KTO WEŹMIE? ZNANY AKTOR Z KRZYWEGO ROGU CZY  Z BUDZIAKU?

Świat przewraca się do góry nogami. Oto kraj Europy Wschodniej uważany przez władze Izraela za najbardziej antysemicki w regionie, wybiera sobie jako kandydata na prezydenta człowieka, którego oboje rodzice nie tylko byli Żydami ale i on sam jest częstym gościem synagogi. A przecież głębokie uprzedzenie Ukraińców do Żydów miało być w opinii izraelskich ośrodków badawczych wciąż wyraźne jeszcze przed dwoma laty. Czyżby tak szybko tak wiele zmieniło się i to w tak krótkim czasie? A może problem nie sprowadza się po prostu do antysemityzmu, ma charakter głębszy i bardziej globalny? Jeśli tak, to co jest jego istotą i gdzie kryje się problem? Sytuacja okazuje się na tyle zadziwiająca, że nawet eksperci nie podejmują się prognozowania, który z kandydatów najbliższe wybory jest w stanie wygrać. Ich pierwsza tura nie przyniosła rozstrzygnięcia, a oceny są tak sprzeczne, że nikt nie chce odgadywać rezultatów drugiej.

Analizy sytuacji politycznej na Ukrainie podjął się natomiast izraelski instytut badawczy. Po zbadaniu roku 2017 podał, że nastąpił tam wzrost antysemityzmu i aż dwukrotny przyrost liczby antysemickich incydentów. W wielostronicowym dokumencie opublikowanym przez izraelskie ministerstwo ds. Diaspory, Ukraina została uznana za lidera poradzieckiej przestrzeni pod względem liczby antysemickich ataków werbalnych oraz incydentów przemocy wobec Żydów, ich własności, świątyń i instytutów wspólnoty. „Na Ukrainie – czytamy w dokumencie – odnotowano podwojenie liczby incydentów antysemickich w świetle tendencji do odrodzenia nacjonalizmu w Europie Wschodniej, prób rehabilitacji i gloryfikacji ruchu nacjonalistycznego z przeszłości i ich liderów odpowiedzialnych za morderstwa i wygnanie Żydów. Jest to drugi rok z rzędu, gdy na Ukrainie rejestruje się największą w byłym Związku Radzieckim liczbę incydentów z akcentem na propagandę antysemicką w dyskursie politycznym i wandalizm przeciwko obiektom żydowskim, takim jak cmentarze, pomniki ofiar Holocaustu i budynki społeczne“. Jak w świetle tej opinii ocenić fakt, że w wyborach prezydenckich bryluje człowiek, który nie tylko nie ukrywa, ale i eksponuje swoje żydowskie pochodzenie? Autorzy raportu zarzucają ukraińskim władzom, że nie reagują na przejawy antysemityzmu traktując je jak chuligaństwo niż „przestępstwa na tle nienawiści”. Jednym z rezultatów ma być zjawisko „powtarzających się zbezczeszczeń”, kiedy to jeden obiekt jest kilkakrotnie atakowany i to bez konsekwencji dla sprawców. Podkreśla się również to, że wśród ukraińskich polityków pojawiaja się ataki werbalne zarzucające oponentom realne bądź domniemane żydowskie pochodzenie. „Jeśli po rewolucji (przewrocie z początku 2014 roku — red.) działacze społeczni pochodzenia żydowskiego byli powoływani na najwyższe stanowiska w nowych strukturach władzy, to teraz żydowskie pochodzenie tych osób jest odbierane jako jeden z czynników trudnej sytuacji społeczno-politycznej w kraju. Co więcej, nieżydowscy kierownicy często są odbierani przez masy jako „ukryci Żydzi” — czytamy w raporcie. Może więc – tak jak i w reszcie świata – w całej sprawie idzie o coś innego, nie tylko o zwykłą niechęć do jednego narodu wybranego?

            Zgodnie z doktryną judaizmu, Włodymir Żelenski jest Żydem „pełnym”, ponieważ oboje rodzice byli czysto żydowskiego pochodzenia. On sam tego nie ukrywa i często zakłada tefilin oraz tałes – modlitewne drobiazgi w dwóch skórzanych pudełeczkach pobożnie wykonanych z jednego kawałka skóry koszernego zwierzęcia. Pudełeczka przywiązuje się rzemieniem do czoła (tefilin szel rosz) i lewego ramienia. W obu znajduje się ten sam tekst. Tefilin noszony na ramieniu zapisany jest na jednym kawałku pergaminu, a noszony na głowie – na czterech. Umieszczane są w nich cztery fragmenty Tory w języku hebrajskim wykaligrafowane przez sofera, uczonego skrybę, jedynego uprawnionego do przepisywania świętych tekstów. Tefilin, tak jak i tałes, są obowiązkowo zakładane  na czas codziennych modlitw.

Za drugą zagadkę popularności Żelenskiego można też uznać to, że mówi on na codzień po rosyjsku, nie po ukraińsku. Może więc liczyć na poparcie raczej wschodniej części Ukrainy, tyle, że jego wybór zaostrzyłby animozje językowe. Swoją drogą powstaje pytanie w jakim języku (językach) będzie toczyć się prezydencka debata?

Żelenski ukończył niedawno czterdziesty rok życia. Urodził się 25 stycznia 1978 roku w Krzywym Rogu w południowo-wschodnim obwodzie kraju, czyli w jego części rosyjskojęzycznej. Krzywy Róg, to miasto położone w pobliżu Dniepropietrowska i zdala od zasięgu historycznego oddziaływania wpływów niegdysiejszej Rzeczypospolitej, co ma z kolei znaczenie dla południowo-zachodniej części Ukrainy, albowiem Bołgrad, w którym na świat przyszedł Poroszenko, to sam skraj państwa, pogranicze z Rumunią i Moldawią, Jest skrawkiem ziemi przyłączonym nieco przypadkiem do ZSRR dopiero po II wojnie światowej, odłączonym od Rumunii i związanym bardziej z pozostałościami turecko-osmańskimi aniżeli z Rosją. Historia regionu, w którym mieszkamy, ma wpływ na nasz sposób widzenia świata. Krzywy Róg, to region przemysłowy pospiesznie zasiedlany kiedyś przez Rosję różnymi nacjami ulegającymi rusyfikacji od końca XVIII wieku. Jego związki z Moskwą są niejednolite i stosunkowo świeże, a skład ludności mieszany. Rosyjskość mowy Krzywego Rogu nie jest jednak kwestionowana, pomimo, że dzisiaj to fragment Ukrainy. W Bołgradzie mieszka z kolei więcej Rumunów i Bułgarów niż Rosjan. Nie był też nigdy częścią Ukrainy powiązanej kiedyś z Pierwszą Rzeczpospolitą i zachodnie wpływy już tu nie docierały.

             Największą aktywność osiedleńczą na dawnym pograniczu rosyjsko-tureckim wykazywała ludność pochodzenia bulgarskiego. Bolgrad, z którego pochodzi Poroszenko, to związana z tym historia. Powstał w 1821 roku jako miasto bułgarskie, wzięty z rąk Turcji w imieniu Rosji. O specyfice regionu można też wnioskować z listy pochodzących stamtąd znanych ludzi. Pochodzi z Bolgradu nie tylko Poroszenko, ale też bułgarski polityk Dimitar Grekow (1947-1901) i dwaj bułgarscy generałowie – Danail Nikolaev i Georgi Todorow. Jego etniczne otoczenie nie jest ani rosyjskie ani ukraińskie, Jest zdominowany przez ludność pochodzenia bułgarskiego (61%) a sam Bolgrad uważany za nieoficjalną stolicę dawnego tureckiego Budziaku.

            Wielu w Polsce uważa, że szansa na objęcie ukraińskiej prezydentury przez zdeklarowanego Żyda jest znikoma. Tyle, że to opinia inteligenckich obserwatorów analizujących przede wszystkim tradycje kulturowe kandydatów oraz obiegowe opinie krążące w społeczeństwie. Lepiej jednak widzieć problem nie ze zwykłej historycznej perspektywy, lecz przez pryzmat innej logiki. W Polsce mało kto na przykład chce pamiętać, że stuprocentową Żydówką była Maria, matka Jezusa. Większość uważa, że skoro znana jest jako „Częstochowska” i „Ostrobramska”, świadczy to o jej stuprocentowej polskości!

               Sytuacja Ukrainy przypomina nieco Polskę z lat 1918-1920, kiedy to łączyły się ze sobą tereny polskojęzyczne, tyle, że przyłączane z odmiennych przestrzeni państwowych. Kraj nie mógł się z tym ułożyć przez całe międzywojenne dwudziestolecie. Dzisiaj problemu nie ma, bo i nie ma mniejszości. Trzeba do tego było światowej wojny, eksterminacji Żydów i masowej wymiany ludności. Dziś nic podobnego nie ma prawa się wydarzyć i Ukraina zmierzać będzie raczej ku wewnętrznym podziałom niż siłowemu ujednolicaniu. Zamierzali to czynić Rosjanie w 2014 roku, lecz z marnym skutkiem. Dzisiaj więc, zdarzyć się może wszystko, nawet to, że prezydentem zostanie ktoś, kto pośród powszechności wystepowania wśród Ukraińców antysemityzmu nie miał teoretycznie prawa zaistnieć w krajowej skali. Wbrew pozorom, nie wróży to na przyszłość narodowego porozumienia, a raczej początek zmagań wewnętrznych i wielu politycznych niespodzianek.

Ukraińskie wybory prezydenckie, to nie tylko jedno z kolejnych wydarzeń politycznych. To także przypomnienie tego, na co zwracamy uwagę podkreślając rozumowanie Feliksa Konecznego (1862-1949), że oto w długookresowych przemianach państw i narodów trudno doszukać się inteligenckiej logiki. Trzeba za to pojąć siłę przemian mających znacznie głębsze korzenie niż nasza krótkowzroczość. Od  ćwierćwiecza istnieje we wschodniej części Europy niepodległa Ukraina, dwudziestopięcioletnie państwo, którego prawdziwa historia nie jest jednak tak krótka, a kształtowanie się ostatecznej jego formuły zabrało ponad tysiąc lat w znacznie bardziej skomplikowanych okolicznościach w porównaniu z powstawaniem tożsamości narodu polskiego. W żadnym momencie historii nie można było domyśleć się ostatecznego rezultatu procesu, który wydaje się ostatecznie kształtować dopiero dzisiaj. Nie wdając się w mechanizm długookresowych przemian nie mamy też prawa domyślać się tego, czy istotnie ukraińskim prezydentem jest w stanie zostać filmowy aktor i komik nie kryjący swej żydowskości.

W przeciwieństwie do Ukrainy, Polska jest krajem wybitnie jednolitym, który jednakże wyrósł w głęboko niejednolitym regionie i po bardzo długiej i skomplikowanej historii. Możliwe, że Ukraina powtórzy tę drogę, tyle, że w stosunku do Polski będzie opóźniona o nie mniej niż pół stulecia. Tyle, że Polsce – jakkolwiek by to nie zabrzmiało – pomogła w tym druzgocąca wojna i wyniszczenie znacznej części ludności. Co czeka w tym wyględzie Ukrainę, skoro kolejna wojna światowa zapewne się nie wydarzy? Tak czy owak nie możemy spoglądać na naszego wschodniego sąsiada przez pryzmat własnej historii. To nie jest już „dawna część Polski”, ani też kraj „powiązany z polskością”. To już minęło, głębszych związków jest niewiele, a Ukraina sama buduje swoją tożsamość, tyle, że w odmiennych warunkach międzynarodowych. Będzie zapewne musiała porzucić marzenia o Krymie i Donbasie, ale nie musi porzucać idei niepodległości jako takiej.

Przyszłe dzieje Ukrainy nie są Polsce obojętne. Dzisiejsza wchodnia krawędź Unii Europejskiej skutecznie oddziela ją od burzliwych problemów naszej części kontynentu. Nie ulega jednak wątpliwości, że wraz z kształtowaniem się Europy od nowa, wpływ dziejących się tam wydarzeń będzie miał dla naszego kraju coraz większe znaczenie. Spójrzmy na długotrwały proces „stawania się” Ukrainy z tego właśnie punktu widzenia.

          Tysiąc lat temu, w okresie tworzenia się piastowskiej Polski dzisiejsza Ukraina miała formę Rusi zdominowanej przez rządzącą warstwę przybyszów ze Skandynawii. Była etnicznie w miarę jednolita i nikomu nie przychodziło do głowy, że wyłonić się z niej mogą ojczyzny trzech odrębnych słowiańskich narodowości – Ukraińców, Białorusinów i Rosjan. Zostały ukształtowane przez inne czynniki, aczkolwiek ich pierwotna przestrzeń kulturowa była formalnie ta sama. Zachodnia większość powiązała się z polskim żywiołem etnicznym, wschodnia, czyli obrzeże zapowiadające pojawienie się późniejszej Rosji raczej z etnosem mongolskim. Co uderza dzisiaj, to fakt, że na przykład Białoruś powstała w całości na terytoriach ruskich, podczas gdy Ukraina obejmuje niespełna połowę terytoriów średniowiecznej Rusi. Rosja, to jedynie skrawek dawnej Rusi powiekszony o łatwe do przejęcia, lecz całkiem niesłowiańskie tereny pomongolskie. To zdecydowało o odmienności trzech podmiotów, których początek formalnie jest ten sam, będąc tożsamym ze starą Rusią.

Do dzisiejszej Ukrainy nie należą prowincje, które weszły w skład Białorusi oraz obrzeża samej Moskwy, pobliskiego Suzdala i Rostowa. To, że dzisiejsza Rosja jest od Ukrainy wielokrotnie większa i sięga po Pacyfik i Kamczatkę, działa na niekorzyść jej „ruskości”. Zostało spowodowane tym, że w istocie jest ona bardziej spadkobiercą azjatyckiej mongolszczyzny niż europejskiej Rusi. Tyle, że ze względów politycznych Rosja nie chce tego przyznać i pragnie być zarówno „wielką Rosją” jak i europejską „całą Rusią”.

 Kraje europejskiej tradycji, swoje godło państwowe wiążą z tożsamością narodową. W omawianym przypadku różnice są jednak znamienne i wskazują wyraźnie na odmienne źródła pojawienia się państwowości Ukrainy oraz Rosji. Ta pierwsza bez osłonek powołuje się na symbolikę siegającą Normanów co poświadcza godło w postaci stylizowanego trójzębu umieszczony na niebieskiej tarczy. Został oficjalnie przyjęty jego symbol państwa w 1918 roku. Pierwotnie, był to symbol Waregów wiązanych z wczesnośredniowiecznymi Wikingami. Był też zapewne godłem Ruryka Wielkiego oraz jego rodziny i został przejęty przez Ruś stając się herbem jej książąt. Herb Rosji, to historia z zupełnie innej przestrzeni.

Do dzisiejszej Ukrainy nie należą prowincje, które weszły w skład Białorusi oraz obrzeża samej Moskwy, pobliskiego Suzdala i Rostowa. To, że dzisiejsza Rosja jest od Ukrainy wielokrotnie większa i sięga po Pacyfik i Kamczatkę, działa na niekorzyść jej „ruskości”. Zostało spowodowane tym, że w istocie jest bardziej spadkobiercą azjatyckiej mongolszczyzny niż europejskiej Rusi. Tyle, że ze względów politycznych Rosja nie chce tego przyznać i pragnie być zarówno „wielką Rosją” jak i europejską „całą Rusią”.

             Kraje europejskiej tradycji swoje godło państwowe wiążą z tożsamością narodową. W omawianym przypadku różnice są jednak znamienne i wskazują wyraźnie na inne źródła pojawienia się państwowości Ukrainy oraz Rosji. Ta pierwsza bez osłonek powołuje się na symbolikę siegającą Normanów co poświadcza godło w postaci stylizowanego trójzębu umieszczony na niebieskiej tarczy. Został oficjalnie przyjęty jego symbol państwa w 1918 roku. Pierwotnie, był symbolem Waregów wiązanych z wczesnośredniowiecznymi Wikingami. Był też zapewne godłem Ruryka Wielkiego oraz jego rodziny i został przejęty przez Ruś stając się herbem jej książąt. Herb Rosji, to historia z zupełnie innej przestrzeni.

Po roku 1453 i upadku Konstantynopola z prawosławia powiało pustką. Praktycznie zniknęło z mapy Europy jako byt samodzielny. Rosji jeszcze nie było, a samą Moskwę podejrzewano o skrywane pogaństwo i azjatyckie sympatie. Ukraina była za to częścią mozaiki wyznań i narodowości dawnej Rzeczypospolitej, Rosja wkrótce stała się mongolską przestrzenią euroazjatycką Europie zupełnie obcą. Moskwa urosła zresztą do roli przywódcy prawosławia w dość przypadkowy i sztuczny sposób. To nie sprawa religijna czy polityczna, lecz następstwo wydarzenia w postaci ślubu moskiewskiego księcia Iwana III z bratanicą ostatniego cesarza bizantyjskiego. Miało to miejsce w 1478 roku, czyli całe ćwierćwiecze po zdobyciu przez Turków Konstantynopola i zniknięciu Bizancjum z mapy. Jeśli przyjąć rosyjską interpretację wydarzeń, oznaczałoby, że Moskwa stała się na nowo „Rzymem powstałym z popiołów”, tyle, że faktycznie bez żadnej łączności z łacińską i grecką starożytnością. Jest jednak w gruncie rzeczy tworem azjatyckim, od Śródziemnomorza jak najbardziej odległym.

Duchowieństwo moskiewskie, którego odwieczną cechą był brak szacunku dla wiedzy i wykształcenia, a często nawet brak umiejętności czytania i pisania zaczęło – co zdarza się w takich sytuacjach – zastępować je pustą megalomanią. Ogłosiło teorię trzeciego i ostatniego Rzymu, którym miała teraz stać się własnie Moskwa nie mającą przedtem nic wspólnego ani z Europą kontynentalną, ani Śródziemnomorzem. Innymi słowy, Moskwa została „mianowana” przez „proroków” pogranicza Azji z Europą ostatnim centrum grecko-łacińskiej cywilizacji i kontynuacją najważniejszej bodaj kultury świata. Choć to absurdalne, to przekonanie o swoistej „rzymskości” tkwi w Rosjanach do dzisiaj, choć faktycznie jest następstwem tęsknoty za upadłym imperium stepowym. Sam emblemat państwa – bizantyński orzeł niosący na piersi pierwotny herb Moskwy – Jerzego Zwyciezcę zabijającego smoka jest historycznym nonsensem. Św. Jerzy został za obronę chrześcijaństwa zamordowany na rozkaz rzymskiego cesarza Dioklecjana, tyle, że przed wielu stuleciami – w Kapadocji w roku 303 n.e. Jaki mogło mieć to związek z Moskwą, która nie istniała jeszcze przez następne tysiąc lat trudno dociec? Przy czym, Rosja nigdy z anatolińską Kapadocją nawet nie graniczyła! Mimo to, tak uformowany znak moskiewskiej Pogoni widnieje na pieczęci Aleksandra Newskiego, księcia Nowogrodu Wielkiego z 1236 roku, co wciąż jednak nie wskazuje jeszcze na związek z Moskwą, jako że ta nadal nie istnieje, a Nowogród Wielki, to odrębny twór państwowy. Za paradoks można uznać późniejsze jego unicestwienie właśnie przez Moskwę.

Od czasów starożytnych, różnica pomiędzy Wschodem a Zachodem sprowadzała się do odmiany chrześcijaństwa. Katolicyzm, to Zachód, prawosławie – Wschód. Katolicyzm rozbija się w XVI wieku na szereg odmian protestanckiego chrześcijaństwa pozostając – pomimo zastąpienia Ewangelii Biblią Starego Testamentu – wciąż Zachodem. Prawosławie inaczej, uważa się za jedyną wersję prawdziwego chrześcijaństwa. Teologicznie jest bliskie chrześcijańskiej ortodoksji, ale nie potrafi uchronić się przed uwiądem. Gdyby nie wyciągnięta z pomocą azjatycka i na wpół pogańska dłoń Rosji, zniknęłoby zapewne całkowicie.

Ukraina ma w porównaniu z resztą Europy znacznie większy problem z religijną identyfikacją. Konstantynopol już dawno nie jest liczącym się centrum religijnym czy intelektualnym na kształt katolickiego Rzymu. Pretenduje do tej roli Moskwa, ale nie jest przez nikogo w tej roli akceptowana. Kijów odwraca się ku Zachodowi, co jest równoznaczne z odchodzeniem od moskiewskiego prawosławia, a obecna sytuacja polityczna Ukrainy jest również odzwierciedleniem tych rozterek.

Wiadomo, że za Zełenskim, kandydatem na prezydenta, stoi ukraiński oligarcha Ihor Kołomojski. To człowiek, który ma na pieńku z Poroszenką, jako, że ten ostatni – będąc prezydentem – odciął go od wielu interesów robionych na styku biznesu i państwa. Ma więc powód, żeby chcieć się na nim odegrać. Wykreowanie Zełenskiego (Serial “Sługa narodu” powstał w telewizji należącej do Kołomojskiego) może być sposobem na pozbycie się niewygodnego przeciwnika. Wiadomo, że Kołomojski swoje miliardy dolarów zarobił w sektorze energetycznym. Nie da się bowiem być Ukraińcem i prowadzić biznesy w tej dziedzinie bez związków z Kremlem. Ten trop jest więc znamienny.

Ukraińskie marzenie o niepodległości narodziło się w 2014 roku na Euromajdanie. Pięć lat później nadeszła weryfikacja. Ukraina chętnie porównuje się dzisiaj z Polską, ale Ukraińców irytuje, że nam się udało to, co oni sami chcieliby osiągnąć, tyle, że tego perspektywa jest odległa i niewyraźna. W nadchodzących wyborach pokażą, jak bardzo są zdeterminowani, by Polskę rzeczywiście gonić.

            Tożsamość Ukrainy jest osadzona w jej tysiącletniej historii, a ta wiąże się z zajmowanym przez wieki terytorium. Położona pomiędzy Polską a Rosją, wiecznie rozdarta między opcją zachodnią i azjatycką, od niedawna dopiero ma szansę opowiedzenia się w tej sprawie. Scierają się w tej przestrzeni trzy elementy dające się sprowadzić do oceny powszechności wyznawanej religii, lecz nie w jej znaczeniu teologicznym, ale społecznym i filozoficznym. Oto one:

  • Prawosławie bizantyjskie, czyli klasyczne prawosławie historycznie związane z śródziemnomorskim Bizancjum. To obszar krajów bałkańskich – Serbii, Macedonii i Czarnogóry. Ku oburzeniu Rosji, głębokiego zwrotu w kierunku Konstantynopola dokonał Poroszenko radykalnie odwracając je od Moskwy.
  • Prawosławie rosyjskie, czyli na wpół azjatycki model chrześcijaństwa, którego przestrzeń ulega stałemu pomniejszaniu. Dzisiaj, w obszarze jego wpływów pozostaje już tylko Białoruś i sama Rosja.
  • Wyznanie greko-katolickie oraz jego rzymsko-łacińskie echo. To odłam prawosławia zachodniego dobrowolnie podporządkującego się rzymskiemu papieżowi. Dotyczy dawnych terenów Pierwszej Rzeczypospolitej, będąc dalekim echem Unii Brzeskiej z 1596 roku. Terytorialnie jest związane z przedwojenną Ukrainą galicyjską.

Jedno wydaje sie być niewątpliwe. Perspektywy rozwojowe wschodniej Europy i jej ewentualne otwarcie na Unię Europejską są uzależniona od roli Rosji w tej grze. Ta jednak, liczy na rozprzestrzenienie wpływów na całą Europę, Daremność w tej kwestii, to przegrana Rosji jako takiej oraz ostateczne zamknięcie przed nią perspektywy mocarstwowości. Ta sytuacja wyjaśnia też jej obecną agresywność oraz pragnienie powrotu do roli światowego mocarstwa. Wydaje się jednak, że ma tę kwestię przegraną i politycy zachodni muszą zastanowić się nad dalszymi działaniami Unii w regionie. W tym względzie ukraińskie wybory prezydenckie mogą zdecydować o całej przyszłej dekadzie. Poroszenko, czy Żeleński to nie tylko kwestia personalna, to przede wszystkim sprawa o ogólnoeuropejskim znaczeniu. Z tej przyczyny, przewidzieć można ostateczną skłonność Ukraińców do poparcia raczej tego pierwszego, niż drugiego, niezależnie od politycznej słabości samego Poroszenki.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *