JEDNA RZECZPOSPOLITA CZY TEŻ TRZY ODMIENNE POLSKI?

            Na tytułowe pytanie niełatwo jest odpowiedzieć. Właściwie każda odpowiedź ma swoje racje, tak jak i każdy Polak wie, że trzy liczby – I, II i III, to trzy kolejne numery tej samej przecież Rzeczypospolitej. Tyle, że zwykły człowiek oczekuje odpowiedzi prostej, lecz niekoniecznie prawdziwej. Te trzy twory były przecież od siebie dramatycznie różne, o całkiem innej długotrwałości i odmiennych początkach. Różniły się też właściwie wszystkim, poza samym tylko określeniem „Polska”. Uderzająca jest różnica w rozmiarach granic i długości trwania każdej z nich, co dla utwalania się tożsamości oraz wartości kulturowych ma znaczenie zasadnicze. Pierwsza Rzeczpospolita, to 900 tysięcy km2 i nie mniej niż ćwierć tysiąclecia (!) istnienia. Druga, teoretycznie wciąż ta sama, tyle, że późniejsza od Pierwszej o z górą sto lat i również od Pierwszej mniejsza obejmowała tylko niecałą połowę pierwotnego obszaru (388 tys. km2), istniała też krótko, krócej nawet niż życie jednego pokolenia. Trzecia – obecna, oddzielona od Drugiej zaledwie czterema latami wojny i niemieckiej okupacji, pojawiła się na europejskiej mapie jako kraj całkiem odmienny od poprzednich i była tylko z nazwy wciąż tą samą Polską. To zaledwie 312 tysięcy kilometrów kwadratowych, czyli rozmiar trzykrotnie mniejszych od pierwszej i obejmowała przy tym tereny (Śląsk, Pomorze), których polskość ulegla zapomnieniu, utraciła za to całe swoje wschodnie korzenie . Ma też zupełnie niepodobne do poprzednich granice i strukturę ludności. Wszystkie trzy różniły się wewnętrzną strukturą narodowościową i społeczną. W Pierwszej, mówiących po polsku było niespełna czterdzieści procent mieszkańców, w Drugiej, to już procent siedemdziesiąt, a w Trzeciej – prawie sto. W Pierwszej, najbardziej wielonarodowościowej, używana na codzień mowa nie miała większego znaczenia kulturowego, za to Trzecia jest Pierwszej odwrotnością jako całkiem jednolita i – przynajmniej teoretycznie – nie ma problemów narodowościowo-kulturowych ani też konfliktów klasowych. W Pierwszej, inaczej niż w Drugiej, obywatelska pełnoprawność nie zależała od używanej mowy, lecz od społecznego statusu. Tylko dziesięć procent ludności (herbowa szlachta) posiadało wszystkie prawa obywatelskie. Drugie dziesięć procent mieszkańców, to Żydzi będący osobną warstwę społeczną i czymś pośrednim pomiędzy szlachtą i stanem mieszczańskim. Posiadali własny samorząd, pełną autonomię i stale rosnącą siłę ekonomiczną. Kolejne dziesięć procent, to mieszkańcy relatywnie słabych miast, więc praktycznie bez praw i politycznych wpływów. Reszta – czyli siedemdziesiąt procent, to chłopi, których pańszczyźniane niewolnictwo nie pozostawało w żadnym związku z używaną mową a społeczna pozycja była pod wieloma względami bliska niewolnictwu. Trudno nie domniemywać, że tak bardzo różne struktury narodowościowe kraju posługującego się jako państwo jednakowym określeniem wskazują raczej na to, że polskość, to z tego punktu widzenia pojęcie co najmniej nieostre i kryje się pod nim treść inna niż powszechne rozumienie pojęcia narodu w Europie. Continue reading

ZAKLINACZE RZECZYWISTOŚCI, CZYLI JAK DŁUGO DZIAŁA TA MAGIA?

Michnik            Posiadanie własnych poglądów, to rzecz skomplikowana i wymagająca cywilnej odwagi. Ludzie, którym na sercu leży jedynie własna kariera, w konkurencyjnym środowisku walczącym o państwowe dotacje potrafią bez wstydu przyłączyć się do każdej opinii, jeśli tylko wymaga tego od nich tak zwana polityczna poprawność i perspektywa udziału w korzyściach. Jak zauważył jeden z prominentów tej grupy, „mieć rację, to nie kwestia „zwyczajnych”, obiektywnych faktów, lecz przekonania innych, że tę rację się posiada oraz dysponuje siłą, by rzeczywistość zepchnąć na niezauważalny margines”. Prawda staje się wtedy bardziej poddającym się manipulacji zjawiskiem społecznym, aniżeli faktyczną rzeczywistością. Jak długo można zagłębiać się w tego rodzaju magmę tworzonej na własny użytek fikcji? Continue reading

GDZIE SĄ CHŁOPCY Z TAMTYCH LAT? CZYLI GRÓB INTELIGENTA.

Dziennikarka Gazety Wyborczej zamartwia się kondycją polskiej inteligencji i swój komentarz do treści najświeższego numeru miesięcznika Libertè tytułuje: „Grób inteligenta”. Co się z nią (inteligencją) stało, że jest niewidoczna, inaczej niż to bywało w latach męstwa i oporu? Rozmieniła się na drobne? Szuka posad? Straciła poczucie misji? Nie jest już awangardą przemian? Nie tak dawno jeszcze, to ona przecież walczyła o upadek komunizmu, była matką demokracji, dała ludowi Gazetę, a narodowi przywróciła imię. Teraz, osłabła i niepewna dziejowej roli zaszyła się na zapleczu wydarzeń oddając palmę pierwszeństwa ludziom znikąd. Pełno ich wszędzie…
Dziennikarka Gazety podpiera się w swym smutku nad upadającą warstwą społeczną opinią prof. Jana Hartmana, który na inteligencji nie zostawia suchej nitki: „Resztki swego wpływu i autorytetu inteligencja poświęciła dla obrony reform Balcerowicza. (…) Szacunek dla mądrości i kultury musiał ustąpić przed emocjami gminu”. Wyjaśnijmy, że gmin – to cel działań, ale i przekleństwo inteligenckiego poświęcenia. Pozostawała zawsze w gotowości do poświęcenia (dla idei, ludu?), lecz teraz „po dziwnym, inteligenckim intermezzo wracają stosunki w polityce zwyczajne”. Komu nieść ten kaganiec oświaty, skoro gmin zamierza radzić sobie sam? Autorka komentarza, by wytłumaczyć dziejową klęskę polskiego inteligenta powołuje się na Wojciecha Balucha z Jagiellońskiego Uniwersytetu: „Niedługo bowiem, za sprawą rewolucji informatycznej, intelektualistą będzie mógł być każdy, czyli nikt”. Straszne! Naprawdę każdy? Wreszcie wiemy o co chodzi. Prawdziwy inteligent jest zupełnie inny, niż każdy. Jest ze swej natury intelektualistą. Jak do swego intelektualizmu dochodzi? Continue reading