KONIEC MULTIKULTI, CZYLI OD GETTA DO POLITYCZNEJ POPRAWNOŚCI

Mahomet            Formuła wygłoszona przez Mahometa w kwestii relacji między płciami symbolizuje granice obszarów wzajemnej tolerancji ludzi, jak też i pojawianie się barier dla rozwijania się tak popieranej przez zachodnie rządy idei wielokulturowości. Miała ona doprowadzić do tego, że wszyscy ludzie na świecie, niezależnie od cywilizacyjnego modelu ich społeczeństw będą jednakowi we wszystkim i jedyne co im by pozostało, to przyjaźnić się wzajemnie. Tyle, że wydarzenia ostatnich lat nie tylko podważają tę nadzieję, ale więcej – dowodzą o jej nieracjonalności. Przeszkodą dla widzenia świata we właściwych proporcjach stało się powszechnie stosowane pojęcie politycznej poprawności zwane w skrócie multikulti. Skąd się wzięło i jaka jest jego myśl przewodnia? Czy idzie o to, aby tylko być towarzysko grzecznym i nie urażać nikogo, kto jest odmienny, lecz pragnie uchodzić za takiego samego? To nawet eleganckie, ale jaka jest tego społeczna cena i czy warto ją płacić? Teoretycznie, zamierzeniem ustanowienia politycznej poprawności jako kanonu dobrego zachowania było obniżenie poziomu uprzedzeń prowadzących do dyskryminacji mniejszościowych grup społecznych w przestrzeni otaczającej ich większości. Nakaz używania zwrotów neutralnych i niejednoznacznych w miejsce ostrych i treściwych miał być motywowany chęcią uniknięcia swego rodzaju protekcjonalności i nierespektowania godności osób, do których się odnoszą. Poprawność polityczna opierała się więc na założeniu, że stosowanie języka trafiającego w sedno sprawy może przyczynić się do zwiększenia poziomu uprzedzeń oraz wyrządzić krzywdę tym, o których akurat wyraża się opinię. Nie jest ona przy tym ani czymś skodyfikowanym, ani żadnym spójnym zbiorem zasad, lecz tylko zjawiskiem społecznym, pojawiającym się w dyskursie publicznym i wspieranym przez opinie najbardziej wpływowych środowisk. Godzi się jednak zadać pytanie o to, w imię czego to się dzieje i czy ktoś liczy społeczne koszty tego obyczaju? W praktyce, oznacza on przecież, że główną instytucją mającą faktyczne uprawnienia do narzucania treści nieostro zdefiniowanej poprawności stają się media. Te zaś są w większości prywatne, a więc i jakoś zainteresowane w materii samej sprawy. Inaczej mówiąc, idea politycznej poprawności nie ma wiele wspólnego z obiektywnością, a skoro tak, to nie ma też i prawa do aspirowania do roli obiektywnego źródła ocen dziejących się wydarzeń. Poza wszystkim, każda zasada, jeśli ma obowiązywać powszechnie, zaciera prawdziwy obraz rzeczywistości, co jest szególnie groźne w czasach niepokoju, w których przyszło nam żyć. Kanony poprawności wprowadzane są przez jej zwolenników do dyskursu publicznego również i w postaci norm obyczajowych. Zjawisko spotyka się jednak z negatywnym odbiorem tych środowisk, które postrzegają je jako zakaz krytyki wybranych grup społecznych ze zwzględu na pochodzenie narodowościowe, historię, wkład kulturowy, czy też wpływy polityczne. W polskich realiach dotyczy to w szczególności krytyki Niemców jako nacji „od zawsze” wrogiej Polsce i Polakom, a także uznawania Żydów za naród mentalnie obcy i w gruncie rzeczy nieprzyjazny zachodniej cywilizacji. Dzisiaj, do tej przestrzeni dołącza kwestia islamskiej imigracji i oceny jej następstw oraz, co ważniejsze, również i przyszłości muzułmanów w ich relacjach z resztą świata.

Krytycy idei poprawności politycznej uznają również, iż zbyt “delikatne” postępowanie wobec mniejszości pogłębia tylko niechęć ze strony reszty społeczeństwa, która może uznawać, że mniejszościom przysługują nienależne priorytety i nieuzasadnione przywileje. Niektóre osoby, szczególnie te o poglądach konserwatywnych, porównują poprawność polityczną do rodzaju nowomowy nie zawierającej żadnej istotnej treści, lecz będącej rezultatem rzeczywistego konfliktu interesów. Problem istnieje i jest z całą pewnością wart analizy.

W swym pierwotnym zamierzeniu, poprawność polityczna miała polegać na unikaniu w dyskursie publicznym stosowania obraźliwych słów i zwrotów oraz zastępowaniu ich wyrażeniami bardziej neutralnymi. Obejmuje również samoograniczanie w posługiwaniu się symbolami i określeniami, które potencjalnie mogłyby naruszać uczucia niektórych grup społecznych. Celem tego podejścia była obawa, że używanie zwrotów bardziej neutralnych może być także motywowane chęcią uniknięcia wrażenia protekcjonalności i nierespektowania godności osób, do których odnoszą się pejoratywne określenia. Inaczej mówiąc, interesować miałaby nas tylko i wyłącznie prawda, pod warunkiem wszakże, że jest miła i łagodna, a niekoniecznie w swej istocie prawdziwa.

Kanony poprawności politycznej wprowadzane są przez jej zwolenników jako swoista norma obyczajowa. Zjawisko spotyka się z negatywnym odbiorem środowisk konserwatywnych postrzegających je jako zakaz krytyki wynikający z odmienności, mających źródło w pochodzeniu, historii, kultury lub zachowaniu. W polskich realiach dotyczy to w szczególności krytyki Niemców lub Żydów. Dziejące się wydarzenia poszerzają zagadnienie o coraz mniej kontrolowany proces napływu muzułmanów z Bliskiego Wschodu.  Poprawność polityczna jest więc przez jej krytyków nie bez pewnych racji określana mianem cenzury lub neocenzury.

W tradycji naukowej pomijającej polityczne obyczaje, sama wielokulturowość, to idea i model społeczny, według którego społeczeństwo powinno uczyć się tolerancji wobec grup o różnym pochodzeniu i wyznających sprzeczne systemy normatywne, które określają metody kontroli społecznej i sposoby oceniania postępowania jednostki oraz osób ją otaczających. Termin ten został zapożyczony z zachodniej socjologii. W tym rozumieniu, społecznościami wielonarodowymi są amerykańska i kanadyjska, w Europie zaś można zaobserwować od II połowy XX wieku procesy tworzenia się wielokulturowości w takich społeczeństwach jak brytyjskie, francuskie czy niemieckie w następstwie imigracji mieszkańców dawnych kolonii. Większość krajów europejskich, jak dotąd pozostawała monolityczna (właśnie z wyłączeniem ich kolonii), nie licząc państw federacyjnych takich jak np. Austro-Węgry. Dzisiejsza Polska jest na tym tle krajem stosunkowo jednolitym.

            Wielokulturowość była rozumiana dotąd jako element społecznej struktury, która powinna prowadzić do zachowania politycznej poprawności. Oznaczała bowiem społeczną barierę dla dyskryminacji jednych obywateli przez drugich z tytułu pochodzenia narodowościowego lub odmienności religijnych. Samo pojęcie i jego upowszechnienie okazało się jednak swoistą pułapką, ponieważ zawierało milczące przekonanie o tym, że wszystkie kultury są pod względem ich treści etycznej jednakowe, a wobec siebie wzajemnie neutralne. Nagła inwazja mahometan na Europę powoduje jednak, że jej mieszkańcy zaczynają o sprawie myśleć, a nie tylko zjawisko tolerować. Zaczyna też im się słusznie wydawać, że islam nakazuje zupełnie inny rodzaj postępowania, niż wszystkie te, które dotąd znali. „Lepiej późno niż wcale” – powiada ludowe powiedzenie, lecz rodzi się pytanie, czy to jednak już nie za późno. Ile milionów przybyszy sprawi, że sytuacja stanie się nie do rozwiązania, a sama Europa stanie się pierwszą ofiarą swej własnej niemożności i niewiedzy, eufemistycznie określanych mianem tolerancji? Czy przypadkiem w jej historii nie przeżywaliśmy już podobnego okresu, które przekształciło się w paneuropejską kastastrofę? Europejskie elity starają się jednak z udawanym spokojem mówić o przybyciu w tym roku nie mniej niż miliona wyznawców islamu, a Angela Merkel w nagrodę za swoją „otwartość i kulturową tolerancję” została Człowiekiem Roku amerykańskiego New York Times’a. Jednak wyborcza wygrana Marii Le Pen we francuskich woborach samorządowych uruchomi zapewne pośród mieszkańców kontynentu jakąś refleksję i podrażni przyrodzony ludziom instynkt samozachowawczy. Le Pen i jej partia nie wygrali dlatego, że mają atrakcyjny program ekonomiczny, lecz z tej przyczyny, że wyszli naprzeciw narastającym w Europie obawom co do jej przyszłości oraz poczucia bezpieczeństwa samych mieszkańców.

            Przychodzi na myśl, że Europa podobny problem przerabiała już kiedyś w swoich dziejach i powinna skorzystać z historycznych doświadczeń. Nasuwa się też refleksja o pewnych historycznych podobieństwach z jej sytuacją dzisiejszą. Idzie o dzieje europejskich Żydów rozpoczęte wielkimi sukcesami tej nacji w przestrzeni ekspansywności jej kultury, by zakończyć się jednak tragedią Holokaustu. Czy sam początek procesu prowadzącego do ostatecznej zagłady nie był w istocie swej treści podobny do antymuzułmańskich nastrojów, które zapanowały dzisiaj w następstwie fali ich osadnictwa na naszym kontynencie? Czy palenie meczetów można jakoś powiązać z niegdysiejszym paleniem synagog? Zanim sformułujemy konkluzję, prześledźmy najpierw dzieje europejskich Żydów, kiedyś kulturowo Europejczykom równie dalekich, jak ma to dzisiaj miejsce z muzułmanami. Zamieszkałe przez nich dzielnice wielu miast mają wszelkie cechy niegdysiejszego getta, prowadząc do domniemania, że mechanizm narastania kulturowej niechęci ma pewne cechy podobieństwa. Istnieje jednak ważna różnica. Żydzi zasiedlali Europę po opuszczeniu ich pierwotnej palestyńskiej siedziby i w związku z tym nie bardzo mieli gdzie się podziać, natomiast przesiedlający się muzułmanie pozostawiają za sobą ogromne obszary stuprocentowo muzułmańskie oraz liczbę półtora miliarda współwyznawców. Problem jednak nie w samych tylko proporcjach liczbowych, lecz w podobnym w obu wypadkach poziomie odrębności kulturowej prowadzącej do budowania murów pomiędzy ludnością napływową a miejscową. Murów tak wysokich, że z czasem prowadzących do zbrodni. Zbrodni innego rodzaju, bo przecież napływające do Europy wyznawcy judaizmu byli z reguły pokojową mniejszością religijną nastawioną na handel i bogacenie się, a nie na zbrojne konflikty. Nastawienie muzułmanów jest w tej kwestii nie tylko inne, lecz wręcz przeciwne. Agresywność tego świata jest rodzajem kulturowego wyróżnika jako powszechnie aprobowanej tam postawy społecznej. Przekonanie o tym, że po śmierci w walce z innością, czeka wyznawcę miejsce w Raju, tę agresywność tylko kumuluje. To jednak, co łączy nigdysiejsze migracje Żydów z mahometańską współczesnością, to fakt, że ten mur niechęci ze strony miejscowej ludności miał w obu przypadkach ten sam podkład mentalny w postaci podobnej głębi odmienności kulturowej. Rzecz nie sprowadza się tylko do kanonów wyznawanej religii. Średniowieczna Europa, pomimo rodzącego się antysemityzmu, uległa kiedyś urokom judaizmu w tak wielkim stopniu, że odszczepiający się od katolicyzmu protestantyzm wyprowadził z niego własny pogląd na świat. Niektórzy twierdzili nawet, że sam jest niczym innym, jak tylko „zjudaizowanym chrześcijaństwem”. Jeśli dzisiejszy islam nie porywa tak Europejczyków, jak czynił to kiedyś średniowieczny judaizm, to raczej z tej przyczyny, że reprezentują go dzisiaj warstwy najbiedniejsze, podczas gdy średniowieczni Żydzi byli symbolem nie tyle odrębności w biedzie, lecz przeciwnie – bogactwa wyrastającego z bankowości i brzęczącej monety. Jednak, wbrew powszechnej opinii, to wcale nie antysemici wymyślili getto, a sam pomysł wynikał z chęci utrzymania odrębności kulturowej w obcym środowisku. Ten sam element króluje dzisiaj w krajobrazie muzułmańskich dzielnic europejskich miast.

Początkiem getta była dzielnica miasta, której prawnymi rezydentami byli w większości Żydzi. Poźniej, gettem zaczęto nazywać wszystkie miejsca zamieszkałe przez spójne grupy żydowskiej ludności. Ich mechanizm powstawania był też rezultatem niskiego poziomu tolerancji dla tego rodzaju odmienności ze strony chrześcijańskich sąsiadów, jak również i braku chęci samych Żydów do asymilacji oraz dążenia do podtrzymania swojej tożsamości i zachowania kulturowej wyjątkowości. Pierwsze getto powstało na weneckiej wyspie Ghetto Nuovo w 1516 roku. W roku 1541 podobne osiedle pojawiło się na wyspie Ghetto Vecchio, a nazwa własna zaczęła być powszechnie stosowana jako nazwa rodzajowa. Papież Paweł IV w 1555 roku zarządził utworzenie getta rzymskiego, które założono na bagnistym terenie Zatybrza. Od XV wieku miał miejsce dynamiczny wzrost liczebności gett, a największe jakie powstały, to te w Pradze, Frankfurcie, Trieście i Rzymie. Spójność pojawiania się gett wskazuje na silną chęć żydowskiej diaspory do podtrzymania tożsamości i odrębności w obcym kulturowo środowisku. Było to jednak możliwe tylko dlatego, że istotą zamkniętych murów getta stała się możliwość stosowania religijnego prawa rabinicznego trwale izolującego jego mieszkańców od Europejczyków. Jest charakterystyczne, że inne mniejszości religijne nie posiadające własnego systemu prawa, podobnie trwałych gett nie tworzyły. Nie powstawały one również na obszarze I Rzeczypospolitej pomimo tego, że zamieszkiwała ją relatywnie największa liczba europejskich Żydów, Ormian i Tatarów. Było tak dlatego, że wyznawcy judaizmu mieli tam ustawowo i zwyczajowo zagwarantowaną możliwość rozstrzygania sporów wedle własnego prawa bez konieczności wyodrębniania miejsc osadnictwa. Prawo Rzeczypospolitej pojawiało się dopiero w sporach wykraczających poza granice tożsamości religijnej. W Polsce, do utrzymania tej tożsamości i kultywowania rabinicznego prawa, Żydzi nie musieli zamykać się w gettach.

Wypedzenie            System europejskich gett uległ jednak likwidacji po Rewolucji Francuskiej, co rozpoczęło postępujący proces europeizacji i asymilacji Żydów w zachodniej części Europy. W jej wschodniej części procesy asymilacyjne były jednak tak powolne, że losy dzieci Abrahama potoczyły się inaczej, kończąc się niemiecką próbą „ostatecznego rozwiązania”. Jedno w tym miejscu trzeba jednak podkreślić. Niezależnie od moralnej oceny tej zbrodni, istotą tego zjawiska i pierwotną przyczyną dramatu była nie tylko naganna rasowa niechęć przechodzącą w nienawiść, ale przede wszystkim kulturowa odmienność prowadząca do zróżnicowania tak głębokiego, że utrudniającego lub uniemożliwiającego asymilację.

Europejskie elity czerpiące doświadczenie z XX-wiecznej historii regionu, a w szczególności ze zbrodni II wojny światowej poszły więc w zupełnie inną stronę uznając, że wszyscy ludzie są tacy sami, a ich tożsamość kulturowa nie ma znaczenia. We Francji nie tylko nie wolno z tej wpisywać w dowodzie tożsamości narodowości, czy też wyznania jego posiadacza, ale również uznane jest za bezprawne prowadzenie jakichkolwiek badań w tym zakresie. W rezultacie, władze kraju nie wiedzą ilu muzułmanów zamieszkuje kraj oraz ilu z nich jest zdeklarowanymi wrogami tego kraju ze względu na różnice kulturowe.  Dzisiaj okazuje się jednak, że oparcie diagnozy na zbyt małej wiedzy o mechanizmie powstawania głębokich konfliktów prowadzi do ich pogłębiania, nie zaś łagodzenia w nadziei na międzykulturowe porozumienie. Taka sytuacja powstaje jednak zawsze wtedy, gdy tego rodzaju różnice daleko wykraczają poza religijne dogmaty i obyczaje codzienności.

 Koncepcyjnym tłem dla żądania zgody na imigrację muzułmanów do Polski, kraju nie mającego z tą tradycją zbyt wiele doświadczenia, jest proponowana przez zachodnich polityków idea wielokulturowości. Zastanawiające, że w granicach samego islamu idea nie ma żadnego uznania, bo też jego „treścią założycielską” nie jest tolerancja, ale przeciwnie – jej brak w stosunku do wszystkiego, co nie nie może być uznane za muzułmańskie i co uznaje się natychmiast za wyklęte jako wymysł diabła. W tym kontekście, zagadkowe staje się to, że przez wiele dekad w Europie dominowała myśl o słuszności zasady wielokulturowości znana pod skrótem multiculti. Znamienne również, że nie była i nie jest ona uznawana za obowiązującą w wielokulturowych Stanach Zjednoczonych. Tam, zamiast manifestowania odmienności, za standard uznaje się wtapianie się mniejszości w amerykańskość i do dzisiaj nie ma w tym kraju problemu z powstawaniem muzułmańskich, czy jakichkolwiek innych gett kulturowych. Nawet chinatowns, to bardziej turystyczna ornamentyka, niż wyizolowane dzielnice o odrębnym stylu życia.

            Rzecz w tym, że idea multiculti była od czasów jej narodzin nie tylko czymś wymyślonym przez środowiska hołdujące politycznej poprawności, ale – tak jak i sama zasada poprawności – czymś niemożliwym do zrealizowania w realnym świecie znajdującym się w obszarze poza gazetowymi dysputami. Być może, przyszłość odmieni ludzkie odruchy na tyle, że multiculti stanie się kiedyś codziennością, ale póki co, jest czymś nie tylko kontrowersyjnym, ale wręcz niezgodnym ze sposobem widzenia własnego otoczenia  przez ludzi dzisiaj żyjących. Swoistą karą za tak rozumianą propagandę wielokulturowości są coraz częstsze ataki muzułmanów na obyczaje niemuzułmańskie. Mieszczą się w logice szczególnego pojęcia „muzułmańskiej słuszności”, ale tylko formalnie, ponieważ w samej swej treści są zaprzeczeniem tego, co grecko-rzymska tradycja uznaje za drogę dochodzenia do tej słuszności. Nie należy mylić z tą zasadą późniejszego tworu „politycznej poprawności”. W pozornie szlachetnym zamierzeniu, poprawność polityczna w jej codzienności miałaby polegać na unikaniu obraźliwych słów i zwrotów oraz zastępowaniu ich wyrażeniami bardziej neutralnymi. Obejmuje to również samoograniczenie w posługiwaniu się symbolami i określeniami, które potencjalnie mogłyby naruszać uczucia niektórych grup społecznych. Zaraz, niektórych, to znaczy, których? Błędne koło będące następstwem  stosowania nielogicznego pojęcia wynika też z tego, kogo mianowicie brak poprawności miałby obrażać. Zresztą, sama historia Europy zaprzecza istnieniu poprawności w relacji do zjawiska wielokulturowości. Polska jest tego doskonałym przykładem, skoro w jej tradycji miał miejsce epizod, kiedy to słowiańska Wanda nie zechciała Niemca, co stało się też kanonem nauczania polskich dzieci o odrębnych początkach ich własnej historii. Czyżby dla dziś akceptowanej politycznej poprawności należałoby ten incydent wykreślić z podręczników historii, a cytowana tam Wanda powinna teraz Niemca zapragnąć całą duszą?

Oblicza poprawnosci politycznejIdei akceptacji wielokulturowości przyświecały szlachetne cele w postaci otworzenia ramion tolerancji dla napływajacych imigrantów. W praktyce, stała się jednak ideologią, nie zaś działalnością opartą na racjonalnych założeniach. Więcej, tego rodzaju podejście uniemożliwiło naukowe badanie zagadnienia pod kątem rezultatów do jakich prowadzi. Innymi słowy, szlachetne w swych zamiarach multiculti, w rzeczywistości stało się jednym z przyczyn narastającego głębokiego podziału na wzajemnie nie przystające elementy, które – nie badane i nie kontrolowane – przekształcają się w rodzaj instynktownej walki na śmierć i życie. Zamiast wielokulturowości mamy więc do czynienia z gwałtownym nawrotem nacjonalizmów i pogłębiających się kulturowych fobii. A przecież sprawa jest znana i naukowo od dawna wyjaśniona. Przełomem była huntingtonowa teza o zderzaniu się cywilizacji. Zderzaniu się, a nie pokojowym współżyciu, o którym tak kiedyś marzył Francis Fukuyama, a dzisiaj w jego najnowszych książkach nie znajdzie się o tym nawet wzmianki. Idea wielokulturowości w postaci „końca historii” poniosła klęskę w relacjach wewnątrzkrajowych, ma jednak wciąż szansę na poszerzanie się w skali światowej pod warunkiem wszakże zrozumienia istoty problemu. By to osiągnąć, świat musi jednak rozwiązać najpierw dwie kwestiie stojące na przeszkodzie: głęboko osadzone antyzachodnie atawizmy muzułmanów i równie antyzachodni kompleks niższości odczuwany przez Rosjan. Być może potem, wszystko już pójdzie gładko. Tylko, kiedy to „potem” miałoby się wydarzyć?


One thought on “KONIEC MULTIKULTI, CZYLI OD GETTA DO POLITYCZNEJ POPRAWNOŚCI

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *