O MIĘDZYMORZU RAZ JESZCZE

Dającej się dziś zauważyć modzie na rozważania o powstaniu nowej potęgi w postaci Międzymorza towarzyszy wyraźne rozchwianie Unii Europejskiej. Dotyczy przede wszystkim jej wschodniej, najmłodszej części, ponieważ Europa Wschodnia nie jest tylko pojęciem geograficznym, ale i historycznym, a i do pewnego stopnia kulturowo-politycznym. Do połowy XVIII stulecia albo nie używano tego pojęcia wcale, albo też za wschodnią, pograniczną część kontynentu uważana była Rzeczpospolita Polski i Litwy oraz wegierski styk z tureckimi posiadłościami na Bałkanach. Reszta dzisiejszej Europy znajdowała się poza jej uznanymi wtedy granicami, podobnie jak Rosję uważano za kraj azjatycki. Późniejsza zmiana oceny położenia regionu jest następstwem gwałtownie rosnącej pozycji tej ostatniej i powiększającego się autorytetu rosyjskich carów pośród europejskich monarchów. Rzecz jednak w tym, że towarzyskie układy pomiędzy monarchami nie zmieniają geograficznego położenia krajów, ani też ich cech kulturowych.

Jest nieco nielogiczne, że pod względem przynależności cywilizacyjnej, Europa Środkowo-Wschodnia to obszar zdefiniowany tak bardzo nieostro. Z oczywistych powodów nie należy do zachodniej części kontynentu, ale nie jest też częścią przestrzeni rosyjskiej. Nielogiczność polega na tym, że to, co rozciąga się na wschód od państw Europy uznawanych za wschodnie, to przede wszystkim Rosja, która tylko w domyśle jest wciąż „Europą”. Inaczej mówiąc, obiegowy podział kontynentu na Europę Zachodnią, Środkowo-Wschodnią i Rosję ma źródła w polityce, nie w geografii. To efekt wcześniejszych zabiegów jej władców o to, aby jakimś sposobem stać się częścią Europy. Od momentu zetknięcia z cywilizacją zachodnią rosyjskie elity zapragnęły wyzbyć się kompleksu azjatyckości i za żadną cenę nie godziły się na umiejscowienie ich w kręgu kultur Wschodu. Świadczy o tym chociażby ewolucja strojów, które stały się ostentacyjnie europejskie w przeciwieństwie do ubiorów polskiej szlachty wciąż wykazujących silne cechy orientalne. I tak oglądając film oparty na motywach tołstojowskiej powieści „Wojna i pokój”, można odnieść fałszywe wrażenie symbiozy Rosji z zachodnią Europą i trudno nawet domyślić się stopnia azjatyckości tej pierwszej.

W znaczeniu cywilizacyjnym, Rosja nie jest i nigdy nie była integralną częścią Zachodu, więc jeśli stara się dzisiaj ukazać swoje europejskie oblicze, to tylko w następstwie wysiłków jej politycznych elit. Zjawisko wyjaśnia analiza drogi Rosji do Europy, która ma swój początek wraz z panowaniem Piotra I, skutecznie sformalizowana wysiłkami carycy Katarzyny. Wyjaśnia to również współczesne działania Rosji na rzecz budowania zbrojnej potęgi, ale – co charakerystyczne – ten wysiłek jest ostentacyjnie kierowany przeciwko Zachodowi, a nie wobec, Chin czy świata islamu, będących prawdziwym dla Rosji zagrożeniem. Moskwa robi też wszystko, by zaistnieć w umysłach Europejczyków jako państwo im podobne, nie czyniąc tego wobec innych wielkich sąsiadów.

Okazuje się, że również i w kulturowej geografii można odnaleźć coś z walorów geometrii. Oto, inaczej niż cała reszta Europy, która dziś rozłożona jest na osi wschód-zachód i wyraźnie podzielona równoleżnikowo, na zachodnią i wschodnią po Ural, ta, która znalazła się pomiędzy jej zachodem a samą Rosją, jest z kulturowego punktu widzenia umiejscowiona nieco skośnie i niejako w poprzek kontynentu – od gdańskiego Pomorza po Krym. Tak zresztą układały się polityczne interesy Rzeczypospolitej zanim na europejskiej arenie pojawiła się Rosja jako nowa potęga. Dopóki ta ostatnia nie wychynęła ze swoich azjatyckich pieleszy i nie zaczęła pretendować do odegrania roli w Europie, kwestia nie istniała wcale. W politycznej świadomości elit Rzeczypospolitej, prawdziwym problemem byli Szwedzi (potop) i Kozacy albo Tatarzy, ale nie Moskale. Okazało się jednak – i ta cecha rosyjskości dominuje do dzisiaj – że twór, który się z tego wyłonił był zbudowany na emocjach, nie na obiektywnych racjach. Rosja oto, pod każdym niemal względem była produktem Azji, a jednocześnie zawsze pragnęła być uznana za część Europy. Jak inaczej wyjaśnić nagłe „odkrycie” jej elit z okresu panowania Iwana IV nazwanego Groźnym, że należy się jej herb w postaci rzymskiego dwugłowego orła, ponieważ jest rzekomo bardziej nawet „rzymska” od zarówno pierwszego Rzymu, jak i drugiego, czyli Konstantynopola? Tymczasem historycy bez wahania głębokich źródeł rosyjskich cech doszukują się w mongolskiej historii Azji, nie zaś w grecko-bałkańskim prawosławiu.

Najbardziej konsenkwentne spojrzenie na usytuowanie Rosji w przestrzenni euroazjatyckiej zaprezentował amerykański globalista George Friedman. W związku z osobliwą nieco historią regionu oraz pojawieniem się rosyjskiego żądania przynależności do Zachodu, a nie Azji, w jego ujęciu najbliższa dekada będzie historycznym testem samego istnienia Rosji w jej dotychczasowej postaci. Jego wynik zdecyduje o obrazie wschodnich rubieży kontynentu i europejskiej części cywilizacji zachodniej. Rzecz w tym, że im bardziej Rosja stara się być uznana za europejską, tym bardziej traci uprawnienia do jej azjatyckiej części, stanowiącej skądinąd dwie trzecie państwa. Putin okazał się gotów do poniesienia wszelkich kosztów ekspansji w kierunku zachodnim tylko po to, aby utrzymać mit o jej europejskości, pozostawiając całą zauralską część bez poważnej ochrony jej rosyjskości.

Zgodnie z analizą Friedmana, największym graczem regionalnym stać się ma w najbliższej przyszłości jednak nie Rosja, lecz Polska, wsparta przez tradycyjne sojusze z krajami, który byłby rezultatem nieco podobnym do osiemnastowiecznej Rzeczypospolitej. Co jednak spowodować ma tak głęboką zmianę geopolitycznego układu, że dotychczasowa konstrukcja geopolityczna miałaby przestać istnieć? Warto zauważyć, co jest zwykle w podręcznikach historii przemilczane, że była ona tworem zupełnie oryginalnym i wbrew szkolnym dogmatom niepodobnym do późniejszych formuł polskiego państwa, nazwanego w okresie międzywojennym II Rzecząpospolitą i które po drugiej wojnie światowej przybrało nazwę Trzeciej. Inaczej mówiąc, numeracja oraz jej kolejność sugerować ma pełne pokrewieństwo wszystkich trzech rodzajów polskiej państwowości, podczas gdy w istocie, za każdym razem twór nazywany Rzecząpospolitą powstawał niejako od nowa i przybierał tylko dla siebie swoistą formę, a wcale nie jako bezpośrednia kontynuacja poprzedniej wersji państwa. Prawdę mówiąc, samo określenie „rzecz pospolita” było adekwatne w relacji do tej Pierwszej, przedrozbiorowej, albowiem tylko ona nie miała wrodzonej cechy dominacji jednego narodu nad innymi i mogła być uważana za „pospolitą’, czyli powszechną i dla wszystkich nacji jednakową. Jest prawdą, że języka polskiego używało wtedy czterdzieści procent ludności, tyle, że on sam nie był żadnym wyznacznikiem obywatelstwa, ponieważ do tego konieczny był szlachecki herb. Herbowi obywatele mówili na codzień zarówno po polsku, jak i po rusku, a na Pomorzu także po niemiecku. Tak zwana Druga Rzeczpospolita również posiadała liczne mniejszości narodowe (31% ludności deklarowało narodowość inną niż polska), jednak w jej granicach nie ulegała już wątpliwości dominacja polskości, oparta na zupełnie innych, niż XVIII-wieczne zasadach i wynikająca z nowej definicji narodowości opartej teraz na kulturze języka, a nie na posiadaniu uznanego herbu i odpowiedniego umiejscowienia klasowo-warstwowego. Dzisiejsza, jest państwem wyjątkowo pod tym względem unitarnym, więc określanie jej mianem „rzecz pospolita” ma w tym wypadku tylko wymiar historycznego echa bez związku z istotą samej nazwy, czyli ponadnarodową powszechnością.  Tak zwana III Rzeczpospolita, narodowościowo bardziej nawet jednolita niż większość krajów Europy, okazała się krajem niemal pozbawionym cechy tolerancyjności wobec inności, więc jej „pospolitość” na tyle się zmieniła, że przestała mieć związek z dawną treścią. „Pospolitość” oznaczała kiedyś powszechność w równości, a określenie „rzecz pospolita” było dosłownym tłumaczeniem łacińskiego „res publica”. Miało to podkreślać tę jej właściwość, że oto nie narodowość decyduje o pełni praw, lecz pozycja społeczna i wspomniany szlachecki herb, a państwo traktuje członków poszczególnych warstw społecznych jednakowo, bez względu na właściwości używanej mowy. Jej późniejsze formuły państwowe narodziły się w zupełnie innych czasach, kiedy to zwyciężał już nacjonalizm i cechą wyróżniającą stała się narodowość wynikająca z używanego języka. Dopiero wtedy mogło zrodzić się poczucie narodowej wspólnoty przechodzące w nieznaną wcześniej formułę państwa narodowego. Jest znamienne, że pojęcie „Rzeczpospolita” tłumaczy się na języki obce jako odpowiednik angielskiej „republic”, nie zaś, co byłoby właściwe, jako „commonwealth”. Istotą tej „republikańskości” jest przekaz dotyczący ustroju państwa, czyli faktu, że nie jest to ustrój monarchiczny. Nie ma to bezpośredniego związku z samą ideą demokracji, skoro nie jest też republiką królestwo Wielkiej Brytanii,  Holandii, czy Szwecji, a przecież nikt nie podważa ich demokratyczności i „europejskości”.  Polska, w tym znaczeniu, dawno przestała być „rzeczą pospolitą”, a stała się pod względem formuły rządzenia unitarną republiką, podobną do innych państw europejskich.

Jakie jest dzisiaj zapotrzebowanie na istnienie tworu pośredniego między europejskim zachodem a azjatyckim bezkresem Rosji? Jeśli logika przezentowana przez Friedmana jest słuszna i Rosja przestanie istnieć w swojej dotychczasowej, imperialnej formie, powstanie zapotrzebowanie na siłę polityczną, która ją mogłaby wypełnić tworzącą się próżnię. Koniec Rosji, jaką znamy, jest według autora przesądzony. Politolodzy i specjaliści od spraw międzynarodowych nie mogą się jednak z tym pogodzić. Powody są dwa. Pierwszy wiąże się z tym, że pięćset lat borykania się Europy z problemem agresywności Rosji stał się tak silnym elementem historii kontynentu, że nastąpiła swoista utrata wyobraźni i niemożność świadomego przyjęcia jakiejkolwiek jego formy, w którym Rosja nie odgrywałaby kluczowej roli. Warto w tym kontekście wspomnieć rok 1991 i bezbronność zachodnich politologów w obliczu nagłości upadku Związku Sowieckiego. Świat bez niego wydawał się im tak nielogiczny, że zupełnie zabrakło koncepcji politycznej. Dopiero wtedy, w ramach swego rodzaju „akcji ratunkowej”, pojawiła się globalna wizja Huntingtona, porzucająca podział świata na kapitalistyczny Zachód i socjalistyczny Wschód.  Można odnieść wrażenie, że putinowskie starania o przywrócenie dzisiejszej Rosji międzynarodowej pozycji, takiej jak za czasów carskich czy Zawiązku Sowieckiego, stało się głównym celem moskiewskiej polityki. Wiele wskazuje na to, że jest to już niemożliwe. Co wtedy?

Drugim elementem mającym wpływ na obraz globalnej rzeczywistości jest jednostronność badań w przestrzeni stosunków międzynarodowych. O ile od dawna istniały narzędzia badawcze w przestrzeni sowietologii, to ich przystosowanie do współczesnej sytuacji świata i miejsca w nim dzisiejszej Rosji nie pozwala na racjonalne wyjaśnienie dziejących się procesów. ZSRR był potęgą globalną, Rosja nią z całą pewnością nie jest i raczej wiadomo, że już nie będzie. A jeśli nie będzie jej wcale, przynajmniej w obecnej formie? Świat geopolitologii powinien wtedy skupić się na analizie tego, co po niej pozostanie, czyli przede wszystkim sformułować na nowo koncepcję tożsamości samej Europy, a w szczególności jej części środkowo-wschodniej pozbawionej teraz (jeśli przewidywania Friedmana się sprawdzą) egzystencjalnego zagrożenia od wschodu, czyli powrócić do analizy kształtu kontynentu na podobieństwo czasów sprzed jej rozbiorów. Do tego jednak brakuje wyobraźni. Mam w pamięci  argumenty, że oto nie trzeba będzie jednak się uczyć Europy od nowa, skoro wzrost rosyjskiej potęgi i tak spowoduje samoczynne rozwiązanie problemu i powrót do jej obrazu z czasów imperialnej Rosji. Intelektualne lenistwo nie jest jednak dobrym doradcą.

 Rozumowanie Friedmana nosi cechy podobieństwa do teorii „długiego trwania” Braudela, dowodząc większej trwałości dawnych – jak by się mogło wydawać już przebrzmiałych – mechanizmów kulturowych, aniżeli skutków bieżącej polityki. Każda sytuacja rodząca w ramach tej ostatniej próżnię powoduje, że jest ona szybko wypełniana przez echa przeszłości. W Europie Wschodniej ma zatem powstać próżnia wynikająca z załamania Rosji, której polityka – jak dowodzą ostatnie wydarzenia – nie potrafi wydobyć jej z dawnych obciążeń, których podstawy już nie istnieją. Ślepe powtarzanie dawnych imperialnych gestów prowadzi donikąd. Powstanie w ten sposób próżnia, która zrodzi zapotrzebowanie nie tyle na nową formację państwową, ile na ośrodek, wokół którego mogłyby się gromadzić narody zamieszkujące tereny pomiędzy dzisiejszą Unią Europejską a pozostałą po Rosji przestrzenią. W sposób naturalny nastąpi więc odrodzenie dawnej przestrzeni Międzymorza, w tym, być może, również w formie dawnej Rzeczypospolitej.

Tyle, że i wydane ostatnio „Międzymorze” Chodakiewicza, jedyna jak dotąd próba kompleksowego ujęcia zagadnienia, jest do pewnego stopnia książką zwodniczą, ponieważ niełatwo doczytać się w niej, co autor pod tym pojęciem rozumie. Bliższa analiza prowadzi do wniosku, że nie idzie o rozmaite, mniej lub bardziej fantazyjne koncepcje polityczne dla regionu rozłożonego od Bałtyku po Morze Egejskie, lecz o pewną znacznie nam bliższą i trwalszą tradycję. Jest zresztą znamienne, że idea „mniejszego Międzymorza” rozumianego jako obszar pomiędzy Bałtykiem i Morzem Czarnym pojawia się co jakiś czas w polskiej historiografii, ale nie ma po niej poważnego śladu w krajach sąsiednich. Dzieje się tak, ponieważ tylko mieszkańcy terenów dawnej Rzeczypospolitej mogą odwołać się – w ten, czy inny sposób – do wspólnotowego doświadczenia przeszłości, w którym Polacy, jako najliczniejsza grupa narodowościowa odegrali największą rolę.

Chodakiewicz nie zajmuje się regionem rospostartym w poprzek kontynentu aż do Morza Egejskiego, lecz tylko tym, które jest echem przestrzeni dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów i którego granice na północy opierały się o bałtycką Kurlandię (część dzisiejszej Łotwy), a na południu o tatarski wtedy Półwysep Krymski, znajdujący się dzisiaj pod kontrolą Rosji. Jak przy tym dodaje, „bez upamiętnienia i przebaczenia, które niosą ze sobą zgodę i współistnienie, mieszkańcy Międzymorza nie mogą aspirować do regionalnej solidarności i jedności.(…) Jest rzeczą oczywistą, że nie może to być tylko polski projekt. Musi to być projekt lokalnej, narodowej elity Międzymorza. I powinien to być projekt zachodni. Ma szanse powodzenia jedynie z poparciem Stanów Zjednoczonych. Jeśli nie, to przejmą go Moskwa i Berlin schowany za plecami Brukseli”. Tyle, że pojęcie Międzymorza brzmi wtedy bardziej ideologicznie niż geograficznie. Jest przy tym niedookreślone, żeby nie rzec – tak ogólne, że trudno dociec prawdziwej treści. Sprawia też wrażenie, że jego istotą jest położenie geograficzne pomiędzy odległymi morzami, a te morskie ograniczenia są właśnie jego cechą i treścią zarazem, niezależnie od tego, czy idzie o Bałtyk i Morze Czarne, czy też Bałtyk oraz Adriatyk i Morze Egejskie. Tyle, że w swej prawdziwej treści Międzymorze nie jest określeniem geograficznym, lecz tylko koncepcją polityczną związaną z polskimi ambicjami niepodległościowymi i chęcią zabezpieczenia sojuszami z sąsiadami. W istocie, nie idzie tu więc o żadną morską granicę, ale o próbę znalezienia wyjścia z pewnego błędnego koła. Koncepcja ma charakter czysto „lądowy”, a morza służyć mają za ograniczenie zewnętrzne i niewiele  mając wspólnego z siłą międzynarodowych powiązań. Międzymorze ma być ucieczką od słabości państw regionu i tak zróżnicowanych, że nie będących w stanie ze sobą skutecznie współpracować i obronić się przed agresywnością wielkich sąsiadów. Jego istotą nie jest więc żadne z wymienianych „granicznych akwenów”, lecz ukształowanie lądu jako szerokiej, równinnej przestrzeni, w której ograniczeniem są sąsiadujące z nią potężne i agresywne struktury państwowe. Europejska ekspansywność przybrała inny wymiar w zachodniej części Europy, gdzie istotą potęgi było głównie korzystanie z bogactw zamorskich. Strukturą ekspandującą ku środkowi Europy stały się natomiast pozbawione zamorskich posiadłości Niemcy, a z drugiej – Rosja, najpierw zbudowana na ekstensywnym wykorzystywaniu odległych zasobów ziem przed- i zauralskich i dopiero na końcu (XVIII-IX wiek), potem, utrwalająca swoją imperialną pozycję przez wchłanianie narodów wschodniej części Europy. Samemu Międzymorzu, czyli obszarowi ściśniętemu wewnątrz kontynentu, który spotkał się z naturalnymi ograniczeniami zarówno od wschodu, jak i zachodu, przypadła w tym procesie rola pasywna. Inne kraje regionu również czynią nie za bardzo skoordynowane wysiłki, by obronić się przed możliwością wchłonienia przez sąsiadów. To jednak znacznie za mało, by wyrosła z tego koncepcja prowadząca do jednoznacznej przestrzeni wspólnoty interesów dążacej przy tym do jakiegoś rodzaju federacji mającej wpływ na geopolityczne otoczenie. Po pierwsze, jest tak dlatego, że istnieje w regionie pamięć o brutalnym egoizmie polskiej szlachty, co nie skłania do powtarzania wspólnotowego eksperymentu w przestrzeni społecznych stosunków. Po drugie, obie sąsiednie potęgi – Niemcy i Rosja – należą do ostatnich gotowych tolerować tego rodzaju samodzielność, ponieważ z natury ich własnej tradycji widzą w tym zagrożenie dla siebie. Tutaj trzeba się też doszukiwać źródła poczucia niemiecko-rosyjskiej wspólnoty interesów w regionie oraz – mniej lub bardziej przemyślanego – koordynowania polityki mającej na celu niedopuszczenie do usamodzielnienia się przestrzeni znajdującej się pomiędzy nimi, niezależnie od tego, jak ją zdefiniować.

Istotą idei Międzymorza, która jest prostym następstwem rozbiorów Rzeczypospolitej przez potęgi zachodnie (Prusy i Austria) oraz wejścia Rosji w europejski krąg, jest pojawienie się ich bardzo szczególnej wspólnoty interesów, która okazała się trwała na ponad stulecie. Obszar znalazł się pomiędzy dwiema koncepcjami budowania imperium – niemieckojęzycznej z zachodu i rosyjskiej od wschodu. Jego wcześniej zgasłą formą była dawna Rzeczpospolita, która – gdyby nie jej rozbiorowy upadek – mogłaby stać się faktycznym odpowiednikiem Międzymorza. Spóźniła się jednak na podział Europy i zniknęła z jej mapy. Wynikało to zarówno z historycznych i geopolitycznych okoliczności, jak też i faktu napotkania znacznie większej liczby barier i przeciwności niż miało to miejsce w przypadku Rosji, czy Niemiec. Tym ostatnim przypadła więc rola rozrastania się kosztem słabości środkowoeuropejskiej przestrzeni. Echo tego zjawiska odczuwamy do dzisiaj, a jego przyszłość kryje w sobie nieznane.

             W mniemaniu polskich środowisk ludowo-narodowych rzecz jest prosta i wynika z pobieżnej obserwacjji mapy. Wszystkie kraje Unii Europejskiej, które przystąpiły do niej po 1 maja 2004 roku, są podobnej kategorii i utworzenie w ich ramach rodzaju politycznego przymierza wydaje się czymś naturalnym. Wiele wskazuje na to, że najwyższe czynniki rządzącej w Polsce partii również spoglądają na tę ideę z przychylnością. Ma ona podwójne źródło. Po pierwsze, daje Polsce większe szanse wpływania na sytuację w regionie, ponieważ wraz liczbą ludności staje się najpoważniejszym graczem. Jej ludność niemal dwukrotnie przekracza drugą w kolejności Rumunię, a zaludnienie każdego z pozostałych krajów oscyluje wokół dziesięciu milionów, czyli czterokrotnie mniej niż liczba Polaków. Ciekawe, że nie zaliczono tu ani Finlandii, ani Grecji, co sugeruje, że za najważniejszą cechę wspólnotową uznano przeszłość w postaci powojennej sowieckiej kontroli. Czy to jednak cecha wystarczająca, skoro poprzednie dwieście lat poszczególne kraje spędziły w ramach odmiennych konstelacji imperialnych. Łotwa i Estonia, jako niegdysiejsze niemieckie Inflanty, były od czasów Piotra I, czyli przez pełne dwieście lat, integralną częścią Rosji i największym źródłem pochodzenia wysokich urzędników państwowych. Dzisiejsze tereny Litwy, większość swego istnienia spędziły jednak jako integralna część wspólnej formacji państwowej z tej przyczyny nazywanej Rzecząpospolitą Polski i Litwy. Uznanie się przez Litwinów za część przestrzeni skandynawskiej wynika tylko z chęci zapomnienia o tym okresie historii, który wydał tak wielkich „Litwinów” jak Mickiewicz, Moniuszko, czy klan Radziwiłłów. Potrzebna więc okazała się zmiana samego pojęcia „Litwa”. Kiedyś, za czasów Rzeczypospolitej, nazywano tak cały obszar rozciągający się od żmudzkich wybrzeży Bałtyku po poleskie błota, zamknięty od wschodu wielkimi rzekami Dniepru i Soży, lewym jego dopływem, nad którym leżały kresowe miasta – Homel i historyczna stolica dawnego województwa mścisławskiego. Tyle, że z wyjątkiem Żmudzi i Litwy właściwej, nikt nie mówił tam po litewsku, a językiem urzędowym był zawsze ruski zwany dzisiaj białoruskim. Jak z tego rodzaju historią dzisiejsza Litwa może pretendować do członkostwa w Skandynawii? Bóg raczy wiedzieć.

            Południowymi krańcami tak postrzeganego Międzymorza są prawosławne kraje bałkańskie – Rumunia i Bułgaria, swoją historią związane z pięciuset latami panowania muzułmańskich Turków. Ta tradycja ma wpływ na kształtowanie się ich odrębności w tak poważnym stopniu, że do dzisiaj nie potrafiły dokonać przemian, które dałyby im wszystkie unijne prawa członkowskie.

            Od strony południowo-zachodniej, autorzy mapy za kraje Międzymorza uznali świeżo przyjętą do Unii Chorwację oraz Słowenię, dawniej, przez kilkaset lat będące częścią Węgier i Austrii. Te, z kolei, czują się historycznie związane wspólnymi więzami z tytułu trwającej pięćdziesiąt lat istnienia (1867-1918) z tradycją monarchii Austro-Węgierskiej. Do węgierskiej części państwa należała przez niemal tysiąc lat dzisiejsza Słowacja, co zaowocowało istniejącymi do dzisiaj głębokimi urazami. Wreszcie, związki Czech z niemiecką tradycją językową nie ulegają wątpliwości. W tym, pełnym odmienności i przechodzących czasem w sprzeczność galimatiasie narodowościowym osobne miejsce zajmuje Polska, kraj o najdłuższej tradycji niepodległościowej, umożliwiającej powstanie najbardziej kompletnej tożsamości narodowej, która powinna predystynować ją do regionalnego przywództwa. Tymczasem, nie jest to faktem nawet w ramach powstałego w 1991 roku Trójkąta Wyszehradzkiego (Polska, Czechosłowacja, Węgry), który w związku z rozpadem Czechosłowacji przekształcił się w grupę V4. Rzecz w tym, że istniejąc już ponad ćwierć wieku, grupa nie może przypisać sobie żadnego poważnego sukcesu, ani nawet powstania wyraźnej tożsamości. Jej ewentualne rozszerzenie na jedenaście krajów regionu można by nawet określić mianem Międzymorza, lecz przekształcenie go w byt prawdziwy nie wydaje się realne w żadnej widocznej perspektywie. Czyżby więc tak pomyślany twór „wewnątrzunijnego Międzymorza” nie miał możności zaistnienia?  Łatwo obliczyć, że gdyby powstał, liczyłby niemal sto milionów mieszkańców, pod względem wielkości PKB niewiele ustępując Niemcom i Francji. Wiadomo jednak, że z całą pewnością nie powstanie, jako że wymienione kraje poczuwają do unijnej wspólnotowości w przestrzeni równoleżnikowej i niejako każdy z osobna, a nie południkowo na zasadzie więzi „od morza do morza”. Czy więc Międzymorze, to tylko idea utworzona przez marzycieli, czy też istnieje jakaś możliwość pojawienia się jakiejś innej formuły bliższej rzeczywistości? Odpowiedź na pytanie pokaże nie tak odległa przyszłość.


One thought on “O MIĘDZYMORZU RAZ JESZCZE

  1. Idea między morza może się ziścić nie tylko z udziałem USA ale też Chin, które moim zdaniem obawiaja się zbyt silnej pozycji układu strategicznego niemcy -Rosja.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *