NIEMIECKA „MITTELEUROPA” I DZISIEJSZA SPRAWA POLSKA.

„Powiedz mi gdzie jest Europa Środkowa,
a powiem ci kim jesteś”

(Jaques Rupnik)

Europa przed rozbiorami (1687)

Europa po rozbiorach Polski (1795)

 

Przez niektóre wypowiedzi przedstawicieli rządzącej partii przewija się jakby mimochodem teza, że realną alternatywą wobec Unii Europejskiej byłoby polskie przywództwo wschodniego regionu Europy nieostro określanego mianem Międzymorza. Być może też i za tym kryje się przyczyna nagłego złagodzenia stosunku Warszawy do łukaszenkowej Białorusi, jak też i milcząca nadzieja, że Zachód sprawi zawód Ukrainie i pozostawi ją na łaskę losu, powodując, że ratunku przed Rosją będzie mogła szukać już tylko w jakiegoś rodzaju rozwiązaniu regionalnym. Rzecz w tym, że pojęcie niesie też nieodparte skojarzenia z niegdysiejszą niemiecką ideą imperialną, znaną pod określeniem Mitteleuropy. Teoretycznie, obydwa słowa – Międzymorze i Mitteleuropa – posiadają to samo geograficzne znaczenie i oznaczają środkową część Europy. Jednak w istocie, niosą zupełnie odmienne przesłanie polityczne. Mitteleuropa była koncepcją zarówno antypolską jak i antyrosyjską, Międzymorze jest myślą głównie antyrosyjską, w mniejszym tylko stopniu antyniemiecką. Co się z nią da zrobić dzisiaj?

Jaques Rupnik, urodzony w Pradze dyrektor paryskiego Centrum Studiów i Badań Międzynarodowych (CERD), były doradca prezydenta Havla, swoim powiedzeniem umieszczonym na początku jako motto trafił w sedno tego czym jest, albo też czym nie jest środkowa część Europy. Zazwyczaj ci, którzy pochodzą z Niemiec utożsamiają ją z pojęciem Mitteleuropy, mieszkańcy Polski i Czech – z Europą Środkową, Anglicy i Francuzi z Europą Wschodnią, a Rosjanie z „bliską zagranicą”. Rupnik, zasłynął też i drugą obserwacją, że oto dzisiejsza „Unia Europejska w wielu miejscach przypomina imperium Habsburgów”. To oznacza, że konstrukcja Unii Europejskiej do pewnego stopnia przypomina wielonarodowościową i na wpół federacyjną dawną monarchię autriacką. Czy to tylko jeden jej obraz, czy też możemy doszukać się w tej przestrzeni większej różnorodności?

Debata nad niemiecko-austriacką koncepcją Mitteleuropy jest do pewnego stopnia tropem  fałszywym, ponieważ żadna poważna analiza nie wskazuje na jej prawdziwą przyczynę. Nie wiadomo bowiem, skąd właściwie wziął się sam pomysł i dlaczego pojawił się doopiero w okresie tak zwanej Wiosny Ludów, która najbardziej wstrząsnęła cesarską Austrią, chwiejąc nawet samym tronem.  Omawianie kwestii rozpoczęli w 1848 roku – Austriak Ludwig von Bruck i Niemiec – Lorenz von Stein, używając jej jako elementu upowszechniania myśli o konfederacji narodów Europy w ramach monarchii austriackiej. Pierwszy był austriackim parlamentarzystą i ministrem finansów, drugi niemieckim ekonomistą i liczącym się doradcą rządu Japonii w okresie wprowadzania reform Meiji. Pomysł był wspierany przez rząd ówczesnej Austrii, ale napotkał na twardy opór ze strony potężniejących Prus gotujących się do przejęcia roli mocarstwa.

Przekaz historyczny i propagandowy (nawet w Polsce) jest taki, że obraz ówczesnej Europy był już ustalony od dawna i właściwie na zawsze. Zastanawia jednak rodzaj amnezji, która dotknęła skądinąd poważnych działaczy państwowych i historyków, skoro nie zauważyli tego, że pojęcie Europy Centralnej było w dziejach kontynentu nie tylko czymś zupełnie nowym, ale jego pojawienie się w politycznym dyskursie miało bardzo silne związki z niedawną przeszłością i z nieczystym sumieniem samych zaborców, ale także i reszty Europy. Dotyczyło terenów zajmowanych wcześniej przez Rzeczpospolitą, czyli kraj, o którym Europa starała się zapomnieć. Z jakiej przyczyny, bo przecież nie z poczucia winy, które w polityce nie występuje? Źródłem było to, że osiemnastowieczne rozbiory Rzeczypospolitej stworzyły zupełnie nowy obraz kontynentu i nie tylko przygotowały grunt pod dominację trzech państwa – Austrii, Prus i Rosji, ale kosztem Rzeczypospolitej wprowadziły tę ostatnią na europejskie salony, stając się źródłem zupełnie nowych konflliktów odbijających się echem do dnia dzisiejszego. Więcej, chyłkiem i bez poważnej debaty mapa Europy uległa nagle głębokiemu przekształceniu. W czyim to było interesie i w czyim jest dzisiaj podtrzymywanie tego obrazu? Niełatwo więc da się wyjaśnić nerwowość byłego polskiego ministra Radosława Sikorskiego, mającego się przecież bardziej za światowego Europejczyka, niż prowincjonalnego Polaka. Może więc i to też jest echem konfrontacji polskiej światowości z jej zaściankowością? Rzecz tylko w tym, że ten „zaścianek” doszedł właśnie do władzy i nie ukrywa tego, że szykuje się na dłuższe rządzenie.

Upłynęło zaledwie pięćdziesiąt lat od zniknięcia Rzeczypospolitej z mapy kontynentu, a nowi europejscy ideologowie nie pamiętali już tego, że nie tylko zniknęła ona sama, lecz przy okazji wydarzenia gruntownie zmieniła się sama Europa, niespodziewanie powiększając niemal dwukrotnie swój obszar. Pół wieku wcześniej kończyła się na wschodnich rubieżach  Rzeczypospolitej – w rejonie górnego i dolnego Dniepru oraz środkowej Dźwiny. Teraz, bez żadnego wyjaśnienia przyjęto, że dawna Rzeczpospolita nie leżała na pograniczu Europy z Azją, wcale nie była „przedmurzem eujropejskości”, ale przeciwnie – stanowiła część samego środka kontynentu, mając po obu stronach swoich granic jej wschód i zachód, natomiast Azję wyekspediowano aż za Ural. To nic, że było to uznanie dwóch trzecich Rosji za twór inny, niż pozostała jedna trzecia, która stała się teraz przeduralską, ale za to pełnoprawną Europą. Rosyjscy wielmoże z Moskwy i Petersburga przywdziali fraki i surduty i z dnia na dzień przekształcili się z Azjatów w Europejczyków. Czy nie wróżyło to jakiegoś wstrząsu dla całego kontynentu? Jego centrum, które przed rozbiorami znajdowało się daleko, gdzieś na pograniczu niemiecko-francuskim, znalazł się nagle nad Wartą i Wisłą, stanowiąc tym samym styk granic trzech najbardziej wpływowych państw na nowo uformowanej Europy – Prus, Austrii i Rosji. Jak mogło się zdarzyć, żeby wydarzenie, które na całe stulecia zmieniło obraz regionu i przyniosło mu poważne następstwa aż do dzisiaj, przeszło w gruncie rzeczy niezauważone co do jego fundamentalnej istoty?

Istnieje popularne powiedzenie, że „jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pięniądze”. Wystarczy słowo „pieniądze” zastąpić słowem „interesy”, a zrozumiemy cud międzynarodowej polityki, który polegał nie tylko na tym, że wymazane zostało z europejskiego słownictwa samo imię Rzeczypospolitej, ale kontynentalna polityka przeszła nad faktem jej zniknięcia do porządku, tak, jakby nic się nie stało i wszystko miało zupełnie naturalny przebieg. Tymczasem, nie tylko stało się wiele, ale to, co się stało odbija się echem do dzisiaj. Oto wspomniany wcześniej Radosław Sikorski, do niedawna dobrze rozpoznawalny polski minister spraw zagranicznych, wyraził swój głęboki niepokój o przyszłość Polski w Europie.  Jego zdaniem  “Polskę czeka izolacja”, jeśli rząd nie zmieni kursu i “nie zdobędzie się na refleksję”. Podkreślił, że błędem jest to, że zamiast postawić na sojusz z Trójkątem Weimarskim, czyli z Berlinem i Paryżem, stawia się Polskę w roli “psuja i sojusznika innych szkodników. Woleliśmy zdefiniować się  – dodał zirytowany – jako psuj i sojusznik szkodników, jako kraj, który dostarcza UE problemów, a nie rozwiązań. Dlatego zapłacimy za mrzonki o Międzymorzu”. Zastanawia nerwowość ministra i użycie przezeń w kontekście geopolityki słowa „mrzonki”, a także i to, że wypowiada się gwałtownie i ostro, skoro wiadomo, że idea Międzymorza, to myśl jak każda inna i ma już za sobą niemal dwieście lat historii, będąc, na przykład, przez Polskę Piłsudskiego traktowana nadzwyczaj poważnie. Dlaczego więc spadają na nią gromy, jakby była zagrożeniem dla istnienia zarówno samej Polski, jak i Unii Europejskiej? Zadziwiające jest też i to, że opinia pada bez żadnej poważniejszej argumentacji.

Alegoria rozbioru Polski Noëla Le Mire’a oraz satyryczna rycina brytyjska z 1772 roku.

Rozbiory przyniosły zaborcom ogromne korzyści. Zagarnięte zostało 731 tysięcy kilometrów kwaratowych kraju o tysiącletniej europejskiej tradycji, czyli obszar dwu i półkrotnie większy od dzisiejszej Polski, zwanej niekiedy Trzecią Rzeczypospolitą. W wyniku rozbiorów, poszczególne państwa zajęły znaczną część ówczesnej Europy, przy czym wydarzenie miało największe znaczenie dla Prus, jako że ich niewielkie państwo powiększyło się tym sposobem aż dwukrotnie. Rosja zagarnęła 462 tys. km² obszaru Rzeczypospolitej i 5,5 milionów mieszkańców, Prusy, 141 tys. km² i 2,6 miliona ludności, natomiast Austria – 130 tys. km² oraz 4,2 miliona mieszkańców. W ten sposób, w krótkim czasie zniknęło z mapy największe europejskie państwo o łącznej liczbie ponad dwunastu milionów ludności. Jakim więc sposobem rzecz mogła przejść bez echa?

Idea stworzenia jakiegoś rodzaju politycznej wspólnoty krajów rozłożonych pomiędzy niemieckim żywiołem etnicznym a Rosją zrodziła się jako bezpośrednie następstwo wydarzenia dla ówczesnej Europy nienaturalnego, czyli zniknięcia z jej mapy tworu istniejącego w tym kształcie od bez mała czterystu lat. Rozbiór Rzeczypospolitej Polski i Litwy odbył się przy tym jako wspólny koncert zaborców i miał wydźwięk zgodnego chóru pogrzebowego. W rzeczywistości jednak, każdy z trzech jej sąsiadów kierował się zupełnie inną motywacją. Rzeczpospolita, pełniła przez poprzednie stulecia kluczową funkcję szerokiego pogranicza wypełniającego przestrzeń pomiędzy europejskim Zachodem i rosyjsko-mongolskim Wschodem. Jej rozbiory szybko okazały się więc dla ościennych potęg sukcesem pozornym, ponieważ została głęboko zakłócona sama istota równowagi Europy, polegająca na tym, że za jej części uznaje się tylko kraje europejskie, nie afrykańskie i nie azjatyckie. Zmieniła się w istocie sama treść tego określenia, uniemożliwione również zostały dążenia do pojawienia się jej w miarę jednolitej tożsamości na kształt północno- i południowo-amerykańskiej. Na wydarzeniu zaważył też historyczny zbieg okoliczności w postaci postępującego od połowy XVII stulecia osłabienia, zbyt jak na czasy liberalnej Rzeczypospolitej, czego źródło mieściło się w jej wewnętrznej strukturze i w procesie popadania w schyłkowy federalizm, przy jednoczesnym wzmacnianiu się autorytaryzmu reżimów sąsiednich. Stając się łatwym kąskiem, Rzeczpospolita w pewnym sensie sama zgotowała sobie ten los.

W epoce kształtujących się agresywnych nacjonalizmów Rzeczpospolita Polski i Litwy wciąż usiłowała podtrzymać wielonarodowościowy liberalizm w postaci szlacheckiej demokracji. Przy tym, wbrew przekonaniu Polaków i całej narodowej tradycji historycznej, wcale nie była państwem polskim. Jak w 1946 roku zauważył Adam Doboszyński „Polska musiała czekać tysiąc lat na pojawienie się hasła, że Rzeczpospolita zamieszkała być powinna wyłącznie przez Polaków. Hasło to wysunęła u nas dopiero agentura sowiecka; nie znajdziemy go u żadnego z polskich myślicieli”. Tyle, że autor sformułowania, podobnie jak i kolejne pokolenia Polaków, również nie wziął pod rozwagę głębokiej błędności uznawania, że tożsamość trzech kolejnych „Rzeczpospolitych” – Pierwszej (1569-1795), Drugiej (1918-1939) i Trzeciej (od 1989 roku), z przerwą na PRL lat 1945-1989, składa się na jednolitą historię polskości. Takie przekonanie, to historyczna fikcja i sprzeczność sama w sobie. Nie bez powodu mieszkańcy Pierwszej Rzeczypospolitej, inaczej niż „Rzeczpospolitej” Drugiej i Trzeciej, nie dodawali określenia „Polska”, ponieważ  – inaczej niż w przypadku dwóch ostatnich – była ona ze swej natury państwem wielu narodów, w którym polszczyzna nawet nie była językiem większości (na codzień po polsku mówiło, zaledwie czterdzieści procent mieszkańców). Druga Rzeczpospolita, była tylko formalnym przedłużeniem Pierwszej, ponieważ zapragnął tego Józef  Piłsudski mając w zamierzeniu odtworzenie tej ostatniej. Wojna 1920 roku skończyła się jednak dla niego klęską, ponieważ nie przyniosła odbudowy wielonarodowościowej struktury w jej w przedrozbiorowych granicach, lecz stała się punktem wyjścia dla pojawienia się państwa o połowę mniejszego, ale za to z wieloma narodowościami. Nie była już tą dawną wielonarodowościową Rzecząpospolitą, lecz krajem rządzonym przez polski nacjonalizm. Z kolei, Trzecia Rzeczpospolita miała inne pochodzenie, zupełnie niepodobne do poprzednich. Wyrosła z PRL-u, który decyzją sowiecką stał się po II wojnie światowej na niemal pół stulecia jednym z satelitów ZSSR, ale też i czysto polskim obszarem jednego narodu. Rosjanie pod presją swoich karabinów maszynowych dokonali gruntownej wymiany ludności. Inaczej mówiąc, wymawianie jednym tchem wszystkich trzech tworów skladających się na historię tej części Europy i mających sprawić wrażenie, że Druga Rzeczpospolita była kontynuacją Pierwszej, a Trzecia – Drugiej, nie wytrzymuje krytyki. Jeśliby przyjąć to za fakt, to długie porozbiorowe lata, kiedy Polska nie istniała w żadnej liczącej się formie, trzeba byłoby uznać za okres swoistej próżni bez większego znaczenia, która tylko formalnie oddzielała Rzeczpospolitą Pierwszą od Drugiej. To nieprawdziwy mit, szkodliwy dla prawdziwej wizji historii, ponieważ każdy z tych tworów był w istotny sposób inny, a różnice pomiędzy nimi miały charakter zasadniczy. To właściwie były trzy głęboko odmienne twory państwowe, a i okres stu dwudziestu trzech lat braku niepodległości też nie był historyczną próżnią, lecz miał dla gruntowania się świadomości narodowej ogromne znaczenie. Dzisiejsza dyskusja zarówno na temat roli Polski w Unii Europejskiej jak i jej znaczenia poza wschodnią granicą jest z tej przyczyny oparta na zupełnie błędnych przesłankach.

Negatywne skutki rozbiorów nie sprowadzały się do kosztów, które musiało ponieść rozpadające się społeczeństwo. Rzecz w tym, że nagłe i rozległe nabytki terytorialne wraz z obcą etnicznie ludnością stały się nierozwiązywalnym problemem dla samych beneficjentów. W podobnych okolicznościach, tyle, że kilkaset lat wcześniej, rozpadło się Królestwo Węgier. Jednak całe, bez wyjątków dostało się w ręce tylko jednego kraju – habsburskiej Austrii. Nie prowadziło to do konieczności istnienia, jak w przypadku Polaków, jednego narodu w ramach trzech odmiennych i nieprzychylnych polskości tożsamości narodowo-państwowych i obie wiodące narodowości mogły tam dokonać swoistej fuzji w jeden organizm.

Prusy dążyły do rozbiorów Rzeczypospolitej najbardziej konsekwentnie ze wszystkich trzech zaborców, ponieważ władcy państwa o niewielkich rozmiarach z natury rzeczy odczuwają kompleks wobec większych i sąsiadujących z nimi mocarstw. Bez dwukrotnego zwiększenia terytorium pruskiego państwa w wyniku rozbiorów ziem polskich, kraj ten nie miałby szansy na odegranie w Europie większej roli. W połowie XVIII stulecia ludność Królestwa Prus wahała się około 2,5 miliona. Powiększenie o trzy zabory polskie spowodowało niebagatelne jej podwojenie do pięciu.

Austria, z kolei, uczestniczyła w tym procederze z pewnym wahaniem, ponieważ sama była państwem wielonarodowościowym i nie jest przypadkiem, że nie wzięła udziału w drugim rozbiorze z 1793 roku. Wahanie wiązało się z wewnętrzną niepewnością co do tego jaką rolę w Europie powinno pełnić mocarstwo, któremu trudno określić się jednoznacznie pod względem tradycji językowej i narodowej.

Motywacje rosyjskie były za to zupełnie odmienne. Okres panowania Katarzyny II, to powolne oswajanie przez nią mocarstw europejskich z myślą o pojawieniu się w ich politycznym zasięgu dużego i agresywnego państwa azjatyckiego. Rosja, gdyby udało jej się zawładnąć całą Rzecząpospolią i przekształcić w kraj sfederowany z Petersburgiem, byłaby bez wątpienia przyjęta do europejskiego klubu szybko i jako pełnoprawny partner. Ta perspektywa wyniosła na tron Stanisława Augusta Poniatowskiego, człowieka słabego, którego atutem było jednak to, że w przeszłości był kochankiem Katarzyny II i bez wahania wykonałby abdykację na jej rzecz. Wiedziała też, że podporządkowanie całego kraju Rosji oznaczałoby zepchnięcie Prus i Austrii do roli drugorzędnych mocarstw, co nie mogłoby się stać bez głębokiego międzynarodowego kryzysu. Tymczasem, konflikt z Europą ze strony nie był jej do niczego potrzebny, na czasie za to była konieczność udowodnienia światu europejskości, nie zaś azjatyckości jej kraju. Z tej przyczyny posunęła się nawet do sponsorowania mapy Europy niosącej nową w jej historii, ale z gruntu fałszywą informację, że kończy się ona nie na wschodnich granicach Rzeczypospolitej, lecz hen, daleko, na rosyjskim Uralu. W przeciwieństwie do Rosji, przynależność Rzeczypospolitej do Europy zawsze była oczywista i nigdy nie podważana. Teraz, po trzecim rozbiorze, zachodnia granica Rosji oparła się o Niemen i Bug, a w jej rękach znalazło się dwie trzecie dotychczasowego królestwa Stanisława Augusta wraz ze stolicą Wielkiego Księstwa Litewskiego – Wilnem, drugim po Warszawie miastem stołecznym. Brakowało jeszcze tylko samej Warszawy, stolicy umierającego państwa europejskiego. Kto w tej sytuacji mógłby kwestionować europejskość samej Rosji?

Współczesna Europa. Rozkład zamożności i biedy.

 

Zachłanność jest złym doradcą. Prusy zapłaciły za rozbiory cenę w postaci przekształcenia się ich kraju z czysto niemieckiego we w gruncie rzeczy mieszane państwo niemiecko-polskie. Do stołecznego Berlina dołączyły teraz duże polskie ośrodki miejskie – Warszawa, Gdańsk i Poznań. Głównym zwycięzcą w walce o pozostałości po Pierwszej Rzeczypospolitej okazała się jednak Rosja. W wyniku wojny z napoleońską Francją i Traktatu Wiedeńskiego w dwadzieścia lat później (1815) osiągnęła upragniony cel kosztem Prus i Austrii. Pozyskała kolejne tereny Rzeczypospolitej, które po trzecim rozbiorze znalazły się w rękach Prus i Austrii. Wtórnym tego rezultatem było zaniechanie przez Prusy polityki koncyliacyjnej wobec „pruskich Polaków” i jej zamiana na konfrontację oraz usiłowanie wynarodowienia w celu utworzenia jednolitego państwa niemieckiego. Austria natomiast, nie zaprzestała prób budowy państwa federacyjnego, co w obliczu wchodzących w jej skład jedenastu dużych narodowości, wydawało się jedynym wyjściem umożliwiającym jakiś rodzaj konsolidacji wokół Wiednia.

Warto pamiętać o tych wydarzeniach, ponieważ wciąż żyjemy w otoczeniu ich następstw. Rosja nadal pragnie znaleźć argumenty na rzecz swojej europejskości i nie chce wyrzec się Ukrainy. Białoruś, kiedyś najbardziej spolonizowana część Rzeczypospolitej w postaci Wielkiego Księstwa Litewskiego, została wyzuta ze swojej historycznej tożsamości jeszcze w czasach Rosji carskiej. Dzisiaj, błąka się w poszukiwaniu własnej przeszłości.

Europejska geografia rozkładu biedy i zamożności nie kłamie. Najbiedniejsze regiony kontynentu mieszczą się w jej wschodniej cześci. To, prócz krajów bałkańskich, Ukraina i Białoruś. Nieco zamożniejsza, dzięki uczestniczeniu w europejskiej integracji jest Polska. Tyle, że poziom zamożności, to nie tylko arytmetyczna miara. To również miara cywilizacyjna. Bieda i niedorozwój chodzą w parze. Umysły mieszkańców biedniejszych krajów są nie tylko uboższe, ale i mniej twórcze. I tu koło się zamyka: biedniejszy niełatwo staje się bogatszym i mądrzejszym. Polska też doświadcza tego syndromu.

Może więc jednak jedność w różnorodności?

 

Jakie jest zatem wyjście z tej sytuacji? Obecne polskie władze sugerują, że Unia jest pełna wrogości wobec pełnej niepodległości krajów Europy Wschodniej, w związku z czym warto jest zapłacić cenę przyszłej biedy za pełne uniezależnienie. Unieżalenienie kogo i od czego? Czy zamiast walczyć z procesem integracji nie lepiej jest na niego wpływać tak, żeby pozbyć się mitu jednakowości? Oznaczałoby to przeformułowanie Unii Europejskiej z integracji dążącej do utworzenia jednolitej państwowości w rodzaj zróżnicowanego federalizmu, pozwalającego na stopniową europeizację całości w ramach skoordynowanego procesu zgodnego z rytmem życia jej poszczególnych części. Podążajmy więc nie do idealnej, ale mitycznej Ojczyzny Europy, lecz do realnej Europy Ojczyzn. Nikomu to nie zaszkodzi, a owoce pojawią się same.


One thought on “NIEMIECKA „MITTELEUROPA” I DZISIEJSZA SPRAWA POLSKA.

  1. Bardzo dobry tekst, tym razem Rosja nie jest już tak ostro przedstawiana jako “Azjatycki Dzikus”, okres o którym Pan pisze, to raptem kilka pokoleń do tyłu, to wciąż w nas tkwi, przez ten czas w Europie przeprowadzono różne eksperymenty polityczne w wyniku których ludność I. Rzeczpospolitej cierpiała mocniej niż inne narody Europy, ale nie byli to tylko Polacy, dobrze żeby nam dzieciom socjalizmu na każdym kroku uświadamiać, że zarówno w I. jak i II. Rzeczpospolitej Polacy byli mniejszością, tylko w PRL powstał etnicznie czysty twór polski, można powiedzieć “prawdziwa Polska”, dlatego dziwne są pokrzykiwania tzw. III. Rzeczpospolitej, jakoby PRL był jedynie epizodem okupacyjnym i dlatego należy go pominąć powracając do II. Rzeczpospolitej, dziękuję, że Pan prowadzi taką uświadamiającą pracę, piękno jest w różnorodności i tolerancji, obecna percepcja i indoktrynacja doprowadzi jeszcze do tego, że niedługo okaże się, że Jezus był Polakiem, mówił po Polsku, dlatego Polska jest Mesjaszem Narodów

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *