BÓG POWIERZYŁ POLAKOM TYLKO HONOR, CZY TEŻ I GALICYJSKĄ NĘDZĘ?

Dwory

Wielkie święta sprzyjają przemyśleniom i głębszym spostrzeżeniom, kusząc przy tym do bardziej wnikliwego wejścia w charakter narodowy tych, którzy je celebrują. Czy wszyscy nasi rodacy celebrują jednak te same wartości, czy coś się może zmieniło? Polska przecież wydawała nam się „od zawsze” monolityczną jednością zamieszkałą przez patriotów gotowych w każdej chwili oddać życie za ojczyznę. Ta opinia uległa jednak zachwianiu, bo w miejsce tej uznawanej dotąd za jedną i monolityczną, ukazały się naszym oczom dwie zupełnie inne Polski. Czy narodziły się właśnie teraz, czy też może tkwiły w nas samych od wielu stuleci, tylko nie potrafiliśmy tego dostrzec? Obie są przy tym gotowe walczyć o coś zupełnie innego, w imię odmiennych ideałów i – w gruncie rzeczy – równie odmiennej Polski. Warto pamiętać, że w jej historii, przysłowiowy stał się zarówno honor przyjmujący oblicze jednostronnego patriotyzmu, jak też i galicyjska nędza symbolizowana okrucieństwami powstania Jakuba Szeli sprzed niemal dwustu lat? Warto wiedzieć, że za tę wywrotową działalność został jednak przez austriackie władze wynagrodzony niezłym mająteczkiem. Czyżby Szela nie był Polakiem, a przynajmniej patriotą? Jak to właściwie z tym jest i gdzie kończy się polskość, a zaczyna zdrada?

            Dostałem w prezencie pod choinkę dwa zbiory opowiadań czeskiego pisarza Jarosława Haszka znanego z autorstwa przygód dzielnego wojaka Szwejka. Wydawać się może, że odnosił się tam tylko do spraw czysto czeskich i skojarzeń z polskością powinno być w jego twórczości mało, ponieważ celem był nowy narodowy czytelnik, wypromowany przez wielką światową wojnę na obywatela niezależnej już od Austro-Węgier – Czechosłowacji. Pozostawione notatki z galicyjskiej podróży świadczą jednak o doskonałej orientacji autora w tamtejszych polskich realiach. To zresztą sam w sobie przypadek szczególny. Polacy znają historię własnego kraju głównie w jej szlacheckiej wersji – bohaterskich powstań niepodległościowych i bezskutecznych starań o to, by polscy chłopi stanęli z polską szlachtą ramię w ramię w walce o niepodległość wspólnego przecież kraju. Zwraca jednak uwagę to, że te – w jakimś sensie odwieczne starania – z reguły spełzały na niczym. Nasuwa się skojarzenie, że obecna i to całościowa wymiana ekipy rządzącej na zupełnie nową, ma być może z tym procesem jakiś związek. Przecież obie strony – podobnie jak kiedyś chłopi i szlachta – coś do siebie mówią, tyle, ze w praktyce wcale ze sobą nie rozmawiają, zupełnie się mijając w zrozumieniu wszystkiego. Niby język ten sam, lecz treści przekazu inne. Z tego punktu widzenia, warto zwrócić uwagę na sposób widzenia zagadnienia przez człowieka z zewnątrz, jakim był podróżujący po Galicji niedługo przed pierwszą wojną światową autor „Dzielnego wojaka Szwejka” – Jarosław Haszek. Uderza przy ty, że opowiada o wszystkim co napotkał na swojej drodze, ale nie ma tam ani jednej wizyty w szlacheckim dworze. Taka wizyta nie mogła się wtedyz zdarzyć przez wzgląd na społeczne obyczaje panujące na dawnych ziemiach polskich. Haszek nie był szlachcicem, tak, jak i pozostali Czesi, ponieważ ich własna szlachta zgermanizowała się tak dokładnie, że kraj nie posiadał już żadnej rodzimej tradycji ziemiańskiej, pozostała mu już tylko sama mieszczańska. Polska przeciwnie, cała jej historia i to co powszechnie uważa się w niej za wartościowe, krąży nie wokół miast, lecz szlacheckich dworków. Opowieści o życiu chłopów do dopiero koniec XIX wieku i jakby literatura innej kategorii – bardziej przyziemna, mniej uduchowiona i zupełnie inaczej czytana. A szanujący się polski szlachcic nie zaprosi do domu nieherbowego. To nie tyle nawet wstyd, ile rzecz bezprzemiotowa. Nie da się przecież nawiązać owocnego kontaktu jednego świata ze światem, zupełnie mu obcym. To wbrew prawom naszej kulturowej fizyki. A na kontakty mało owocne, czasu szkoda. Jak we wprowadzeniu do opowiadań Haszka zauważa Aleksander Kaczorowski: „nie można mieć pretensji do ruskiej czy litewskiej szlachty, że przed wiekami wybrała polskość, skoro dzięki temu mogła czerpać garściami z dorobku cywilizacyjnego Rzeczypospolitej. Nie można jednak również dziwić się, że przedstawiciele ukraińskich, litewskich – czy właśnie czeskich – elit politycznych wywodzący się na ogół z warstw pelebejskich i drobnomieszczańskich i reprezentujący większość tamtejszych populacji powiedzieli szlachcie: Precz!” Uderza w tym stwierdzeniu jedno, a mianowicie odmienność reakcji na to samo pośród własnych, polskich, chociaż już „prawie inteligenckich” elit, które wywodzą się z podobnie plebejskich i drobnomieszczańskich warstw. Ci, nie tylko nie powiedzieli inteligenckiej szlachcie „precz!”, lecz skierowali wzrok ku odwrotnej w gruncie rzeczy ścieżce, która wiązała się z poszukiwaniem dojść, a nie z minowaniem dróg do włączenia się w szlachecko-inteligencką tradycję. Zamiast ją zmieniać lub lekceważyć i tępić, siła ciążenia poszła w zupełnie inną stronę – aby za wszelką cenę „wykupić się z hańby chłopstwa i drobnomieszczaństwa”. Paradoks historii sprawił, że relatywnie wyjątkowo liczna polska szlachta nie stała się warstwą przez inne znienawidzoną. Przeciwnie, jej istnienie było wciąż pożądane, pod warunkiem wszakże, że odnajdzie się jakieś powinowactwa i wspólne korzenia, które doprowadzą do ujawnienia wspólnoty krwi z niegdysiejszym „narodem szlacheckim”. Tą drogą uformował się również i dzisiejszy podział klasowy – na dawnych „panów” i „chamów”, o czym jednak nikt – i to z żadnej strony konfliktu – nie powie uczciwie, głośno, jasno i wyraźnie. Dlaczego? Z tej oto przyczyny, że mechanizm pozostał ten sam i „chamy” nie pragną „panów” unicestwić, ale nimi się stać, lub przynajmniej móc się za nich jakoś przebrać.Szlachta

„Mego ojca gdzieś zadźgali, gdzieś zatłukli, spopychali; kijakami, motykami, krwawiącego przez lud gnali… Myśmy wszystko zapomnieli” – powiada Gospodarz w Weselu Wyspiańskiego, a Pan Młody dodaje: „myśmy wszystko zapomnieli: o tych mękach, nędzach, brudzie”. Jak zauważa autor komentarza w społeczeństwie sąsiednich Czech, „ten gest odrzucenia, odcięcia się od pasożytniczej warstwy był kamieniem milowym na drodze do odzyskania własnej podmiotowości przez „łyków” i „chamów”, „dorobkiewiczów” i „sklepikarzy” na drodze ich przemiany w nowożytny naród”. Dostrzega też pewną ciekawostkę językową. W polszczyźnie, słowa „badylarz, robol, cham – to wszystko popłuczyny szlachetczyzny z jej apologią nieróbstwa i folwarcznym stosunkiem do rzeczywistości. Folwarcznym – to znaczy wynikającym z przyjętej odruchowo perspektywy właściciela folwarku, choć tak naprawdę żadnego folwarku nie ma i dawno go nie było”.

Niemal portretowym dowodem na istnienie głębokiego konfliktu pomiędzy szlacheckim folwarkiem a miejscowym chłopstwem było galicyjskie powstanie Jakuba Szeli. To wydarzenie wyjątkowo krwawe, a sposoby zadawania śmierci właścicielom szlacheckich majątków stały się już legendarną częścią polsko-polskich rozliczeń i ważnym tematem literackim. Jakub Szela kierował w 1846 roku powstaniem chłopskim w okolicach Jasła, a także późniejszymi wystąpieniami chłopów przeciwko właścicielom ziemskim. Jego powstańcy szybko zapanowali nad okolicznymi terenami. Agresja była jednak skierowana tylko przeciwko właścicielom majątków ziemskich (dworków), i związanych z nimi urzędników zwanych „surdutowymi” lub „panami-Polakami”. Jej furia uderzyła we wszystkich niebędących „prawdziwymi chłopami” – oszczędzono jedynie urzędników cesarskich oraz Żydów. Po pacyfikacji powstania przez Austriaków, Szelę przesiedlono z okolic Tarnowa na granicząca z Rosją austriacką wtedy Bukowinę (dzisiejsza Rumunia), gdzie w nagrodę za antyszlachecką postawę otrzymał dostatnie siedemnastohektarowe gospodarstwo. Jego wystąpienia spowodowały echo w postaci wzburzenia wśród chłopów na przyległych terenach, zwłaszcza w sąsiednim Królestwie Polskim. Zmarł w zasiedlonym przez niemiecko-czeskich osadników Lichtenbergu na Bukowinie, pozostając w chłopskiej pamięci jako swego rodzaju lokalny bohater. Przyjrzyjmy się dobrze obecnej walce politycznej w kraju, a z pewnością dostrzeżemy podobieństwa samego mechanizm rewanżu za przeżyte kompleksy i tego, że najlepsza część polskiej literatury jest w gruncie rzeczy poświęcana wciąż temu samemu zagadnieniu, czyli wybicia się ponad kompleksy wobec sąsiadów. Co to wróży krajowi?

Struktura społeczna odziedziczona po Pierwszej Rzeczypospolitej była swoistym unikatem w skali całej Europy. Niekwestionowaną warstwą rządzącą byli wszyscy wolni obywatele obdarzeni wszystkimi prawami osobistymi, pod warunkiem wszakże, iż należeli do stanu szlacheckiego. To paradoks, że w niepodległej Polsce wzorcem postępowania stał się również taki rodzaj patrioty, którego myśli nie mogły oddalić się zanadto od tego dawnego ideału polskości. Ostatnie jej emanacje, czyli zarówno II jak i III Rzeczpospolita, od samego początku istnienia powoływały się na dziedzictwo największej i najsławniejszej z nich, czyli tej Pierwszej Rzeczypospolitej szlacheckiej. Umyka jednak uwadze fakt, że w tej ostatniej, sama narodowość i używany na codzień język, nie miały znaczenia. Na czym miałoby więc polegać jej podobieństwo do dzisiejszego państwa narodu polskiego, skoro w Tej Pierwszej, znaczenie miał wyłącznie formalny status związany z posiadaniem herbu i tylko takiemu „Polakowi”, choćby i tatarskiego pochodzenia, przysługiwały obywatelskie prawa, niezależnie nie tylko od upoziomu zamożności i wielkości dworu, dworku czy zwykłej chaty, ale nawet od używanego na codzień języka. Olga Tokarczuk w jej „Księgach Jakubowych” opisuje emocje członków żydowskiej sekty frankistów – zwolenników pochodzącego z osmańskiej Turcji Jakuba Franka. To opowieść raczej o społeczno-religijnym ruchu i spuściźnie, jaką po sobie pozostawił, aniżeli o nim samym, zmarłym w 1791 roku we Frankfurcie nad Menem. Z naszego punktu widzenia ważne jest jednak to, że trudno byłoby określić jego narodowość. Był z całą pewnością Żydem, ale był też i osmańskim Turkiem, a także polskim szlachcicem. Ilustruje to ówczesną rzeczywistość, że w czasach Pierwszej Najjaśniejszej wcale nie liczyła się narodowość, lecz społeczny status przypieczętowany herbem. Pozostali w Polsce frankiści, w liczbie około dwudziestu czterech tysięcy oczekiwali na przyjście obiecanego królestwa mesjańskiego, którego miejscem powstania miała być właśnie Polska. Po śmierci przywódcy, ruch osłabł i wtopił się w otoczenie. Z początkiem XIX wieku większość przyjęła katolicyzm, a zasada żenienia się wyłącznie między sobą była już konsekwentnie łamana około 1850 roku. Ten proces rozpoczęły rodziny, które przyjęły nazwiska swoich opiekunów – Wołowskich i Szymanowskich, zupełnie nowych Lanckorońskich i Lubomirskich. Sejm koronacyjny z 1764 roku nobilitował jeszcze grupę czterdziestu ośmiu „neofitów dystyngowańszych litewskich” (protegowanych magnaterii Wielkiego Księstwa) i dozwolił, by nowy król – Stanisław August Poniatowski dokonał nobilitacji dalszych dziesięciu według uznania. Warto pamiętać, że w trosce o swoją władzę nad sektą, ich przywódca – Jakub Frank usilnie odradzał, by wyznawcy przyjmowali dobrodziejstwa i zaszczyty, sam jednak polskie szlachectwo przyjął dając tym dowód jego praktycznej wartości. Nawiasem mówiąc, uwolnieni po pierwszym rozbiorze frankiści podejrzewani kiedyś przez władze Rzeczypospolitej o sekciarstwo i nieprawomyślność, udali się z samym Frankiem na Morawy, a później osiedlili się razem z nim w Offenbach nad Menem, nie ustawając w zdobywaniu wciąż nowych zwolenników do tego rodzaju asymilacji. To zresztą także i dowód na to, że ani narodowość, ani też wyznanie nie czyniły z mieszkańców Pierwszej Rzeczypospolitej obywateli. Dawał im to dopiero akt nobilitacji i wejści w grono szlachectwa.

Mickiewicz

Po dwustu pięćdziesięciu latach, wciąż mamy do czynienia ze swoistymi surogatami nobilitacji wybranych osób dokonywanej czy to przez media, czy świat artystyczny, czy też przez ogólnokrajowej rangi polityków. Wiele jednak wskazuje na to, że obecna kadencja Sejmu będzie pod tym względem ostatnią. We współczesnej Polsce, ludzie nie różnią się przecież między sobą ani używanym językiem, ani też narodowościowym zakresem polskości, różnią się jedynie przez samych siebie wyimaginowanym statusem społecznym. Wiele wskazuje na to, że sytuacja polityczna kraju jest właśnie tego dowodem. Nie mają już dzisiaj istotnego znaczenia faktyczne herbowe koligacje, wystarcza świadomość przynależności do „swoich”, czyli – albo do „panów” (chętnie), albo też do „chamów” (niechętnie), przy czym status tej swoistej herbowości jest przyznawany równie nieskoro, jak kiedyś prawdziwy szlachecki herb. Jednak, nawet jego wirtualny byt, rodzi tak głębokie spory, że aż prowadzące do ujawnienia gwałtownych fobii, których prawdziwa istota jest głęboko skrywana pod przykrywką rozmaitych politycznych deklaracji. Wygląda zresztą na to, że w swej istocie, tego meritum nie ma wcale, jest tylko nagi bunt. To wróży krajowi w przyszłości zarowno źle jak i dobrze. Źle, bo głębokie społeczne podziały kryją się tak naprawdę wcale nie w klasowo-warstwowej stratyfikacji społeczeństwa, lecz w umysłach i wyobraźni tych podziałów nosicieli. Ich uczestnicy rozpoznają się wzajemnie nie poprzez poziom literackości języka, czy stylu ubioru, ale przez wyrażanie odpowiedniego „poglądu na innych”, co też i stało się samą istotą polskiej „politycznej debaty”. Słowo „debata” warto opatrzyć cydzysłowiem z tej oto przyczyny, że żadnej debaty tam nie ma, a jej uczestnicy z reguły mają na sprawę z góry wyrobiony pogląd. Jest jednak w tym także zwiastun jakiegoś dobra, bo skoro rzecz rozgrywa się bardziej w sferze dość pustych ambicji, a nie głębokiej i prawdziwej różnicy interesów, nie grozi to zapewne jakimś gwałtownym wybuchem agresji, lecz przekształceniem jej w zwykłe, tyle, że emocjonalne gadanie.

            Ekonomiczno-społecznym punktem wyjścia dla zrozumienia podziałów cechujących nawet i dzisiejsze polskie społeczeństwo, jest echo niegdysiejszej instytucji folwarku, która zdominowała zarówno dzieje Pierwszej Rzeczypospolitej, jak też i znacznej części jej ziem objętych zaborami. Tłumacz Jarosława Haszka zwraca uwagę na to, o czym słuchamy niechętnie, że oto Galicja, czyli austriacka część porozbiorowej Polski, była jednocześnie jej najbiedniejszą, najgorzej rozwiniętą i najbardziej zacofaną prowincją. Przy niej, Tyrol i Wiedeń to już zupełnie nowoczesna Europa, ale sama Galicja, to wciąż tylko nędzne pogranicze z bliżej niesprecyzowaną innością, gdzie przysłowiowy diabeł mówi dobranoc. Rzecz w tym, że Galicja taką się stała, ponieważ przedtem była polska, a nie z tego powodu, że znalazła się pod obcym zaborem. Praprzyczyną tej sytuacji, a także i głębokich podziałów społecznych, był powstały kilkaset lat wcześniej, ale głęboko zakorzeniony w społecznej strukturze kraju i mentalności mieszkańców, dominujący w całym regionie typ wielkiego przedsiębiorstwa rolnego, zwanego folwarkiem. Pierwsze folwarki (słowo pochodzi od niemieckiego Vorwerk) pojawiły się w niemieckiej Rzeszy już w XII stuleciu, jako wielkie gospodarstwa rolne, a potem również i rolno-hodowlane, nastawione na masową produkcję przeznaczoną na zbyt przy wykorzystaniu taniej pracy bezbronnych chłopów. Tyle, ze do wykonywania pracy niewolniczej trzeba ludzi zmusić siłą. Inaczej się tego zrobić nie da i tak właśnie, w sposób otwarcie siłowy, musi działać otaczający ich system polityczny. Rzecz w tym, że wielkie struktury rolnicze najtrudniej też poddają się zmianom, o czym mogą świadczyć perturbacje w całej wschodniej części Europy towarzyszące tzw. reformom rolnym, ktore miałyby polegać na uwłaszczeniu chłopów i likwidacji folwarków. Zmiany własnościowe, raz utrwalone, należą do tych, które zmieniać najtrudniej, bo też i stoją za nimi najżywotniejsze interesy właścicieli oraz monstrualne struktury społeczne ze swoimi własnymi interesami, skrywające się za każdego rodzaju typem własności. Folwark doprowadził do głębokiego podziału na ludzi lepszych i gorszych, czyli wspomnianych wcześniej „panów” i „chamów”. W naturalny sposób zdążał ku niezmienności, instynktownie stając na przeszkodzie temu, co późniejsi socjaliści nazwali „postępem”.

Folwark

Jak powiedzieliśmy, wielkie gospodarstwo folwarczne posługiwało się darmową i przymusową pracą chłopa pańszczyźnianego, do czego musiała zostać przystosowana zarówno polityczna struktura państwa, jak i użuwane przez nią środki przymusu. W Polsce początkiem tego rodzaju prawodawstwa były statuty piotrkowskie z 1496 roku, nadające szlachcie szerokie przywileje i betonujące na całe stulecia społeczne struktury tak głęboko, że przekształciły się w rodzaj „braudelowskiego długiego trwania”. Jego echo, wcale sobie z tego nie zdając sprawy, odczuwamy do dzisiaj.

Wykształciły się dwa typy folwarków:

  • Jedne, nastawione na eksport zboża na ziemiach położonych wzdłuż spławnej Wisły i na Litwie;
  • Drugie, wyspecjalizowane w lokalnych rynkach produktów roślinnych i hodowlanych (Wielkopolska i Śląsk);

Kryzys tak uformowanej gospodarki pojawił się jednak w następstwie wielkich odkryć geograficznych, które doprowadziły do głębokiego spadku cen produktów rolnych. Tyle, że dla folwarków alternatywy już nie było, a społeczne struktury zbyt zastygłe. Na przełomie XVII i XVIII wieku doszło więc do głębokiego kryzysu gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej, lecz nie można go było żadnym sposobem przezwyciężyć ze względu na głęboko zapiekłe zaszłości. Pierwsza Najjaśniejsza Rzeczpospolita została tym samym skazana na śmierć przez samą siebie, z czym zresztą wielu Polaków nie może pogodzić się do dzisiaj karmiąc się jej romantyczną mitologią. Na prawdziwą zmianę, czyli ostateczną likwidację resztek gospodarki folwarcznej oraz ostateczne uwłaszczenie pracujących na pańskim chłopów, trzeba było czekać kolejne dwieście lat. Kraje położone w środku Europy, pomiędzy uprzemysławiającym się Zachodem a nastawioną na mocarstwowe zbrojenia Rosją, nie miały cienia szansy na przetrwanie. Paradoksalne, ale w Polsce, ostateczny kres gospodarce typu folwarcznego, położył dopiero dekret o reformie rolnej ogłoszony przez władze tworzącej się wtedy „Polski Ludowej” we wrześniu 1944 roku. Oznacza to jednak, że echo wydarzeń ma prawo wciąż trwać do dzisiaj, minęło przecież od tamtej pory zaledwie siedemdziesiąt lat, czyli niepełne trzy pokolenia. W kategoriach „długiego trwania” oznacza tylko mgnienie oka. Dzisiejsze podziały polityczne wydają się wciąż jeszcze tkwić w tych starodawnych podziałach mentalnych na tych, którzy mają prawo brać i takich, którzy muszą głównie dawać. Tego rodzaju sytuacja nigdy nie grzeszy trwałością, a polityczne przełomy stają się jej zwyczajnością. Wiele wskazuje jednak na to, że proces ostatecznego wyrównywania szans i możliwości Polaków rozmaitych kategorii wszedł właśnie w ostatnią fazę. Im szybciej dobiegnie końca, tym lepiej dla wszystkich. Niechże więc biegnie i się nie zatrzymuje…


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *