GRA W BAMBUKO, CZYLI ANGLIA DLA ANGLIKÓW, A POLSKA DLA NIEMCÓW?

            Dla wielu Europejczyków, Unia Europejska, to nie tylko byt nadzwyczaj nowatorski, ale również i taki, który wydaje się być trwałym i w jakimś stopniu już „udomowionym”. Tym przekonaniem zachwiewa nieco wiadomość, że oto u samych jej źródeł utkwił pewien rodzaj tajemniczości, skoro motywacje twórców jej flagi i powszechnie znanego symbolu w postaci kręgu dwunastu gwiazd mają, jak się okazuje, nie ujawnione publicznie konotacje religijne. Ta symbolika jest odzwierciedleniem niepełnej jasności, co do tego, jaka właściwie tradycja jest dla historii Unii najważniejsza – zewnętrzna tylko forma zjawiska unifikacji europejskich krajów, czy też ukryta pod jej powierzchnią jakiegoś rodzaju religijna misja? Tajemnicza jest też przyczyna umieszczenia na niej emblematu z dwunastoma gwiazdami, ponieważ daleko nie odpowiada to liczbie państw członkowskich. W gruncie rzeczy, jej symbolika może być uznana zarówo za ilustrację wieloznaczności idei powstawania samej unijnej konstrukcji, jak też i za efekt swoistej mitologizacji problemu. Autor projektu, Arsène Heitz przyznał, że tworząc unijny emblemat inspirował się fragmentem Apokalipsy św. Jana, ostatniej księgi Nowego Testamentu, zawierającej proroctwo dotyczące czasów dla ludzkości ostatecznych, które wedle przepowiedni mają zakończyć się zniszczeniem jej samej i świata, a dla ludzi Sądem Ostatecznym. Inspiracja, inspiracją, ale dlaczego europejską integrację skojarzył z tak apokaliptyczną wizją?

            Liczba gwiazd widniejąca na unijnej fladze nawiązywać ma do liczby „dwanaście” w starożytności oznaczającej doskonałość i całość. Jest też odpowiednikiem ilości miesięcy w roku, godzin na tarczy zegara i znaków zodiaku. Natomiast krąg, w którym zostały ułożone unijne gwiazdy, jest uznanym w kulturze chrześcijańskiej symbolem jedności. Flaga Unii Europejskiej powstała więc z nieco tajemniczej inspiracji, ponieważ przedstawia nie tylko świecką istotę wspólnotowego zamierzenia, ale nawiązuje też do wizerunku Matki Bożej, która jest w tekstach religijnych przedstawiana na lazurowym tle, a jej postać również okala dwanaście gwiazd. Co jednak może nam to powiedzieć o unijnej przyszłości i możliwości jej przetrwania na dłuższą metę? Dlaczego sama Unia miałaby okazać się kiedyś wydarzeniem apokaliptycznym? To zagadkowe, że twórca europejskiej flagi nie podzieliła się ze zleceniodawcami swoimi w tej kwestii tajemnymi przeczuciami, wyznając je dopiero na łożu śmierci.

W licznych kulturach liczba „dwanaście” ma szczególny status, będąc ilustracją dążenia do osiągnięcia harmonii i doskonałości. Takie jest źródło dwunastu znaków zodiaku, ale również dwunastu bogów olimpiskich, dwunastu plemion Izraeka, dwunastu apostołów czhrześcijaństwa, dwunastu imamów w największym odłamie irańskiego islamu i nawet dwunastu potraw wigilijnych a w końcu – dwunastu gwiazdek na europejskiej fladze. Tyle, że czy istotnie Unię Europejską czeka jakaś apokaliptyczna przyszłość, skoro jest tylko rezultatem pewnej logiki wydarzeń, nie zaś jakieś tajemnej misji. Być może, pierwotną tego przyczyną było to, że Paul Michel Gabriel Lévy współtwórca symboliki – Belg, który przeżył Holokaust i zmarł w 2002 roku, dopiero przed śmiercią zechciał przekazać potomności własne przeczucia. Czy więc Unię Europejską naprawdę czeka samozniszczenie? Jeśli tak, to jaki może być kształt tego wydarzenia?

Europa, to wciąż jeszcze pojęcie mające w sobie wiele fantazyjnej treści, nie zaś określenie czysto geograficzne. Jest i zawsze była rozumiana rozmaicie, zarówno jeśli idzie o cechy kulturowe, jak też i same granice. To zresztą jedyna część świata, która nigdy nie doczekała się awansu do rangi kontynentu. Dzisiaj, kiedy jej 28 państw wciąż jeszcze jest krajami członkowskimi, ona sama jest bez wątpienia najważniejszym graczem na kontynencie. Trwałość tej pozycji nie tylko nie jest jednak niczym gwarantowana, lecz nawet tchnie rosnącym rodzajem niepewności. Rzecz w tym, że – inaczej niż geograficzne części świata – sama Europa nie jest stałym miejscem globu, lecz elementem o zmiennych granicach, zależnym od wielu czynników. Można do niej w jakimś sensie „zostać przyjętym”, do Azji, czy Afryki, nie. Jest się ich częścią, albo się nią nie jest.

Od czasu pojawienia się określenia „Europa” w czasach starożytnych, aż do dzisiaj, jej wyróżnikiem nigdy nie była – jak ma to miejsce w przypadku innych części świata – sama geograficzna konstelacja, lecz zawsze tylko jej cechy cywilizacyjne, pozwalające na wyraźne odróżnienie od innych wielkich kultur. Pośród wszystkich części świata, Europa jako jedyna nie spełnia warunków definicyjnych dla nazwania jej kontynentem. W geografii fizycznej, kontynent, to obszar lądu otoczony morzami i oceanami, połączony z innymi co najwyżej wąskimi łączami. W tym rozumieniu, kontynentty, to Ameryka Północna i Południowa, Eurazja i Afryka, ale z całą pewnością nie Europa. Kontynentem jest nawet odległa od Europy, lecz całkiem zachodnia w swej tożsamości Australia, ale nie jest nim, równie zachodnia, sąsiednia do niej Nowa Zelandia, obie przy tym położone na europejskich antypodach. Jednak zestawienie Europy z „europejskością” jako podstawą cywilizacji Zachodu, to coś innego, niż „europejskość” samej tylko Unii Europejskiej. To zagadnienie warte rozważenia ze względu na wydarzenia, które wydają się prowadzić do jej głębokich przekształceń.

Myślenie o Unii Europejskiej w kategorii superpaństwa jest, to już dzisiaj wiadomo, rodzajem mitu, którego istota jest nawet trudna do zdefiniowania. Czy to znaczy, że tego rodzaju definicja jest zbędna? Takiego wniosku też nie da się wyciągnąć z tej prostej przyczyny, że Europejczycy przywykli już do swej wyjątkowości i do swobodnego przemieszczania się przynajmniej w przestrzeni od Portugalii na zachodzie po Polskę i kraje bałtyckie na wschodzie. Pod tym względem, Unia Europejska nie ma konkurentów, ani też odpowiedników w innych częściach świata. Co więc jest powodem jej widocznych słabości graniczącymi ze znamionami jakiegoś rodzaju dekadencji?

Jest faktem, że podobna do Unii konstrukcja nie przydarzyła się w żadnym innym regionie świata, ale i w samej Europie też jest nowością. Nie istnieją w gruncie rzeczy żadne oczywistości prowadzące do nieuniknioności jej unifikacji w jedną całość, jak też i do nagłego zaniku i powrotu do niegdysiejszej Europy suwerennych państw oddzielających się od reszty granicami paszportowymi i celnymi. Jest konstrukcją budzącą wiele sporów i dyskusji, ale nie prowadzi to do unicestwienia samego pojęcia. Jest też tworem nie dającym się w skali świata skategoryzować. Tym bardziej, nie da się tego uczynić w ramach próby przewidzenia jej przyszłości. Inaczej mówiąc, argumenty o trwałości integracyjnej konstrukcji można obudować równie mocnymi przekonaniami, jak te, które świadczyć miałyby o jej słabościach i braku perspektyw przetrwania. Prawdę mówiąc, wciąż nie wiemy o niej zbyt wiele i jesteśmy skazani na domysły. Dziwne, bo to przecież nasza własna część świata.

Próba definicji tego, czym właściwie jest Unia Europejska prowadzi do pewnej konsternacji. Twór, którego istnienie dla wielu mieszkańców kontynentu jest oczywistością przestaje nią być, gdy przychodzi do próby jego definicji. Gospodarczo, jest wyraźnie wyodrębniona i równie pod tym względem mocna jak Stany Zjednoczone, ale jej polityczne znaczenie jest bez porównania słabsze i w głównej mierze zależne od determinacji aktualnego przywództwa, a nie od samego jej istnienia. Unia jest więc rodzajem zjawiska, którego ostateczny cel jest dość niejasny. Potwiedza tym samym nasze domniemanie, że wydarzeniami wcale nie kieruje ludzka logika, lecz jakiś inny rodzaj racjonalności, którego nie udało nam się dotąd pojąć. Kiedyś, można było sądzić, że Unia Europejska ma w swej perspektywie powstanie jakiegoś rodzaju europejskiego superpaństwa na wzór Stanów Zjednoczonych Ameryki. Dzisiaj wiadomo, że to cel nierealny. Wiemy też, że również i jej powrót do stanu sprzez 1957 roku, to jest do konglomeratu wielu państw często wobec siebie nieprzyjaznych a nawet wrogich, jest także pozbawiony racjonalności. Czym więc Unia jest, do czego właściwie dąży i komu służy jej istnienie?

Formalnie rzecz biorąc, sprawa jest jasna i pozostaje poza dyskusją. Celem, zawartym zresztą w podstawowych dokumentach powołania nigdy nie było utworzenie jednego organizmu na wzór jednolitego państwa. W ramach oficjalnych deklaracji, tego rodzaju teza była albo przemilczana, albo też nie eksponowana. Formalnym celem jest tylko promowanie harmonijnego rozwoju działalności gospodarczej, kulturowej i wzajemne oswajanie się ze sobą poszczególnych etniczności, a także ciągły i zrównoważony wzrost gospodarczy, jego stabilizacja pod każdym względem, przyspieszenie tempa podnoszenia poziomu życia, a także zacieśnienie związków pomiędzy państwami członkowskimi. Służyć ma temu otwieranie granic, swobodny przepływ ludzi, kapitału, usług i towarów oraz tworzenie więzów solidarności w drodze wspólnej polityki i jednakowych zasad używywania instrumentów finansowych. Tego rodzaju życzenia mają moc przyciągającą, ale o niczym nie rozstrzygają. Unijne ramy przypominają po trosze Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, ale z jakiegoś powodu w Unii nie pojawia się podobnie amerykańska treść i być może nigdy nie przekształci się ona, na podobieństwo Ameryki, w federację państw-stanów gotowych przekazać najważniejsze atrybuty suwerenności narodowej jakiemukolwiek centrum. Jaka więc ją czeka przyszłość?

            Unia Europejska jest faktem, ale też takim, który trudno jest precyzyjnie zdefiniować. Nas interesują jednak nie tyle jej losy w dalszej przyszłości, lecz bardziej uchwytne skutki jakie przyniosło jej istnienie dla europejskiej przestrzeni rozłożonej tutaj, czyli pomiędzy Niemcami i Rosją. Jaki jej przyszłość może mieć wpływ na kształtowanie się oblicza naszego regionu? Poza tym, Unia, to polityczne i gospodarcze ugrupowanie państw, które podjęły decyzję o ścisłej współpracy nie rezygnując jednak z niepodległości i tożsamości narodowej. To trochę sprzeczność sama w sobie, skoro dla osiągnięcia wspólnych celów dobrowolnie przekazały Unii – w drodze umów międzynarodowych – pewne kompetencje, tak aby realizacja zamierzeń była możliwa. Powstał jedyny w skali świata związek państw, który stara się kojarzyć interesy narodowe z gospodarczymi, politycznymi i społecznymi. Nie przekłada się to jednak na ponadnarodową potęgę mierzoną w kategoriach państwowo-politycznych.

            Rodzi się przy tym jeszcze jedno pytanie: jaki jest kres unijnego rozszerzania i na ile to zmienia jej tożsamość? Zauważmy, że europejska integracja wyznaczała sobie kolejne granice. Pierwszą, była „Szóstka”, czyli sam rdzeń i początek. Druga, to „Piętnastka”, czyli liczba krajów, które – jak się wydawało – wyczerpywały już pojęcie europejskości zachodniego typu. Cel osiągnięto w 1995 roku, wtedy jednak, w obliczu zniknięcia Związku Sowieckiego pojawiła się kolejna pokusa. Jej kolejne rozszerzenia w 2004 i 2007 były do pewnego stopnia niespodzianką, nie dla wyszystkich przy tym przekonywującą. Wciąż pozostawały głębokie wątpliwości, czy nowo przyjęte kraje wschodniej części Europy dorosły do „zachodniości”? W ramach pierwszego etapu rozszerzenia dołączyło dziesięć nowych krajów, które wiązały pewne nici w postaci ich rodzaju religijności – protestanckich i katolickiej tradycji religijnej, ale warto pamiętać, że pierwotna idea rozszerzenia Unii poza „Piętnastkę” powstała jeszcze przed rozpadem ZSSR i wtedy dotyczyła członkostwa jedynie dwóch krajów śródziemnomorskich – Malty i Cypru. Obydwa, jako długoletnie posiadłości brytyjskie (Malta od 1800, a Cypr od 1878 roku), miały wiele czasu na wchłonięcie tego, co później nazwano „europejskimi wartościami”. Kraje wschodniej części Europy były pod tym względem zupełnie inne i mogły to czynić – i to w ograniczonym stopniu – bardzo krótko, bo jedynie przez dwa dziesięciolecia okresu międzywojennego.  Dwa z nich – Rumunia i Bułgaria, które przyłączyły się do Unii późno (2007), były w pełni prawosławne, należąc raczej do wschodnio-, aniżeli zachodnioeuropejskiej formuły kulturowej. Ostatnie poszerzenie Unii i przyjęcie katolickiej Chorwacji (2015), to historyczne wspomnienie po odgraniczeniu dawnych Austro-Węgier od tureckich kiedyś  Bałkanów.

Te wszystkie wydarzenia miały pod względem „europejskości” dwa oblicza. Jeden, to ustalenie tego, że o pełnej wspólnocie jej treści można mówić najwyżej w aspekcie Piętnastki, a nie dwudziestu ośmiu członkowskich krajów. Drugi, wiązał się z tym, że Unia Europejska po ostatnich rozszerzeniach nie była już w stu procentach „europejska” w swej zachodniej i kulturowej treści, ale stawała się niekończącym się procesem wypełniania przez Brukselę reszty mapy kontynentu i wzajemnego mieszania jej pogranicznych cech kulturowych. Brakowało jeszcze bałkańskiej enklawy oraz trzech krajów dawniej rosyjskiego obszaru wpływów – Białorusi, Ukrainy i Mołdawii, by obszar Unii Europejskiej w pełni pokrył się z tymi granicami Europy, które są pozbawione cech rosyjskości. Tyle, że ponowne przebudzenie się Rosji i jej odrodzenie agresywnej pamięci zburzyło nie tylko zamiar dalszego rozszerzania Unii ku wschodowi, lecz więcej – legło u podstaw głębokiego kryzysu unijnej tożsamości. W rezultacie, Bruksela poczęła podważać europejskość Ukrainy, głównie z tej przyczyny, że idea suwerenności tej ostatniej znalazła się w kolizji z odradzająca się agresywnym nacjonalizmem Rosji. Okazało się, że unijna obawa przed konfliktem z tą ostatnią ma dla Brukseli większe znaczenie aniżeli sama idea i kulturowa treść europejskiej integracji. Ukraina pozostała więc zawieszona w przestrzeni pomiędzy Rosją i zintegrowaną Europą, a jej przyszłość jest wciąż niejasna. Nie zatrzymało to dalszego wzrostu agresywności samej Rosji, podważyło za to wiarygodność przekonania o istnieniu prawdziwie europejskiej jedności kulturowej. Zachwiało również poczuciem integralności samej Unii. Jeśli bowiem Bruksela nie byłaby w stanie oprzeć się akceptowaniu suwerenności jej członków i ulec w tej sprawie Rosji, to do czego właściwie sama ma służyć? Pytanie jest nawet głębsze – komu to wszystko służy? Wiele przemawia za tym, że głównym beneficjentem są w tej sytuacji Niemcy, a  to nie jest dla Wspólnoty wiadomość dobra. W obliczu niemieckich tendencji do flirtowania z odradzającą się Rosją, to informacja tez groźna krajów jej wschodniej części. Powraca bowiem kwestia trwałości linii rozgraniczenia niemieckiej europejskości z rosyjską azjatyckością.

            Jednak na pytanie, co z Unią będzie w dalszej przyszłości, odpowiedzieć jest trudno. Z jednej strony rozpoczął się Brexit, czyli opuszczanie Wspólnoty przez Wielką Brytanię, kraj o tysiącletniej tradycji burzliwego współistnienia z Europą kontynentalną. Z drugiej, Bruksela nawet nie próbuje podtrzymać złudzeń Ukrainy pragnącej dążyć do europejskości, chociaż jest na równi prawosławna z Bułgarią i Rumunią. Wszystko to nie dlatego, że jej ambicje są pozbawione racji, lecz tylko z powodu obawy przed reakcją Moskwy. Z politycznego punktu widzenia, byłoby to przecież bardziej obiecujące niż wejście w skład Unii sześciu będących wciąż poza nią krajów bałkańskiej enklawy – równie prawosławnej Macedonii, Serbii i Czarnogóry, jak i muzułmańskich – Bośni i Hercegowiny, Kosowa i Albanii. Oto nagle, bez wyjaśnienia, geografia i podobieństwo kulturowe przestały być czynnikiem decydującym. Wiele wskazuje na to, że to w tej przestrzeni, a wcale nie z powodu brytyjskiego opuszczenia Unii, trzeba szukać źródeł nadciągającego integracyjnego kryzysu. Wiele wskazuje na to, że brukselska struktura po prostu przekroczyła granice swojej kompetencji i nie ma żadnego pomysłu na to, co robić dalej z samą sobą. Otwiera to drogę indywidualnym projektom, niekoniecznie zgodnym z interesami większości, takim na przykład jak niemiecka koncepcja zasilenia gospodarki imigracją ponad miliona ludzi ze świata muzułmanów. Miało to zaspokoić najbardziej palące braki siły roboczej Bundesrepubliki, stało się jednak iskrą zapalającą emocje narodowościowe i konflikty kulturowe, które – zgodnie z wcześniejszymi założeniami – miały już dążyć do zaniku, nie zaś odradzać się na nowo. Dopiero teraz, pytanie: „co dalej z Unią?” zaczęło nabierać kształtu, a odpowiedzi nie widać nawet w perspektywie bardziej odległej niż kadencja jej władz.

            Uważne przyjrzenie się obrazowi powstawania i poszerzania Unii Europejskiej prowadzi do wniosku o wrodzonej temu tworowi usterce i to widocznej od pierwszego dnia jej istnienia. Unia, od czasów EWG nie miała wyobrażenia o tym, gdzie i kiedy zakończyć proces własnego powiększania. Prowadzi to wprost do kryzysu tożsamości, z którym mamy właśnie do czynienia. Albo się wie kim się jest i pragnie przygarnąć wszystkich pobratymców, albo też ma się do nich stosunek koniunkturalny i przygarnia się tylko tych, którzy nie mnożą problemów. Bruksela nie może się zdecydować ani na jedno, ani na drugie. Przewidywane sukcesy wyborcze sił nacjonalistycznych i ekstremalnych to zagrożenie potęgują, jako że Unia była budowana na fundamencie liberalnym i ponadnarodowym. Powrót dawnych demonów może prowadzić do piekła. Dla wschodniej części kontynentu, to wiadomość jak najgorsza, powodująca, że rozgraniczenie między europejskich zachodem a rosyjskim wschodem znów przestaje być problemem merytorycznym, lecz staje się kwestią przetargów, a może i otwartej walki politycznej. Tyle, że dzisiaj nie wiemy jeszcze walki kogo z kim i właściwie o co?

We współczesnym obrazie Europy uderza nasuwające się przypuszczenie, że oto kryje on w sobie trwały aspekt braku koncepocji dla zakończenia procesu powstawania jednolitej przestrzeni kulturowej. O niejasności statusu enklawy bałkańskiej mówiliśmy przed chwilą, co jednak zrobić z tą częścią, która znalazła się pomiędzy wschodnimi granicami Unii a Rosją? A wiadomo, że to zbyt poważny problem, by pozostawić go samemu sobie. Zdążył już wywołać krwawy konflikt rosyjsko-ukraiński, który doprowadził do sytuacji wojennej, przez Rosję w najwyższym stopniu niechcianej. Upadł oto przy okazji mit o narodowej jedności Rosjan z ich pobratymcami z zachodu, a takim mitem okazało się rosyjskie przekonanie o istnieniu jednego, wielkoruskiego narodu i nieistnieniu odrębnych narodów – białoruskiego i ukraińskiego. To miała być tylko Małorosja i Białorosja, czyli części Wielkiej Rosji a nie jakaś odrębna przestrzeń etniczna. Dobrze pamiętać, że Bruksela jeszcze do niedawna podzielała pogląd Rosjan i nie przyjmowała do wiadomości istnienia narodowej odrębności Ukraińców i Białorusinów. Nie jest też przygotowana na konsekwencje zmiany tej opinii, nie mówiąc o realizacji jej rozszerzenia w tym kierunku i nie ma w tej przestrzeni ani gotowości, ani ochoty, ani też politycznej i ekonomicznej siły. O enklawie bałkańskiej już się nie mówi, bo ta znalazła się w sytuacji dla Brukseli bardzo wygodnej. Sześć jej krajów (Serbia, Macedonia, Bośnia i Hercegiowina, Kosowo i Albania, to w sumie niewielki obszar nie posiadający większych argumentów przetargowych, stając się z braku realnej alternatywy „wewnętrzną” sprawą Unii, a ich geograficzne położenie skazuje je na łaskę Brukseli. Inną sytuacją jest jednak pozycja Ukrainy i Białorusi z ich ludnością sięgającą pięćdziesięciu milionów mieszkańców.

            Dzisiejszy obraz europejskiej wspólnoty nie jest klarowny. Wystąpienie Wielkiej Brytanii można jeszcze wyjaśnić jej anglosaskim charakterem prowadzącym do poczucia większej łączności z Kanadą i USA oraz Australią i Nową Zelandią, aniżeli z państwami kontynentalnej Europy. To zresztą zjawisko, które dawało się odczuć w całej historii regionu. Z chwilą, gdy Anglia stała się w XVIII wieku centrum ogromnego światowego imperium jej związki z kontynentem przybrały dość szczególny wyraz. Natomiast jej wejście przed trzydziestu laty w skład EWG było odczytywane jako próba zerwania z kolonialną tradycją i otwartego powrotu na europejskie łono. Okazało się to jednak zwodnicze i dzisiejsza Wielka Brytania jest krajem, który od kontynentalnego rodzaju europejskości wyraźnie odstaje. Tyle, że zjawisko nie ma wyraźnie określonej przyczyny, ale może okazać się znamieniem czasów, jeśli skojarzyć je z niechętnym Europie stanowisku nowego amerykańskiego przezydenta. Wygląda na to, że zbliża się rewolucja w istniejących stosunkach międzynarodowych.

Od jakiegoś czasu, Europa ma najwyraźniej problem z definicją własnej tożsamości. Dominacja Niemiec, dotąd tylko wyczuwana, po opuszczeniu Unii przez Wielką Brytanię będzie nie tylko miała wpływ na pozostałych członków, ale zmieni też głęboko obraz świata zachodniego. Warto więc powrócić do definicji Zachodu, jaką przedstawił kiedyś Huntington i przemyśleć ją ponownie. Dodajmy, że od tej pory, Europa uważana dotąd za bezspornie zachodnią powiększyła się o przyjmowane do Unii kraje wschodniej jej części: Rumunię i  Bułgarię, które nie spełniają kryteriów „zachodniości” (prawosławie). Nie spełnia tego kryterium również i Grecja przyjęta do Wspólnoty w 1981 roku, tyle, że w innych okolicznościach historycznych. Tym bardziej go nie spełniają kraje Europy wschodniej i południowej nie kryjące nadziei na członkostwo w dalszej przyszłości. Wtedy jednak, teza o procesie zanikania europejskości na kontynencie nie tylko przestaje brzmieć jak nonsens, ale zaczyna współgrać z tezą Putina, że Rosja wcale nie jest wrogiem Europy, a jedynie Zachodu. Pytanie zatem quo vadis Europae? przestaje być tylko grą słów, a staje się kwestią samej europejskiej tożsamości. A że Polska jest również częścią problemu, pytanie dotyczy też i naszej europejskiej perspektywy. To jednak temat na zupełnie odrębne rozważania.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *