SUKCES TUSKA, ALE CZYJA KLĘSKA? CZYLI IMMUNIZOWANI NA ROZUM

            Polacy od czasów powstania Rzeczypospolitej zadziwiają resztę Europy poziomem swarliwości, sprawiającym wrażenie cechy trwale związanej z polskością, tyle, że w tym ujęciu jest ona pozbawiona jakiejkolwiej pozytywnej wartości. Nie bez przyczyny Francuzi wymyślili sekwencję „pijany jak Polak”, co miało oznaczać nie tylko stan nietrzeźwości, ale również rodzaj umysłowej dewiacji. Inne powiedzenie stwierdza, że kiedy spotyka się ze sobą dwóch Polaków z pewnością „pojawią się trzy poglądy”.  Ostatni wyczyn premier Szydło i europejska masakra jej stanowiska ujawnia tylko zadziwiającą trwałość podejścia, w którym totalną klęskę usiłuje się przemienić w cnotę przegranej w imię idei wyższego rzędu. Do tego, ta klęska przychodzi na własne życzenie, nie z powodu obiektywnego zrządzenia losu. Pojawiła się przy tym informacja o tym, że do Prezydenta wpłynęły już petycje wnioskujące o ogłoszenie samobójczego referendum w sprawie opuszczenia przez Polskę Unii Europejskiej. Trudno, żeby reszta Europy oceniała to wszystko jako zjawiska normalne, a nie wynik umysłowego pomylenia z poplątaniem. Jakie może być tego źródło? Sama tylko bezrozumność? A może za tym wszystkim kryją się jakieś procesy, których nie rozumieją nawet sami rzekomi autorzy wydarzeń?  

Polską publiczność elektryzują ostatnie wypadki, kiedy to rząd PiS uznał, że nie jest ze Wspólnotą niczym związany, a ona nie jest prawdziwą wspólnotą, lecz tylko emanacją interesów narodowych rządów. To sprzeczność sama w sobie dająca się logicznie wyjaśnić tylko w ramach PiS-owskiej logiki, ale ta z prawdziwą logiką ma niewiele wspólnego. Racjonalna koncepcja budowy europejskiej tożsamości w wydaniu Kaczyńskiego przekształca się we własną karykaturę, która właściwie nie wiadomo do czego służy. Doprowadziła sprawę do sprzeczności niemożliwej do rozwiązania. Jak mianowicie mają się realizować idee europejskiej wspólnotowości, skoro jeden kraj znajdujący się w stanie kryzysu tożsamości jego mieszkańców byłby w stanie zablokować wspólnotę interesów całej reszty? To nie wspólnota, tylko anarchia. Rzecz tylko w tym, że ta ostatnia jest uważana za stan normalności tylko w Polsce. W innych krajach uznaje się ją jednak za anarchię, czyli stan uniemożliwiający jakiekolwiek racjonalne rozwiązania.

            W ramach ostatnich przetargów z Unią Europejską Kaczyński najwyraźniej uznał, że Polski nie zobowiązują rygory europejskiej logiki, lecz ma ona prawo do logiki własnej, opartej na innych zasadach, która polega na tym, że Europie nic do europejskości Rzeczypospolitej. W jednym aspekcie Kaczyński ma rację, w tym mianowicie, że w polskiej tradycji samo pojęcie polskości nie tylko niewiele znaczyło, ale też nie było powiązane z racjonalnością jej interesów wobec reszty. Obecna władza zdaje się ulegać przekonaniu, że racja nie jest uzależniona od obiektywnych czynników składających się na lokalną grę sił, ale ma wymiar ponaczasowy i transcendentny. Racja więc sobie, a wydarzenia sobie, a wszystko ro przykryte jakąś wiedzą tajemną. To zadziwiające upośledzenie tradycji narodowego poczucia tożsamości. W Polsce nigdy nie była szanowana racjonalność a narodowe racje nie były uznawane za element faktów, lecz przestrzeni teorii i nadziei. Do tego wszystkiego dochodzi głęboki podział pomiędzy samymi mieszkańcami kraju, tyle, że dopiero teraz ujawniła się jego trwałość i głębokość.

W literaturze globalnych analiz pojawił się kilkadziesiąt lat temu model nazwany linią Hajnala. Wtedy, wewnątrzeuropejska granica pomiędzy wschodem i zachodem dotyczyła tylko odmienności modelu rodziny. Dziś wiemy, że nakładają się nań również inne elementy społeczne. Zjawiskiem niecodziennym jest to, że najgłębiej pod tym względem podzielonym krajem Europy okazuje się Polska. Jej zachodnia część przejęła do pewnego stopnia społeczną atmosferę od mieszkających tam kiedyś Niemców, część wschodnia jest jak najbardziej „narodowa” i niesie ze sobą wszystkie tradycje dawnej Rzeczypospolitej. Przypomnijmy, że zadziwiającą dla całej Europy cechą polskości okazała się nagła niechęć do Europy przechodząca nawet w rodzaj obrzydzenia. Rzecz tylko w tym, że Polska wielu wyborów nie ma. Jeśli nie Europa, to pozostaje nam tylko Rosja, ale rządzące ugrupowania i w tym okazuje się zadziwiająco niekonsekwentne wykazując w stosunku do tej ostatniej również nieskrywaną wrogość. Jeśli tak, to co zostaje dla nas? Odpowiedzią prezydenta Dudy jest idea Międzymorza, ktora jednak, podobnie jak każda inna idea geopolityczna wymaga partnerów. W tej kwesti partnerami Polski miałaby być Białoruś i Ukraina, a regionalna wspólnota interesów podobna do idei dawnej Rzeczypospolitej Trojga Narodów. Czy to perspektywa realna?

            Odpowiedź może zaskakiwać jako, że istotą tej koncepcji jest jej wewnętrzna sprzeczność. Międzymorze ma być odpowiedzią na doświadczoną przez wieki środkowoeuropejską hegemonię Niemiec i Rosji, wystarczająco silnych, by dzielić Europę Środkową jak swoją strefę wpływów. Rosja wysyła więc Niemcom niedwuznaczne sygnały o chęci powrotu do tej tradycyjnej polityki. Te ostatnie ociągają się jednak z odpowiedzią z powodu ich członkostwa w europejskiej wspólnocie, a bez otwartego sojuszu z Rosją rzecz jest dla nich nieosiągalna.

            Brytyjski demograf John Hajnal zauważył w 1965 roku, że Europa nie jest kulturowo jednolita, a wyrazistą linię podziału wyznacza panujący rodzaj stosunków rodzinnych – w miarę indywidualistyczny i wolnościowy w jej zachodniej części oraz znacznie bardziej patrymonialny i ‘wodzowski’ w drugiej. Jego kulturową konsekwencją była wedle Hajnala trwająca do dzisiaj różnica w zakresie samodzielnej oceny otaczających ludzi zjawisk. Zachód, to tradycja racjonalności i dążenia do wyrobienia sobie własnej opinii, Wschód, to poddawanie się autorytetom i myślenie dążące do uzyskania aprobaty grupowej, narodowościowej, a nie indywidualnej, czy osobistej. Polska jest w tym oglądzie Europy jest przecięta na dwie części i można powiedzieć, że zamieszkują ją dwa odmienne narody używające tylko tego samego języka. Część zachodnia jest w ten sposób znacznie bardziej skłonna do akceptacji myśli zachodnieuropejskiej, wschodnia ma z tym trudności. Dla wschodniej dodatkowo rodzi się problem Rosji, dominującej w regionie zarówno siłą militarną jak i odmiennością państwowej tradycji. W tej sytuacji, ta część polskiego społeczeństwa do której przemawia wschodni rodzaj logiki społecznej, czując jednak niewygodę umiejscowienia ambicji kraju pomiędzy Rosją i Zachodem, stara się wynaleźć jakieś trzecie wyjście. Wynaleźć, a nie znaleźć, ponieważ idea Międzymorza, czyli związku krajów położonych pomiędzy Rosją i Niemcami nigdy nie została ucieleśniona w żadnej formie poza tradycją Pierwszej Rzeczypospolitej rozłożonej przed ponad dwustu laty pomiędzy Bałtykiem a Morzem Czarnym. Ta przestrzeń jednak jest bezpośrednio związana z poziomem imperialności Rosji. Im ta ostatnia jest silniejsza, tym bardziej idea antyrosyjskiej i antyniemieckiej federacji niewielkich krajów środka Europy staje się złudna i nierealna. Rosyjscy nacjonaliści natomiast są przekonani, że wciąż istnieje perspektywa niemiecko-rosyjskiej dominacji na kontynencie i szansa powrotu do zbudowanej na tym imperialności obu krajów.

Rzecz więc w praktyce sprowadza się nie tyle do działań na rzecz realizacji takiej czy innej koncepcji Międzymorza, ile do mocarstwowej kondycji obu państw – Niemiec i Rosji. Te pierwsze wydają się nie pragnąć już powrotu do konfliktów, którym przewodziły w okresie od zjednoczenia Niemiec do klęski w II wojnie światowej. Ale Rosja wyszła z niej zwycięsko, więc w świadomości jej mieszkańców to jej przede wszystkim należą się tego owoce. Gwałtowna zapaść kraju spowodowała jednak, że tereny będące dotąd albo jej częścią, albo znajdujące się pod jej zwierzchnictwem, uzyskały pewną swobode manewru, w ramach której manifestacja prozachodniości zapewnia znacznie więcej korzyści niż prorosyjskość. Przyszłość zależy więc w tym względzie nie od teorii kwitnących w ramach obszaru nazwanego Miedzymorzem, lecz od rosyjskich możliwości realizacji zamierzeń powrócenia do swoich dawnych hegemonistycznych praktyk. Wyrazem tego jest konstrukcja poniższej mapy Europy.

            Prezentowana mapa jest jednak skonstruowana nietypowo w relacji do dotychczasowej tradycji rosyjskiej i sowieckiej tradycji dominacji. Nie prezentuje bowiem jednolitego obrazu regionu podzielonego jak dawniej linią rozgraniczenia wpływów Niemiec i Rosji, lecz skomplikowaną konstrukcję układów i zależności. Zamiast jednolitego imperium przedstawiono zawiły podział Europy na siedem typów państw uszeregowanych w zależności od oczekiwanego stopnia ich powiązań z rosyjskim sąsiadem. Bezpośrednio do Rosji miałaby zostać wchłonięta tylko południowo-wschodnia Ukraina oraz Krym, a małe republiki kaukaskie uznane za wojenne trofeum. Reszta Ukrainy, Białoruś, Kazachstan i Tadżykistan, to kraje powiązane z nią za pośrednictwem specjalnych traktatów integracyjnych. Państwa w przyszłości z Rosją zaprzyjaźnione, to osiem narodów europejskich pod przywództwem Niemiec. Przychylnych Rosji, chociaż formalnie neutralnych, jest na mapie sześć krajów – dwa skandynawskie (Norwegia i Finlandia), trzy środkowo-europejskie (Austria, Chorwacja, Macedonia) oraz odległa Portugalia. W tej sytuacji, zdeklarowanych wrogów Rosji pozostaje niewiele, do tego niejednolicie rozproszonych po Europie (W. Brytania, Szwecja, Rumunia, Polska, kraje bałtyckie, maleńkie Kosowo oraz daleka Gruzja. Jest uderzające, że taki współczesny model hegemonii Rosji w Europie jest jednak zadziwiająco odmienny od dotychczasowego doświadczenia. W przeszłości, Moskwa swoją pozycję wymuszała siłą, teraz jej entuzjaści budują skomplikowany, żeby nie powiedzieć – dziwaczny model, mianując tylko – bo trudno znaleźć inne określenie – Berlin swoim wspólnikiem. Z tej przyczyny należy dojść do wniosku, że to, czy zbudowany model ma szanse zaistnienie, będzie uzależnione od pozycji samej Rosji, nie zaś Niemiec. Ta natomiast wydaje się być chwiejna.

Tworzenie się wielkich cywilizacji, to kluczowy krok w procesie powstawania w ich przestrzeni struktur państwowych oraz kształtowania się indywidualnej tożsamości narodów. Początkiem każdej z nich było otoczenie przyrodnicze i charakter jego rolnictwa, co miało wpływ na treść ich społecznych stosunków. Cywilizacje ukształtowały się jednak nie tyle w wyniku określonego rodzaju rolnictwa, ile pokrewieństwa religijnego. Dzisiaj jednak, wszystkie kraje prawosławne, zamiast pragnąć znaleźć się wraz z Rosją w jednym kręgu cywilizacyjnym kiedy tylko mają ku temu sposobność, robią wszystko, by ją porzucić i zastąpić zwrotem w kierunku Zachodu. W tej sytuacji, Rosja pozostaje sama wobec reszty świata. Elementarny rachunek pokazuje, że idąc z nim na konfrontację, nie ma szansy na sukces. Inaczej mówiąc, Rosja jest tworem szczególnym, ponieważ cechą jej tożsamości jest taki rodzaj kulturowego opóźnienia, który uniemożliwia jej przekształcenie się w pełną i kompleksową cywilizację, zastępując to konstrukcją z natury okoliczności ułomną. Warto pamiętać, że historycznie najwcześniejszymi cywilizacjami są Indie i Chiny, a w tej przestrzeni ostatnią – islam, który pojawił się najpóźniej, czyli dopiero w pierwszej połowie siódmego stulecia. Rosja jest o prawie dziewięć stuleci (!) od niego młodsza i nazbyt spóźniona, by móc samodzielnie ukształtować odmienność swej tożsamości. Rzecz także w tym, że o jej pozycji nie decyduje długowieczność, lecz wrodzone postkoczowniczej formacji ograniczenia społecznej dojrzałości i ewolucji w kierunku upodobnienia się do reszty świata. Jest pozostałością kulturową przeszłości, która wyłoniła się z jedynego w swoim rodzaju zimnego pogranicza Europy z Azją i wciąż nie może stać się dojrzałą kulturą rolniczą, pozostając konstrukcją ruchomą, agresywną i do pewnego stopnia – powierzchowną. Taką jest do dzisiaj. Kiedyś, ze względu na ogrom terytorium i możliwość władczej koncentracji zasobów, mogło jej to dawać mocarstwową pozycję. W dzisiejszym świecie, na tego rodzaju agresywne twory, których jedynym uzasadniem jest wielki obszar, nie ma już miejsca. Rosyjska próba odwrócenia historii i oczekiwanie, że świat uzna jej anachroniczą odmienność jest pozbawiona racjonalności.

Jeżeli Rosja miałaby zostać uznana za fenomen w światowej skali, to z tej tylko przyczyny, że jej istnienie jest tak nietypowe, że pozbawione paraleli. Powstała na obrzeżu ugruntowanych cywilizacji – zachodniej, muzułmańskiej i chińskiej, jednak sama znalazła się w przestrzeni azjatycko-syberyjskiej zawieszonej w kulturowej próżni i w pobliżu Arktyki. Jeszcze w XV wieku nikomu nie przychodziło do głowy by uznać ten już wtedy ogromny region za poważnego partnera dla europejskich potęg. W pierwszej połowie XVI stulecia, czyli w okresie ostatecznego kształtowania się wspólnych cech kontynentu, Rosja w świadomości zachodniej Europy prawie nie istniała. Ta ostatnia, jak dzisiaj, składała się z czterech obszarów o odmiennych tradycjach początków – romańskiej, anglo-skandynawskiej, niemiecko-austriackiej i węgiersko-słowiańskiej. W jej wschodniej części były to pod wieloma względami niejednolite – Królestwo Węgier wchłonięte ostatecznie przez Austrię oraz Rzeczpospolita istniejąca do końca XVIII wieku, a także – już poza granicami kulturowej europejskości – bałkańska część osmańskiej Turcji. To, z czego narodziła się później Rosja, było z początku tylko dalekim północno-wschodnim obrzeżem Europy, zaczynającym się na granicy północnych Inflant oraz jeziora Ładoga i kończącym na arktycznym Morzu Białym i bezmiarze mongolskiej tatarskości. Praktycznie, kontaktów z cywilizacją europejską cały ten region nie miał prawie wcale, będąc tworem pomieszania tradycji zimnych sosnowych lasów z koczowniczym stepem. Było zresztą wiadomo, że jego ówczesne centrum, to wcale nie Moskwa, lecz dalekie azjatyckie Karakorum. Cała późniejsza historia powstającej Rosji, to rodzaj historycznego fałszu, czyli usiłowanie przedstawienia się Europie nie jako państwo z gruntu azjatyckie, rozpoczynające się w Moskwie i kończące na dalekiej Kamczatce i zachodnich obrzeżach Pacyfiku, lecz przekonanie o pełnoprawnej europejskości tworu posiadającego wszelkie cechy kulturowej hybrydy. Było to również główną przyczyną ekspansywności Moskwy w kierunku zachodnim, nie tylko dla samej agresji i zdobycia nowych terenów, lecz także z powodu odczuwania kompleksu kulturowego. Unicestwienie Rzeczypospolitej Polski i Litwy oraz jej zastąpienie na mapie Europy terenami porozbiorowymi umożliwiało przybrania zewnętrznych oznak europejskości. Jest uderzające, że tradycyjne stroje polskiej szlachty, chociaż od stuleci zwróconej ku zachodowi, były w porównaniu z rosyjskimi wyższymi sferami z czasów Piotra I i Katarzyny II były znacznie bardziej orientalne. Tyle, że w Rosji, powierzchowna „europejskość” nie dotyczyła już jej interioru, będąc efektem działania na pokaz i stając się narzędziem wywierania Zachodzie wrażenia niedźwiedzia wymagającego jedynie ogłady, lecz w gruncie rzeczy swojskiego.

                Warto też zwrócić uwagę na inny fenomen. Rosja była od XVII wieku największym krajem świata i – chociaż po 1991 roku została zmniejszona o niemal jedną trzecią –  jest takim i dzisiaj. Jednak pod względem liczby ludności, to dopiero dziewiąty kraj świata, a gospodarczo znajduje się dzisiaj poza pierwszą dziesiątką najlepiej rozwiniętych państw. Nominalna wielkość PKB daje jej dopiero miejsce trzynaste, daleko za największymi potęgami gospodarczymi. Z przyczyn, których nie uzasadnia, pragnie jednak w światowej  polityce być, jak kiedyś ZSRR, supermocarstwem i pełnoprawnym partnerem Stanów Zjednoczonych. Realia jednak mówią coś innego. Rosyjski Produkt Krajowy Bruto, to zaledwie osiem procent amerykańskiego i dwanaście chińskiego. Jest dzisiaj nawet mniejszy niż PKB niewielkiej w porównaniu  z Rosją południowej Korei. Jest ona na tej liście o jedno miejsce dalej od Australii i tylko oczko wyżej niż Hiszpania. W poziomie PKB w przeliczeniu na jednego mieszkańca, który jest najbardziej realnym miernikiem ekonomicznych możliwości kraju, Rosja zajmuje bardzo odległe 64 miejsce, znajdując się w sąsiedztwie Meksyku i dawnej kolonii holenderskiej Surinamu. Lepiej prezentuje się tylko w przestrzeni wydatków zbrojeniowych, które przydają sąsiadom strachu, ale są dla gospodarki obciążeniem. Jest pod tym względem na piątym miejscu w świecie, na podobnym poziomie jak Wielka Brytania. Rosję zawsze wyróżniał wysoki udział wydatków wojskowych w budżecie państwa. Niemal od swych początków coraz bardziej przekształcała się w państwo militarne i to pozostało jej cechą do dzisiaj, tyle, że daleko jej jest do poziomu wydatków z dawnych czasów.  Dzisiaj, jej wojskowy budżet, to niewiele więcej niż jedna dziesiąta amerykańskiego, dwadzieścia pięć procent chińskiego, nieco mniej niż tego rodzaju wydatki Arabii Saudyjskiej i zaledwie dwa razy więcej niż na wojsko wydaje Korea Południowa. W tych okolicznościach rosyjskie sugestie, by USA traktowały ją jak równego sobie partnera i globalne mocarstwo sprawiają wrażenie żartu. A jednak ten żart ma miejsce…

Starożytny Rzym był wielką europejską metropolią kulturową, stając się dla Europy wzorcem urbanistycznym. Nigdy nie stała się nim jednak ani Moskwa ani Petersburg, bo też nie mogły mieć tego rodzaju ambicji z przyczyn zarówno historycznych, jak i kulturowo-geograficznych. Z kolei, wielka kultura, która pojawiła się w świecie jako ostatnia, czyli cywilizacja islamu, zajęła swoje miejsce w historii na prawie dziewięćset lat przed pojawieniem  się na mapach Rosji. Ta ostatnia, jako wytwór azjatyckiego pogranicza lasostepu, nie uformowała się w postaci kompletnej formuły do dzisiaj i wciąż szuka, jak dotąd bezskutecznie, swej tożsamości. Stanęła przy tym przed nie lada dylematem. Jeśli pozostanie tym, czym była przez ostatnie stulecia, czyli agresywnym imperium wojennym, nie ma dla niej we współczesnym świecie miejsca i przegra na wszystkich frontach. Jeśli przekształci się na podobieństwo innych w pełni uformowanych kultur, ujawnić się mogą wszystkie dotąd skrywane sprzeczności, które zapewne zagrożą jej całości i integralności oraz osłabią podstawę siły, czyli wrodzoną wojowniczość. Ta dwoistość Rosji jest dziś widoczna jak na dłoni: bezbronna wobec przeludnionych Chin nie podejmuje na Dalekim Wschodzie żadnych konstruktywnych działań, skazując w gruncie rzeczy rosyjską Syberię na własny los. Dziedzicząc jednak z przeszłości agresywne mechanizmy polityczne skierowała pozostałą jej jeszcze energię tam, gdzie mogła, czyli na wschodnią Europę, chociaż wojny o przywrócenie tutaj jej dawnych imperialnych granic wygrać już nie może. Tym sposobem, zbliża się do granicy własnej dekompozycji.

Pomimo wysiłków rosyjskich historyków poszukujących początków Moskwy w tysiącletniej, lecz w pełni europejskiej historii Rusi Kijowskiej, ta ostatnia nigdy nie była tożsama z początkiem dziejów moskiewskiej Rosji. Jej bezpośrednie źródło, to panowanie Iwana IV Groźnego, czyli połowa XVI stulecia. Pojawienie się Rosji na europejsko-azjatyckim pograniczu jako samodzielnego tworu było przy tym rezultatem szczególnego rodzaju okoliczności w których przestrzeń pomiędzy Europą, Syberią i środkową Azją przekształcała się stopniowo z kultur wędrownych hodowców stad w na wpół osiadłe rolnictwo, będące warunkiem formowania się kompletnej cywilizacji. Moskiewskie obrzeża dawnej Rusi oderwały się od niej wraz z mongolską inwazją i pozostały zorientowane na Azję przez następną połowę tysiąclecia. Pierwsza większa próba przywrócenia tej łączności, to dopiero panowanie Katarzyny II zwieńczone rozbiorami Rzeczypospolitej. Proces ten nie zakończył się jednak do dzisiaj i w tym leży główne źródło odmienności Rosji od Europy, a także jej zdolności do markowania potęgi, której rzeczywiste podstawy są kruche. Od początku istnienia, cechą różniącą Rosję od innych wielkich formacji państwowych był wspomniany wcześniej brak tradycji osiadłego rolnictwa zastępowanego przez gospodarkę wędrowną w obrębie środkowoazjatyckiego stepu i syberyjskiej tajgi. Nie sprzyjało to pojawieniu się dojrzałej formy społecznej ani też ugruntowania własności przywatnej, które mogłaby zapoczątkować kompleksowe procesy zakończone powstaniem odrębnej cywilizacji. To było również podstawową przyczyną zarówno rosyjskich upadków jak i kolejnych wcieleń. Jedynym poważnym narzędziem umożliwiającym Rosji konkurowanie z innymi mocarstwami stał się ogrom jej terytorium i typowe dla koczowniczej tradycji techniki koncentracji środków na celach wojennych, tworząc jednak tylko zewnętrzne znamiona potęgi. Nie mogła odegrać tej roli ani ekonomiczna wydajność, ani też korzystanie z międzynarodowego podziału pracy. Rezultatem stała się więc agresywność, czyli jedyna cecha, z którą sąsiedzi i partnerzy musieli się liczyć, niezależnie od tego co sądzili o jej politycznej treści. Agresja zawsze napotyka opór, tyle, że w przypadku dawnej Rzeczypospolitej okazał się on mało skuteczny z powodu jej słabości wewnętrznej.

Wniosek, jaki nasuwa się z tego rozumowania sprowadza się do domniemania, że istnienie mocarstwowej Rosji zawsze dotąd było równoznaczne z wyrokiem śmierci na narody położone pomiedzy jej zachodnimi granicami a germańską częścią Europy. Jeśli tak, to prawdziwa powinna być tez i teza, że przyszłe zniknięcie Rosji w jej dzisiejszej postaci, na co wiele wskazuje, zaowocuje powrotem do odbudowy dawnej strefy przejściowej w postaci terenów dawnej Rzeczypospolitej. Może więc właśnie to jest głębszą przyczyną wyraźnego dryfu dzisiejszej polityki Warszawa, dla której nagle bliższa wydaje się nie tyle Moskwa, ile Mińsk i Kijów. Może więc to, czego jesteśmy świadkami, to tylko powrót do wewnętrznej struktury Europy, jaką kontynent posiadał przed rozbiorami Rzeczypospolitej. Jeśli tak, to jeszcze za wcześnie jest rozdzierać na sobie europejskie szaty.


One thought on “SUKCES TUSKA, ALE CZYJA KLĘSKA? CZYLI IMMUNIZOWANI NA ROZUM

  1. Bardzo dobry artykuł, ale muszę się przyczepić do tego: “Nie bez przyczyny Francuzi wymyślili sekwencję „pijany jak Polak”, co miało oznaczać nie tylko stan nietrzeźwości, ale również rodzaj umysłowej dewiacji.”

    nie miało tego oznaczać, przynajmniej w początkach stosowania tego powiedzenia:

    “Pijany jak Polak (fr. dawniej saoul comme un Polonais, obecnie soûl comme un Polonais lub ivre comme un Polonais) – popularne powiedzenie francuskie. Oznacza kogoś, kto mimo spożycia większej ilości alkoholu zachowuje sprawność fizyczną i trzeźwe myślenie, czyli człowieka z tzw. „mocną głową”, ewentualnie kogoś, kto charakteryzuje się nadprzeciętną odwagą i brawurą.”
    Przepraszam za źródło, ale w tym przypadku dość dobrze kwestię opisano w Wikipedii: https://pl.wikipedia.org/wiki/Pijany_jak_Polak

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *