TO JUŻ III WOJNA ŚWIATOWA, CZY TYLKO POCZĄTEK KATASTROFY?

 Posiadlosci Kajzera           Ludzkość ma poczucie, że wokół dzieje się coś nowego i przy tym niezwykle niebezpiecznego. Zdarzyło się nam oto żyć w czasach przełomowych, kiedy prawdziwym motorem świata nie jest już sama polityka, lecz głęboko wrodzona mu konkurencja kulturowa, w której jednostka i jej polityczna reprezentacja jest tylko narzędziem wielkich procesów społecznych, nie będąc ich podmiotem. Ta konkurencja może w pewnych warunkach przerodzić się w taki rodzaj wojowania, z jakim świat nie miał dotąd do czynienia. Odmienność wielkich kultur sprowadza się bowiem do tego, że powstałe twory różnią się między sobą nie tylko treścią i sposobem w jakim żyją mieszkańcy, lecz również umiejętnością (lub jej brakiem) współistnienia z innymi. Rzecz nie polega na tym, że w imię religii, czy też ideologii, jedni wojują z drugimi. Sprawa ma wyższy i bardziej obiektywny wymiar, a jej podmiotem wcale nie jest jednostka ludzka jako tej wojny narzędzie. To przy tym szczególny rodzaj wojny, będącej w swej istocie głębokim zderzeniem między wielkimi kulturami ludzi, a nie tylko tradycyjnym starciem zbrojnym. Może obfitować w dramatyczne rezultaty nawet wtedy, gdy dotyczy jedynie części ziemskiego globu, a nie jego całości.

            Spoglądając na rzecz z oddali, czyli z perspektywy minionych dziesięcioleci, obie wojny światowe – zarówno ta pierwsza (1914-1918), jak i druga (1939-1945) – były wydarzeniami dotyczącymi narodowych ambicji wewnątrz kulturowej wspólnoty Zachodu, o których można bez ryzyka błędu powiedzieć, że nie miały trwałych następstw kulturowych i to dla wszystkich stron konfliktu. Dwie pierwsze wywołali Niemcy w następstwie narodowej frustracji bo też ich przywódcy doszli do wniosku, że ze względu na proces zjednoczeniowy „spóźnili się na podział świata”. Przed pierwszą wojną światową mieli w swych rękach – w przeciwieństwie do olbrzymich imperiów kolonialnych Anglii, Francji, czy Rosji – jedynie nieduże i dość biedne posiadłości w Afryce (dzisiejsza Namibia, Afryka Wschodnia oraz Kamerun), a w Azji zaledwie fragment równie niebogatej Nowej Gwinei i pobliskich wysp. W wyniku pierwszej wojny światowej utracili te tereny i przed drugą nie mieli już nic. Zapragnęli więc niewolniczego imperium we wschodniej części Europy. W obu tych wojnach, Niemcom przyświecał jednak klarowny cel, a był nim ambitny, lecz w praktyce niewykonalny zamiar panowania nad resztą świata. Skończyło się tym, że nie tylko ponieśli olbrzymie straty materialne nie uzyskując w zamian żadnych posiadłości, to jeszcze ich europejskie granice skurczyły się o połowę. Są jednak wciąż największym na naszym kontynencie mocarstwem gospodarczym. Jaką by ich kraj miał dziś pozycję, gdyby obie światowe wojny się nie wydarzyły? W wyniku obydwu konfliktów, zabitych zostało prawie piętnaście milionów Niemców i ponad połowa zmobilizowanych do armii. Konsekwentnemu i świadomemu wytępieniu uległa przy okazji niemal cała społeczność europejskich Żydów. Jaki był sens tych wojen i jaki był rachunek spodziewanych korzyści? Odpowiedź brzmi – żaden! – albowiem wielkimi procesami kulturowymi nie rządzi zwyczajna racjonalność, ani też sama tylko wola ludzi. Dostrzegany z perspektywy czasu brak wyraźnego sensu obu wojen, wcale nie przeszkodził ich wybuchowi, albowiem przed wydarzeniami, ci, którzy podejmują decyzje, dysponują bardziej osobistym i optymistycznym doborem danych, w których ważnym elementem jest nacjonalistyczny entuzjazm. Cechuje ich też równie optymistyczny rozkład emocji. Przewidywania ex ante prowadzą do nieostrego widzenia rzeczywistości, w którym dominuje to, co ludzie widzieć pragną, nie zaś prawdziwy obraz otoczenia i kierunku, w którym wydarzenia zmierzają. Dopiero po fakcie staje się wiadomym, że poświęcenie potu i krwi milionów ludzi nie miało większego sensu, albo też miało jakieś ukryte znaczenie, które jesteśmy w stanie zrozumieć dopiero po odejściu wojennego pokolenia.

Wojna cywilizacji, podlega zupełnie innemu mechanizmowi niż „zwyczajne” wojny narodów. Dzisiaj, Zachód zbrojny w doświadczenie, wcale nie kwapi się do uczestniczenia w jakiejś kolejnej awanturze, ale też i w dalszym ciągu nie jest dla nas zrozumiały mechanizm postępowania społeczeństw, prowadzący je do samobójczych działań na wielką skalę. Dzisiejsza Rosja, czy też świat islamu żyją z pozoru w tym samym, co i my świecie, są jednak na tak dalece innym poziomie społecznej wyobraźni, że wybuchu wielkiego starcia z nimi wykluczyć się nie da. Jakie są więc powody tego, że dzieje się coś, co z racjonalnego punktu widzenia jest nonsensem, jednak w skutkach okazuje się wydarzeniem nieuniknionym?

Nawet zawodowi futurolodzy z amerykańskiego ośrodka badawczego Stratfo nie ośmielają się wybiegać naprzód dalej, niż tylko o dekadę, ale wątpliwości, co do trafności przewidywań są i tak poważne. Opisywaliśmy to zagadnienie w tekście zatytułowanym Cztery Europy i jedna Polska. Czy czeka nas zupełnie inny świat? (18/06/2015). Pozostaje pytanie, jak będzie wyglądał nasz świat za pięćdziesiąt i sto lat, a nie tylko za dziesięć? Mamy już historyczne doświadczenie, które podpowiada, że z całą pewnością będzie on zapewne inny, niż obraz który jesteśmy w stanie wytworzyć sobie dzisiaj. Dodajmy, że dwoiście postrzegamy też świat, w którym sami żyjemy, a owa dwoistość widzenia uzależniona jest również od poziomu odczuwanego bezpieczeństwa.

Wizerunek ZachoduSamuel Howzitz sporządził wizerunek miasta przyszłości, który w konfrontacji ze znaną nam rzeczywistością aż prosi się o komentarz. Dla dzisiejszych mieszkańców globu to nie tylko wizja wirtualna, ale też i tak odległa od problemów dnia codziennego, że zupełnie abstrakcyjna. Ilustruje jednak to, czego mieszkańcy globu nie rozumieją. Więcej, nie pojmują tego również ich współcześni przywódcy, ale wiedzeni wygodą wykorzystywania słabszych i głupszych nawet nie usiłują tej sytuacji zmienić, lecz tylko ją utrwalić. To żadna nowina. Od początków dziejów ludzkości, kiedy tylko ukształtowały się jej przywódcze elity, z reguły przestawały być zainteresowane dalszą zmianą oczekując utrwalenia istniejącej struktury korzyści. To odwieczna przyczyna wielkich rewolucji i społecznych przełomów. Ludzie nie wymyślili innego sposobu na dokonywanie zmian, jak tylko obalanie starego porządku i budowanie na jego gruzach nowego. Nie pomaga im też nauka. Oto Michał Kleiber, prezes Polskiej Akademii Nauk, czyli najwyżej usytuowany w profesorskiej hierarchii Polak, doszedł ostatnio do mało odkrywczej konkluzji, że oto “przyszłości w pełni nie da się przewidzieć”. Można ją uznać zarówno za ponadczasową mądrość, jak i za sformułowanie jak najbardziej trywialne. Usprawiedliwieniem jest to, że skoro autor sentencji jest z profesorskiej specjalności technikiem mechanikiem, to jaka jest merytoryczna podstawa wypowiadania się w kwestii wielkich społecznych i globalnych zarazem procesów? To zresztą tylko jeden z przykładów, kiedy ludzie żyjący tu i teraz nie mają podstaw by uznać, że w jakikolwiek sposób wiedzą jakiego spodziewać się kształtu przyszłości. Politycy działają w oparciu o aktualną wiedzę, a to, że nie mają pojęcia o przyszłości nie wpływa na ocenę ich dzisiejszej postawy, ani też na charyzmę jaka ich otacza.

Stan aktualny jest z zasady uznawany za niedostatecznie satysfakcjonujący. Bogaci uważają, że ich podatki są marnowane, biedni, że są eksploatowani. Te dwa punkty widzenia są nie do uzgodnienia, ponieważ daleko i trwale rozbiegają się punkty widzenia. Demokracja to system, który powstał również w tym celu, aby te dysproporcje łagodzić. Łagodzić, ale nie likwidować, albowiem ulegają powolnym przekształceniom w ramach długotrwałych procesów. Niektóre zjawiska wydają się zresztą istnieć „od zawsze”, co nie zwiększa optymizmu mieszkańców globu. W tej swoistej bezradności wobec własnej historii, wielu ratuje się wiarą w przepowiednie i wielbi, na przykład, Nostradamusa za uroki jego tajemniczości. Ten astrolog, matematyk i okultysta, doradca francuskiej królowej Katarzyny Medycejskiej, urodził się ponad pięćset lat temu – 14 grudnia 1503 roku w Prowansji i zmarł w 63 lata później. Do dzisiaj, jego przepowiednie fascynują Europejczyków, chociaż były tworzone w tak tajemniczym i logicznie niespójnym języku, że można wyciągać z nich najprzeróżniejsze wnioski. Niezależnie od tego, czy się w nie wierzy, czy też je lekceważy, to sposób myślenia autora łączy z faktycznymi wydarzeniami to, że jedne i drugie pozbawione są zwyczajnej i powszechnie zrozumiałej logiki.

NostradamusWedle wierzących w przepowiednie, na mapie regionu przypisywanej Nostradamusowi, pola oznaczone na czarno, to tereny, które miałyby w XXI wieku stać się jednoznacznie muzułmańskie. W podobny sposób oznaczają je aktualni przywódcy państwa islamskiego. Mahdi, przyszły wódz świata islamu połączyć ma w jedno zwalczające się obozy sunnitów i szyitów, po czym runie na Europę. Pod jego sztandarami mają znaleźć się wielomilionowe armie, w których będą zarówno sunnici i szyici. Jest jednak coś, co mapę wieszcza podważa. To rzadko przez wielbicieli rozpoznawany fakt, że przedstawia ona jedynie świat islamu z przełomu XV i XVI wieku, czyli znany z czasów młodości proroka przyszłości. Z tej perspektywy, to bardziej stwierdzenie faktu, niż rzeczywista przepowiednia. Od tego czasu, islam z Europy znacznie się cofnął – do Afryki i na Bliski Wschód, utracił Hiszpanię, Bałkany oraz Indie. Nie ma żadnych podstaw, by mapę odczytać w inny sposób, jak tylko w ramach analizy ówczesnych wydarzeń, a już w żadnym wypadku jako przepowiednię tego, że tak pokaźna część Europy zostanie wyrwana z rąk cywilizacji zachodniej i powróci pod panowanie muzułmanów.

Wedle definicji klasycznej, logika, to nauka o sposobach jasnego i ścisłego formułowania myśli, wiedza o regułach poprawnego rozumowania oraz umiejętność ich uzasadnienia. Dla ludzi oceniających przepowiednie, samo zagmatwanie wywodu, jak też i nieprzestrzeganie zasad logiki, powinno być dowodem nieracjonalności. To zapewne słuszna teza, tyle, że cała historia ludzkości ma do siebie to, że jest w gruncie rzeczy logiki pozbawiona i to od samego początku istnienia. Jeśli usiłuje się tę historię choć troszkę zracjonalizować, to odbywa się to wyłącznie ex post, czyli już po tym, kiedy wydarzenia miały miejsce. Przedtem, żaden jej rodzaj nie okazuje się wystarczająco sprawny, by je w jakikolwiek sposób przewidzieć. W rezultacie, staje się to niekończącą się serią niespodzianek, prowadzących donikąd w tym znaczeniu, że nie pozwala domyślać się tej przyszłości, która nas czeka naprawdę.

Za pierwotne źródło Zachodu uważa się łaciński Rzym. Zachodnia cywilizacja ma w swym kulturowym zasobie cechy unikalne i to w skali światowej. Opiera się na trzech wielkich źródłach historycznych: świeckiej tradycji filozoficznej Greków, równie niereligijnym prawie rzymskim oraz na chrześcijańskiej etyce, nie obejmującej jednak systemu stanowienia i egzekwowania prawa. Z tego narodziła się jej unikalna cecha w postaci swoistego przymusu doszukiwania się we wszystkich zjawiskach istoty rzeczy, czyli na postrzeganiu prawdy jako połączenia obiektywnego spojrzenia z elementem oceny polegającej na konieczności odróżniania dobra i zła. To dramatyczna odmienność w stosunku do innych wielkich tworów kulturowych, gdzie obie kategorie są nie tylko w głównej mierze religijne, lecz mają też głęboko plemienny charakter, pozbawiony postrzegania człowieczeństwa jako wartości uniwersalnej, a nie tylko rodzinnej i regionalnej. Takie rozumienie pojęć jak państwo, etyka i prawda spowodowały, że kulturę zachodnią cechuje personalizm, czyli podejście do zjawisk z punktu widzenia osoby ludzkiej, w przeciwieństwie do innych kultur, w których dominuje interes grupowy. To swoisty paradoks, że ludzie Zachodu, chociaż zdają sobie sprawę z nikłości wpływu na otaczający świat nie wątpią we własną podmiotowość. Z tej przyczyny, państwo cywilizacji łacińskiej z zasady nie ingeruje w przestrzeń zawarowaną dla jednostki ludzkiej, a prawo reguluje stosunki między samymi obywatelami tylko w takim zakresie, by zapewnić im bezpieczeństwo i nie pozwolić na ingerencję innych.

            Unikalne cechy cywilizacji grecko-łacińskiej uczyniły ją i to od początków istnienia na tyle atrakcyjną dla ludzi różnych kultur, że kluczem jej ekspansji stała się otwartość na asymilację odmienności. To nie przypadek, że Zachód, który w czasach Średniowiecza ograniczał się do niewielkiego fragmentu Europy, zajmuje dzisiaj bez mała połowę świata, będąc siłą promieniującą wartościami na resztę, czego dowodem jest także obecna i całkiem niespodziewania fala emigracji ludzi poszukujących w Unii Europejskiej lepszego życia. Niektóre kultury są tak hermetyczne oraz mają tak silne poczucie wewnętrznej mocy i samowystarczalności, że dryfują ku zastąpieniu mechanizmu asymilacji parciem do dominacji i zderzaniem się z sąsiadami poprzez konflikty wojenne. Dotyczy to w pierwszym rzędzie – chociaż z zupełnie odmiennych przyczyn – Rosji oraz regionów o semickiej tradycji kulturowej, a w pierwszym rzędzie wiąże się z istotą islamu. O ile odrębność Rosji wynika z jej cywilizacyjnego zapóźnienia i jednostronności rozwoju, to konflikt kulturowy Zachodu ze światem semickim ma głębsze korzenie i doktrynalna trwałość.

            Zachód jest spadkobiercą cywilizacji grecko-rzymskiej, wchłaniającej w okresie hellenistycznym wiele kultur Orientu, przekształcając się przy tym w swego rodzaju byt uniwersalny. Pomimo hellenistycznego i łacińskiego otoczenia, adaptacji nie poddał się judaizm, a poźniej – jego bliski kuzyn w wierze w Jedynego Boga, czyli islam. Konflikt hellenizmu i łacińskości z niewielką i terytorialnie izolowaną społecznością żydowską owocował ciągłymi wojnami i powstaniami. O szerszym, a nie tylko politycznym charakterze dowodnie świadczy to, że w walce o podtrzymanie własnej tradycji religijnej Żydzi zawsze mogli liczyć na pomoc orientalnych kuzynów – Persów, Partów i Arabów. Spadkobiercami żydowskiego poczucia wyjątkowości okazali się też i muzułmanie. Starożytny judaizm koncentrował się na obronie tożsamości religijno-narodowej przed wszelkimi formami hellenizacji, czyli tego, co dziś nazwalibyśmy europeizacją. Pierwsza oznaka powagi narastającego problemu pojawiła się dwadzieścia dwa stulecia temu w postaci powstania Machabeuszy (167-160 p.n.e.), skierowanego przeciwko rządzącej wtedy na Bliskim Wschodzie greckiej dynastii Seleucydów. Jego treścią była reakcja społeczności żydowskiej na wchłanianie judaizmu przez kulturę grecką. Kolejna „wojna żydowska wybuchła w Judei dwieście lat później (66-73 n.e.), czyli już w czasach rzymskich i była protestem przeciwko cywilizacji łacińskiej. Społeczeństwo Judei poczuwało się do kulturowych więzów z ludami Orientu – Partami i Parsami, ale nie z Rzymem (F. Battenberg, Żydzi w Europie : proces rozwoju mniejszości żydowskiej w nieżydowskim środowisku Europy, Wrocław 2008). Walki przemieniły się w regularną wojnę, która zakończyła się klęską Żydów. Doprowadziły do zniszczenia kraju oraz zniknięcia ich najświętszego przybytku – Świątyni Jerozolimskiej. Nie odbudowano jej nigdy. W pół wieku później wybuchła kolejna wojna rzymsko-żydowska. Gdy w 115 roku n.e. armia dowodzona przez cesarza Trajana walczyła z azjatyckim państwem Partów, żydowska diaspora rozpoczęła na jej tyłach, w dzisiejszej Libii (Cyrenajka) rewoltę, która rozszerzyła się na Egipt i Cypr. Rebelianci zniszczyli wiele świątyń uznanych za pogańskie, bo niezgodne z obowiązkiem wielbienia Jahwe. Nie oszczędzono także cywilnych budowli symbolizujących łaciński Rzym – cezareum, bazyliki i term, a helleńską ludność wymordowano. Potem, powstanie rozszerzyło się na drugie co do wielkości miasto Imperium – egipską Aleksandrię a także na Cypr.

Sytuacja została opanowana dopiero w 117 roku, kiedy to armia rządowa odbiła wyspę oraz egipską metropolię, a pokonani otrzymali zakaz osiedlania się na Cyprze. Również i rzymska część Mezopotamii została objęta podobnymi rozruchami, spacyfikowanymi dopiero w następnym, 118 roku. W dwadzieścia lat później wybuchły kolejne walki, od imienia przywódcy nazwane powstaniem Bar-Kochby (132-135), który uznał się za Mesjasza, stawiając sobie cel wyzwolenie judaizmu od jakiejkolwiek łacińskości. W dwadzieścia lat później, w roku 155, za panowania Antoninusa, wzniecone zostało w Judei jeszcze jedno powstanie wspierane przez azjatyckich Partów, stałych nieprzyjaciół Rzymu. W końcu tego samego stulecia (lata 197-199) miały miejsce kolejne walki i z tej przyczyny Senat nagrodził cesarza Sewera oficjalnym triumfem Judaicum triumphum decreverat. W latach 351-352, za panowania Gallusa, wybuchła następna „wojna żydowska” po tym, jak w galilejskim mieście Seforis został zaatakowany i rozbrojony rzymski garnizon. Wreszcie, już w czasach bizantyńskich, za panowania cesarza Herakliusza wybuchła w Tyberiadzie rewolta zamierzona jako dywersja na rzecz atakujących rzymskie imperium Persów (613-617). Chrześcijan mieszkających w Jerozolimie wymordowano, a zwycięzcy otrzymali od szacha zezwolenie na pełne władanie miastem, z czego korzystali przez następne pięć lat. Gwałtowność i trwałość tych konfliktów może dziwić tylko wtedy, gdy nie bierze się pod uwagę faktu, że konflikty cywilizacyjne nie są podbudowane żadnym racjonalnym rachunkiem strat i korzyści, lecz mają cechę atawistycznych odruchów nie pozwalających na uzasadnienie za pomocą zwykłej logiki.

Dowody historyczne wskazują, że ideowa i religijna istota konfliktu łacińsko-żydowskiego dotyczyła w starożytności małego obszaru ograniczonego do Judei oraz graniczących z nią terenów arabskich.  Na mapie Imperium Rzymu z 120 roku n.e. w pobliżu jej prawego dolnego narożnika widać dwie prowincje, jedna – oznaczona jako 47 (Judea), druga  – 48 (Arabia Petrea). Wszystkich było wtedy pięćdziesiąt trzy i wszystkie były większych od nich rozmiarów. Judea, Arabia Petrea oraz trzy prowincje małoazjatyckie należały do najmniejszych. Jednak to one okazały się tymi, które ujawniły dramatyczną odmienność rodzącej się cywilizacji zachodniej od starszych od niej, ale i głęboko odmiennych kultur Orientu.

JudeaDruga połowa VII stulecia przyniosła zanikania ekspansji judaizmu (w państwie wschodniorzymskim pozostało zaledwie 1.2 mln jego wyznawców) i zastępowania go w roli głównego przeciwnika łacińskiej kultury islamem – religią zupełnie nową, ale o bardzo podobnej do judaizmu teologii i uderzająco jednakowych zasadach funkcjonowania. Powstający na Półwyspie Arabskim islam, był pod tym względem nieomal z nim tożsamy. Różniła go tylko jedna ważna cecha, która okazała się kluczowa. Judaizm, to „religia wsobna”, czyli taka, w którą wmontowany jest hamulec rozwojowy, polegający na tym, że aby posiadać wszystkie prawa wyznawcy trzeba się w niej urodzić. Muzułmaninem może stać się każdy, kto tylko przy świadkach wypowie wyznanie wiary. O ile więc, mechanizm judaizmu prowadził do ograniczania liczby jego wyznawców, o tyle islam na tę słabość nigdy nie cierpiał. Szacuje się, że w czasach bizantyńskich żyło w całym Imperium niewiele ponad milion wyznawców judaizmu, czyli niespełna 2 procent jego mieszkańców. Muzułmanów nie było wcale, ponieważ początek misji Mahometa, to dopiero następstwo 622 roku i jego hidżry, czyli znacznie późniejszych wydarzeń. Dzisiaj, światowa społeczność żydowska jest w liczbach bezwzględnych bardzo mała – to zaledwie kilkanaście milionów ludzi, za to wspólnota muzułmańska jest ponad sto razy większa i sięga półtora miliarda (!) wyznawców, dorównując liczbą chrześcijaństwu. Świadczy to również o jego sile i ekspansywności, co też i musi brać pod uwagę dzisiejsza Europa, stojąca właśnie przed wyzwaniem trudnej do skontrolowania fali imigracji. Sto razy mniej liczny element kulturowy judaizmu odcisnął jednak tak silne i wyraźne piętno na historii kontynentu, że jego efekt trwa przez ponad dwa tysiące lat, sięgając zenitu w okresie zorganizowanego przez hitlerowców Holokaustu.

Poziom tolerancjiDzisiaj, liczba muzułmanów osiedlonych w Europie, to kilkanaście milionów ludzi, ale sprzeczność kulturowa jest nie mniejsza niż miało to miejsce w relacji z judaizmem, wzmocniona islamskim sąsiedztwem południowych i wschodnich wybrzeży Morza Śródziemnego, napierającym na świat Zachodu z narastającą siłą.

Jedną z cech istotnie różniących Zachód od reszty świata jest to, że nie ma w nim zakodowanego elementu zbrojnej walki o własne racje, ani też religijnego przymusu. Nawet wyprawy krzyżowe powoływały się nie na misję nawracania innowierców na chrześcijaństwo, ile na konieczność przywróćenia chrześcijańskiej władzy nad miastem Grobu Świętego. Inaczej rzecz się ma w tradycji muzułmańskiej. Szeroko rozumiany dżihad, to obowiązkowa walka o zwycięstwo islamu na całym świecie i cel w postaci ustanowienia go jako jedynej religii. Węższe znaczenie, ale za to używane powszechnie, określane jest słowem kital, co oznacza zbrojną walkę przeciwko niewiernym, heretykom i hipokrytom. Islam, w przeciwieństwie do Zachodu, nie toleruje inności w żadnej postaci. Zbrojny dżihad może mieć charakter zarówno obronny (dżihad al-daf) jak i ofensywny (dżihad talab), kiedy to muzułmanie są stroną atakującą. Idzie jednak wciąż o to samo, czyli o panowanie wyznawców Proroka nad resztą świata.

Zgodnie z muzułmańską tradycją, udział w walce z niewiernymi jest jednym z najbardziej chwalebnych uczynków, jakich może dokonać muzułmanin. Jest wtedy uważany za męczennika, który po śmierci zostanie przyjęty do krainy wiecznej szczęśliwości. Muzułmanie są przykładem czegoś na Zachodzie kompletnie nie rozumianego, a w konsekwencji niezwykle groźnego. Człowiek Zachodu ceni sobie życie i jego przyjemności. Wierzący w Mahometa uroków życia nie ceni wcale, a dopiero pobożna śmierć gwarantuje mu tak wiele przyjemności w życiu pozagrobowym, że jest po wielokroć bardziej wartą poświęcenia niż doczesne życie. Prowadzi to do konkluzji, że pomiędzy tak skrajnymi opiniami o istocie życia, jakie odgradzają Zachód i świat islamu, porozumienia być nie może i są one dowodem na istnienie warunków do cywilizacyjnej wojny. Czy wobec narastającej agresywności muzułmanów wobec mieszkańców Zachodu, Europę ominie konieczność ogłoszenia „świętej wojny” w obronie własnych wartości?


One thought on “TO JUŻ III WOJNA ŚWIATOWA, CZY TYLKO POCZĄTEK KATASTROFY?

  1. Islam jako ustrój społeczno-ekonomiczny obok nazizmu i komunizmu jest wrogiem ludzkości. Jego wyznawcy rozumieją wyłącznie język siły (podobnie jak Rosjanie). Rozwiązywanie konfliktów poprzez dialog i kompromis jest uznawane przez nich za słabość, dlatego też trzeba wyzbyć się wszelkich złudzeń co do “religii pokoju” jaką podobno islam jest.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *