WIELKIE KULTURY I ICH KONFLIKTY


Od lat staram się przybliżyć Czytelnikom istotę treści wielkich procesów historycznych, których istotę Fernand Braudel (1902-1985) określił mianem „długiego trwania”. Według niego fenomen związany jest z tym, że nie jesteśmy świadomi tego, iż pobrzmiewa w nas echo dwóch odmiennych, lecz w swej istocie podobnych procesów. Widzimy je tylko w odmiennej perspektywie. Na codzień, dostrzegamy następujące po sobie kolejne wydarzenia a nasze uczestnictwo jest dowodnym świadectwem istnienia. Nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, że jesteśmy również mikroskopijnymi uczestnikami długotrwałych procesów historycznych, w ramach których nie odgrywamy już roli tak ważnych podmiotów, lecz tylko drobnego składnika ich wiekowej treści, a – ze względu na krótkość życia – ta rola jest przedmiotowa i w istocie niewiele znacząca. Gdyby ten, czy ów uczestnik „wielkich procesów”, nigdy się nie narodził i takby się wydarzyły tyle, że bez jego udziału. Jak pogodzić te dwie role: fundamentalną i podrzędną? Powstaje wrażenie, że sprawa, choć niezwykle istotna, nie przebija się ani przez medialną, ani też społeczną świadomość. Tego rodzaju analizy uważane są zresztą za nudne i nie trafiają do przekonania, przynajmniej na tyle, by świadomie uczestniczyć w procesach składających się na własne życie. Przed ćwierćwieczem pisał o tym Samuel Huntington czyniąc rzecz lepiej znaną, jednak sprawa nie miała kontynuacji, tonąc w sensacjach codzienności. Na huntingtonowym paradygmacie analiza się zatrzymała i dalszych postępów analitycznych nie ma. Wróciliśmy do punktu wyjścia opowieści o wydarzeniach, które mogą dać się lubić, jeśli mają głównie literacki, a nie poważniejszy charakter. Paradoksalnie, ale najlepiej rozwiniętą ilustracją zagadnienia były opracowane przed stu  laty analizy polskiego historiozofa  – Feliksa Konecznego złożone do lamusa przez wzgląd na „egzotyczność” samego autora jak i jego polityczną nieprawomyślność.

Już uczeń szkoły podstawowej wie, że Polska należy do krajów o najbardziej rozwiniętym poczuciu krzywdy. Świadczyć ma o tym nasza historia – od pojawienia się polsko-litewskiej potęgi, poprzez regionalną mocarstwowość aż po jej kres w postaci trzech następujących po sobie osiemnastowiecznych rozbiorów. Nie ma jednak analiz, które tłumaczyłyby fenomen zniknięcia z mapy Europy wielkiego kraju i to właściwie bez zrozumiałej przyczyny i nawet bez echa poza nieudanym powstaniem Kościuszki z 1794 roku. Niewielu z nas zdaje sobie sprawę z tego, że pod tym względem kraj jest fenomenem na europejską skalę. Nie idzie o marzenia o jakimś rodzaju wyjątkowości – politycznej czy kulturowej, ale o wyjaśnienie dziwnego zbiegu okoliczności, który prowadziłby nie tylko do lepszego zrozumienia jej losów, ale byłyby także wsparciem dla analizy mechanizmów samego tworzenia się i ewolucji państw narodowych a także prawdziwych przyczyn zniknięcia jednego z największych z nich, prowadząc do głębokiej zmiany obrazu mapy Europy na przestrzeni ponad stu lat.

Nikt nie wątpi, że Polacy są spójną wspólnotą językową i z tego punktu widzenia stanowią naród. Bardziej wnikliwa i głębsza historycznie obserwacja wydarzeń może jednak świadczyć o tym, że echo głębokiej niejednolitości wciąż pobrzmiewa i naszemu poczuciu tożsamości brakuje zrozumienia istoty wspólnego dla wszystkich mianownika. Sam kraj sprawia przy tym wrażenie jakby mieszkało w nim kilka odmiennych nacji, tyle, że operujących tym samym językiem. Jaka jest przyczyna tej sytuacji, wykazującej tendencję do utrwalenia w ramach szczególnych okoliczności towarzyszących historii Polski i ewolucji samego pojęcia polskości?

  Większość krajów Europy przebyła różnej długości, ale podobne drogi prowadzące do pojawienia się poczucia narodowej jednolitości. Brytyjczycy odczuwają ją od samych początków ekspansji ich światowego imperium, czyli od końca XVII wieku. Francuzom nadała ostateczną tożsamość gwałtowność Rewolucji 1789 roku, Niemcom, w sto lat później, zjednoczenie Rzeszy w jednolity naród, za to Rosjanom – październikowy przewrót 1917 roku. Polska była w tym procesie spóźniona a jej dziwne – z punktu widzenia innych krajów – rozwiązania społeczne i polityczne wciąż nie pozwalają reszcie Europy pojąć na czym polega istota „polskiego problemu”. Mało kto zdaje sobie sprawę, że nasze „historyczne dziwactwa” (nie używam słowa „zapóźnienie”, bo nie ocena jest istotą) były nie tylko przyczyną ale i zachętą do osiemnastowiecznych rozbiorów i zniknięcia kraju z mapy Europy na ponad sto lat. Polska, w każdym z trzech swoich „wydań” – Pierwszej, Drugiej i Trzeciej Rzeczypospolitej – była tworem uważanym przez resztę Europy za dziwny, wobec którego wszystkie polityczne chwyty stają się dozwolone. Bruksela do dzisiaj nie może wyjść z szoku braku zrozumienia – nagłego w jej oczach – przekształcenia się kraju z wzorcowego ucznia europejskości w społeczeństwo eurosceptyczne, które znalazło się na krawędzi opuszczenia Unii. Czy to tylko niezrozumiały zbieg okoliczności, czy sprawa da się przybliżyć przez zrozumienie tego, co niektórzy nazywają wybitną kulturową odmiennością, stanowiącą „istotę polskości”. Czym ta ostatnia ma różnić się od „szwedzkości”, „austriackości” czy „hiszpańskości”?

Wzmiankowane zagadnienia są także kluczem do zrozumienia mechanizmów rządzących ludzkością, przede wszystkim tych, których sami jesteśmy uczestnikami, chociaż często nieświadomymi. Prawdziwym źródłem braku zrozumienia dla istnienia ciągu logicznych zdarzeń niezależnych od naszej opinii jest nietypowość własnej historii. W rezultacie, spoglądamy na świat wciąż zdziwionymi oczami i umieramy pozbawieni świadomości prawdziwej roli jaką zdarzyło się nam odegrać. To wystarczająco frustrujące, by zaprzestać zgłębiania sensu własnego istnienia. Ewolucja naszych cywilizacji dzieje się więc niejako sama, jakby bez naszego udziału i bez szansy na poważną autoanalizę. Szczególność procesu sprowadza się do tego, że chociaż ludzie biorą w tym bezpośredni udział, to nie starają się w niej aktywnie uczestniczyć. Prowadzi ich na tej drodze coś, czego sami nie pojmują.

W obszarze siły wpływu na powstanie i ewolucję europejskiej i zachodniej strefy kulturowej liczą się przede wszystkim cztery wielkie formacje – łacińska, bizantyńska, turańska (rosyjska) oraz szczególna przestrzeń judaizmu. Pierwsza jest swojska, nie tylko dlatego, że jest „nasza”. Ostatnia – najbardziej obca i niezrozumiała. Jej wyjątkowość polega na tym, że – chociaż była wyraźnie widoczna od z górą dwóch tysięcy lat historii regionu, to jednocześnie była czymś obcym i odmiennym od reszty. Są przy tym trzy kryteria nadające treść wielkim zespołom kulturowym, które pozwalają odróżnić jedne od drugich. Pierwszą jest wspólnota terytorialna, drugą – językowa, ułatwiająca rozpoznanie ziomka w całej reszcie, a trzecia, to poczucie przynależności do uniwersalnej i ponadnarodowej wspólnoty religijnej. Judaizm jest we wszystkich trzech przypadkach wyjątkiem, bo żadnej z tych cech nie posiada i z tego punktu widzenia jest poza klasyfikacją. Do istnienia i rozwoju nie potrzebuje osobnego terytorium, nie ma jednego, uniwersalnego języka posługując się mową gospodarzy a tylko w synagodze powraca do wspólnoty w martwej hebrajszczyznie. Wspólnotą religijną jest przy tym w najwęższym znaczeniu słowa: to tylko prawo do wspólnej żydowskiej tożsamości, lecz nie do udziału w jakimkolwiek rodzaju uniwersalności. O ile więc zasadą cywilizacji jest kulturowa wszechstronność, treścią judaizmu jest wyłączność i rodzaj zaściankowości.

Wedle powyższych kryteriów judaizm nie powinien być uważany za odrębną cywilizację jako pozbawiony wszystkich trzech elementów. Jest jednak widoczny i postrzegany jako coś na tyle odrębnego, że nikogo nie dziwi niezgodne z definicją określenie „cywilizacja”. Dla uzyskania cechy „żydowskości” nie ma przy tym znaczenia terytorialna wspólnota, ani posiadanie wspólnego języka. Wystarczy ten, którego używa otoczenie, bo poczucie wspólnotowości i tak ma ponadterytorialny charakter. Różni się to również od całej reszty w pojmowaniu tego, czym jest religia. Judaizm jest i pod tym względem jedyny i wyjątkowy, niepodzielny tyle, że – inaczej niż ma to miejsce w innych kulturach –  nie ma aspektu dobrowoloności, będąc żydostwu niejako wrodzonym, niezależnie od aktualnego miejsca zamieszkania i używanego na codzień języka. Dla Żydów, judaizm, to nie – jak dla innych – cywilizacja, do której można dobrowolnie przystąpić, ale kultura uformowana bardzo wąsko, a nawet egoistycznie pojętych kryteriów. Nie jest religią jak inne, ponieważ nie wymaga wiary, a tylko uczestnictwa „z urzędu” będącego skutkiem urodzenia. Istotą jest osobisty stosunek Jahwe do wiernych nie posiadający cech uniwersalności przynależnych pojęciu Boga w islamie czy chrześcijaństwie. Ma wyraz – nie jak inne – uniwersalny i ponadnarodowy, lecz egoistyczny charakter plemienny. Nie jest to Bóg w swej wpaniałomyślności wspólnotowy, ale przeciwnie – jest obcym niechętny a nawet złośliwy. Dla niereligijnych Żydów (a takich jest większość), ustotą jest ich kulturowa wspólnota wsparta świadomością jednakowości kultury i pochodzenia, nie zaś religia i wiara w Jahwe. Inaczej mówiąc, judaizm, to przede wszystkim wspólna świadomość, nie zaś poczucie narodowości rozumianej jako wspólnota terytorialna, językowa czy religijna. Dlatego, powszechnie uznawanym i decydującym o żydowskości kryterium jest tożsamość matki, a nie uczestnictwo w życiu religijnym, czy też indywidualna świadomość przynależności. To dlatego, jak zauważył Heinrich Heine: „nigdy nie można przestać być Żydem”, bo żydowskośc jest – inaczej niż w przypadku innych narodów – niezależna od woli nosiciela. Rodzi to konsekwencje będące niezamierzonym źródłem konfliktów, nieporozumień a często i wrogości wynikającej z manifestowanej odrębności wobec reszty. Żydowskość jest zatem bardzo szczególnym faktem kulturowym, nie zaś tylko inną narodowością, wystarczająco silnie odczuwanym, aby otoczenie nie kwestionowało jej jako kultury, lecz nie jako narodu w europejskim rozumieniu słowa. Inaczej mówiąc, żydowskość jest w skali świata wyjątkowym fenomenem, będąc uznawaną za odrębną cywilizację, pomimo tego, że nie posiada żadnej z cech przypisywanych temu pojęciu w innych przypadkach. Nie potrzebuje ani odrębnego terytorium, ani też wspólnoty językowej. Wystarcza sama świadomość jednolitej inności. Jest przy tym trwale konfliktogenna. Ta odmienność w naturalny sposób przekształca się w obcość, niechęć, a nawet nienawiść w stosunku do każdej inności. Inaczej, fakt Holokaustu nie mógłby się wydarzyć i nie mógłby być pojmowany jako zjawisko mające jakiekolwiek uzasadnienie. Nie jest przypadkiem, że nie pojawiła się dotąd jego rzetelna ocena, a to ze względu na to, że dogłębna analiza wymagałaby stwierdzenia konkretnej przyczyny antysemityzmu, tkwiącego nie w tyle uprzedzeniach rasowych, ile w obiektywnej i głębokiej odmienności judaizmu wobec wszystkich innych kultur. Tego rodzaju odmienność powoduje, że Żydzi mają argument by uznawać siebie za wyjątkowy w dziejach „naród wybrany”, lecz dostarczają również amunicji przeciwnikom tak rozumianego pojęcia „wybraństwa”.

Co ma do tego Polska i Polacy, skoro wiadomo, że prawdziwy antysemityzm nie powinien już istnieć w kraju z prostej przyczyny braku przemiotu niechęci? Szacuje się, że religijnych Żydów jest w Polsce niewiele ponad piętnaście setek, czyli praktycznie zero. Dlaczego więc problem w ogóle istnieje, a nie zanika? Niektórzy są skłonni sądzić, że to echo stanu sprzed 1939 roku, gdy Polska była ojczyzną największej na świecie społeczności żydowskiej. W podtekście kryje się jednak teza, że każda narodowościowa odmienność budzi jednakowo negatywne reakcje ze względu na inność. Historia Polski tego nie potwierdza. Pierwsza i Druga Rzeczpospolita były przecież również ojczyznami znacznej liczby Rusinów, Litwinów czy Niemców, a negatywnego echa już dziś nie widać. Mieszkańcy dawnej Rusi litewskiej nie byli przy tym jednolici. Podzielili się na litewsko-ruskich i ukraińskich. Warstwy wyższe uległy polonizacji (Kościuszkowie, Moniuszkowie, Mickiewicze czy Wańkowicze), niższe – białorutenizacji (lud białoruski). Inni przeciwnie, stali się nacjonalistycznie nastawionymi Ukraińcami i Litwinami. Ci ostatni, przed 1914 rokiem praktycznie się nie liczyli i dopiero pojawienie się ich własnej państwowości spowodowało (w obronie gasnącej litewskości) narastanie antypolonizmu. Z kolei, mieszkający w Polsce Niemcy pozostawali przy świadomości odrębności narodowościowej, pozostając w łączności z „Heimatem”. Z tak zwanych mniejszości pozostali jeszcze Żydzi,  ale ich siłą i jednocześnie słabością była wspomniana formuła tożsamości odmienna od każdej z europejskiej nacji. Trzeba przy tym pamiętać, że inaczej niż inne narodowości zamieszkujące Rzeczpospolitą, Żydzi posiadali szeroką autonomię (żydowski Sejm Czterech Ziem) i cieszyli się prawem do głębokiej odrębności obyczajowej, językowej i religijnej. Powinno to prowadzić do procesów podobnych jakie miały miejsce w przypadku innych niepolskich społeczności. Tu było jednak naczej i kraj stał się swoistym paradoksem, będąc dla ludności żydowskiej czymś unikalnym i swoistym Eldorado na światową skalę. Jednym ze źródeł antysemityzmu w Pierwszej Rzeczypospolitej było poczucie zazdrości z powodu uprzywilejowania Żydów, szczególnie pod względem ekonomicznym, co poprowadziło żydowskie elity na szczyty pozycji ekonomicznej. Ich pozycja była absolutnie wyjątkowa, okazała się w skali miedzynarodowej silniejsza niż ludności rodzimej i zrodziła szczególny rodzaj zawiści. Oto jak prawie trzysta lat temu, w 1740 roku, sprawę przedstawiał polskiemu królowi biskup kijowski: „ruina miast w państwie JkrMości inaczej się reperować nie może, póki Żydzi handle wszystkie mieć będą, które wszystkie odebrali katolikom”. W sześć lat później niemiecki podróżnik napisze, że „Żydzi są w małych miasteczkach jedynymi kupcami, kramarzami, rzemieślnikami i sam Bóg raczy wiedzieć, czym jeszcze się trudnią”. Inny zapisał pod datą 1780 roku, że oto w czasie podróży z Petersburga do Warszawy „od Smoleńska nie znalazłem ani jednego domu zajezdnego, w którym mógłbym spocząć, a który nie należałby do Żydów”. Zajmowali bowiem w Polsce większość pozarolniczej przestrzeni gospodarczej, krok po kroku tworząc ekonomiczny monopol. Trudno w obliczu siły procesów kulturowych ich za to winić, ale też i trudno się dziwić reakcji innych. Inaczej, niż w innych krajach Europy, gdzie społeczne przemiany z konieczności prowadziły do uwolnienia osobistego i gospodarczego rodzimego chłopstwa oraz drobnego mieszczaństwa, w Rzeczypospolitej procesy szły w przeciwnym kierunku. Rodzime mieszczaństwo było spychane na margines, chłopstwo przekształcane w rodzaj niewolników, a przewaga przewaga ekonomiczna ludności żydowskiego pochodzenia stale rosła. Właściciele ziemscy sądzili, że tym sposobem mogą lepiej korzystać z taniego i lojalnego rodzaju mieszkańców. Sytuacja okazała się z początku arcywygodna, na koniec jednak dramatyczna. Powstała oto wielka grupa fachowych pośredników ekonomicznych, którzy ze względu na odmienność narodowościową, językową i religijną z pozoru nie stanowili żadnego zagrożenia. Szlachta mogła w tej sytuacji bezpiecznie dla swoich interesów zepchnąć chłopów na samo dno egzystencji i zminimalizować konkurencję ze strony rodzimych mieszczan. Taki system nie zawierał potrzeby zmian i trwałby zapewne nadal, gdyby nie ewolucja narodów europejskich i postępujące w związku z tym osłabienie siły polskiego państwa i w konsekwencji – jego stagnacja oraz upadek. Rzecz w tym, że dotyczył państwa szlacheckiego. W tej formie upaść musiało, ale rozbiory nie zmieniły sytuacji ludności żydowskiej, powodując tylko – wobec klęski ustroju szlacheckiego – zmianę proporcji ekonomicznych wybitnie na jej korzyść. Trudno się dziwić, że pozycja ekonomiczna Żydów w II Rzeczypospolitej stała się jeszcze silniejsza, skoro warstwy szlacheckie uległy głębokiej pauperyzacji naskutek reformy uwłaszczeniowej z 1864 roku. Mając kulturową niechęć do pracy fizycznej, do pewnego stopnia same ustępowały pola innym, głównie Żydom. Próbował przeciwdziałać temu Roman Dmowski i jego zwolennicy, ale reprezentowali zachodnie tereny Polski, gdzie sytuacja była inna, szacunek dla pracy większy a pozycja Żydów nie tak wyjątkowa. W rezultacie, przedwojenne porzekadło „wasze ulice, nasze kamienice” stawało się faktem i źródłem planów powołania „Judeopolonii” – polsko-żydowskiego państwa, w którym warstwą górną, najsilniejszą, byliby jednak Żydzi, nie Polacy. Z punktu widzenia Europy byłby to proces naturalny. Wszędzie na wschodzie Polski pozycja tych pierwszych była ekonomicznie silna, lecz ograniczona do miast i to głównie tych małej i średniej wielkości.  W Rzeczypospolitej, ludność żydowska nie spełniała zresztą kryteriów niezbednych dla narodu zdolnego do panowania nad określonym terytorium. Trudno się więc dziwić, że znaczna część rodzimej ludności zachowała wymowne milczenie wobec zarządzenia przez Hitlera Endlosung, czyli „ostatecznego rozwiązania” i fizycznej likwidacji żydowskiego żywiołu etnicznego.


Jeśli więc po II wojnie światowej znów pojawiła się Polska jako państwo, to była już krajem nie tylko głęboko odmiennym, ale też i mocno poranionym, w którym wraz z eksterminacją Żydów zniknęły wyższe warstwy społeczne. Fizycznie przetrzebiona przez wojnę i sowieckie represje została też rodzima inteligencja, zastąpiona sowiecko-żydowskim importem oraz otwarciem drogi do awansu dla niższych i najsłabiej wykształconych warstw społecznych. Polska inteligencja miejska była zresztą w znacznym stopniu pokłosiem erupcji frankizmu (XVIII-IX wiek), czyli masowego – jak na czasy – przechodzenia Żydów na chrześcijaństwo i ich sukcesywna polonizacja. To jednak, że proces trwał całe stulecie, świadczy o utrzymywaniu się świadomości odrębnych korzeni. Pogłębił to import kadry sowieckiego pochodzenia. O samowiedzy na temat tych różnic świadczyć może znamienne stwierdzenie Jerzego Jedlickiego o tym, że rządząca w połowie XX wieku krajem elita polityczna dzieliła się na polskich „Żydów” i polskich „Chamów”.  Wraz z upadkiem komunizmu zespoliły one wysiłki i zamiast ze sobą walczyć stworzyły elitę władzy rządzącą krajem przez następne ćwierćwiecze. W wyborach 2015 roku dało więc również o sobie znać przebudzenie się świadomości narodowej wśród najniższych warstw społecznych („Chamów”), co wyjaśnia niespodziewany sukces wyborczy PiS-u, ale i prowadzi do pojawiających się – z pozoru niezrozumiałych – napięć.


Zmiany granic polskiego państwa mogą być mylące. Tytuł jednej z map brzmi: „wędrujące granice Rzeczypospolitej” i jest zwodniczy. Rzecz rozgrywa się w ciągu czterech i pół stulecia (od Unii Lubelskiej z 1569 roku), wciąż na tym samym (lub zbliżonym) terytorium, co sugeruje ciągłość koncepcji państwa. Nie jest to prawda, a kolejne liczby nie biorą pod uwagę zmian politycznych i narodowościowych. Państwo polskie było prawdziwą Rzecząpospolitą tylko w pierwszym jej, przedrozbiorowym wydaniu. Pospolitość jest w języku polskim tożsama z powszechnością. Taką była Pierwsza Rzeczpospolita oferująca możliwość awansu mieszkańcom niezależnie od ich narodowościowego pochodzenia. Druga, była już państwem narodowym, a nawet nacjonalistycznym, chociaż mniejszości stanowiły 30 procent ludności. W dosłownym znaczeniu pojęcia nie była już dostępna dla wszystkich, przestała więc być „pospolita”. Zupełnie „niepospolita”, bo jednolita narodowościowo stała się obecna, III Rzeczpospolita a sama nazwa jest dramatycznie nieadekwatna. Gdzie się podziała ta jej „pospolitość”, czyli narodowościowa powszechność? Prawdę mówiąc pozostała tylko w pamięci i fałszywej wyobraźni historycznej. Nieformalne szacunki wskazują na to, że aż 90 procent dorosłych mieszkańców podkreśla swoje „szlacheckie” pochodzenie, choć rachunkowo, to nonsens. Obecna Polska posiada już bardzo niewiele nici wiążących ją ze starą Rzeczpospolitą szlachecką. Jest tworem zupełnie nowym i niepodobnym do poprzednich.

Tak, czy owak, kraj jest niekwestionowaną częścią Europy, co uprawnia jego mieszkańców do odczuwania europejskiej ciągłości, niezależnie od rzeczywistych faktów. Europa jako całość jest przecież niekwestionowanym spadkobiercą dwóch tysięcy lat jej własnej historii i Polska ma pełne prawo do udziału w tej tradycji. Tyle, że – jak powiedzieliśmy – kontynent jest też spadkobiercą nie samych tylko tradycji rzymsko-łacińskich, ale także bizantyńskich, azjatycko-turańskich i żydowskich. Wszystkie dają o sobie znać echem kulturowych skojarzeń. Paradoksalnie, nasz kraj ze względu na nieporzerwaną dominację katolicyzmu odczuwa relatywnie silne związki związki z echem starożytnego Rzymu, a nie z Bizancjum, jak ma to miejsce w krajach prawosławia. Z kolei, Europa protestancka odczuwa silne powiązania z tradycją żydowską. Protestantyzm, zarówno w luterańskiej jak i kalwińskiej odmianie, przyjął wiele organizacyjnych rozwiązań z  judaizmu. Protestancki pastor pełni w świątyni rolę znacznie bliższą rabinowi w synagodze niż katolickiem księdzu w kościele czy prawosławnemu kapłanowi w cerkwi. Również i tradycja niemieckiego luteranizmu oraz brytyjskiego anglikanizmu czerpie część natchnienia z dawnej tradycji bizantyńskiej. To mieszanina, której złączenie w całość w postaci Unii Europejskiej jest zadaniem nie tylko ambitnym, ale i długotrwałym i nie w pełni możliwym. Trudno się więc dziwić, że sprawa unijnej integracji toczy się opornie.

Różnice nie są bagatelne. Zwracał na nie uwagę Feliks Koneczny, zauważając, że w cywilizacji łacińskiej, to etyka jest źródłem prawa a nie na odwrót. Rządy są oceniane w zależności od zasad postępowania a nie tylko skuteczności działania. W tradycji bizantyńskiej jest inaczej a zależność od woli państwa większa niż od moralnych przekonań ludzi. Z kolei, w ramach tradycji rosyjskiej, już tylko sama władza jest źródłem prawa i etyki a państwo stoi od nich wyżej będąc z zasady pozbawione kontroli ze strony ludności. Tam, rządzący zawsze mają rację a etyka ma wymiar polityczny a nie moralny.

W tradycji judaizmu jest całkiem na odwrót w porównaniu z łacińską. Etyka nie liczy się jako źródło postępowania, lecz jest dopiero rezultatem skuteczności funkcjonowania systemu prawnego i wyjątkowości tradycji. Jest ono tam jedynym źródłem etyki, a skoro prawo ma wymiar religijny, staje się niezmienne, nie poddając się próbom czasu. Judaizm jest więc skierowany do wewnątrz, czyli tylko do Żydów. W konsekwencji, etyka oparta na prawie obowiązuje tylko we własnym kręgu, wobec gojów nie ma znaczenia. W tradycji Pierwszej Rzeczypospolitej Żydzi mieli prawo do własnego i odrębnego sądownictwa. Koneczny wyciąga z tego wniosek, ze konflikt tradycji europejskiej z judaizmem jest fundamentalny i jedną z cech wrodzonych temu ostatniemu jest przekonanie o nadrzędności judaizmu wobec wszystkich innych kultur. Rezultatem takiego myślenia miałby być znany nam z doświadczenia marksizm i komunizm.

Cywilizacje, dodaje Koneczny, nie mogą mieszać się wzajemnie. Każda próba syntezy kończy się zwycięstwem tej, której standardy etyczne są niższe. Prostsza ma więcej sił i poczucia bezwzględności. Łączenie różnych cywilizacji jest więc w konsekwencji rodzajem naturalnego zła albo też pojawienia się moralnej próżni. Turański, bizantyński, czy żydowski typ cywilizacji może być cechą niezależną od rodzaju używanej mowy i tradycji narodowej. Koneczny, w swoich kulturowych schematach poszedł nawet tak daleko, że uznał hitleryzm za rodzaj cywilizacji „żydowskiego typu”. Tylko, jak to pogodzić z późniejszą doktryną Holokaustu?

Europa ma być więc swego rodzaju polem bitwy trzech cywilizacji: łacińskiej, turańsko-rosyjskiej i żydowskiej. Koneczny bizantyńską uznał za ostatecznie przegraną. Los krajów bałkańskich oraz ich zwrot w kierunku Unii Europejskiej potwierdza tę diagnozę. Nie przewidział jednak tragizmu ani tempa Holokaustu i uznał dawniejszą Polskę za rodzaj paradisus judaicum – raju dla Żydów. Prawda, że była nim przez prawie czyterysta lat od unii z Litwą i w czasie dwustu lat Pierwszej Rzeczypospolitej. Druga Rzeczpospolita, nie była już może pełnym „rajem”, ale wciąż jeszcze największym centrum żydowskości. Wbrew nazwie, Trzecia nie jest w niczym podobna do poprzednich. Żydzi, to zaledwie parę setek ludzi, a jednak problem istnieje, skoro jest jednocześnie uznawana za kraj antysemicki. Co jest tego przyczyną? Odpowiedź na pytanie kryje się w jej czterech cechach różniących judaizm od innych wielkich kultur:

  • Uprawnia do nie stosowania zasad etyki wobec świata dla judaizmu zewnętrznego. To głęboko sprzeczne z uniwersalną tradycją chrześcijańską.
  • Ma inne zapatrywanie na istotę wartości ekonomicznych: cywilizacja łacińska upatruje ją w majątku nieruchomym, żydowska na odwrót – w ruchomym. Manipulacje pieniężne są jej istotą oraz przyczyną narastającego bogactwa oraz wrodzonych tym samym  konfliktów z innymi.
  • Żydowskość jest fenomenem również pod względem stosunku do rolnictwa będącego fundamentem każdej innej cywilizacji. Jest pozbawiona dla niego szacunku stając się tym sposobem wolną od przywiązania do konkretnego terytorium. Nawet założyciele Izraela musieli posłużyć się instytucją kibucu i ustanowieniem monopolu własności dla ludności żydowskiego pochodzennia, aby zapewnić zaopatrzenie ludności w żywność.

W gospodarce opartej na tradycjach łacińskich prestiżowe pierwszeństwo ma z zasady działalność produkcyjna, potem handel i dopiero na w końcu bankowość, W żydowskiej jest inaczej. Handel i operacje finansowe są zdecydowanie na pierwszym miejscu. W rezultacie tej specyfiki judaizm pozyskał cechy pozwalające na ekonomiczne sukcesy w terytorialnym rozproszeniu i bez utraty tożsamości. To wyjaśnia fakt, że Żydzi potrafią doskonale wtopić się w etniczne otoczenie nie tracąc swej żydowskości. To ich siła, ale i zarazem słabość skutkująca ekonomicznym sukcesem, lecz równolegle budząca niechęć narodową alienacją. Wydaje się, że nawet istotną częścią narastającego kryzysu Unii Europejskiej jest ta właśnie przyczyna. Czy to prawda, czas pokaże…


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *