszy.
    ps2
    Przypominam Panu,
    to com widział, w TV – u progu tejże “WIELKIEJ PRZEMIANY” : WALCZYŁ PAN O PRAWDZIWĄ POLSKĘ, wraz z np. Feliksem SIEMIENASEM
    ******************
    Na tym blogu – widzę zdradę tamtej postawy, tamtego przesłania.
    Współczuję.

    Jeśli comment sie ukaże, ewentualnych Czytelników zachęcam do refleksji nt.
    SYNDROM pps*) W POpolszy

    pps*: POST PIESIEWICZ SYNDROME

    Ukłony.
    / – / S t e i n b a c h

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *