ZALEJĄ NAS, CZY DADZĄ PRZETRWAĆ? CO CZYNIĆ Z NAJAZDEM INNOŚCI?

 

Przyslosc            Ilustracje obrazują świat przyszłości tak, jak go sobie wyobrażali żyjący wtedy ludzie. Są dowodem, że ludzka imaginacja nie tylko jest niedoskonała, lecz ulegać może automanipulacji. Na pierwszym z rysunków poprowadziła wyobraźnię ku wielkiej liczbie poruszających się przedmiotów mających zapełniać go w 2000 roku aż po horyzont, bo też i napędzane płynnym paliwem pojazdy były zgodne z wyobrażoną symboliką nowoczesności. Wygląd kosmicznego osiedla według rysunku sporządzonego siedemdziesiąt lat później również nie wróżył przekształcenia się w stan faktyczny. Rychła budowa orbitalnych osiedli, okazała się tylko wytworem wyobraźni ludzi zafascynowanych misjami Apollo.

            Problem z przewidywaniem przyszłości mamy także i my sami i to niezależnie od poziomu ambicji panowania nad kosmosem. Sama przyszłość, jako taka, wydaje się być pojęciem klarownym i oczywistym, choć w rzeczywistości wcale taka nie jest, stanowiąc byt głęboko sporny i praktycznie nieuchwytny. W tradycji zachodniej rutynowo uznawana jest za „zwyczajny” element jednolitej linii czasu, czyli jako jej taka sama część, jaką jest zarówno przeszłość, jak i teraźniejszość. Tyle, że trzy fragmenty tej samej linii są jednakowe tylko na wykresie, różniąc się od siebie znacznie samą treścią. Przeszłość jest stanem byłym, którego – to prawda – fizycznie już nie ma, ale wciąż pozostaje zapisany w historycznej pamięci. Teraźniejszość, to coś, co właśnie przeżywamy i co jest przedmiotem rozpoznawania przez ludzi jej współczesnych. Natomiast przyszłość, to zupełnie inna kategoria, lokująca się na pograniczu fikcji. Jest tajemnicza i związana bardziej z wyobraźnią aniżeli z faktami, zwykle nieznana i niezrozumiała nie tylko z tego powodu, że nie można opisać jej zanim nie stanie się faktem bieżącym. W odróżnieniu od przeszłości i otaczającej nasze życie teraźniejszości, przyszłość w sensie fizycznym nie jest żadnym rodzajem bytu. Nie istnieje inaczej, jak tylko fikcyjnie, czyli w wyobraźni żyjących. Fizycznie jej nie ma wcale, a kształtu nabiera dopiero wtedy, gdy się oblecze w rzeczywistość. Kto przed dziesięcioma laty spodziewał się przyszłości w postaci masowej inwazji muzułmanów do Europy? Zapewne nikt. Tego rodzaju wyobraźni w tamtej teraźniejszości zupełnie brakowało i w najmniejszym stopniu nie miała wpływu na postępowanie ówczesnych rządów. Nie przeszkodziło to jednak jej się pojawić w postaci teraźniejszości wtedy, kiedy to uczynić zechciała i to w formie, którą przybrała samoistnie bez naszej woli i chęci. Tymczasem, komentatorzy traktują przyszłość świata jak coś plastycznego, mającego wymiar bez mała polityczny i dającego się przewidzieć. Uznają ją za coś najzupełniej konkretnego, nie przywiązując żadnej wagi do tego, że to tylko byt teoretyczny, w swej istocie postrzegany pod kątem całkiem egoistycznych interesów.

Czytelnik, podpisujący się „Piotr34”, przy okazji naszych poprzednich rozważań wnioskował o rozwinięcie myśli, że „Europa się jakoś z tego wszystkiego wywikła, bo też cywilizacja zachodnia działa powoli i z opóźnieniem, jest jednak zbyt silnym tworem, by dać się wchłonąć konstrukcjom krańcowo odmiennym i głęboko prymitywnym. Ostatecznie wyjdzie z tego klinczu obronną ręką”. Uznał, że w takim podejściu kryje się nadmierny optymizm. Autor uwagi nie powątpiewa w sam fakt istnienia jakiegoś rodzaju europejskiej przyszłości, tyle, że postrzega ją w świetle agresywności islamu znacznie bardziej pesymistycznie. Zastanowimy się nad tym aspektem zagadnienia w inny sposób, niż czyni się to tradycyjnie za pomocą zwykłej ekstrapolacji wydarzeń teraźniejszości. Zamiast gry w tak rozumiane przewidywanie faktów, spróbujemy domyślić się kształtu nadchodzącej przyszłości przez pryzmat działania obiektywnych mechanizmów, niezależnych od zamiarów i marzeń aktualnie żyjących ludzi. Zadamy sobie pytanie o to, czy nasz kontynent może istotnie przegrać batalię z nacierającym nań islamem i co przemawia za tym, że ten ostatni go jednak w ostatecznym rachunku sobie z całą pewnością nie podporządkuje?

            Jednym z argumentów, skłaniającym do przekonania, że coś głęboko nowego wydarzy się w przyszłości Europy, jest doświadczenie samej historii ludzkości. To coś na kształt zoologicznego ogrodu pełnego rozmaitych stworów, których wspólną cechą jest tylko fakt istnienia, a nie to, że się od siebie różnią. Jedne żyją długo, inne są krótkowieczne, niektóre są prymitywne, inne skomplikowane, ale prawdziwe powody istnienia oraz cele samego życia każdego z nich – żyraf, bocianów, meduz i pierwotniaków – to nieodgadniona zagadka.  Jedne potrafią wyżywić wielkie ciała, inne trzeba oglądać przez mikroskop. To, że łączy je fakt życia nie mówi nam nic ani o jego jakości, ani o samym sensie ich istnienia, stopnia przydatności dla innych stworzeń, ani też o ich perspektywach w dalszej przyszłości. Co najważniejsze, nie pokazuje to też głębszego związku z istnieniem naszego własnego gatunku. W ramach cywilizacji rzecz ma się jednak inaczej niż w świecie biologicznym, ponieważ – przynajmniej na pierwszy rzut oka – wielkie kultury, inaczej niż formy życia biologicznego, są do siebie pod wieloma względami podobne, składając się z rozumnych jednostek tego samego gatunku. To jednak tylko pozór wspólnego mianownika, a to z tej przyczyny, że w swej istocie różnią się pomiędzy sobą głęboko, tyle, że czymś zupełnie innym niż różnią się gatunki zwierząt. Podobieństwo sprowadza się też do tego, że same cywilizacje ludzi nie mają wpływu ani na swoje cechy, ani na trwałość własnego istnienia. Różnią się jednak rodzajem społecznej rozumności oraz jej efektywnością w przestrzeni własnej ewolucji. Więcej, różnią się również i samym potencjałem własnej trwałości oraz możliwością ekspansji kosztem innych, ale nie wiemy na czym istota tej ekspansywności właściwie polega i gdzie znajduje się jej źródło. Sama myśl jest może nietrudna do zrozumienia, ale jakże niełatwa do akceptacji dla gatunku, który jako homo sapiens sapiens cechę w postaci mądrości uczynił czymś, co ma głęboko odróżniać go od reszty świata.

W ramach najbardziej lapidarnej definicji – mądrość, to umiejętność podejmowania uzasadnionych decyzji, które w dłuższej perspektywie przynosić mają oczekiwane rezultaty. Inaczej mówiąc, mądrość, to umiejętność praktycznego wykorzystywania wiedzy oraz doświadczenia dla własnych celów i korzyści. Zbyt często nie pamiętamy jednak o tym, że tego rodzaju cecha odnosi się do człowieka jako wyodrębnionej jednostki, do jego zdolności kierowania własnym losem i tylko z perspektywy życia jednostkowego, a nigdy grupowego, czy też z istoty samego bytu, którego ludzie są tylko składnikiem. Wiemy przecież, że nawet najmądrzejsi z nas mogą natrafić na niekorzystne okoliczności i nic im wtedy z mądrości, bo mogą przecież znaleźć swój kres w komorze gazowej lub w centrum bezlitosnej wojny. Podobnie, techniczne umiejętności Archimedesa długo czyniły Syrakuzy miastem wyjątkowym i dla Rzymian niezdobytym. Kiedy miasto padło, uczony zginął z rąk przypadkowego żołdaka zabierając ze sobą na tamten świat tę całą mądrość, która nie zdążyła jeszcze stać się własnością ogółu. To, że istnieje mądrość jednostkowa, wcale nie jest dowodem na istnienie jej grupowego odpowiednika.

Dlaczego Zachód miałby być mądrzejszy od świata islamu, skoro obydwa składają się z ludzi o identycznej konstrukcji fizycznej? Tego również nie wiemy, ale ten brak wiedzy powoduje również i to, że strony wielkich konfliktów kulturowych postępują w gruncie rzeczy na oślep, a w ramach wbuchających bezładnie konfliktów nie mają nawet możliwości prowadzenia jakiegoś rodzaju zobiektywizowanego rachunku racjonalności własnego działania. Okazuje się, że postępowanie wielkich społeczności nie jest następstwem klarownej sumy mądrości składających się na nie jednostek, lecz zupełnie inną kategorią nie do końca przy tym rozumianą nawet przez świat nauki.

            Nasze dalsze rozumowanie musi się zatem oprzeć nie na rozumowaniu standardowym, czyli na ekstrapolacji w przyszłość dzisiaj znanych tendencji, lecz na próbie analizy możliwych mechanizmów i skutków prężności, a także trwałości cech jednych społeczeństw w obliczu dekadencji drugich. Jedno wiemy z pewnością. Ludzka wyobraźnia jest zbyt ograniczona otaczającymi ją realiami, by zdać sobie sprawę z tego, że prawdziwa przyszłość, która przecież z całą pewnością nadejdzie, będzie z całą pewnością odmienna od tej,  którą próbujemy sobie wyobrazić dzisiaj.

Stało się zasadą, że projektowanie rozwoju wydarzeń i nasze wyobrażenie o wyglądzie przyszłego świata z reguły nie odpowiadają rzeczywistości, która w końcu tą przyszłością się staje. Ograniczeniem jest nie tylko sama wyobraźnia, ale też i brak głębszej wiedzy o prawdziwych mechanizmach wielkich procesów społecznych, których jesteśmy tylko mikroskopijną cząstką, nie zaś – jak próbujemy się przekonywać – ich sprawczym kołem zamachowym. Z zasady opieramy się na tym, co wiemy dzisiaj i co staramy się jakoś skopiować w myślach o przyszłości, której prawdziwego obrazu nie zna jednak nikt.

Symbolika madrosci i sprawiedliwosci            Przewidywanie rozwoju wydarzeń zawsze wiąże się z ryzykiem. Wspomniane na wstępie niemal „pewniackie” koncepcje sprzed ćwierćwiecza na temat kształtu wtedy czekającej świat przyszłości, dawno już poszły do lamusa. Jest pewne, że nie będzie ani „końca historii”, ani też nieustannego zderzania się wszystkich ze wszystkimi. Obraz świata jest zupełnie inny niż ten, który był oczekiwany przed ćwierćwieczem i dość z tamtego punktu widzenia niespodziewany. Nie nastąpił przy tym ani „koniec historii” i świat nie stał się pokojowy i jednowymiarowy, ani też nie nastąpiło zderzania się wszystkich ze wszystkimi. Z dziewięciu nazwanych i opisanych wtedy wielkich cywilizacji, siedem jest raczej gotowych do współpracy i jakiejś formy wzajemnego przenikania, a tylko dwie z nich – rosyjska i muzułmańska na odwrót – zostały popchnięte do ślepego zderzania się z resztą świata nie z własnej uświadomionej woli, ale z tej przyczyny, że pcha je tam brak mechanizmu panowania nad własną przyszłością, nie zaś jakiś racjonalny rachunek. Obie – z braku zdolności do konwergencji – gotowe są do zaciętej walki, pomimo tego, że cel tej ostatniej jest zupełnie niejasny nie tylko dla otoczenia, ale i dla nich samych. Każda z nich wyraża gotowość do wojowania w inny sposób. Islam, z definicji własnej istoty, uznaje się za system tak doskonały, że nie przyjmuje do wiadomości procesu postępującej autodestrukcji. Dla Rosji, to samo wojowanie ze-wszystkimi-o-nie-wiadomo-co, to już tylko surogat niezadowolenia i jedyny element mający być dla reszty świata dowodem jej mocarstwości. Ma dziesięć razy mniejszą liczbę mieszkańców od świata muzułmaów i conajmniej tyle samo mniej do tego wojowania zacięcia. Z kim zresztą miałaby wojować? Jej historyczna doktryna wskazuje na strukturalną konieczność posiadania przeciwników, ale wskazanie na Zachód jako głównego wroga już na pierwszy rzut oka pachnie nonsensem, skoro on sam nie wykazuje w stosunku do niej żadnej agresywności. Na rozprawę z Chinami jest za słaba, obawia się również rozdrażniania nieobliczalnego świata islamu. Brnie więc dość bezwładnie w konflikt z europejskim pograniczem tracąc przy tym resztki własnej witalności. Dodaje do tego – przypadkowy w gruncie rzeczy – udział w konflikcie syryjskim, do którego podtrzymywania z całą pewnością zabraknie jej na koniec sił i środków.

Dla świata islamu, z kolei, ostatnie półwiecze, to totalne niepowodzenie prób europeizacji i dostosowania do standardów współczesności. Doprowadziło muzułmanów do z gruntu błędnego przekonania, że ich własny system jest tak kompletny (którym też miałby być „od zawsze”) że w obliczu własnej doskonałości żadne reformy i zmiany nie są potrzebne, stając się wręcz szkodliwe, bo tę doskonałość naruszają. Z punktu widzenia społeczeństw muzułmanów jedyną słuszną drogą staje się więc powrót do korzeni sprzed tysiąca lat. Symbolika publicznego ścinania głów ma tylko utwierdzać w przekonaniu, że naśladownictwo dawnych form wymiaru sprawiedliwości automatycznie przekształci rozchwiane dzisiejsze ramy ich systemu w twór tak nieskazitelnie doskonały, jakim rzekomo był na początku. Osiągał z początku błyskotliwe sukcesy, a wychodząc ze stanu niebytu stał się niespodziewanie nawet dla siebie samego potężnym systemem społecznym o zasięgu globalnym. Prosty paralelizm doprowadza współczesnych muzumanów do wniosku, że powtarzając ten sam manewr staną się napowrót uniwersalną potęgą, która będzie w stanie unicestwić wszystkich konkurentów. Sama historia islamu dowodzi jednak tego, że – w przeciwieństwie do cywilizacji zachodniej – jest on niezdolny do autoanalizy oraz głębokich reform dostosowawczych i że nie dopracował się instrumentów naprawy anachronicznych mechanizmów społecznych.

Bliski Wschod            Jeszcze w pierwszej ćwierci VII wieku największymi potęgami Europy, Afryki i Bliskiego Wschodu były dwa długo wcześniej istniejące imperia: rzymsko-bizantyńskie i persko-sassanidzkie. W sto lat później – pierwsze, znacznie okrojone, weszło w stan schyłkowy wchłonięte przez Turków i skończyło ostatecznie żywot w XV wieku. Drugie, pomimo dwóch tysięcy lat własnej historii, zakończyło go niemal z dnia na dzień w dniu spotkania z islamem, wchłonięte przezeń w całości i niemal bez śladu. Jak to się mogło zdarzyć, skoro w okresie życia  Mahometa (zmarł w 632 roku) o świecie islamu nie słyszano wcale? Jakim sposobem w sto lat po jego śmierci stał się największą i najbardziej dynamiczną potęgą wschodniej półkuli? Islam stale poszerzał wpływy, sięgając ostatecznie Indonezji i Chin na Dalekim Wschodzie oraz Atlantyku i Pirenejów na zachodzie. Co spowodowało tak piorunujący i jedyny w swoim rodzaju sukces i czy może to się dzisiaj powtórzyć w świetle jego dzisiejszego natarcia na Europę?

Mechanizm niegdysiejszego triumfu muzułmanów był banalnie prosty i nie ma powodów, by doszukiwać się w tym nadprzyrodzonych sił w postaci interwencji samego Allacha. Przychodząc z egalitarnej pustyni, muzułmanie przynieśli prawdziwą społeczną rewolucję. Zburzyli rażąco niesprawiedliwą strukturę społeczną antycznych monarchii, wywyższając upośledzonych i poniżając możnych. Jednak pytanie o to, czy powtórzenie tego rodzaju operacji może i dziś prowadzić do podobnej skali globalnego sukcesu jest równie trywialne. Odpowiedź jest jednoznacznie negatywna: nie może! Na czym polegał pierwotny sukces islamu? Z całą pewnością nie na szczególnej koncepcji boskości Allacha w porównaniu z Bogiem chrześcijan czy Persów, ale na (jak się okazuje przypadkowym) zbiegu okoliczności prowadzącym do tego, że arabskie armie przeniosły przez granice dwóch największych wtedy imperiów – wschodniorzymskiego i perskiego – idee, które wcześniej czy później stałyby się i tak przyczyną ich rozpadu. Obydwa wielkie imperia starożytności miały bardzo szczególną strukturę zbudowaną na głębokiej niesprawiedliwości społecznej, której istotą były wielkie latyfundia możnych powiązanych rozmaitymi więzami z dynastiami panującymi i ich armiami. Dno systemu wypełniały masy niewolników i biedoty bez własności i bez żadnych praw. Islam, nadchodzący z Pustyni Arabskiej nie znał takiej konstrukcji społeczeństwa, a istotą jego własnej tradycji było tego przeciwieństwo – egalitarne prawo, w którego przestrzeni jedynym wyróżnikiem stawało się uznanie wszystkich dorosłych mężczyzn za równych sobie w ich jednostronnej władzy nad kobietami. Ta cecha stała się wkrótce trwałym elementem całego olbrzymiego obszaru, który znalazł się w ich rękach. Podbijający starożytny świat muzułmanie przynosili społeczną rewolucję o piorunującej sile rażenia. Każdy mężczyzna – niewolnik, wiejski robotnik i miejski parias – wygłaszając publicznie wyznanie wiary w Allacha stawał się automatycznie człowiekiem wolnym i całkowicie równym innym. Wielkie latyfundia uległy likwidacji, a ziemię rozdano pomiędzy licznych użytkowników i dzierżawców. To była prawdziwa rewolucja społeczna i własnościowa, która rozłożyła rzymskie i perskie imperia od wewnątrz, podminowując wolę walki ich mieszkańców w obronie starego porządku. Tego rodzaju wielkie rewolucje cechuje również wrodzony mechanizm wygasania tej siły wraz ze spowszednieniem wnoszonych korzyści oraz łagodzeniem dotychczasowych napięć. Skoro system zaspokoił podstawowe ludzkie potrzeby – wyżywienia i odzieży oraz zrównał systemowo mężczyzn w dostępie do kobiet, automatycznie w zaniku znalazły się bardziej wyrafinowane potrzeby, a sam system wszedł w fazę egalitarnego schyłku. Eliminacja konkurencji między ludźmi blokowała mechanizm modernizacji – zarówno tej technicznej, jak i społecznej. Rezultatem stało się to, że świat islamu, który tysiąc lat wcześniej był najbardziej nowoczesnym i ekspansywnym pod każdym względem systemem społeczno-gospodarczym świata zastygł na koniec w stagnacji i stoczył się na pozycję najwolniej rozwijającego się społeczeństwa. Prowadziło to do powstania uczucia odstawania od reszty i powszechnej frustracji skutkującej agresywnością, która wylewa się właśnie w kierunku Zachodu.

Podzial AllachaDługokresowe przemiany kulturowe okazują się podlegać ukierunkowaniu. Nieustannie wzrasta rola cywilizacji zachodniej. Jej nieustanna modernizacja postępuje znacznie szybciej, niż dzieje się to w ramach jakiegokolwiek innego kompleksu cywilizacyjnego. Staje się wtedy przedmiotem zazdrości i naśladownictwa ze strony innych. Jest jednak w tym obrazie pewien wyjątek. To świat islamu, który w poprzednim tysiącleciu był bez wątpienia ośrodkiem rozwoju i nowoczesności, lecz stoczył się do roli pariasa podążającego w zupełnie przeciwnym kierunku. Jest dzisiaj jedyną z wielkich przestrzeni kulturowych świata, która odnotowała bezwzględny spadek atrakcyjności własnych wartości. Tabela obrazuje fakt, że ten niegdysiejszy wzorzec jest już dzisiaj zupełnie nieatrakcyjny. Może to tłumaczyć społeczną złość i frustrację, jaka wyziera z niemożności realizacji przez ludzi islamu ich dawnych globalnych ambicji.

Dynamika przemianPerspektywy dla przyszłości wielkich kompleksów kulturowych tylko z pozoru zdają się mówić coś innego. Jeśli wierzyć instytutowi Pew Research Center, po 2070 roku islam ma stać się dominującą religią świata. Liczba muzułmanów będzie bowiem rosnąć szybciej niż liczebność chrześcijan, a różnice staną się coraz bardziej zauważalne. W 2100 roku, wyznawcy islamu mają stanowić już 35% światowej populacji, natomiast chrześcijanie tylko 33,8%. Na pocieszenie warto zauważyć, że instytut prezentuje wyraźnie jednostronną logikę, nie uwzględniającą czynników systemowych, dokonując jedynie prostej ekstrapolacji dziś istniejącej sytuacji. Wnioski są oparte wyłącznie o procesy demograficzne, a jest prawdą, że w tym względzie szacowany przyrost naturalny wykazuje najwyższe wartości właśnie w świecie islamu. Jeśli trend się utrzyma, liczba muzułmanów rzeczywiście może dorównać, a nawet przewyższyć liczbę chrześcijan. To wiadomość złowroga zarówno z punktu widzenia Zachodu, jak i tych społeczeństw, które obawiają się agresywności islamu z wielu innych powodów. Szczęśliwie, zawiera również błąd polegający na poważnym uproszczeniu. Islam ma być w przyszłości „największą religią świata” ze względu na nawiększe tempo rozrodczości muzułmanów w porównaniu z innymi wielkimi kulturami.  Nic jednak z tego nie wynika jeśli idzie o jego „siłę ideową” oraz samą moc przyciągania. A to jest właśnie kluczowym elementem ekspansji każdej z wielkich cywilizacji. W ramach tych wartości nadal króluje Zachód i tak zapewne pozostanie. Rzecz w tym, że źródłem wysokich wskaźników przyrostu demograficznego muzułmanów jest nie tyle siła wzorca ich religijności, ani też intelektualna moc ich cywilizacji, ile społeczne umiejscowienie męskiej seksualności. Islam dopuszcza tylko seks małżeński, a każdy inny jego rodzaj jest uznany za przestępstwo podlegające najwyższym karom z ukamienowaniem włącznie. Mężczyźni w świecie Zachodu mają nieporównanie więcej możliwości realizacji swoich erotycznych fantazji. Rzecz w tym, że to, co w Europie jest uważane za najważniejszą część emocjonalności ludzi, przez muzułmanów zostało systemowo i prawnie ograniczone oraz zamknięte w czterech ścianach domu. Erotyka w innej formie, niż wyłącznie małżeńska, ani też żadne namiastki nie są tolerowane w uznaniu wspartym prawem, że są nie tylko niemoralne, ale i przestępcze. W rezultacie, seks jako sama tylko romantyczna przyjemność, czy też element ars amandi w ogóle tam nie występuje i ogranicza się do jednostronnej dominacji seksualności mężczyzn nad „ich” kobietami w czterech ścianach pozbawionych okien domów. Daje to muzułmanom przewagę demograficzną, lecz nie staje się przyczyną żadnej przewagi w przestrzeni wartości kulturowych, czy też rozmachu społecznego rozwoju. Nie jest przypadkiem, że najczęstszymi gośćmi europejskich domów uciech są właśnie muzułmańscy przybysze. Nie zwiedzają – nawet ze zwykłej ciekawości – kościołów, katedr, muzeów, czy innych zabytków kultury, są natomiast stałymi goścmi dzielnic nazywanych red lights districts.

Przyszła liczebność muzułmanów w relacji do liczby wyznawców innych religii nie ma związku z jakością i ekspansywnością ich cywilizacji. Odgrywa ona w tym względzie raczej rolę negatywną. Jednak to jakość cywilizacji, a nie jej liczebność jest głównym elementem przyciągania kulturowego. Przed tysiącem lat, językiem angielskim mówiono tylko na prowincjonalnej wyspie zamieszkałej zaledwie przez dwa miliony ludzi. Dzisiaj używają go setki milionów ludzi na wszystkich kontynentach. Za sto lat może być w świecie znacznie więcej muzułmanów niż chrześcijan, ale nie stanie się to przyczyną ich przewagi nad Zachodem w czymkolwiek. Tak kalkulowane statystyki wiodą donikąd. Nie biorą nawet pod uwagę tego, że nagły wzrost emigracji muzułmanów do Unii Europejskiej jest raczej dowodem jego głębokiego kryzysu niż ekspansywnego odrodzenia. Europa, broniąc się przed tą nową inwazją, będzie z całą pewnością musiała wymusić na wyznawcach Proroka włączenie zasad ich postępowania w jej społeczne otoczenie i kulturową tradycję, a także nakazać odrzucenie szariatu, nie dopuścić do istnienia instytucji sędziego-imama rozsądzającego wedle jego paragrafów spory oraz doprowadzić do poddania się imigrantów świeckiemu prawu z jego zasadą równości płci. Z chwilą, gdy to nastąpi, likwidacji ulegnie główna przyczyna muzułmańskiej agresywności, a sam islam znajdzie się na ścieżce wtapiania się w otoczenie, tak jak się to przydarzyło Turcji w rezultacie europeizujących kraj reform Kemala Paszy wdrażanych po 1923 roku. Problem tylko w tym, że procesy kulturowe dzieją się powoli i potrzebują do utrwalenia zmian wiele czasu. Dzisiejsza nagłość i gwałtowność procesu imigracji nie służy asymilacji, lecz raczej powstawaniu obszarów nowych konfliktów. Rzecz jednak z całą pewnością zmieni się w ramach dłuższej perspektywy.

Przewidywany rozrost religiiKonkluzja analiza przeprowadzonej w naszych rozważaniach jest jednoznaczna. Ostatecznym zwycięzcą „cywilizacyjnego wyścigu szczurów” będą racjonalne idee typu zachodniego służące rozwojowi, nie zaś muzułmańska dogmatyka prowadząca do systemowej i emocjonalnej stagnacji. Zachód ma tę przewagę nad całą resztą, że niesie ze sobą dawno oczekiwane przez ludzkość wartości – wolność jednostki, rozwój techniczny i dobrobyt materialny. Jak się to daje wpisać w dzisiejszy proces inwazji muzułmanów na Europę i widoczną gołym okiem bezradność tej ostatniej?  Konsekwentnie i  niezależnie od wrażenia, jakie sprawia na nas dzisiaj bliskowschodni tłum najeżdżający kraje zachodniej Europy, wciąż czeka ich tu perspektywa kulturowej klęski, niezależnie od zaklęć muftich i ajatollachów. Spoglądając na sprawę z historycznej perspektywy daje się zauważyć, że dawna siła muzułmanów oparta była na przyciąganiu wielkich mas najbiedniejszych mieszkańców dawnych imperiów – katolickiego Rzymu i prawosławnego Bizancjum samą tylko egalitarną konstrukcją społeczeństwa, a nie jakąś szczególną wartością definicji Boga. Przekształciła się w dzisiejszy wybitnie jednostronny proces niekontrolowanej emigracji, ale wcale nie skłania to nikogo do przechodzenia na islam, lecz odwrotnie – prędzej czy później doprowadzi do konieczności poddania się tej biednej i niewykształconej napływowej ludności procesowi asymilacji. Bo też i co ją tu sprowadza? Czy istotnie setki tysięcy muzułmanów czyni wielki emigracyjny wysiłek połączony z ryzykiem utraty życia w imię Allacha, a nie dla zwyczajnej poprawy losu?

Krekar         Odpowiedź na pytanie nie jest trudna. Społeczna struktura świata muzułmanów jest w gruncie rzeczy zabójcza dla ich własnego systemu oraz dla narosłych nawyków kulturowych. Nie oferuje ani rozwoju, ani dobrobytu. Jedynym pragnieniem wyznawców staje się nadzieja, że reszta świata gdzieś się roztopi i zniknie oraz przestanie im przeszkadzać w trwaniu we własnej stagnacji w oczekiwaniu na dostąpienie po śmierci Raju, w którym na każdego wiernego czekają 72 młode kobiety. To główna przyczyna agresywności muzułmanów. System nie prowadzący do rozwoju umysłowego, naukowego i technologicznego, podtrzymujący za to religijne mity i anachroniczne struktury władzy imamów pozbawionych jakiejkolwiek użytecznej wiedzy, wyładowuje się w pustej agresywności, która musi się kiedyś wyczerpać. Dopiero wtedy świat odetchnie z ulgą. Jak zauważył kiedyś perski myśliciel Ibn Qutayba: „islam przypisuje rządzeniu cztery sprawy: sprawiedliwość, łupy wojenne, modlitwę piątkową oraz dżihad”. To stanowczo za mało, by mógł kiedykolwiek stać się atrakcją dla ludzi Zachodu.


3 thoughts on “ZALEJĄ NAS, CZY DADZĄ PRZETRWAĆ? CO CZYNIĆ Z NAJAZDEM INNOŚCI?

  1. Dziekuje za odpowiedz na moj poprzedni komentarz.Cos(duzo) w tym jest choc musze przyznac ze nie przekonal mnie Pan do konca-troche obawiam sie ze owe mechanizmy zachodniej przewagi dzialaja zbyt WOLNO a muzulmanie sa wyjatkowo odporni na asymilacje(co poki co zdaja sie potwierdzac losy muzulmanskich spolecznosci w Europie).Ale sama mysl jest ciekawa-z zwiazku z tym bardzo chetnie poglebilbym swoja znajomosc Panskiego stanowiska i kupilbym Panska ksiazke “Zachod jako system spoleczno-gospodarczy”-gotow jestem zaplacic za jakas wersje demo,jeszcze nie do publikacji itp.Pozdrawiam.

  2. Lub jesli to niemozliwe to poprosze chociaz o wyjasnienie do tabeli “Dynamika przemian kulturowych…Poziom funkcjonalnosci…”.

  3. Nie, to chyba nie może być na serio pisane!

    (Z wrodzonej uprzejmości odrzucam sugestię, że to płatna propaganda.)

    Pzdrwm WSIech w mieście

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *